Stronki na blogu

wtorek, 26 lipca 2022

Antologia „Widma nad Innsmouth”

 
H.P. LOVECRAFT, BASIL COPPER, JACK YEOVIL, GUY N. SMITH, ADRIAN COLE, D.F. LEWIS, RAMSEY CAMPBELL, DAVID A. SUTTON, PETER TREMAYNE, KIM NEWMAN, BRIAN MOONEY, BRIAN STABLEFORD, NICHOLAS ROYLE, DAVID LANGFORD, MICHAEL MARSHALL SMITH, BRIAN LUMLEY, NEIL GAIMAN

Szesnaście opowiadań brytyjskich autorów inspirowanych jednym z najbardziej docenianych dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, „Widmem nad Innsmouth” (oryg. „The Shadow over Innsmouth”), wchodzącym w skład Mitologii Cthulhu. Samotnik z Providence napisał je w roku 1931, ale w liście do swojego przyjaciela Augusta Derletha zwierzył się, że nie zamierza zabiegać o jego publikację. Uznał, że tekst ma poważne wady, głównie dotyczące stylu, przez co znalezienie wydawcy dla tego długiego opowiadania (ewentualnie minipowieści) jest niemożliwością. Derleth jednak spróbował – w 1933 roku przesłał „Widmo nad Innsmouth” do ówczesnego redaktora magazynu Weird Tales, Farnswortha Wrighta, który odrzucił je, tłumacząc to jego długością. Tekst był za długi na publikację w jednym numerze, a jego struktura utrudniała wydawanie w odcinkach. Ostatecznie „Widmo nad Innsmouth” zadebiutowało w wersji książkowej (pełnej błędów) – jedyne dzieło Howarda Phillipsa Lovecrafta wydane w takiej formie za jego życia – w 1936 roku pod szyldem Visionary Publishing Company, oficyny założonej przez Williama L. Crawforda. Wydrukowano czterysta egzemplarzy, ale oprawiono tylko połowę, a resztę zniszczono. Na łamach Weird Tales „Widmo nad Innsmouth” pojawiło się już po śmierci autora, w roku 1942, w nieautoryzowanej skróconej wersji. „Widma nad Innsmouth” (oryg. „Shadows over Innsmouth”) to antologia opowiadań pod redakcją Stephena Jonesa, który napisał również wstęp, pierwotnie wydana w roku 1994 przez Fedogan and Bremer, w nakładzie przeszło dwóch tysięcy egzemplarzy – sto wypuszczono z autografami autorów. Dziewięć tekstów (plus oczywiście ten, który w pewnym sensie dał im życie) wybranych do tej kolekcji, wcześniej objawiło się w innych miejscach, a pozostałe to „oryginalne owoce tego literackiego drzewa”. Pierwsze polskie wydanie, w twardej oprawie, wypuściło wydawnictwo Vesper (kontynuując trend: antologia Szaleństwo Cthulhu) w 2022 roku, w ramach serii Kroniki Arkham. Zilustrowane przez fenomenalnego Macieja Kamudę, który też zaprojektował zjawiskową okładkę oraz w tłumaczeniu Macieja Wacława, Janusza Ochaba, Lesława Halińskiego i Macieja Machały. „Widmo nad Innsmouth” Howarda Phillipsa Lovecrafta w tłumaczeniu genialnego Macieja Płazy.

Moje podium. „Daoine Domhain” Petera Tremayne'a (właściwie Petera Berresforda Ellisa) to opowieść szkatułkowa, która przepuszcza temat przewodni omawianej kolekcji, jeden z „mitów” Howarda Phillipsa Lovecrafta, przez oka irlandzkiego folkloru. Na początku poznajemy młodego mężczyznę, który przygotowuje swoją schedę do sprzedaży. Dom rodzinny w Stanach Zjednoczonych, w którym pojawia się niezapowiedziany gość. Nieznajomy mężczyzna z Irlandii, który znalazł w swojej nieruchomości list spisany dziesiątki lat temu przez zaginionego dziadka naszego protagonisty. Środkowa, najdłuższa partia „Daoine Domhain”, to (umownie) ów rękopis adresowany do nieżyjącej już babci młodego dziedzica. Niepokojąca relacja z odwiedzin rodzimej, irlandzkiej, ziemi. Niewielka wyspa przykryta przezroczystą idyllicznym płachtą. Pod spodem wyczuwalnie rozwinęła się jakaś nadnaturalna gangrena, co najdobitniej przejawia się w zachowaniu rodowitych mieszkańców. Niby życzliwych, ale wyraźnie niedopuszczających coraz bardziej skołowanego przybysza do najmroczniejszych sekretów wyspy. Mistyczna otoczka, ta charakterystyczna energia horroru ludowego i mocno frapujący rozwój wydarzeń. Poruszające wyobraźnię, unikające dosłowności, mistrzowsko grające subtelnościami, upiornymi sugestiami, niemożliwymi do zignorowania, pożądanie drażniącymi ostrzeżeniami przed pradawnym złem.

Widok na morze” Michaela Marshalla Smitha to moim zdaniem opowieść, z którą koniecznie powinien zapoznać się Mickey Keating, reżyser i scenarzysta filmu pt. „Poza sezonem” (oryg. „Offseason”), lovecraftian horroru z 2021 roku. Zakładając, dość śmiało, że nie miał jeszcze tej przyjemności. Zakochana para z Londynu postanawia spędzić weekend we wiosce Dawton na wybrzeżu Anglii, czymś w rodzaju wewnętrznego demona kobiety – lęk zaszczepiony jej przez matkę we wczesnych dzieciństwie, która niedługo potem zniknęła. Bohaterowie wynajmują ciasny pokoik w pensjonacie prowadzonym przez podejrzaną kobietę. W zasadzie prawie wszyscy mieszkańcy Dawton zachowują się nader osobliwie. W pewnym momencie narrator i zarazem czołowa postać tej wyśmienicie dawkującej napięcie opowieści (nieznośnej) grozy, porównuje atmosferę panującą w tej osadzie do serialu „Strefa mroku”, tym samym poniekąd „doganiając” moje myśli. Strefą Mroku zwykłam nazywać... właśnie takie klimaty. Maksymalnie angażująca, idealnie poprowadzona – z naciskiem na aurę nadnaturalnego zagrożenia – zaskakująco spuentowana, historia niekoniecznie do poduszki. Coraz gęściej i gęściej. Można się udusić:)
Od Jacka Yeovila dostaniemy „Grubą rybę”. Skrzyżowanie mitu Dagona i jego wiernych wyznawców – w tym przebrzydłych, rybiopłazich pomiotów – z czarnym kryminałem. Na styku literackiego świata Lovecrafta ze światem Raymonda Chandlera. Akcja rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej w Stanach Zjednoczonych, po ataku na Pearl Harbor. Wrogami numer jeden są Japończycy – żołnierze, ale i cywile od dawna mieszkający na amerykańskiej ziemi i starający się trzymać z dala od kłopotów. Żaden sklepikarz pochodzący z Japonii nie ustrzeże się przed internowaniem. Typowa wojenna paranoja. „Prowadzący ten kryminalny program grozy”, cyniczny, czy raczej jeden z ostatnich bastionów zdrowego rozsądku, prywatny detektyw, przyjmuje zlecenie od znanej aktorki, która pragnie odnaleźć swojego ostatniego partnera. Grubą rybę z półświatka, mężczyznę, który zbił prawdziwą fortunę na hazardzie. Tak to na początku przedstawia, ale potem presja wzrośnie. Stawka w „tej grze” okaże się dużo wyższa. Najpierw jednak nasz bohater odwiedzi siedzibę Ezoterycznego Zakonu Dagona i dostąpi wątpliwego zaszczytu poznania innej gwiazdy ekranu, femme fatale z wyłupiastymi oczami. Zajmująca narracja – z przekąsem – z mocnym powiewem świeżości zaklętym w stylistyce, w panującej aurze (lovecraftian horror zmiksowany z noir), intrygująca zagadka nadnaturalno-kryminalna. Bezpretensjonalnie i z humorem. Sarkastycznym.

Opowiadania w mojej ocenie bardzo dobre. „Kościół na High Street”, autora między innymi powieści „Najciemniejsza część lasu”, „Zły wpływ” i „Bezimienni”, Ramseya Campbella. Wycieczka do okrytego złą sławą prastarego Temphill, angielskiej miejscowości w hrabstwie Cotswold. Narrator przybywa w te niegościnne progi w celach zarobkowych. Ma objąć funkcję sekretarza swojego przyjaciela, ale na miejscu dowiaduje się, że jego niedoszły pracodawca zniknął w nader osobliwych okolicznościach. Podobno ma to związek z obmierzłym kościołem w Temphill. Podobno odprawia się tam jakieś odrażające obrzędy. Mocno lovecraftowskie, ale i niepozbawione indywidualności. Mrocznie i z charakterem.
Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie”. Do „Grobowca Pryskusa” Briana Mooneya. Umowna relacja księdza, który włącza się w krucjatę swojego przyjaciela, naukowca od dawna gromadzącego informacje na temat Wielkich Przedwiecznych. W miejscowości Lower Bedhoe w hrabstwie Sussex trwają wykopaliska, którym przewodzi przyjaciel naszego dzielnego profesora. I tak odkryto tytułowy grobowiec oraz inne przeklęte skarby. To wymaga zbadania! Niby nieodkrywcze, ale wyczuwałam w tym jakąś nutkę świeżości. Przewidywalne, ale staranne rozłożenie środków ciężkości i maniakalna wręcz dbałość o gęsty klimat przyczajonego przedwiecznego zła, skutecznie podtrzymywały moje zainteresowanie. Tym zgrabnie podpinającym się pod Mitologię Cthulhu, przemyślanym dziełkiem.
Brian Stableford, autor między innymi powieści „Imperium lęku”, przedstawia „Dziedzictwo Innsmouth”. Młody biochemik, badacz ludzkiego genomu, odwiedza przyjaciółkę - posiadaczkę ziemską - w tytułowej legendarnej nadmorskiej miejscowości. I natrafia na obiecujący materiał na swoją kolejną pracę naukową. Artykuł o nieszczęsnych stworzeniach, których niewiele już ostało się w Innsmouth. Ludziach o niepospolitej aparycji, którzy w jego przekonaniu są ofiarami zabobonnego myślenia. Nauka w jego pojęciu na tyle już się rozwinęła, by dało się znaleźć prawdziwą przyczynę ich nietypowej fizjonomii. Obalić krzywdzące mity, zerwać z nich etykietkę Istot z Głębin. A przy odrobinie szczęścia też uwolnić od wykańczających psychicznie koszmarów sennych. Naukowym okiem na syndrom Innsmouth. Ale, ale, z leciuteńko otwartym zakończeniem. Może się wydawać, że racjonalizacja mitologii otwartej przez Wielkiego Przedwiecznego Pisarza z Providence w stanie Rhode Island, obedrze tę opowieść z nadnaturalnego smaczku, ale nie. Stableford podtrzymuje tę niepokojącą mgiełkę. Podskórna groza, nienazwana groza... która może być jedynie wytworem zabobonnego umysłu:)
Bije, bije, „Dzwon Dagona” Briana Lumleya, którego bodaj najsłynniejszym dokonaniem na scenie literackiej jest powieściowa seria „Nekroskop”. Rzecz dzieje się w Anglii i w największej mierze dotyczy wieloletniego przyjaciela narratora. Najpierw są cuchnące wodorosty wyrzucone przez morze, a potem fatalny zakup. Gospodarstwo, którego poprzedni właściciel przepadł jak kamień wodę. Bardzo stary, przestronny budynek mieszkalny, komórki/stodoły i spory kawał ziemi, to wszystko za okazyjną cenę – jakżeby inaczej! - zakupił młody żonkoś, który wciągnie naszego narratora w prawdziwy koszmar na jawie. Nie żeby źle mu życzył, po prostu rozpaczliwie potrzebuje wsparcia. Sam prawdopodobnie nie podoła takiemu wyzwaniu. Okazuje się bowiem, że plotki krążące o jego nowym domu nie są bajdurzeniem znudzonych staruszek. Nawiedzony dom na wsi. Ciekawie się rozwija, nieśpiesznie, w przekonujący sposób sklejają się poszczególne elementy tej niecodziennej łamigłówki, z którą odważnie zmierzą się zdeklarowani miłośnicy zagadek. Smaczna atmosfera tajemniczości ze szczyptą szaleństwa, paranoi. Im dalej, tym bardziej nerwowo, gorączkowo, co jest celowym zagraniem autora – odbicie stanu ducha narratora. Konfrontacja ze szkaradzieństwem ukrywającym się na angielskiej wsi, według mnie, ciut za długa. Rozwleczona.
 
Opowiadania moim zdaniem dobre. W „Przejściu” Adriana Cole'a narrator otrzymuje pocztówkę przypuszczalnie od ojca, gdy zniknął niedługo po narodzinach swojego syna. Niespodziewana przesyłka prowadzi naszego bohatera do rybackiej wioski, gdzie jak można się tego domyślić nastąpi długo wyczekiwane spotkanie... z dziwnym człekiem. O fatalnych więzach krwi, przeznaczeniu narzucanym przez krewnych i słusznym oporze, buncie, potomnych. Konsekwentna intensyfikacja napięcia, płynna narracja, ale jak dla mnie trochę mało inwencji własnej.
W „Złocie Innsmouth” Davida A. Suttona poznajemy spłukanego mężczyznę, który zaciąga pożyczkę u swojego najlepszego przyjaciela, rzekomo po to, by poszukać rosomaków w Nowej Anglii. A tak naprawdę dopadła go prawdziwa gorączka złota. Słyszał, że w wymarłym miasteczku Innsmouth w stanie Massachusetts zostawiono sporo tego cennego kruszcu i w swojej naiwności nabiera przekonania, że w ten sposób wyjdzie z finansowego dołka. Poszukiwania w cichej krainie, przesyconej jakąś bezbożną energią. Klimatycznie, ale znowu bez pomysłu, który odróżniałby tę opowieść od innych eksperymentów „sygnowanych marką” H.P. Lovecrafta.
Za kwadrans trzecia” Kima Newmana to makabreska o studencie, który pracuje w podłym całodobowym barze. Sam na cmentarnej szychcie. No, niezupełnie sam, bo właśnie pojawiła się klientka: ciężarna nastolatka, która umówiła się tutaj ze swoim chłopakiem, ojcem istoty, którą nosi pod sercem. Jej płodzika. Pomysłowo i zabawnie, choć to taki trochę śmiech przez łzy. Czy raczej ze ściśniętego gardła.
W „Powrocie do domu” Nicholasa Royle'a mamy inne podejście do Mitologii Cthulhu. Transpozycja na realia totalitarne i rewolucyjne. Główna bohaterka, która jakiś czas temu wyemigrowała z Rumunii do Belgradu, dostaje impuls do powrotu. Koniec zamordyzmu. Koniec rządów okrutnego dyktatora. Ale gdy w końcu dociera do Bukaresztu, znowu budzą się demony. Może tylko wewnętrzne, wkodowane w umysł, który potrzebuje czasu, by zerwać kajdany teoretycznie zrzucone przez najwytrwalszych opozycjonistów. Zaszczucie, niepewność granicząca z paranoją. Może trochę za mało horroru, ale zaryzykuję twierdzenie, że to najbardziej kreatywna, oryginalna pozycja w tym zbiorze.
Deepnet” Davida Langforda. Historię, najprawdopodobniej osadzoną w nieodległej przyszłości, umownie snuje programista samotnie wychowujący córkę. Pole elektromagnetyczne zniekształciło płód, a matka zmarła przy porodzie. Wszechmocne korporacje, a bohater pracuje dla jednej z nich, słynącej z aplikacji o Innsmouth. Ku przestrodze: nadmiar komputera szkodzi. Pomysłowe, ale niedostatecznie klimatyczne.

Teraz zrobi się średnio. „Za rafą” Basila Coppera to opowieść o zdumiewającym odkryciu dokonanym na terenie światowej sławy Uniwersytecie Miskatonic, gdzie już wcześniej dochodziło do zastanawiających zjawisk. Potem dołączymy do detektywa z wydziału zabójstw, który stara się rozwiązać zagadkę śmierci jednego z pracowników tej nawiedzonej uczelni. Dobrze się zapowiadało, ale napięcie jechało na wstecznym. Zamiast rosnąć, nieubłaganie opadało. Może trasa za długa. Może lepiej byłoby nie rozciągać tak „tej struny”.
Zostały tylko buty” D.F. Lewisa to dość smutna opowieść, która moim zdaniem aż prosiła się o więcej treści. O kobiecie stojącej przed swoim domem i coś sobie uzmysławiającej. Jakby w duchu już dawno się na to szykowała. Spodziewała takiego obrotu spraw, jednocześnie podtrzymując w sobie nadzieję, że jej dom to ominie. Co konkretnie? Może zło spoza czasu i przestrzeni? Istoty z Głębin?
Jeden z najbardziej znanych żyjących pisarzy specjalizujących się w szeroko pojętej fantastyce, Neil Gaiman, swoje „To tylko znowu koniec świata” rozpoczyna od wysokiego C. Narrator wymiotuje między innymi częściami ciał dziecka i psa. Ciekawe, prawda? Później już mniej, przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Jesteśmy w w przykrytym śniegiem mitycznym Innsmouth - gdzie panuje atmosfera zdecydowanie bliższa ziemiom fantasy niż horroru - kolejnym krótkim przystanku na zawodowej drodze czołowej postaci. Napotykani przez niego ludzie niby bez ładu i składu rozprawiają o likantropii. A zatem połączenie Mitologii Cthulhu z mitem wilkołaka? Na to się zanosi. Wróżba całkiem dobra, ale koniec końców poraziło mnie nijakością.

Stopień niżej od poprzednich w moim rankingu uplasował się „Powrót do Innsmouth” mistrza horrorów klasy B, Guya N. Smitha. Niedosłowny powrót, bo okazuje się, że główny bohater nigdy wcześniej nie zawitał w tych zdegenerowanych progach. Tak czy inaczej, historia się powtarza. Smith na dobrą sprawę poszedł po linii najmniejszego oporu. Warsztat dobry, klimat niezdefiniowanej grozy też jest, ale fabuła to powtórka z rozrywki, tyle że na duże skróty. Jedna akcja wyrwana z „Widma nad Innsmouh” Howarda Phillipsa Lovecrafta. Oczywiście nie jest to dokładna kopia, ale wkład własny autora tego tekstu jakoś nie rzucił mi się w oczy. Niczego takiego nie zauważyłam... aż do finału.

Uff, nareszcie meta. Jeszcze tylko ostatnie słowa zachęty. Dla tych wciąż nieprzekonanych. „Widma nad Innsmouth”, szesnaście piór skrzyżowanych nad jednym z najbardziej docenianych dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, jednej z cegiełek oryginalnej (marmurowy fundament) Mitologii Cthulhu (nazwa ukuta przez Augusta Derletha), antologia opowiadań pod redakcją Stephena Jonesa, to publikacja, którą naprawdę warto przejrzeć. Nie tylko dla tych, którzy z lubością pochłaniają wszystko, co wyrosło w nieskończonym uniwersum Wielkich Przedwiecznych. Jeśli ciągnie Cię do horroru nadnaturalnego, jeśli cenisz sobie klimatyczne opowieści o potworach i innych upiornościach, to śmiało skacz do tych morskich głębin. Hop, na ochłodę!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz