Stronki na blogu

sobota, 16 lipca 2022

Lia Middleton „Gdy ją odnajdą”

 

Naomi Williams mieszka sama na niefunkcjonującej już farmie odziedziczonej po rodzicach. Jej związek małżeński z Aidenem Williamsem rozpadł się przed paroma laty, na skutek poważnych błędów, jakie popełniła. Ich czteroletnia córka Freya mieszka z ojcem i jego drugą żoną Helen, ale regularnie widuje się z rodzicielką, która z wytęsknieniem wypatruje tych chwil. Teraz Freya po raz pierwszy od czasu rozwodu jej rodziców ma spędzić noc z matką. Naomi długo o to zabiegała. Zapewniała Aidena, że dziewczynka będzie z nią bezpieczna, że należycie się nią zaopiekuje. Ale zawiodła. Straciła swój najcenniejszy skarb i wini za to wyłącznie siebie. Tylko ona zna potworną prawdę, którą nie jest w stanie podzielić się z innymi. Zamiast tego wikła się w spiralę kłamstw, a wszystko po to, by zatrzymać przy sobie nie jedno, a dwoje dzieci.

Gdy ją odnajdą” (oryg. „When They Find Her”) to debiutancka powieść mieszkającej w mieście Beaconsfield w Anglii Lii Middleton, prawniczki specjalizującej się w prawie karnym, więziennym i publicznym, która przestępczością interesuje się od dzieciństwa – już wtedy chodziła do sądu, żeby oglądać w pracy swojego ojca, sędziego pokoju. Pracę nad „Gdy ją odnajdą”, thrillerem psychologicznym pierwotnie wydanym w 2021 roku, Middleton rozpoczęła w listopadzie 2017 roku. Pisała głównie wieczorami, gdy tylko jej pierworodne dziecko osunęło się w objęcia Morfeusza. Latem 2019 roku, w trakcie urlopu macierzyńskiego po przyjściu na świat jej drugiego dziecka, podpisała kontrakt ze swoją agentką i już w następnym roku rozpoczęła współpracę z wydawnictwem Penguin Michael Joseph, które wpuściło na rynek jej pierwszą książkę. Pierwsze polskie wydanie przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka na rok 2022. W tłumaczeniu Tomasza Wilusza. Lię Middleton w pisarstwie pociąga przede wszystkim możliwość skrupulatnego przeanalizowania wewnętrznej sfery człowieka w oku cyklonu, tj. kryminalnych sprawy, w które, w taki czy inny sposób, główne obiekty jej twórczych zainteresowań są zamieszane. Kariera adwokacka, poza wszystkim innym, pomogła jej zrozumieć nie tylko zawiłości systemu, ale także jego ludzkie oblicze. Ludzi, którzy, zasłużenie lub nie, wpadają w tryby tej nieubłaganej machiny oraz ludzi, którzy ją tworzą. Pisanie umożliwia jej wejście w to jeszcze głębiej. Głębiej niż kiedykolwiek wcześniej.

To nie jest opowieść dla ludzi o słabych nerwach. Lia Middleton już na początku uśmierca ewentualną nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Bez względu na to, jak potoczy się historia naszej narratorki Naomi Williams, zło już się dokonało. Tego nie da się naprawić. Można tylko wyznać prawdę i liczyć na zrozumienie ogółu. Zdać na ślepy los. Zaryzykować utratę drugiego dziecka. A właściwie obu, bo w udręczonym umyśle prawdopodobnie jedynej osoby, która wie, gdzie jest Freya, tak to się przedstawia. Przewidywana cena prawdy. Niebezpodstawna obawa, która pcha Naomi w wir kłamstw. „Gdy ją odnajdą” to opowieść o nieidealnej, ale niewątpliwie kochającej matce, która jest przekonana, że straszliwie, okrutnie zawiodła swoją czteroletnią córeczkę. Matce, która nie wytrzymała presji. Dążyła do doskonałości. Pragnęła być jedną z tych matek, które wszystko robią tak jak trzeba. A przynajmniej stwarzają takie pozory. Wiedziała, że tak trzeba, że tego się od niej oczekuje. Tego oczekuje się od każdej matki. Chronić swoje młode za wszelką cenę. Ani na moment nie spuszczać ich z oka, nawet kosztem własnego zdrowia. Jeśli czujesz, że macierzyństwo cię przerasta, rób dobrą minę do złej gry. Nie możesz się zdradzić przed nikim z tej rzekomej słabości. Bo przykleją ci etykietkę złej matki, a tego byś nie zniosła. Co gorsza, mogą ci odebrać mały cud, który sprowadziłaś na ten smutny świat. „Gdy ją odnajdą” debiutującej na scenie literackiej Lii Middleton to rzadki okaz nawet wśród swoich, po mroczniejszej stronie beletrystyki. Nawet tutaj zwykle tlą się jakieś płomyczki nadziei. Zwykle możemy liczyć na to, że wszystko się ułoży, że postacie, do których się przywiązaliśmy, znajdą wyjście z koszmaru, w jaki nagle zamieniło się ich życie. Czerń się rozwieje, wrócą radosne kolory i znowu z ufnością będą patrzeć w przyszłość. Naomi i Aiden Williamsowie już zawsze przynajmniej jedną nogą będą tkwić w nieprzeniknionych ciemnościach. Pewnie nigdy nie przestaną myśleć o tym, co by było gdyby. Gdybyśmy się nie rozstali albo nie przeprowadzili na farmę. Albo chociaż gdyby nasza kochana Freya nie została na noc u uzależnionej od środków nasennych biologicznej matki. Naomi zastanawia się też nad tym, czy tragedii udałoby się uniknąć, gdyby dotrzymała słowa danego Aidenowi. Gdyby tej jednej nocy nie zażyła tych przeklętych tabletek. Może wtedy należycie wywiązałaby się z podstawowego obowiązku każdego rodzica – chronić swoje dziecko. Wtedy na pewno w głowie, by jej nie postało, by skrzywdzić swoją córeczkę. Czyżby? A czy przypadkiem już wcześniej tego nie próbowała? Wszystko wskazuje na to, że wina za rozpad małżeństwa w całości leży po jej stronie. Zrobiła coś, czego nigdy sobie nie wybaczyła. A potem mogła już tylko bezsilnie patrzeć, jak jej ukochany układa sobie życie z inną. Najtrudniejsza była jednak rozłąka z Freyą. Aiden wprawdzie pozwalał jej widywać się z córką, ale to, co zupełnie zrozumiałe, Naomi nigdy nie wystarczało. Marna „nagroda pocieszenia”, za którą Naomi i tak jest Aidenowi niezmiernie wdzięczna. Najwyraźniej kobieta uważa, że nawet na to sobie nie zasłużyła. Kara za grzechy. Sama skazała się na samotność – straciła nie tylko męża, ale i najbliższe przyjaciółki. Sama na cichej farmie pod lasem, gdzie już w dzieciństwie znalazła idealną kryjówkę. Teraz z niej skorzysta. Ta zrozpaczona kobieta, która chciała tylko być dobrą matką. Karkołomny, wręcz szalony krok. Czyn karalny, który na dodatek zwiastuje coś jeszcze mniej przyjemnego. Szokującego dla postronnego obserwatora, ale nie dla Naomi. Dla niej to coś w rodzaju ostatniej deski ratunku. Jeśli skłamie to ma szansę zatrzymać przy sobie tę namiastkę, tę bezcenną powłokę... Patrzyłam na to z niesmakiem przykrytym grubą warstwą współczucia. Nie pochwalałam, ale rozumiałam. Mało tego: podejrzewałam, że będę jej współczuć jeszcze bardziej, gdy potwierdzą się jej największe obawy. I gdy na wierzch wypłyną jej niecne postępki, zwykłe ludzkie błędy lub okropne zbrodnie z niezbyt odległej przeszłości.

Gdy ją odnajdą” Lii Middleton to wybitnie empatyczna „tragedia w trzech aktach” (plus prolog i epilog) podana z perspektywy kobiety, którą przy życiu trzyma już tylko jej nienarodzone dziecko i pragnienie ponownego ujrzenia swojej czteroletniej córeczki. Obiecała swojej dziecinie, że wróci i nie może znowu jej zawieść. Koniec z byciem złą matką. Naomi Williams zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jakie niechybnie poniesie, jeśli ten chwiejny domek z kłamstw runie. Ale w swoim mniemaniu najlepsze, co może zrobić, to ciągnąć tę maskaradę. Chwilami żałuje tego pierwszego, decydującego kłamstwa. Chwilami ogarnia ją przemożna potrzeba ujawnienia prawdy. W końcu może i jej ulegnie, tym samym narażając się na poważne oskarżenia. Gdyby tylko o to chodziło. Naomi nie boi się tak utraty wolności, jak utraty swoich dzieci. Motywacje czystsze od czynów. W istnej otchłani rozpaczy. W roztrzaskanym umyśle, który tak naprawdę od lat nie był w najlepszym stanie. Wszystko zaczęło się po narodzinach Frei Grace Williams. Uroczej dziewczynki, która była kochana... aż za bardzo? W każdym razie przynajmniej jedno z jej rodziców musiało poszukać pomocy specjalisty. Nic zdrożnego, to się zdarza, choć jak słusznie zauważa pani Middleton, za mało się o tym mówi. Takie osoby potrzebują wsparcia przede wszystkich w najbliższym otoczeniu. Kochał, a odszedł. Ze względu na dziecko. Bezpieczeństwo Frei zawsze było najważniejsze dla obojga jej rodziców. Podczas gdy ona uważała, że Freya jest najbezpieczniejsza przy niej, on z czasem doszedł do wniosku, że jest wręcz odwrotnie. Lia Middleton w trakcie policyjnych poszukiwań dziewczynki, później z udziałem cywilnych ochotników, od czasu do czasu zagląda w przeszłość (wspomnienia narratorki i już bardziej bezpośrednio: rozdziały retrospektywne), odsłania kolejne fragmenty coraz mniej szczęśliwego pożycia małżeńskiego ludzi, którzy sprowadzili na świat to nieszczęsne dzieciątko. Powiedzieć, że „Gdy ją odnajdą” zaczyna się od trzęsienia ziemi, to jak nie powiedzieć nic. To istny nokaut. Głaz, który czytelnik ma dźwigać do ostatniej kropki. A i bardzo możliwe, że ta historia będzie go prześladować długo po zakończeniu lektury. Middleton nie jest jedną z tych „cioteczek”, które tak dla zabawy trochę postraszą, ale koniec końców oczyszczą atmosferę. Zdejmą ten ciężki kamień z naszych serc. Prędzej dorzuci jeszcze kilka. Bo może być gorzej. Nie ma tego złego, co na gorsze by nie wyszło - na to musiałam się przygotować. W zasadzie, po takim wstępie, nie została we mnie nawet odrobinka nadziei na polepszenie sytuacji kobiety, której życie dało mocno w kość. Nieludzko sponiewierana potencjalna zbrodniarka. Gdyby nie ten wstęp, to pewnie nie czułabym tak silnej potrzeby przyszykowania się na taki obrót wydarzeń. Na szczyt mojej listy podejrzanych trafiłby ktoś inny, niemniej w skrytości ducha zapewne liczyłabym, że autorka, ewentualnie autor, jednak nie stchórzy. Odważy się i na takie tąpnięcie. Oczywiście, miałam na oku też inne osoby powołane do życia przez obdarzoną gargantuiczną wrażliwością początkującą powieściopisarkę, która moim skromnym zdaniem przebiła niejeden najgorętszy hit z mroczniejszych obszarów beletrystyki. A może zwykły wypadek? To jest jeden z tych, do którego nikt się nie przyczynił. Może tym razem nie ma winnych, a w każdym razie nie w takim sensie, jaki najpewniej najbardziej interesuje śledczych zajmujących się sprawą zaginięcia czteroletniej Frei. „Gdy ją odnajdą” to kolejny dowód na to, że mniej znaczy więcej. Kameralna opowieść, która w zasadniczej części rozgrywa się wewnątrz jednostki. Intymna, jak mało która. Mroczna, jak mało która. I ciężka, tak potwornie ciężka, bo żadna to przyjemność błądzić w umyśle ofiary, która mogła dopuścić się najgorszego. Naomi nie pamięta tej fatalnej nocy. Tylko przerażony głosik najdroższej jej osoby, który równie dobrze mógł jej się tylko przyśnić. Tak czy inaczej, matki nie było przy córce, kiedy ta najbardziej tego potrzebowała. Wyobraźcie sobie to poczucie winy, wyobraźcie sobie te katusze, ten ogrom cierpienia. Nie, nie musicie sobie tego wyobrażać. Lia Middleton sprawi, że to poczujecie. Mnie w każdym razie udzielały się dosłownie wszystkie emocje targające tą biedną kobietą. Jakbym weszła w jej skórę. Topiła się w tej rozpaczy. Z ciągle ściśniętą krtanią, często wilgotnymi oczami i niemal paraliżującym przekonaniem, że tak będzie już zawsze. Wystarczą sekundy, aby życie człowieka obróciło się w gruzy. By nie zostało już nic (prawie nic), co trzyma go na tym świecie. Jeden fałszywy ruch i lądujesz w piekle.

Niewielka scena, a na niej straszliwie udręczona kobieta, wokół której krążą mniejsze i większe ludzkie planety, skoncentrowane na poszukiwaniach zaledwie czteroletniej dziewczynki. Historia jakby z życia wzięta, przed którą czuję się w obowiązku ostrzec osoby oczekujące czegoś mniej zobowiązującego, czegoś lżejszego. Nie tym razem, moi mili. Prawniczka z Anglii Lia Middleton nie patyczkuje się z czytelnikami „na łamach” „Gdy ją odnajdą”, swojego pierwszego opublikowanego utworu literackiego. Thriller psychologiczny, który może wpędzić w prawdziwie depresyjny nastrój. Powieść bez skrupułów. Mocna, mroczna, przerażająca. Bezwzględna, paskudna, okropna. Piorunująca! Rewelacyjna!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz