Stronki na blogu

sobota, 29 października 2022

„Pearl” (2022)

 
Recenzja może zawierać spoilery „X” Ti Westa

Rok 1918. Pearl mieszka na odosobnionej farmie w Teksasie z apodyktyczną matką i schorowanym ojcem. Dziewczyna z niecierpliwością wyczekuje powrotu męża Howarda, który bierze udział w działaniach wojennych, ale częściej pogrąża się w marzeniach o wielkiej sławie. Pearl chce być jedną z tych tancerek, które z rozkoszą ogląda na wielkim ekranie w najbliższym miasteczku. Zrobić oszałamiającą karierę w branży filmowej, zamiast do końca życia tkwić na znienawidzonej farmie. Nie chce skończyć jak jej matka, która najwyraźniej uparła się, by ulepić ją na swoje podobieństwo. Dziewczyna podejrzewa, że rodzicielka jej nienawidzi. Bo jak inaczej wytłumaczyć jej uporczywe dążenie do zgotowania jej tak boleśnie rozczarowującej egzystencji, jaką sama toczy? Ale już niedługo Pearl będzie żyła pod dyktando matki. Wrodzony talent coraz głośniej dopomina się o uwagę, a trzeba korzystać z tego, co dała Natura.

Prequel przebojowego „X” Ti Westa ze stajni A24, retro slashera, kłaniającego się głównie „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera, ale też między innymi twórczości nieodżałowanego mistrza włoskiego kina grozy, Mario Bavy. „Pearl” to tajny projekt wdrożony tuż po zakończeniu zdjęć do „X” - zrealizowany w tajemnicy (ale za przyzwoleniem A24; nawiasem mówiąc West był zaskoczony tak szybkim uzyskaniem zielonego światła dla tej koncepcji) w Nowej Zelandii podczas pandemii COVID-19 za zaledwie milion dolarów. Tym razem scenariusz West opracował wspólnie z Mią Goth, która miała wcielić się w tytułową postać, tym samym ponownie stając na szczycie „piramidy aktorskiej”. W ramach przygotowań do tutejszej roli reżyser doradził Goth przestudiowanie taki obrazów jak „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha i „Czarnoksiężnik z Oz” Victora Fleminga oraz niewymienionych w czołówce George'a Cukora oraz Mervyna LeRoya. W głównym jeziorku inspiracji pływała też „Mary Poppins” Roberta Stevensona. Drugi etap niekonwencjonalnych badań Westa - z cyklu „rozwój amerykańskiego kina w XX wieku i jego wpływ na społeczeństwo” - koncentruje się więc na tak zwanej Złotej Erze Hollywood. Slasherowy melodramat „w technicolorze”. Disneyowskie niestarzejące się przeboje w horrorze o marzeniach. Rzeźniczy American Dream. Ostatnia(?) stacja: „MaXXXine”, czyli sequel „X”, którego akcja ma toczyć się w szalonych latach 80. XX wieku. Przewidywane otwarcie dystrybucji: rok 2023.

Kiedy jurna staruszka z „X” Ti Westa była dziewczyną. Jak Pearl żegnała się z niewinnością. Kiełkowanie złego nasienia na przeklętej farmie w Teksasie. Wejście jak w „X” - nieśpieszne otwarcie wrót stodoły, za którymi rozciąga się widok jak ze starej wiejskiej pocztówki. Z pozoru idylliczna farma niedziwnie podobna do tych wszystkich atrap, „budowli z kartonu”, radośnie stawianych w studiach filmowych jeszcze w latach 60. XX wieku. „Malowane niebo” (zwłaszcza nocne – ten Księżyc jak z dziecięcego rysunku), irytująco wesoła muzyczka, która w każdej, nawet najmniej stosownej chwili, może ustąpić miejsca złowieszczym nutom. Cóż to za harmider? Co za jazgot? Przypadkowy zlepek niedopasowanych utworów instrumentalnych. I jeszcze te przedobrzone efekty dźwiękowe, przesilone akcenty audio, przerost muzyki nad treścią. Chórek zagłuszający główny wokal. Tak miało być. Żadna tam seria niefortunnych zdarzeń, żaden, jak to nazwałam „przypadkowy zlepek bla, bla bla”, tylko przemyślane działanie. Czysta premedytacja. Ośmielę się jednak stwierdzić, że Ti Westa stać na więcej, na dużo śmielszą zabawę formą. Gdybym nie widziała „X”, pewnie bardziej doceniłabym tę udawaną podróż w przeszłość. Nie tak śmiała stylizacja zdjęć na powstałe dawno, dawno temu, jak poprzednio - w tym świecie przedstawionym kilka dekad później, bo „Pearl” to oficjalny prequel „X”. Jest rok 1918, wyjątkowo zjadliwa grypa zbiera śmiertelne żniwo. Pierwsza wojna światowa niebawem się skończy, ale póki co przystojny mąż tytułowej antybohaterki (w tej roli znowu Mia Goth, która, uważam, dostała jeszcze większe pole do popisu i bynajmniej tej szansy nie zmarnowała – jeśli myślisz, że w „X” na całą szerokość rozwinęła swoje olśniewające skrzydła, to zerknij na to) przebywa na froncie. Daleko od ciasnej klatki, w której więdnie jego uroczy kwiatuszek. Marnuje się Pearl na tej smutnej farmie. Takim talentem trzeba dzielić się ze światem, a nie dusić go w jakiejś amerykańskiej „dziurze zabitej spróchniałymi dechami”. To opowieść o niebrzydkim kaczątku, który pragnął stać się pięknym łabędziem. O młodej kobiecie, która nie bała się marzyć. Może dlatego, że w środku jeszcze nie dorosła? Umysł dziecka zamknięty w rozwiniętym ciele. Albo kobieta wyzwolona... za wcześnie. Nie te czasy, młoda damo. Pląsanie w fikuśnej sukience przed kamerami to żaden powód do dumy. Porządne kobiety nie robią takich rzeczy. Porządne kobiety zajmują się gospodarstwem domowym. Bez słowa skargi opiekują swoim mężami. Albo ojcami. W oczekiwaniu na własnego „podopiecznego” Pearl może pochylić się nad cudzym. Potem się zobaczy, ale dopóki Howard bohatersko walczy na obczyźnie, dziewczyna może nieco odciążyć swoją matkę. Korona jej z głowy nie spadnie, jeśli z łaski swojej umyje czy nakarmi schorowanego rodziciela. Najwyższy czas przestać bujać w obłokach i całkowicie skupić się na prawdziwym życiu. Na farmie zawsze jest coś do zrobienia, ale ta niewdzięczna dziewucha wciąż „zrywa się ze smyczy”. Karmi mrzonkami, nabija głowę zupełnie niepraktycznymi rzeczami. Nieosiągalne marzenia, odrealnione wizje, ślepa wiara w swoje możliwości. Im szybciej Pearl wyzbędzie się nadziei, tym lepiej dla niej. Drastycznie obniży wymagania, zacznie doceniać drobne przyjemności, bo na więcej mało kto na tym padole łez może liczyć. Garść okruszków z pańskich stołów – Pearl będzie miała szczęście, jeśli choć tyle od życia dostanie. Jeśli życie będzie dla niej choć odrobinę łaskawsze niż dla kobiety, która sprowadziła ją na ten podły świat. Życie to nie musical. Jeden z tych, które tak lubi wyobrażać sobie ta głupiutka pannica. Rzeczywistość jest brutalna. Czarna, nie różowa.

Slasher psychologiczny. Taki egzotyczny okaz. Kuriozum tym większe, że oblane starszą ektoplazmą. Kiedy jeszcze nie istniało coś takiego jak slasher. Ti West pokazuje, jak mogłoby to wyglądać, gdyby owo „szkaradne pisklę” wykluło się wcześniej. Przesuńmy rozkwit tego podgatunku do tak zwanej Złotej Ery Hollywood i zobaczmy, co się stanie. I patrzcie, co za strata! Że też „Teksańska masakra piłą mechaniczną” Tobe'ego Hoopera nie skrzyżowała się z „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha w pierwszej połowie XX wieku lub na początku drugiej. Szkoda, że przynajmniej jedna z nich nie powstała wcześniej. Takie oryginały chętnie bym sobie pooglądała, co szczerze mówiąc uświadomiła mi dopiero „Pearl”. Rozbudziła we mnie pragnienie, którego zaspokoić niepodobna. Chyba że w kontakcie z takimi „podrabianymi starociami”, jak ten tutaj. Psychopatyczna Perła, która chciała błyszczeć. Wyrwać się z depresyjnej farmy, z zaborczych, lepkich macek matki, która przegrała swoje życie oraz bezsilnych rąk ukochanego ojca, i zawojować świat. Wykorzystać swoje atuty. Urodzona aktorka i tancerka – tak widzi to Pearl, a jej nowy znajomy tylko umacnia ją w tym przekonaniu. Pracownik kina, które tytułowa postać stara się odwiedzać ilekroć matka wyśle ją na zakupy. Typowe amerykańskie miasteczko... kiedyś. Słodka kraina octem płynąca. Przynajmniej dla Pearl, ale los wreszcie zaczyna się do niej uśmiechać. Pierwsza okoliczność sprzyjająca jej ambitnym planom to wspomniany światowiec, który zbiera siły przed kolejną wyprawą podobno do Europy. Pearl oddałaby wszystko, żeby zabrał ją ze sobą, bo przecież wszyscy wiedzą, że prawdziwą sztukę robi się właśnie na Starym Kontynencie. Jej nowy przyjaciel nie mówi „nie”. Jego niekoniecznie fachowym okiem (trudno powiedzieć, ile prawdy jest w jego opowieściach) Pearl nadaje się na gwiazdę. W swojej tymczasowej „jaskini” (miejsce pracy, w którym najwyraźniej też mieszka) mężczyzna przechowuje taśmę, która według niego jest zapowiedzią nieodległej przyszłości. Pearl nigdy czegoś takiego nie widziała. Ma bogatą wyobraźnię, ale na coś takiego raczej by nie wpadła. Mogłaby połączyć przyjemne z przyjemnym. Ale najpierw Pearl zamierza dołączyć do zespołu filmowców, który niewątpliwie nie oczekuje od aktorek i aktorów zrzucania ubrań. Wyjść zwycięsko z przesłuchania organizowanego w miejscowym kościele dla młodych tancerek-amatorek. Prawdopodobnie to nie jest początek poszukiwań nowej gwiazdy kina, ale Pearl jest pewna, że na jej występie „cała zabawa się zakończy”. To jej szukają! Przekonacie się. A co z rodzicami? Zostawić ukochanego tatkę z kobietą, która traktuje go tak szorstko? A skoro mowa o tej wątpliwej królowej lodu – jak pokonać tę wielgachną przeszkodę na drodze do spełnienia swojego American Dream? Szykuje się krwawa jatka? Cóż, wielka uczta gore to na pewno nie jest. UWAGA SPOILER À propos uczty. Widok, jaki zastanie dzielny wojak po powrocie do domu zapewne podpatrzony w kultowym slasherze, jak się okazuje duchowym wsparciu nie tylko „X” tego samego reżysera KONIEC SPOILERA. Ale jedna sekwencja może sprawić, że przynajmniej w mniej zahartowanych żołądkach trochę się zakotłuje. Świeże mięsko dla pupilki. Dodatkowe punktu ode mnie za podzielenie ekranu – strzał w dziesiątkę. Jest i monolog w jednym długim ujęciu. Najbardziej intensywny moment, jaki przeżyłam w tym zwariowanym świecie przedstawionym, w czym największa zasługa oczywiście Mii Goth. Świecie pełnym duchów. Upiornych postaci nękających grzeszną dziewczynę. Makabra wdrukowana w skołowaną głowę. Straszliwe przypominajki. Oto, kim naprawdę jesteś, Pearl. Zajrzyj w głąb siebie i przytul to, co podarowała ci Natura. Zaakceptuj prawdziwą siebie i ciesz się życiem. Młodość nie będzie trwać wiecznie. Zanim się spostrzeżesz, skończysz jak twoja nieszczęsna matka. Wolisz być pod wozem czy na wozie? Bestia i tak kiedyś zerwie się z uwięzi, więc czemu nie uwolnić jej teraz? Zgubne podszepty, których Pearl nie potrafi wyciszyć. Próbuje, ale to takie trudne. Trudniejsze niż kiedykolwiek. Bo gdy świat depcze twoje marzenia...

W mojej ocenie oczko niżej od „X”, ta kolejna jazda Ti Westa. Bardziej powściągliwa zabawa formą, ale szykowna. Ma swój urok ta zwariowana „Pearl”, stylowy pomnik dla amerykańskich opowieści w technicolorze. Tych czarno-białych też. Slasher, który nie dość, że pomylił epokę, to jeszcze umościł się pod dość grubą psychologiczną kołderką. Ciekawie korespondujący z rzeczywistością – w czasie zarazy o innej zarazie. Naostrzyłam sobie zęby na więcej, ale nie uważam tego eksperymentu za nieudany. Nie nazwałabym rozczarowaniem tego, co mnie spotkało z tą niesforną „Pearl”, to absolutnie za mocne słowo, ale jednak liczyłam na troszkę więcej. Było dobrze, a mogło być bosko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz