Stronki na blogu

wtorek, 31 stycznia 2023

Michael Crichton „Park Jurajski”

 

W Kostaryce dochodzi do serii ataków na ludzi przeprowadzanych przez tajemnicze dzikie stworzenia. Ludzie zaangażowani w sprawę są przekonani, że mają do czynienia z jaszczurkami z rodzaju Basiliscus, ale jedna z osób uznaje za stosowne skontaktować się ze znanym ekspertem od dinozaurów, amerykańskim paleontologiem profesorem Alanem Grantem, który wstępnie identyfikuje agresywne stworzenia jako podobno wymarłe miliony lat temu teropody z rodzaju Procompsognathus. Zaraz potem on i jego doktorantka, paleobotanik Ellie Sattler przyjmują zaproszenie od jednego z prywatnych sponsorów wykopalisk archeologicznych profesora Granta, założyciela i dyrektora generalnego firmy International Genetic Technologies, Inc., częściej zwanej InGen, miliardera Johna Hammonda. Zaproszenie na jego wyspę Isla Nublar, oddaloną o ponad sto mil od zachodniego wybrzeża Kostaryki, gdzie gościem honorowym ma być też matematyk specjalizujący się w teorii chaosu, profesor Ian Malcolm. Jak się okazuje ekscentryczny bogacz pragnie zaprezentować im pierwszy w historii świata park rozrywki z dinozaurami, wielkim osiągnięciem biotechnologicznym spółki InGen.

Park Jurajski” (oryg. „Jurassic Park”): marka sama w sobie. Najbardziej rozchwytywane literackie osiągnięcie nieodżałowanego amerykańskiego powieściopisarza, reżysera, scenarzysty i producenta filmowego Michaela Crichtona, autora między innymi takich utworów, jak „Andromeda znaczy śmierć” (po raz pierwszy przeniesiona na ekran przez Roberta Wise'a w 1971 roku; tytuł polski: „Tajemnica Andromedy”), „Kula” (film Barry'ego Levinsona z 1998 roku pod tym samym tytułem), „Kongo” (film Franka Marshalla z 1995 roku pod tym samym tytułem), „W sieci” (film Barry'ego Levinsona z 1994 roku pod tym samym tytułem), „Wschodzące słońce” (film Philipa Kaufmana z 1993 roku pod tym samym tytułem), „Państwo strachu” aka „Korporacja strachu” i mój ulubiony „Rój” aka Predator". Crichton dorastał na Long Island, w Roslyn w stanie Nowy Jork, praktycznie od dziecka marząc o zostaniu pisarzem, co skłoniło go do rozpoczęcia studiów licencjackich z literatury w Harvard College. Rozczarowany swoimi wynikami zmienił kierunek, ostatecznie uzyskując tytuł licencjata z antropologii biologicznej. Potem ukończył Harvard Medical School – otrzymał tytuł lekarza medycyny, ale nigdy nie pracował w wyuczonym zawodzie.

W 1983 roku Michael Crichton napisał scenariusz o doktorantce, która dzięki ogromnemu rozwojowi inżynierii genetycznej przywraca światu pterodaktyla. Po namyśle pisarz doszedł jednak do wniosku, że takie przedsięwzięcie w rzeczywistości przekraczałoby możliwości finansowe przynajmniej większości naukowców, a i pozyskanie sponsorów wydawało mu się mało prawdopodobne, choćby z tego powodu, że nie ma - a w każdym razie Crichton go nie dostrzegał - żadnego logicznego uzasadnienia dla odtwarzania dinozaurów. Poza celami stricte rozrywkowymi, na których, rzecz jasna, „przy okazji” można by sporo zarobić. Tak w głowie jednego z największych mistrzów technothrillerów narodził się egzotyczny kaprys bogacza. W pierwszym szkicu powieści narratorem Michael Crichton uczynił małego chłopca, ale ostatecznie (kilka szkiców później, negatywnie opiniowanych przez jego zaufanych pierwszych czytelników) rozstał się ze swoim małoletnim umownym sprawozdawcą niewiarygodnych wydarzeń w Parku Jurajskim. Światowa premiera powieści przypadła na rok 1990, ale prawdziwe dinoszaleństwo rozpoczęło się parę lat później, po wypuszczeniu filmowej adaptacji bodaj opus magnum Crichtona, którego scenariusz pisarz opracował wespół z Davidem Koeppem. Jednego z najbardziej dochodowych obrazów w historii kina, wyreżyserowanego przez Stevena Spielberga, który potem namówił autora oryginału (nacisk opinii publicznej też pewnie nie był tutaj bez znaczenia) do „wyczarowania” drugiej powieściowej cegiełki o zmodyfikowanych genetycznie dinozaurach – jedyny sequel w bibliografii Michaela Crichtona. Pierwsza edycja „Parku Jurajskiego: Zaginionego świata” Michaela Crichtona (podtytuł to świadomy ukłon w stronę pierwotnie wydanej w 1912 roku powieści Arthura Conana Doyle'a) pojawiła się w roku 1995, a już dwa lata później światło dzienne ujrzała filmowa wersja, znowu w reżyserii Stevena Spielberga. A potem na jurajski pokład zaczęli wskakiwać inni filmowcy i pisarze – ten markowy szyld, ta przebojowa franczyza właściwie nieustannie się rozbudowuje. Podczas gdy wielu innych to właśnie film Stevena Spielberga z 1993 roku skłonił do zapoznania się z książkowym pierwowzorem, mnie zniechęcił do tej literackiej przygody. Michael Crichton to jeden z moim ulubionych pisarzy, dlatego nie wykreślałam tej pozycji ze swoich planów czytelniczych. Zawsze odległych... dopóki wydawnictwo Vesper nie skruszyło mojego wieloletniego i na dobrą sprawę bezsensownego oporu. Nie oceniaj książki po filmie. Ani po okładce? Cóż, tym razem działalność wbrew tej drugiej, generalnie rzecz biorąc niegłupiej zasadzie, bardzo mi się opłaciła. Zjawiskowe opakowanie Artura Rudnickiego (Vesper 2022, w tłumaczeniu Krzysztofa Bednarka) jakby wyleczyło mnie z tej niemądrej awersji. Zagłuszyło nieprzyjemne wspomnienia, jak by nie patrzeć, z dzieciństwa – tak, nie zadałam sobie nawet trudu, by po latach ponownie skonfrontować się z tą hitową produkcją twórcy między innymi „E.T.” i „Szczęk”. Zrobiłam to dopiero po przeczytaniu oryginału i muszę przyznać, że już tak bardzo nie przeszkadzała mi bajkowa forma „Parku Jurajskiego” Stevena Spielberga, jak w okresie, kiedy teoretycznie takie rzeczy powinny być lepiej przyswajalne. Tak się jednak niefortunnie złożyło, że adaptacja najpoczytniejszej powieści Michaela Crichtona w moim przypadku wstrzeliła się w okres wzmożonego, żeby nie powiedzieć beznadziejnego zainteresowania kinem grozy. Moje oczy tymczasowo były więc przystosowane wyłącznie do nieporównywalnie mroczniejszych klimatów:) Choćby takich jak w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona, brutalniejszej przeprawie przez nienaturalny świat dinozaurów. Bezwzględny technothriller, w którym nie oszczędzono nawet niemowlaków. Zjadliwa krytyka gatunku ludzkiego, czy raczej środowiska naukowego, które zdaniem Crichtona chyba stało się zbyt pazerne. Zysk ponad wszystko. I zatrważająca pycha, kompleks Boga. Samozwańczy królowie Ziemi, którzy wypowiedzieli z góry skazaną na niepowodzenie wojnę Matce Naturze. „Nawet nie potrafimy sobie wyobrazić powolnego rytmu przemian Ziemi ani potęgi ich oddziaływania. I nie mamy w sobie dość pokory, aby próbować to zrobić. Ludzie istnieją na tej planecie przez zaledwie mgnienie jej oka i jeśli jutro znikniemy, Ziemi nie będzie nas brakowało […] Ta planeta nie znalazła się w niebezpieczeństwie. To nasz los jest zagrożony” - to fragment jednego z wykładów, używając określania samego Crichtona, „ironicznego komentatora akcji”, profesora Iana Malcolma, czegoś w rodzaju głosu sumienia „Parku Jurajskiego”. Jak to zwykle bywa ignorowanego przez armię ludzików, która wie lepiej. „Żywa skamielina”, jeden z ostatnich przedstawicieli odpowiedzialnych, myślących perspektywicznie, niebiorących udziału w naukowym wyścigu szczurów, wyższej inteligencji w szeregach Homo sapiens. Ulubiony bohater czytelników (oczywiście nie wszystkich) przynajmniej pierwszego „Parku Jurajskiego” Michaela Crichtona, zdobywcy australijskiej BILBY Award, corocznie przyznawanej z wyboru dzieci.

Zawsze pozostaje jakiś ślad na to, że naukowcy byli tu czy tam i dokonali swojego odkrycia. Każde odkrycie to gwałt na naturze. Zawsze! I naukowcy pragną, żeby tak było, muszą wtykać te swoje przyrządy. Muszą zostawić swój ślad. Nie wystarcza im obserwacja. Nie potrafią ograniczyć się do podziwiania. Po prostu nie mieszczą się w naturalnym porządku, nie pasują do niego. Koniecznie muszą sprawić, żeby zdarzyło się coś sprzecznego z naturą.”

Przerażająca i diabelnie fascynująca „sztuka w siedmiu aktach zatytułowanych przez profesora Iana Malcolma” (opisane grafiki składające się na sformułowaną przez niego teorię matematyczną na stronach tytułowych wszystkich działów/ksiąg „Parku Jurajskiego”). W większość osadzona na fikcyjnej wyspie o nazwie Isla Nublar, leżącej na zachód od Kostaryki. Michael Crichton uczynił ten całkiem spory kawałek ziemi prawowitą własnością klasycznego burzyciela, miliardera w jesieni życia nazwiskiem John Hammond. Czy tam założonej przez niego firmy biotechnologicznej, stworzonej z myślą o ziszczeniu największego marzenia starszego pana, wyżej wspomnianego prezesa InGenu. Po pięciu latach intensywnej i nadzwyczaj kosztownej pracy, tytułowy park jest już na ukończeniu. Najwyżej kilkanaście miesięcy przed planowanym otwarciem dla zapewne majętnych klientów z różnych zakątków świata, pierwszego dinozaurzego wesołego miasteczka (w przygotowaniu są już kolejne), zbzikowany staruszek sprowadza na Nublar wybranych naukowców, z którymi już wcześniej nawiązał mniej i bardziej owocną współpracę: światowej sławy eksperta od dinozaurów, profesora Alana Granta, współpracującą z nim doktor Ellie Sattler i przebrzydłego mąciciela (zdaniem Hammonda), profesora Iana Malcolma. Przynajmniej Alan i Ellie kompletnie nie spodziewali się tego, co zastali na tej obficie zalesionej wyspie, ale ich reakcja też nieco odbiega od wyobrażeń rozentuzjazmowanego organizatora tego niewiarygodnego safari. Spodziewany zachwyt miesza się z jakże niemile widzianym przez gospodarza niepokojem. Alan i Ellie nie są wprawdzie takimi czarnowidzami jak „ten przeklęty matematyk”, ale nawet tak mocno skoncentrowana na sobie jednostka, jak John Hammond zauważa, iż tak naprawdę żaden z jego honorowych gości nie czuje się w pełni komfortowo w tej czarodziejskiej krainie. A raczej śmiałym dokonaniu w dziedzinie inżynierii genetycznej. To samo można powiedzieć o jego siedmio- lub ośmioletniej wnuczce Lex Murphy. Tak naprawdę tylko jej jedenastoletni brat Tim nie posiada się ze szczęścia na tym, bądź co bądź, szalenie niebezpiecznym, odizolowanym terytorium. W malowniczym zakątku, który niebawem zostanie całkowicie odcięty od reszty świata – tropikalna burza i niekoniecznie zwykła awaria systemu. Michael Crichton zgodnie ze swoim zwyczajem, obudował tę, na szczęście fikcyjną, opowieść aktualnymi (przynajmniej na przełomie lat 80. i 90. XX wieku) zagadnieniami naukowymi: teorie, badania, opracowania, odkrycia, suche informacje nie tylko na temat dinozaurów. W polu jego największego zainteresowania, na tym powiedzmy stricte naukowcem obszarze, znalazła się też teoria chaosu, pod którą podwaliny położył Edward Lorenz. Ulubiona teoria niepoprawnego sceptyka, nieuleczalnego pesymisty, ktoś może nawet powiedzieć, że strasznego cynika, profesora Iana Malcolma, wymyślonej postaci, do której jej stwórca najprawdopodobniej najmocniej się przywiązał w tym zróżnicowanym, rzekomo wymarłym świecie. Prehistoria się powtarza. Stworzenia, które wyginęły miliony lat temu z woli człowieka, nie Matki Natury, wracają na ten padół łez. Genetycznie zmodyfikowane roślinożerne i mięsożerne pradawne zwierzęta z różnych okresów historycznych (w naturalnych biegu niektóre z nich nigdy się nie spotkały), które w przekonaniu tutejszych Frankensteinów („Park Jurajski” najczęściej jest kojarzony z opus magnum Mary Shelley) nie mogą się rozmnażać i przetrwać poza Isla Nublar, ale ta druga hipoteza na użytek czytelników zostaje obalona już w pierwszej partii owej trzymającej w nieznośnym napięciu, mocno przygnębiającej opowieści. To ludzie ludziom (i dinozaurom!) zgotowali ten los. Obrzydliwy gwałt na Naturze. Widzimisię człowieka, który ewidentnie nie wie, co robić z pieniędzmi. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek destrukcji, która swój początek znajduje w przeogromnym zapleczu finansowym. „Park Jurajski” to według mnie nie tylko przestroga przed bezrozumnym postępem, wariackim biegiem ku samounicestwieniu (gen autodestrukcji jakby wpisany w DNA człowieka), ale również zachęta do gorzkich refleksji na temat żądzy pieniądza. Życie bogacza czasami bardziej przypomina otchłań szaleństwa, aniżeli bajeczne błonia, poprzecinane mlecznymi i miodnymi strumykami. Na marginesie: dlaczego Ian Malcolm nie przekazał dalej arcyważnej informacji o pewnym nieszczęsnym statku? Nieścisłość fabularna? Niedopatrzenie autora?

Kto ma ochotę na podnoszącą na duchu opowiastkę o dinozaurach, to powinien (po raz enty?) wybrać się do „Parku Jurajskiego” Stevena Spielberga. Powieściowy pierwowzór wiecznego pióra, nieśmiertelnego długopisu Michaela Crichtona lepiej odłożyć na bardziej depresyjny nastrój. W każdym razie oryginalny „Park Jurajski” to zdecydowanie mniej optymistyczna, miejmy nadzieję, że nieprorocza wizja z mniej i bardziej milusimi prehistorycznymi stworzeniami, które wcale nie prosiły się na ten Crichtonowski świat. Tutaj nawet największy znany drapieżnik w historii Ziemi, Tyrannosaurus rex, może bardziej uchodzić za ofiarę niż oprawcę. Uogólniając, największymi potworami są ludzie: niewdzięczni, zachłanni, porażająco aroganccy chwilowi(?) goście na planecie, która nigdy nie była i nigdy nie będzie ich własnością. Oburzonych takimi twierdzeniami nie tylko nie zniechęcam do przeczytania „Parku Jurajskiego” Michaela Crichtona, ale tym goręcej namawiam do wzięcia udziału w tej katastrofalnej przygodzie. Stosownie brutalnej, cudnie ponurej i łzawej, ale nie ckliwej, wielkiej przygodzie na nowożytnej wyspie dinozaurów.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz