Stronki na blogu

wtorek, 21 marca 2023

„Beyond Terror” (1980)

 

Młodzi przestępcy, Chema, Jazz, Lola i jej brat Nico, napadają na restaurację. Zaniepokojony przechodzień wzywa policję i dochodzi do strzelaniny, w której ginie większość osób przebywających w lokalu. Pozostałe przy życiu trio agresorów na zakładników bierze niedoszłych klientów restauracji, Jorgego i żonę jego szefa Lindę, która od początku cieszy się specjalnymi względami herszta bandy, Chemy, co najbardziej nie podoba się Loli. Pierwszym przystankiem uciekających przed karzącą ręką sprawiedliwości i porwanej przez nich pary jest przytulny dom na odludziu zamieszkały przez bezbronną staruszkę i małego chłopca. Gang nie okazuje im cienia litości, tym samym ściągając na siebie niepożądaną uwagę sił nieczystych.

Przemoc, seks, narkotyki i zemsta. Niskobudżetowy hiszpański horror w reżyserii Tomása Aznara, którego scenariusz napisał wespół z Miguelem Lizondo i Alfredo Casado. Scenariusz wpisujący się w nurt quinqui, gałąź exploitation film, której najprężniejszy rozrost przypadł na końcówkę lat 70. i lata 80. XX wieku. Quinqui to „wynalazek hiszpański” zainspirowany francuską Nową Falą, zapoczątkowaną pod koniec lat 50. XX wieku oraz włoskim neorealizmem - brutalne, surowe i tanie filmy o zdemoralizowanych młodych ludziach z niższych warstw społecznych (także, jeśli nie przede wszystkim, wywodzących się z klasy robotniczej), ulicznych przestępcach i zwykle niepatyczkujących się z nimi gliniarzach. „Beyond Terror” (oryg. „Más allá del terror”) jest trzecim pełnometrażowym obrazem nieżyjącego już Tomása Aznara (wcześniej wyreżyserował też mało znane „El libro de buen amor” 1975 i „Viva/muera Don Juan Tenorio” 1977), który światło dzienne ujrzał w roku 1980, wyłącznie na swojej rodzimej hiszpańskiej ziemi. Trzy lata później pokazał się w Republice Federalnej Niemiec (wydanie VHS, pt. „Terrorgang”), a do Stanów Zjednoczonych dotarł dopiero w roku 2021 (wydanie Blu-ray).

Chłopiec i jego pies. Nie, nie uprzedzajmy faktów. Na początku była schadzka. Umówione spotkanie młodej kobiety ze starszym nieznajomym, liczącym na szybki numerek w pierwszym lepszym hotelu/motelu. Ona jednak szybko studzi jego zapędy; wyraźnie daje mu do zrozumienia, że nie jest kobietą tak lekkich obyczajów, jak najwyraźniej sobie wyobrażał. On prosi o wybaczenie i proponuje przyjaźń, po czym jego towarzyszka mówi mu o pewnym romantycznym miejscu, obiecując, że podróż nie zabierze im wiele czasu. I tak przywraca ledwo rozwianą nadzieję rozochoconemu chłopinie. Niebezpieczna zabawa z nieznajomym? W cichym zakątku - malowniczym, a przy tym cudnie ponurym - w tym obcym człowieku może obudzić się bestia. W każdym razie otwarcie „Beyond Terror” Tomása Aznara pachnie, czy jak kto woli chuchnie, podgatunkiem rape and revenge i nie sądzę, aby to był przypadek. Biorąc pod uwagę wszystko to, co wydarzyło się później. Bardziej wyrozumiali odbiorcy „Beyond Terror” mogą to nazwać sprytnym pogrywaniem z oczekiwaniami stałych klientów niesamowicie przepastnego horrorowego pubu, ale ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że stwórcy tej „małej szkarady” nie do końca niniejszy eksperyment przemyśleli. Wrzućmy do tego kotła całą (nie taką znowu bogatą) zawartość lodówki i zobaczmy, co z tego wyniknie. Ni to film motocyklowy, ni szerzej film drogi. Bardziej satanic horror, a może po prostu ghost story? UWAGA SPOILER Z zombiastyczną posypką KONIEC SPOILERA. O żądnych zemsty duchach na brudnoszarym pustkowiu. O zdeprawowanych zbłąkanych uciekinierach, którzy z zadziwiającą łatwością podporządkowują sobie „niedobraną parę przykładnych obywateli”. Linda i Jorge (nieprzekonujące kreacje Alexii Loreto i Antonio Jabalery) zupełnym przypadkiem wpadli w brudne łapska gangu Chemy (w tej roli Francisco Sánchez Grajera, który według mnie ramię w ramię z Emilio Siegristem wcielającym się w postać Nico, ratował honor zasadniczej obsady, w szeregach której jest jeszcze manieryczna Raquel Ramirez. Uważam jednak, że lepiej sprawa przedstawia się „po drugiej stronie barykady”, głównie dzięki małoletniemu właścicielowi nieprzejednanego owczarka niemieckiego). Nadziali się na nich w lokalu, w którym na swoje nieszczęście(?) postanowili zjeść kolację. Napad, strzelanina, masa trupów – entuzjaści kina gore mogą być jednak niepocieszeni... i tak aż do ostatniej drastycznej akcji, a na pewno jedynej, która moim zdaniem zasługuje na jakieś tam, niewielkie, wyróżnienie – i błyskawiczna ucieczka z miejsca zbrodni. Złodzieje i zimnokrwiści zabójcy, banda właśnie uszczuplona o jedno ogniwo, czyli już tylko Chema, Lola i jej brat Nico, przytomnie porzucają swoje blaszane rumaki (motocykle) i wybierają bezpieczniejszy w tej sytuacji środek lokomocji w postaci samochodu niedoszłych klientów feralnej restauracji. W komplecie z rzeczonymi „klientami”. Jorge co prawda trochę się stawia, ale... No właśnie, tylko troszeczkę. Nie ma co drzeć kotów z psycholami, lepiej prędko dostosować się do nowej sytuacji. I nieważne, że lider tej śmiertelnie niebezpiecznej grupy przystawia się do jego przyjaciółki. Więcej niż przyjaciółki, raczej niewiernej żony właściciela firmy, w której pracuje Jorge. Można powiedzieć, że Linda ma wszystko oprócz miłości. Majętny człowiek, któremu przysięgała dozgonną wierność, nie okazuje jej należytego zainteresowania. Tak, obsypuje drogimi prezentami, ale to stanowczo za mało. Jej doskwiera samotność. Tak mocno daje jej się we znaki, że gotowa wskoczyć na pierwszy z brzegu kwiatek. Ba! Może być i chwast (wybaczcie proszę tę odrażającą dehumanizację), byle prawdziwie, a nie tylko na pokaz, się o nią troszczył. Jorge może i sprostałby tym niewygórowanym wymaganiom, gdyby w paradę nie wszedł mu młodzieniec z piekła rodem. Bad, bad boy.

Danse Macabre w porzuconej świątyni. Wybornie ponure zdjęcia Julio Bragado w niezłej komitywie ze ścieżką dźwiękową, aczkolwiek jedna zażarta kłótnia w moim odbiorze się tym warstwom technicznym przydarzyła (wyprawa rodzeństwa). Się bestyjki pogryzły. W każdym razie na tym pustkowiu nie-bohaterowie „Beyond Terror” Tomása Aznara spędzą najwięcej czasu. Przymusowy przystanek, który wydaje się nie podlegać ziemskim prawom fizyki. No cóż, witamy w Strefie Mroku! Zaprzedanie duszy Diabłu, coś w rodzaju paktu podpisanego z Rogatym Księciem Ciemności. Była zbrodnia, będzie i kara. Terror gangu Chemy w zasadzie trwa od dłuższego czasu – można powiedzieć doświadczeni złodzieje z rękami nie tyle splamionymi, ile unurzanymi w ludzkiej krwi – ale nie ulega wątpliwości, że ten koszmar sprowadzili na siebie niedługo po strzelnianie w restauracji. Przedostatni postój straconych chłopców i dziewczynki, już w towarzystwie Lindy i Jorgego, który dla mnie okazał się najbardziej emocjonującym, najboleśniejszym „rozdziałem” omawianej produkcji. Dosadnym w treści, nie w grafice. Okrucieństwo nie do przyjęcia, akcja pod tytułem home invasion, która pewnie nieszybko zatrze się w mojej pamięci. Zimno prawie tak przeraźliwe jak w „Funny Games” Michaela Hanekego (oryginale i remake'u). No dobrze, z tym porównaniem to może trochę przesadziłam (trochę?!), ale ta bezwzględność, niekłamana przyjemność (czysta frajda bezapelacyjnie skrzywionych jednostek), to przerażająco lekkie sianie zniszczenia... I jeszcze milczące przyzwolenie Lindy i Jorgego. Dobrze, coś tam mówią, ale jakoś słabo ich słychać. Wybitnie wątłe głosiki i dziwnie niezaszokowane twarze. Stoją jak te barany (z całym szacunkiem dla baranów) nawet wtedy, gdy rzekomi porywacze zostawiają ich samych. Zupełnie jakby wpadli na herbatkę – siedzą sobie w salonie z działającym telefonem, rzecz jasna stacjonarnym, pod samym nosem i pobitą do nieprzytomności, mocno posuniętą w latach gospodynią rozciągniętą w kącie. Nie nadążałam za tymi postaciami. Przeklęte sprzeczne sygnały. Zakładnicy czy wspólnicy? Po tym bezpardonowym, bezdusznych, ohydnym „naruszeniu” – bardziej spopieleniu – miru domowego, już trochę łatwiej było mi „ugryźć” tę potulną parkę. Nie żebym ich polubiła (o na pewno nie!), ale nie ogarniała mnie już tak potężna konfuzja, jak w tamtym Domu Zgrozy. Może powinna, bo co to za przyjaciel, który bez walki oddaje cię potencjalnemu gwałcicielowi. Oj tam, oj tam, przecież wszyscy widzą, że trafiła ją strzała Amora. Miłość od pierwszego wejrzenia. Dobrze, niech będzie, że od drugiego. Gołąbeczki niechaj sobie trochę w tym nieprzytulnym kościółku pogruchają, a Jorge w tym czasie na spokojnie opracuje jakiś (jakikolwiek!) plan ucieczki. Tymczasem diaboliczne rodzeństwo przeprowadzi coś na kształt czarnej mszy. Taka tam spontaniczna zabawa – bluźnierczy pokaz wymyślany na poczekaniu, improwizacja, pójście na żywioł, miast trzymanie się jakiegoś wcześniej ustalonego, czy skądś wygrzebanego scenariusza – powiedziałabym dokładnie na ich poziomie. Odważnie, a już najodważniej w „wielkim finale” tych kpiarskich popisów orłów nie-intelektu. Co tam rozum, grunt, że los jest dla nich łaskawy. Był łaskawy, bo ta aż niewiarygodnie długa dobra passa dobiegła końca jeszcze przed nietradycyjnym (nienaturalne moce, demoniczne siły za kierownicą) dobiciem do tego szalenie niestabilnego, „upiornie” grząskiego brzegu. Oczywiście, ta hihi haha łepska ekipa nieprędko, jeśli w ogóle, dojdzie do takiego przekonania. Oczywista sprawa dla oglądającego (aż za bardzo uświadomiony przez architektów „Beyond Terror”), nieoczywista dla proszonych gości tego piekielnego przyjęcia. Nieprzypadkowe zderzenie z koszmarem. W pełni zasłużone? To już każdy musi sobie rozstrzygnąć wedle własnego sumienia - wewnętrznego, osobistego systemu prawnego:) - o ile zechce mu się ten niedoskonały produkt obejrzeć. Według mnie najzacieklej broni się klimatem – brudnawy, szarawy, izolacyjny, na dobrą sprawę całkowite odcięcie od tak zwanej cywilizacji wspomagane okultyzmem – ale ma też swoje momenty. Wspomniany już bezkompromisowy kawałek home invasion i też wzmiankowana profanacja, jakiej we współczesnym kinie chyba próżno szukać. Czy dzisiaj ktoś poważyłby się na coś takiego? Z nieprzyziemnych, tj. paranormalnych atrakcji, najlepiej wspominam drugie wejście do niskiej, klaustrofobicznej kamiennej szopy sąsiadującej z pobłogosławionym zamkiem, w którym zalęgło się zło. I tak wracamy do chłopca i jego psa, może nie czołowych, ale najbardziej aktywnych skrzypków w tej szatańskiej filharmonii – niejazgotliwa, a wręcz bardzo subtelna nieziemska melodia, która działała na mnie lepiej niż chore przeboje w podziemiach. UWAGA SPOILER Orgia z żywymi trupami, czy tam zbiorowy gwałt. Dobrze myślę? Nie mam natomiast wątpliwości co do kazirodztwa – tutaj też pozostawiono pole dla wyobraźni widza, ale już nie tak szerokie;) KONIEC SPOILERA.

Koślawa historyjka, hiszpańska potwora, która pewnie znajdzie jeszcze niejednego amatora. Długiej kolejki się nie spodziewam - ani teraz, ani nigdy - ale najwytrwalsi poszukiwacze mocniejszych wrażeń prędzej czy później pod ten adres zapewne dotrą. O ile jeszcze się na ten „Beyond Terror” Tomása Aznara nie natknęli. Klimatyczne pomieszanie z poplątaniem. Niedopracowane, żeby nie powiedzieć okropne, dialogi, niedających się lubić (głupkowatych?) postaci między innymi w piekielnej Strefie Mroku. Bardziej nudnawo niż krwawo, ale swój tandetny urok ma. Ta maleńka paskuda. Odgrzebałam i trochę pożałowałam. A trochę nie.

2 komentarze:

  1. Te propozycje akurat nie dla mnie, ale myślę, że będę częściej zaglądać na twojego bloga, bo ostatnio ciągnie mnie do mocniejszej literatury

    OdpowiedzUsuń