Stronki na blogu

środa, 20 grudnia 2023

„The Portrait” (2023)

 
W wypadku drogowym Alex doznał urazu czaszkowo-mózgowego, co wpłynęło na jego mowę i pamięć. Licząc na zwalczenie amnezji, opiekująca się nim żona Sofia organizuje wspólny pobyt w jego od dawna niezamieszkanej rodzinnej posiadłości, gdzie kobieta niebawem znajdzie intrygujący autoportret z 1937 roku przedstawiający przodka Alexa, diabolicznego Calvina DuBose. Genialnego artystę i nikczemnego człowieka, po którym małżonek Sofii najwidoczniej odziedziczył wygląd zewnętrzny. Uderzające podobieństwo, którego kobieta nie jest w stanie zweryfikować, nie udaje jej się bowiem znaleźć oryginalnych fotografii mrocznego Calvina. Informacji na jego temat dostarcza jej najbliższa sąsiadka, kuzynka Alexa imieniem Mags, nieukrywająca swojej fascynacji tą szaloną postacią. Sofia początkowo sceptycznie zapatruje się na jej opowieści o zdeprawowanym malarzu, podważając nawet świadectwo własnych zmysłów, ale pod naporem dowodów nieubłaganie kruszy się niewiara poważnej pani naukowiec w sferę nadprzyrodzoną.

Plakat filmu. „The Portrait” 2023, David Griffiths Films, Ambassador Film Group, Bad Batch Films

Brytyjsko-amerykański thriller psychologiczny z drobnymi elementami horroru będący pełnometrażowym debiutem reżyserskim Simona Rossa, który pracował na scenariuszu Davida Griffithsa, między innymi autora „Nożownika” nieodżałowanego Williama Friedkina, twórcy wybitnego „Egzorcysty” z 1973 roku. Kameralna opowieść nawiązująca do tradycji gotyckiej, opowieść o patologicznej żałobie i teoretycznie nawiedzonym obrazie. Marriage thriller w konwencji - dzieła sztuki o niezwykłych właściwościach - której czołowym przedstawicielem jest „Portret Doriana Graya” Oscara Wilde'a, arcydzieło literatury światowej z XIX wieku. „The Portrait” Simona Rossa po raz pierwszy pokazał się w drugiej połowie października 2023 roku na San Diego International Film Festival, a swoją europejską premierę miał kilkanaście dni później: Halloween z Raindance Film Festival, gdzie wziął udział w konkursie (nominacja) na najlepszy brytyjski film fabularny 2023. Regularna dystrybucja ruszyła (najpierw Stany Zjednoczone i Kanada, następnie Wielka Brytania) ponad miesiąc później na platformach streamingowych.

Przeraźliwie płaski dreszczowiec o nawiedzonym domu. „The Portrait” Simona Rossa otwiera gwałtowna scena z 1937 roku: furia „mężczyzny bez twarzy”, niedługo tajemniczego oprawcy młodej kobiety. Bezrozumna przemoc i płynne przejście do czasów współczesnych. Widok stary jak świat – albo jak „Lśnienie” Stanleya Kubricka:) - samochodowa podróż z lotu ptaka, małżeńska wyprawa do rodzinnej rezydencji mężczyzny. W zasadzie to wyłączna inicjatywa życiowej wybranki tego najwyraźniej niezdolnego do podejmowania jakichkolwiek decyzji, milczącego dżentelmena z pustym spojrzeniem – przykuwająca uwagę kreacja Ryana Kwantena, któremu w „The Portrait” partneruje Natalia Cordova-Buckley, według mnie w przeciętnym stylu wcielająca się w bardziej wymagającą postać z potężnymi wyrzutami sumienia. Z jej wspomnień – też krainy marzeń sennych – szybko dowiadujemy się, że Sofia niechcący „wrzuciła Alexa pod pędzący samochód”. Sprzeczka pary naukowców, która skończyła się tragicznie. Wygląda na zwykły wypadek, ale czy możemy ufać pamięci Sofii? Obwinia się za niecelowe działanie, za mimowolne skrzywdzenie męża, w rzeczywistości mogło to jednak wyglądać inaczej. Wyparcie? Zasłona niepamięci, klasyczna obrona mózgu przed potencjalnie druzgocącą prawdą. Nie tyle przypadkowy ruch wzburzonej jednostki, ile próba zabójstwa. Bardziej impuls niż premedytacja, nagła przemożna chęć pozbycia się aroganckiego partnera, popchnięcie w afekcie na widok zbliżającego się pojazdu? Jakkolwiek to wyglądało, nasza przewodniczka po smętnym świecie przedstawionym w „The Portrait” Simona Rossa, zapamiętała to jako ożywioną dyskusję małżonków chwilowo niezwracających stosownej uwagi na drogę. Tak naprawdę wystarczył ułamek sekundy, by zrujnować życie obojga. Osobowość wymazana i dusza oblężona. Alexa już nie ma, jest tylko pusta skorupa, zimna powłoka cielesna, pusta kartka, którą Sofia desperacko usiłuje wypełnić. Odblokować wspomnienia okrutnie poszkodowanego człowieka, który stracił wszystko. Z wyjątkiem żony, z jednej strony trzymającej się nadziei na odzyskanie ukochanego, a z drugiej coraz bardziej pogrążającej w patologicznej żałobie. Grzęźnie w bajorze rozpaczy, gubi na depresyjnych mokradłach, w perspektywie być może mając już tylko całkowite zanurzenie, definitywne uwolnienie od męki istnienia. Mogła zdać się na pomoc specjalistów, zamknąć niezdolnego do samodzielnej egzystencji małżonka w jakimś ośrodku, ale w jej przekonaniu to przesądziłoby o śmierci Alexa. Cała nadzieja w Sofii, osobie najbardziej zdeterminowanej w walce z okropną amnezją i chyba też odbierającej to jako częściową spłatę ogromnego długu zaciągniętego u człowieka, który miał przed sobą świetlaną przeszłość, a teraz nawet nie wie, kim jest. Pokuta Sofii: zredukowanie życia do nieobliczalnej istoty wymagającej praktycznie całodobowej opieki i mocne postanowienie poprawy jego kondycji zdrowotnej. Powrót do rodzinnego domu miała przysłużyć się misji Sofii – w tym skromnym przedsięwzięciu upatrywała największej szansy na wydobycie choćby marnej garstki wspomnień Alexa z przepastnej gardzieli niepamięci, ale natrafiła na niezwyczajną przeszkodę. Uwagę głównej (anty?)bohaterki rozproszyło tytułowe znalezisko, niepokojący obraz przechowywany w mrocznym pokoiku będącym częścią niebagatelnego spadku jej ubezwłasnowolnionego małżonka.

Materiał promocyjny. „The Portrait” 2023, David Griffiths Films, Ambassador Film Group, Bad Batch Films

Obok pomysłu wyjściowego (według mnie zmarnowanego beznamiętnym prowadzeniem fabuły) w „The Portrait” Simona Rossa wyróżnić najbardziej pragnę drugoplanową postać, w którą wcieliła się „dobra znajoma miłośników kina grozy” Virginia Madsen (m.in. „Candyman” Bernarda Rose'a, „Nawiedzony” Jana de Bonta, „Udręczeni” Petera Cornwella, „Egzorcyzmy siostry Ann” Daniela Stamma). Podejrzana kuzynka Alexa przedstawiająca się jako Mags, która odziedziczyła mniej wystawną nieruchomość na malowniczej posesji będącej w posiadaniu ich rodu od czasów najczarniejszej owcy Calvina DuBose. Sławnego artysty i niesławnego zbrodniarza, który podobno rozpłynął się w powietrzu. Niewyjaśnione zaginięcie, Mags ma jednak wyrobione zdanie na ten temat. Wyjaśnienie, którego ścisły umysł Sofii nie jest w stanie ot tak przyjąć. Uwierzy jak zobaczy? Niezupełnie, bo czołowa postać pierwszego pełnometrażowego obrazu pana Rossa, zaczyna kwestionować własne zdrowie psychiczne. Bo tak jest łatwiej? Łatwiej pogodzić się z obłędem niż nadnaturalną obecnością w ponurym domu? Jej terapeutka i zarazem najlepsza przyjaciółka tłumaczy to dojmującym smutkiem, co zrozumiałe, nieodstępującym ją od wypadku, w którym jej mąż doznał poważnego urazu głowy, brzydko mówiąc zamieniając się w chodzącą roślinkę - nie ma wątpliwości, że to porównanie uparcie tłucze się też w nielicho poharatanej głowie Sofii, że kobieta nie może pozbyć się tej bolesnej myśli - co jego żona uważa za los dalece gorszy od śmierci. Zaufana psycholożka wolałaby, żeby Sofia zdała się na lekarzy, żeby nie wyciągała Alexa ze szpitala, nie ganiała za jego wspomnieniami i przede wszystkim nie rezygnowała z własnego życia. A im dłużej przyjaciółka przebywa w tym „krzyczącym ciszą” domiszczu, tym bardziej terapeutka utwierdza się w przekonaniu, że Sofia kroczy ścieżką autodestrukcji. Zrozpaczona opiekunka Alexa gotowa się z nią zgodzić, ale niegotowa na poszukanie innej drogi. I mimo wszystko ciągle myśli o tym przeklętym portrecie, „idealnej kopii Alexa podającej się za jego antenata Calvina DuBose”. Niebezpiecznego człowieka, który znalazł kamień filozoficzny? Płotno sposobem na nieśmiertelność. To konkretne czy wszystkie? Nieważne – nie gdy coś za tobą chodzi. Zamazana sylwetka wyrastająca za plecami udręczonej gospodyni (obejrzyj się, to zniknę), być może tłukąca cenne przedmioty i zmyślnie uszczuplająca rodzinny album, w sadystycznym dążeniu do zdestabilizowania psychiki znienawidzonej kobiety. Sprawczyni jego nieszczęścia? Calvin czy Alex? A może Alex stał się Calvinem? Wyskoczył duch z obrazu, kiedy opustoszałe ciało samo do niego przyszło? A raczej gdy zostało przyprowadzone przez kobietę, której intencją była pomoc temu, którego w swoim mniemaniu potwornie skrzywdziła. Coraz mniej zaciekle walczącą z wewnętrznymi demonami, niechętnie godzącą się z porażką, coraz częściej myślącą o wywieszeniu białej flagi. Znieczulającą się alkoholem – wódka jej kapryśną pocieszycielką – w oczekiwaniu na pożarcie przez demony. Senna melodia małżeńska. Apatyczna produkcja utrzymana w dostatecznie mrocznej kolorystyce, z której jednak niewiele wynika. Barwy, które powinny wprowadzać w iście minorowy nastrój i miejsce akcji, które powinno gwarantować prawdziwie klaustrofobiczne doznania, harmonizujące z zagrożeniami uwzględnionym w scenariuszu. Ewentualnymi niebezpieczeństwami z tego i tamtego świata – nieprzyjazny duszek Calvin, zdesperowana żona Sofia, nieprzewidywalny mąż Alex, nawiedzona kuzynka Mags, jej duże dzieciątko i alarmująco serdeczny ogrodnik. Powinno działać, ale w moim odczuciu ta bądź co bądź prosta historia przerosła reżysera doświadczonego w krótszym metrażu. To niestety widać, a przynajmniej ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Simon Ross nie zdołał najefektywniej wykorzystać tego dobrze rokującego towarzystwa. Pomimo starań nie udało mi się w zadowalającym stopniu wczuć w ludność maleńkiego światka zaprojektowanego przez może niespecjalnie kreatywnego, ale coś mi mówi, że bardziej skoncentrowanego na postaciach, scenarzystę. Nie wiedzieć czemu brnęłam przez tę suchą opowieść w poczuciu spłaszczenia oryginalnych charakterów na etapie produkcji. Instynkt czy jakaś inna ulotna cholera szeptały, że w scenariuszu odmalowano pełniejsze, bardziej szczegółowe portrety psychologiczne, złożone modele osobowości, których jedynie frustrujący przedsmak dał mi kierownik przenoszenia tego zamieszania na ekran. Męczącego błądzenia we mgle – przeważnie wstrętnie mi obojętnych przeżyć w odludnym zakątku z piekła rodem.

Strach, klaustrofobia, paranoja. Nie, to nie ten film. Pierwsza długometrażowa przygoda reżyserska Simona Rossa, minimalistyczny thriller psychologiczny romansujący z horrorem nadprzyrodzonym, neogotycka symfonia połączonych sztabów brytyjskich i amerykańskich, jeśli o mnie chodzi, okazała się dość przygnębiającym doświadczeniem. Zmarnowany potencjał, prędzej kołysanka niż emocjonujące kino o monstrualnych problemach pewnego małżeństwa. Niekonkretnie nawiedzony „The Portrait” w składającym puste obietnice „przykrytym grubą warstwą ciszy” domu nie na wzgórzu. Domu niemiłosiernie smęcącym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz