Stronki na blogu

piątek, 10 stycznia 2014

Arturo Perez-Reverte „Klub Dumas”


Łowca książek, Lucas Corso, dostaje zlecenie od bibliofila-milionera, posiadacza bardzo rzadkiego egzemplarza „Dziewięciorga Wrót”, polegające na porównaniu go z dwoma pozostałymi, ponoć identycznymi książkami, które przetrwały Inkwizycję.  Podczas podróży do posiadaczy obu egzemplarzy Corso na prośbę zaprzyjaźnionego księgarza ma również potwierdzić autentyczność rękopisu Aleksandra Dumasa. Wkrótce mężczyzna wbrew sobie znajdzie się w samym centrum tajemniczych wydarzeń, prześladowany zarówno przez nowe wcielenia postaci stworzonych przez Dumasa, jak i Siły Ciemności, zwabione jego studiami nad okultystycznym „Dziewięciorgiem Wrót”. Aby ujść z życiem, Corso będzie musiał odkryć powiązania pomiędzy tymi dwiema, jakby żywcem wyjętymi z powieści, sprawami oraz dotrzeć do osoby odpowiedzialnej za uczynienie z niego głównego bohatera tej historii.

„Klub Dumas” hiszpańskiego pisarza, Arturo Pereza-Reverte, światową sławę zyskał dzięki jej głośnej adaptacji, wyreżyserowanej przez Romana Polańskiego. Dotychczas żywiłam niemałe uczucia do filmowej wersji, ale po zapoznaniu się z jej pierwowzorem literackim nie mogłam pozbyć się daleko idącego, niemiłego zaskoczenia podejściem do tematu Polańskiego. Mój zawód znacznie spotęgowało wcześniejsze dokonanie reżysera, wszak w kręgach wielbicieli horroru jest on znany głównie dzięki wiernemu zekranizowaniu prozy Iry Levine’a – jego „Dziecko Rosemary” na wielu płaszczyznach przebiło nawet swój pierwowzór.  Zatem podobnego zabiegu spodziewałam się również w przypadku „Dziewięciu wrót”, licząc na coś, co być może w niewielkim stopniu zmodyfikuje fabułę zaproponowaną przez Reverte, ale wyłącznie w celu spotęgowania napięcia, że Polański ponownie poprawi potknięcia autora książki. Jak się okazało reżyser, nawet takiego formatu, od początku tkwił na straconej pozycji, bowiem jakakolwiek poprawa tak skończonego dzieła, jakim bez wątpienia jest „Klub Dumas” nie wchodziła w rachubę, a całkowite wycięcie jednego z kluczowych wątków książki w porównaniu do pierwowzoru w moich oczach znacznie obniżyło ogólny poziom historii zaproponowanej przez Polańskiego.

„Przedziwne, że ludzie tak lubią przesuwać ten moment na finał, niby ostatni akt tragedii… Każdy dźwiga swoją karę od samego początku. Diabeł zaś jest po prostu cierpieniem Boga, wściekłością dyktatora schwytanego we własne sidła. Historią opowiedzianą z punktu widzenia zwycięzców.”

Jakakolwiek próba jednoznacznego zaklasyfikowania „Klubu Dumas” do jednego gatunku literackiego jest bezcelowa. Odnajdujemy tutaj echa zarówno pełnego napięcia kryminału, jak i okultystycznego horroru, które dzięki niebywałemu warsztatowi autora nie tyle egzystują obok siebie, co stapiają się w jedną całość, tworząc prawdziwie mroczną podróż przez historię literatury Aleksandra Dumasa i Aristide’a Torchii – twórcy książki „Dziewięciorga Wrót” z 1666 roku, która trafiła na listę ksiąg zakazanych przez Kościół i zaprowadziła go na stos. Ową fikcyjną postać luźno zainspirowała autentyczna osoba Giordano Bruno, który również padł ofiarą Inkwizycji za sprawą niewygodnych dla ówczesnego Kościoła publikacji. „Klub Dumas” jest wielce oryginalną próbą wejrzenia w psychikę obsesyjnych kolekcjonerów rzadkich ksiąg oraz ludzi zwyczajnie zakochanych w słowie pisanym. Czyniąc głównym bohaterem cynicznego, materialistycznego łowcę książek, Lucasa Corso, który wykorzystuje swoją rozległą znajomość literatury, aby żerować na obsesji innych Reverte nie tylko dzięki lekceważącej postawie owego protagonisty zszargał z definicji piękne zamiłowania jego zleceniodawców, ale również co ważniejsze zaproponował czytelnikom chciwą, na wskroś zepsutą postać, której przez wzgląd na poważne kłopoty, w jakich się znalazła paradoksalnie nie da się nie kibicować. Przy kreśleniu tej ambiwalentności Corsa znacznie autorowi pomógł fantazyjny, pełen odniesień do historii literatury styl pisania, którym posiłkował się nie tylko w przypadku dogłębnej charakterystyki postaci, ale również scenerii – kiedy zapoznaje się z tak opisanymi miejscami akcji nie sposób choćby na chwilę się w nie nie przenieść.

„Najtrudniej było przyjąć do wiadomości charakter tej gry, zgodzić się na fikcję, obecną w tej całej historii, i myśleć zgodnie z logiką tekstu, a nie świata zewnętrznego… Potem już jest łatwiej, bo o ile w świecie realnym wiele rzeczy wydarza się przypadkiem, o tyle w świecie fikcji wszystko podporządkowane jest logice.”

Integralnym elementem „Klubu Dumas”, którego nie odnajdziemy w jego filmowej wersji jest podwójna intryga. Podczas, gdy Roman Polański całkowicie zrezygnował z wątku przedostania się świata przedstawionego Aleksandra Dumasa w egzystencję Lucasa Corsa, Reverte sprawnie połączył go z wątkiem okultystycznym, komplikując fabułę na tyle, aby nawet niezaznajomiony z ekranizacją czytelnik nie zdołał domyślić się istoty całej intrygi – no, chyba, że już na wstępie odrzuci stereotypowy proces myślenia, wyrobiony przez lata obcowania z kryminałami UWAGA SPOILER wszak w finale autor jawnie śmieje się w twarz każdemu, kto uważa, że wszystko w powieści musi się ze sobą łączyć, jakby bohater nie mógł zetknąć się z kilkoma, zupełnie niezwiązanymi ze sobą intrygami KONIEC SPOILERA. Podróżujący śladem dwóch egzemplarzy „Dziewięciorga Wrót” Corso musi stawić czoła postaciom żywcem wyjętym z „Trzech muszkieterów” Dumasa oraz nadprzyrodzonym zjawiskom, potęgowanym przez osobę towarzyszącej mu, tajemniczej młodej dziewczyny, która choć od początku nie kryje swojej prawdziwej tożsamości (czemu ze zrozumiałych powodów Lucas nie daje wiary) ma w sobie jakąś nieuchwytną nutę złożoności – jej małomówność i niezbyt jasne powiązania z traumatyczną przygodą Corsa, mocno intrygują. Szczególnie w chwilach ich krótkich pobytów, sam na sam w pokojach hotelowych, podczas których Reverte ostatecznie zatapiał się w czystej grozie, eksperymentując ze znakomicie opisanym oddziaływaniem cienia, pogrążającego pomieszczenie, w którym tkwił Corso uwięziony przez przeszywające spojrzenie swojej towarzyszki. Owe krótkie momenty prawdziwego horroru dobitnie udowadniają, że Reverte znakomicie odnajduje się nie tylko w estetyce kryminału, ale również w czystej grozie, w której wyprzedza jej najsłynniejszych twórców.

Nie mogę polecić „Klubu Dumas” absolutnie każdemu miłośnikowi literatury, bowiem przez wzgląd na piękny, acz skomplikowany styl Reverte nie jest w stanie dopasować się do gustów poszukiwaczy lekkiej, niewymagającej myślenia prozy. To propozycja jedynie dla koneserów inteligentnych książek, które nawet z tak mało docenianych przez krytykę gatunków, jak kryminał i horror, potrafią wykrzesać coś ambitnego, a przy tym jakże ożywiającego serce wymagającego czytelnika. Krótko mówiąc: prawdziwie elektryzująca, ponadczasowa perła, garściami czerpiąca z estetyki XIX-wiecznych arcydzieł światowej literatury!

1 komentarz:

  1. Martwi mnie brak komentarzy pod tą recenzją, ponieważ książka zapowiada się wybornie i zamierzam się w nią zaopatrzyć na dniach. Wstyd nawet przyznać, że nie wiedziałem o niej. :/

    OdpowiedzUsuń