Stronki na blogu

piątek, 19 września 2014

„Straceni” (2001)


Sean pracuje przy montażu zwiastunów filmów i w warsztacie samochodowym. Kiedy dostaje od szefa-mechanika zadanie odwiezienia Mercedesa jego właścicielce w Miami chętnie się zgadza, ufając, że przy okazji zawita na ślubie siostry w tamtych terenach. Podczas wymuszonego postoju w podróży przez pustynię Sean poznaje Nicka, którego postanawia podwieźć. Wkrótce dowie się, że autostopowicz jest łowcą wampirów, przemierzającym te nieprzyjazne tereny w poszukiwaniu potężnego krwiopijcy.

Horror wampiryczny, J.S. Cardone’a, reżysera między innymi późniejszego „Zombies”. Ale w kinie grozy szczególnie dał się poznać, jako scenarzysta choćby takich remake’ów znanych produkcji, jak kiepski „Bal maturalny” i całkiem przyzwoity „Ojczym”. „Straceni” to taka mieszanka „Łowców wampirów” Johna Carpentera i „Prześladowcy”, ale jedynie nawiązania do tego pierwszego obrazu mogą być traktowane, jako kopia, gdyż ten drugi powstał parę miesięcy później. Krytycy nie pozostawili na filmie Cardone’a suchej nitki, prześcigając się w niepochlebnych opiniach. Dorośli widzowie, podobnie nie byli do końca zadowoleni efektem, ale istnieje szansa, że młodszych odbiorców przekona jego lekka narracja (piszę to z własnego doświadczenia, ponieważ o wiele większą sympatią do „Straconych” pałałam w okresie dorastania, aniżeli obecnie).

Pamiętacie fabułę kultowych „Łowców wampirów” z 1998 roku? W skrócie skupiała się na pogromcach wiecznie żywych, którzy zabierają w podróż ugryzioną przez Mistrza dziewczynę, w nadziei, że jej mentalny kontakt z krwiopijcą doprowadzi ich do niego. W dalszej części seansu jeden z łowców zostaje przez nią zarażony, a jedynym ratunkiem dla nich jest odnalezienie i zabicie wampira, który sprowadził na nich zarazę. Dlaczego o tym wspominam w recenzji „Straconych”?  Ano, dlatego, że równocześnie opisuję scenariusz filmu Cardone’a, za który odpowiadał tak samo, jak za reżyserię. Tutaj nie można już mówić o inspiracji niektórymi motywami Carpentera, bo praktycznie cała fabuła jest kopią „Łowców wampirów”. Jedyna modyfikacja to nie kilku, ale jeden łowca krwiopijców plus przypadkowy chłopak, który wbrew sobie utkwił w centrum koszmaru. Cardone zrezygnował też z mrocznego klimatu stworzonego przez Carpentera na rzecz lekkiej teen horrorowej atmosferki w pustynnej scenerii, którą nasi bohaterowie, podobnie jak w późniejszym „Prześladowcy” przemierzają samochodem. Początkowo motyw drogi przyjemnie współgra z wątkami wampirycznymi, szczególnie, że odtwórcy głównych ról, Kerr Smith i Brendan Fehr, potrafią wzbudzić sympatię do kreowanych przez siebie postaci. Banda krwiopijców, na których Nick poluje również prezentuje się całkiem zacnie. Szczególnie zwraca uwagę charyzmatyczny przywódca Jonathon Schaech i niedorozwinięty dzienny kierowca, Simon Rex, który w tej kreacji przeszedł chyba samego siebie. Najważniejsze jednak jest to, że wiecznie żywym w wydaniu Cardone’a daleko do współczesnych sylwetek wypacykowanych, dobrych wampirków, którzy zakochują się w śmiertelniczkach. Wręcz przeciwnie, banda dowodzona przez Kita, Straconego, którego można zabić jedynie na poświęconej ziemi, na ludzi patrzy jedynie przez pryzmat pożywienia i ewentualnej rozrywki. Widać to szczególnie w trakcie dobrze zrealizowanej sceny wyrwania serca pustynnemu balowiczowi i podcięcia gardła jednemu z podróżników. Ale to jedyne, nazwijmy je, mocniejsze ujęcia w tej produkcji, które delikatnie ocierają się o gore. Cardone nie miał zamiaru nikogo zniesmaczać, czy niepokoić. Wydaje się, że jego celem było stworzenie jednorazowej, młodzieżowej, lekkiej rozrywki, o której szybko się zapomina. I oczywiście skopiować od Carpentera tyle, ile tylko się da.

Akcja nabiera tempa z chwilą zabrania w podróż przez Seana i Nicka chorej dziewczyny, Megan. Dziwi mnie wybór Polki, robiącej karierę w Stanach Zjednoczonych, Izabelli Miko, do tej roli. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można umieścić w horrorze aktorkę, która nie potrafi przekonująco wrzeszczeć, tym bardziej do kreacji postaci, która ogranicza się niemalże tylko do tego. Miko wypadła tak tragicznie, że ilekroć kamera skupiała się na jej manierycznej mimice i sztucznie rozbieganym spojrzeniu miałam ochotę wyłączyć telewizor. Jedyne, co wychodziło jej dobrze to eksponowanie przy każdej nadarzającej się okazji swoich nagich piersi, a chyba nie tego przede wszystkim oczekuje się od aktorki występującej w horrorze… Miko to taka nowa Katrina (w o wiele gorszym wydaniu), która to w „Łowcach wampirów” była przynętą na Mistrza. Tutaj tak samo, dzięki ugryzieniu przez Kita Megan może mentalnie łączyć się z nim, dopóki sama się nie zmieni. Jedynym odstępstwem od filmu Carpentera są tabletki spowalniające przemianę, którymi Nick raczy przede wszystkim ugryzionego przez Megan Nicka. Zadaniem chłopców jest zwabienie Kita na poświęconą ziemię i zgładzenie jeszcze przed przemianą zarażonych protagonistów. I to tyle, jeśli chodzi o scenariusz, który owszem ma w sobie coś, co wciąga, ale bynajmniej nie ma w tym zasługi Cardone’a tylko Johna Carpentera, od którego twórca „Straconych” bezczelnie kopiuje.

„Straceni” to taki typowy, bezbarwny średniak w teen horrorowej otoczce, którego ogląda się bez większych zgrzytów, ale też nie wnosi on niczego nowego, czy choćby wartego zapamiętania do kina grozy. Jedna wielka kopia „Łowców wampirów”, którym Cardone przede wszystkim zawdzięcza w miarę znośny przebieg akcji. Polecam przede wszystkim wielbicielom lekkich młodzieżówek, bo raczej nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że jakiś obyty z mocnymi straszakami widz zakocha się w tej produkcji.

3 komentarze:

  1. Nie wiem dlaczego, ale STRACENI podobali mi się troszkę bardziej od ŁOWCÓW WAMPIRÓW. Miałem też to wczoraj zrecenzować, ale jakoś czasu zbrakło:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Oglądałam kilka lat temu i nawet mi się podobało, choć przyznam, że głównie ze względu na Brendana Fehra, do którego mam słabość od czasów "Roswell" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Film może nie jest najlepszy, ale nawet przyjemnie się oglądało. Przerywnik pomiędzy porządnymi filmami.

    OdpowiedzUsuń