Stronki na blogu

sobota, 29 listopada 2014

„Klątwa Jessabelle” (2014)


Ciężarna Jessie traci w wypadku samochodowym nienarodzone dziecko i chłopaka, a sama doznaje poważnego urazu kości piszczelowych. Po wyjściu ze szpitala zatrzymuje się u ojca w Luizjanie. Zwiedzając stary dom, którego od lat nie widziała Jessie znajduje taśmy nagrane specjalnie dla niej przez matkę, która niedługo potem zmarła. Z kaset dowiaduje się, że towarzyszy jej jakaś obecność, która zagraża jej życiu. Na domiar złego Jessie zaczynają dręczyć koszmarne sny i przerażające halucynacje. Nocami kobietę odwiedza zjawa czarnoskórej dziewczyny, której tożsamość Jessie może poznać jedynie wówczas, gdy odważy się zgłębić historię własnej rodziny.

Twórca szóstej i siódmej części „Piły”, Kevin Greutert, na ten rok zaplanował dwa horrory, „Klątwę Jessabelle” i „Visions”. Ten drugi, pomimo trywialnego zarysu fabuły wzbudził we mnie o wiele większe zainteresowanie niż właśnie emitowana w kinach „Klątwa Jessabelle”, z uwagi na planowy udział Evy Longorii, za którą wprost przepadam. Jednakże jak na razie brak sprecyzowanych informacji o „Visions” każe sądzić, że premierę przesunięto na kolejny rok, choć mam nadzieję, że się mylę. Tymczasem Greutert, kontynuuje swoją przygodę z reżyserką szeroko reklamowaną „Klątwą Jessabelle”, która nie zaskarbiła sobie sympatii amerykańskich krytyków.

Film wpisuje się w estetykę ghost story, ubarwioną akcentami religii voodoo. Scenarzysta, Robert Ben Garant, współtwórca między innymi horroru komediowego, „Hell Baby”, zauważalnie podzielił fabułę na dwie części, z których każda utrzymana jest w innym klimacie. Osobiście o wiele bardziej przypadła mi do gustu pierwsza połowa filmu. Kiedy niepełnosprawna Jessie zatrzymuje się w zaniedbanym domu ojca, leżącym nad jeziorem, z dala od jakichkolwiek sąsiadów zaczyna świadkować dziwnym wydarzeniom. Obserwujemy jej koszmarne sny, halucynacje i niewyjaśnione zjawiska na jawie, podane w atmosferze tajemniczości. Co ciekawe Greutert rzadko ucieka się do prymitywnym jump scenek. Częściej próbuje czegoś o wiele trudniejszego – zasiać ziarnko niepewności w odbiorcach na pośrednictwem manifestacji tajemniczej zjawy, której twarzy przez jakiś czas niedane nam będzie zobaczyć. Zdecydowanie najbardziej udanymi, rozbudzającymi wyobraźnię scenami są materializacje ducha kobiety nocą, kiedy to podjeżdża na wózku inwalidzkim do łóżka Jessie. Zza zasłony widzimy jedynie długie czarne włosy, zakrywające twarz (czyżby ukłon w stronę azjatyckich ghost stories?) oraz dłoń ze zniszczonymi paznokciami, rozsuwającą zasłonkę. Mroczna kolorystyka obrazu i nastrojowa ścieżka dźwiękowa budują niepokojącą atmosferę, podsycaną świadomością rychłego ataku sparaliżowanej strachem Jessie. Bardziej dosłownie, acz równie umiejętnie Greutert zaznacza obecność nieustępliwej zjawy w trakcie sceny w wannie. Kiedy Jessie bierze rehabilitacyjną kąpiel (z jakiegoś niezrozumiałego powodu w ubraniu…) woda nagle zamienia się w szlam, a naprzeciw niej pojawia się czarnoskóra kobieta. Wówczas pierwszy raz mamy okazję zobaczyć ją w całej okazałości - obwiedzione czernią oczy i wysunięta szczęka. Co prawda twórcy bardzo minimalistycznie podeszli do charakteryzacji ducha, ale jak to często w straszakach bywa owa oszczędność tylko podniosła poziom realizmu. Oprócz licznych, jak na współczesne ghost story manifestacji nieznanego scenarzystom udało się dodatkowo podnieść napięcie za pomocą taśm z nagranym monologiem matki Jessie. Coraz to bardziej niepokojące informacje przekazywane przez spodziewającą się wówczas dziecka kobietę sprawiały, że wprost nie mogłam się doczekać, kiedy główna bohaterka ponownie zasiądzie przed telewizorem – bowiem aż do końcówki zawsze ktoś jej uniemożliwiał obejrzenie wszystkich kaset. Najpierw ojciec-alkoholik, z którym Jessie łączyły mocno napięte relacje, a później przyjaciel z liceum, który zgodził się dopomóc jej w odkryciu przerażającej tajemnicy jej rodziny.

Po mocno nastrojowej, pełnej pobudzających wyobraźnię stricte horrorowych scen pierwszej połowie projekcji, fabuła zaczyna skupiać się na religii voodoo, niezwykle popularnej w rodzinnym miasteczku Jessie. Kiedy dziewczyna wraz z Prestonem, przyjacielem z młodości odkrywa na swojej posiadłości przedmioty wskazujące na praktykowanie obrzędów voodoo oraz grób podpisany swoim imieniem akcja przede wszystkim zaczyna skłaniać się w stronę amatorskiego śledztwa i tajników haitańskiej religii. Co gorsza twórcy nie potrafią osnuć tego wszystkiego takim klimatem, jak chociażby zrobił to Wes Craven w zbliżonym tematycznie „Wężu i tęczy”, ba już taki głupiutki slasherek, jak „Jad” z 2005 roku pokusił się o mroczniejszą oprawę obrządków voodoo. Na szczęście oprócz tych wyjałowionych z jakiejkolwiek atmosfery grozy akcentów w drugiej połowie filmu duch czarnoskórej dziewczyny również, co jakiś czas manifestuje swoją obecność. Tutaj na uwagę zasługuje przede wszystkim moment zaatakowania Jessie, zakończony widokiem twarzy zjawy w lustrze oraz jump scenka, w trakcie której przed oczami Prestona w samochodzie nagle wyrasta postać zmarłej kobiety. Napięciu w drugiej połowie seansu, oprócz tych kilku materializacji ducha znacznie pomaga stan Jessie. Niepełnosprawna dziewczyna nie może w pełni polegać na swoim wózku, bowiem na podmokłym luizjańskim podłożu jest praktycznie bezużyteczny. Z tego powodu ilekroć zostaje sama w domu, bez asekuracyjnej ręki Prestona, można łatwo odczuć jej beznadziejne, z góry skazane na porażkę położenie. Pomimo tego, że Sarah Snook w tej roli robiła wszystko, aby przeszkodzić widzom w identyfikacji ze swoją postacią, wszak jej warsztat można porównywać jedynie do stylu amatorów pojawiających się w polskich paradokumentach. Nawet w niskobudżetowych horrorach rzadko pojawiają się aż tak „drewniane” aktorki. Na szczęście męski pierwiastek, Mark Webber, odrobinę podniósł morale obsady, zresztą podobnie Joelle Carter, odtwórczyni roli matki Jessie.

Choć od momentu odnalezienia grobu Jessabelle integralny wątek dla rozwiązania całej intrygi bezbłędnie przewidziałam (scenarzysta niestety nie starał się tego ukryć) to już sam finał był dla mnie sporym zaskoczeniem. Znakomicie połączył elementy voodoo z ghost story, zapewniając mi jedyne właściwe w kinie grozy tragiczne, acz równocześnie pozostawiające duże pole dla wyobraźni zakończenie. Lepiej zamknąć tego nie można było.

Chociaż „Klątwa Jessabelle” na pewno nie jest straszakiem idealnym, przez wzgląd na słabszą drugą połową seansu to w porównaniu do innych tegorocznych nastrojówek i tak wypada całkiem zacnie. Więcej tajemniczości i dopracowanej dosłowności, aniżeli prymitywnych jump scen, przyzwoicie budowany klimat i napięcie, szczególnie w pierwszej części projekcji i znakomite zakończenie. Gdyby natchnąć wątki poruszające tematykę voodoo dobitniejszym klimatem „Klątwa Jessabelle” mogłaby okazać się tegorocznym hitem. Niestety, Greutert nie skorzystał z okazji, w zamian oferując mi całkiem przyzwoitego straszaka, ale bez pretensji do czegoś niezapomnianego. 

piątek, 28 listopada 2014

Daniel Silva „Angielska dziewczyna”


Pracownica partii rządzącej Wielką Brytanią, Madeline Hart, zostaje porwana. Premier, Jonathan Lancester, zostaje poinformowany, że za siedem dni dziewczyna umrze. Chcąc uniknąć skandalu zleca odnalezienie Madeline legendzie izraelskiego wywiadu, Gabrielowi Allonowi. Z pomocą płatnego zabójcy, Christophera Kellera, Allon rozpracowuje wszystkie okoliczności porwania dziewczyny oraz dociera do paru osób za to odpowiedzialnych. Z czasem porywacze zaczynają żądać od Lancestera okupu, w zamian za życie Madeline oraz zatajenie przed opinią publiczną jej romansu z premierem. Tymczasem śledztwo Gabriela odkrywa przerażające fakty. W porwanie najprawdopodobniej zaangażowane się najważniejsze persony Rosji. Aby zdekonspirować ten zakrojony na szeroką skalę spisek Allon musi dostać się na Wschód i stanąć do nierównej walki z potężnym mocarstwem.

Amerykański autor powieści szpiegowskich i thrillerów, Daniel Silva, największy rozgłos zyskał dzięki serii o asie izraelskiego wywiadu, Gabrielu Allonie, która jak na tę chwilę składa się z czternastu tomów. Szósta część, „The Messenger” w 2007 roku była laureatką Barry Award, przyznawanej najlepszym powieściom kryminalnym. „Angielska dziewczyna” jest trzynastym tomem z serii o Allonie, ale do pełnego rozumienia jej fabuły nie jest konieczna znajomość wcześniejszych przygód tego bohatera. Najważniejsze wydarzenia z poprzednich części Silva krótko streszcza w niniejszej książce.

„Ameryka stoi na skraju bankructwa i jest zmęczona, nie nadaje się już do roli przywódcy. Niewykluczone więc, że nowy, doświadczający burzliwych przemian świat już niedługo stanie się świadkiem narodzin sojuszu na XXI wiek: osi Chiny-Iran-Rosja. Izrael tymczasem znalazłyby się praktycznie bez wsparcia, otoczony ze wszystkich stron nieprzyjaciółmi.”

„Angielska dziewczyna” tuż po wydaniu w Stanach Zjednoczonych zdobyła szczyt listy bestsellerów „The New York Timesa” i nie ma w tym niczego dziwnego, ponieważ w swoim gatunku, literatury szpiegowskiej, jest naprawdę ciekawie skonstruowana. Pomijając epilog akcja zauważalnie dzieli się na dwie mocno różniące się od siebie części. W pierwszej Allon w swoich poszukiwaniach Madeline Hart ma do pomocy jedynie płatnego zabójcę. Akcja rozgrywa się przede wszystkim na Korsyce, w Londynie i Marsylii, a w każdym z tych miejsc Gabriel natrafia na coraz to ciekawsze tropy, wykorzystując niemoralne metody przesłuchiwania podejrzanych. W trakcie lektury pierwszej połowy powieści czytelnik ma szansę poznać mroczne oblicze legendy izraelskiego wywiadu – człowieka, który co prawda z pewnymi skrupułami brutalnie obchodzi się z członkami przestępczości zorganizowanej, ponieważ to jedyny sposób, aby uratować Madeline Hart. Jego towarzysz, Christopher Keller, obecnie pracujący dla korsykańskiej mafii, rodowity Anglik, który w swoim rodzinnym kraju uznany został za zmarłego jest jeszcze bardziej bezwzględny od niego, a ich wzajemna relacja dodaje dużo smaczku fabule. Udawana niechęć do siebie nawzajem, ironiczne żarciki, którymi często się wymieniają i przede wszystkim idealne zsynchronizowanie w akcji sprawiają, że pomimo wątpliwych moralnie czynów tej dwójki wprost nie sposób z nimi nie sympatyzować. Ale nie tylko barwni bohaterowie podnoszą poziom „Angielskiej dziewczyny”. Jak to zwykle w powieściach szpiegowskich bywa ważniejsza jest zakrojona na szeroką skalę intryga. Początkowo akcja skłania się ku przypadkowym, francuskim porywaczom, którzy szantażem chcą wyłudzić dziesięć milionów euro od niewiernego żonie premiera Wielkiej Brytanii. Zdawać by się mogło, że sprawa jest bardzo prosta – ot, porwano dla okupu wschodzącą gwiazdę brytyjskiej partii rządzącej - ale niełatwo się domyślić, że pod przykrywką banalności skrywa się coś o wiele bardziej poważnego. Po zaskakującym zwrocie akcji mniej więcej w połowie powieści przychodzi pora na drugi człon fabuły, koncentrujący się na akcji izraelskiego wywiadu, skierowanej w rząd Rosji. Zespół dowodzony przez Allona odkrywa niecny plan Wschodu, wymierzony w brytyjską gospodarkę, a żeby go zdekonspirować są zmuszeni wdrożyć w życie misterny plan na terenie Moskwy. Podczas gdy pierwsza połowa powieści obfitowała w multum trzymających w napięciu bijatyk, wątków śledztw i strzelanin druga bardziej skłania się w stronę manipulacji i różnego rodzaju technik szpiegowskich. Fabuła nadal nieustannie utrzymuje czytelnika w napięciu emocjonalnym, ale w zupełnie odmiennym stylu.

„- […] Udowodnię całemu cywilizowanemu światu, że banda, która siedzi teraz na Kremlu, nie jest lepsza od tej, która była tam do niedawna.
- Zdradzę ci sekret: cywilizowany świat już to wie. I ma to w dupie. Jest tak zadłużony, przerażony i zatroskany o swoją przyszłość, że lada chwila pozwoli mułłom spełniać ich nuklearne marzenia.”

Powieści szpiegowskie często są nierozerwalnie związane z polityką. U Silvy jest podobnie – częstokroć odchodzi od właściwej akcji powieści, aby przybliżyć nam nieco sytuację polityczną na Izraelu, w Wielkiej Brytanii i przede wszystkim w Rosji. Ale dzięki swego rodzaju lekkości przekazu autorowi udało się w przystępny dla laików sposób odmalować kontekst polityczny, który w tym przypadku ma kluczowe znacznie dla fabuły. Nietrudno zauważyć, że Silva odmalował Izrael i Wielką Brytanię niemalże w samych superlatywach, dając czytelnikom sygnał, że te dwa państwa reprezentują tę dobrą stronę. Natomiast Rosja, zgodnie ze współczesnymi realiami, nazywana przez Allona „państwem heretyków” jawi się, jako miejsce wszechobecnej korupcji, sankcjonowanej przez rząd eliminacji opozycjonistów prezydenta i częstych rozruchów społecznych. Wschód Europy w powieści to taka wylęgarnia morderców, działających z ramienia prezydenta, byłych członków KGB, których metody od czasów rozwiązania tego resortu w ogóle się nie zmieniły. Taka demonizacja Rosji, być może wcale nieprzesadzona, pomogła Silvie zbudować odpowiednio gęstą atmosferę wszechobecnego zaszczucia agentów izraelskiego wywiadu, którzy odważnie przekroczyli granicę tego kraju, aby pozyskać dowody, które mogą wywołać międzynarodowy skandal. Gdybym miała wybierać bez wahania wskazałabym drugą część powieści na fabularnego zwycięzcę tej książki, ale z wyłączeniem finału. Zakończenie, co prawda wydaje się być jedynym właściwym i zapewne zaskoczy niejednego, rzadko sięgającego po literaturę szpiegowską czytelnika, ale ja już kilkukrotnie spotkałam się z tego rodzaju rozwiązaniem fabuły. Wydaje mi się nawet, że zarówno pisarze, jak i filmowcy często uciekają się do takiego wątku w twórczości, która traktuje o złej Rosji.

 „Obecny prezydent Rosji to człowiek bez przekonań, którego ideologia sprowadza się do sprawowania władzy. Czystej władzy. To faszysta, choć nie z nazwy.”

„Angielską dziewczynę” mogę bez wahania polecić wielbicielom powieści szpiegowskich. Sama już kilka książek z tego gatunku przeczytałam i choć nie jestem ekspertem subiektywnie, z punktu widzenia szarego czytelnika uważam, że Silva ma wszelkie predyspozycje do miana współczesnego mistrza tego rodzaju literatury. Gwarantuje mu to przystępny warsztat, barwni bohaterowie, znajomość polityki światowej i przede wszystkim pomysłowe wątki, podane w klimacie pełnym suspensu. Coś takiego czyta się wprost wybornie, a to chyba najważniejsze w beletrystyce.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

środa, 26 listopada 2014

„Martha Marcy May Marlene” (2011)


Martha dwa ostatnie lata spędziła w komunie, zarządzanej przez charyzmatycznego Patricka. Po ucieczce zatrzymuje się u starszej siostry, Lucy i jej męża, Teda. Szybko okazuje się, że Martha po latach przebywania pod mentalnym wpływem guru sekty nie może się dostosować do życia w społeczeństwie. Dziewczynę męczą koszmarne sny i wspomnienia z pobytu w komunie, a jej zachowanie odbiega od ogólnie przyjętych norm społecznych. Początkowo opiekuńczy, Lucy i Ted, z czasem nie zdając sobie sprawy, co Martha przeżyła zaczynają irytować się jej atakami histerii i beztroskim podejściem do przyszłości.

Niezależny thriller psychologiczny Seana Durkina nagrodzonego na Sundance Film Festival i nominowanego do Wielkiej Nagrody Jury. Oprócz tego „Martha Marcy May Marlene” została nominowana do Independent Spirit Awards w czterech kategoriach oraz do Satelity i Saturna w kategorii najlepszej aktorki pierwszoplanowej i kilku innych nagród. Słusznie doceniony przez krytyków film Seana Durkina, pomimo niewielkiego budżetu (albo dzięki temu) w moim mniemaniu jest najlepszym thrillerem psychologicznym, traktującym o sekcie i jej zgubnym wpływie na psychikę ludzką, jaki dotychczas dane mi było obejrzeć.

Akcja „Martha Marcy May Marlene” rozgrywa się dwutorowo. Teraźniejszość miesza się tutaj z retrospekcjami z pobytu głównej bohaterki w a la hipisowskiej komunie, w której panują zasady niemalże bliźniacze do tych ustalonych przez Charlesa Mansona. Po ucieczce z sekty Martha zatrzymuje się u siostry i jej męża, starając się dostosować do życia w społeczeństwie. Ale przeszkadzają jej w tym koszmarne sny i wspomnienia z ostatnich dwóch lat życia pod wpływem charyzmatycznego guru. Reżyser i scenarzysta, Sean Durkin, dzięki ogromnemu nagromadzeniu psychologii, znajomości reguł panujących w destrukcyjnych komunach, zrzeszających zagubionych młodych ludzi oraz dogłębnym relacjom między poszczególnymi bohaterami stworzył tak nietuzinkowy obraz, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Chociaż scenariusz nie obfituje w zaskakujące zwroty akcji, a realizacja jest mocno stateczna, wręcz leniwa twórcom udało się całkowicie zaangażować mnie w opowiadaną, tylko pozornie melancholijną historię.

Fabuła najsilniej koncentruje się na tytułowej bohaterce, Marthcie, w sekcie nazywanej Marcy May i Marlene. W tej roli Elizabeth Olsen, siostra sławetnych bliźniaczek, do warsztatu której po seansie remake’u „La Casa Muda” nie miałam wielkiego zaufania. Ale zmieniłam zdanie, oglądając ją w niniejszej produkcji. Olsen w tę niełatwą rolę dziewczyny z wypranym mózgiem, próbującej uporać się z demonami przeszłości tchnęła taką mnogość różnorodnych emocji, odegranych w tak przekonującym stylu, że siłą rzeczy zaraziła mnie nimi. A silne identyfikowanie się z główną bohaterką w tym konkretnym obrazie było najważniejszym celem twórców – bez tego ładunku emocjonalnego o przesłaniu scenariusza zapomniałabym z chwilą pojawienia się napisów końcowych. Psychologiczny wydźwięk fabuły znacznie potęgowały pojawiające się, co jakiś czas wyblakłe barwy i brak ścieżki dźwiękowej. Owe elementy nie tylko budowały niewygodną atmosferę mentalnej destrukcji oraz aurę koszmarnego snu, ale również eliminowały ewentualność odwrócenia uwagi od właściwej problematyki filmu. A ta pomimo, albo dzięki melancholijnej oprawie dosłownie rani niemalże każdym ujęciem. Kiedy Martha zatrzymuje się u Lucy i Teda, siostra bez rezultatu próbuje dowiedzieć się, co robiła przez ostatnie dwa lata oraz otoczyć ją matczyną opieką. Jej mąż początkowo również bardzo się stara uszczęśliwić dziewczynę, ale jej coraz bardziej kontrowersyjne zachowanie szybko wyprowadza go z równowagi. Akcja osadzona w teraźniejszości ma zobrazować widzom, jak ciężko pozbyć się nawyków nabytych w pseudo hipisowskiej komunie. Scenariusz skupia się tylko i wyłącznie na ofierze charyzmatycznego guru, jej z góry skazanych na niepowodzenie próbach naprostowania nadszarpniętej psychiki oraz reakcjach jej najbliższych na jej osobę. Równocześnie, dzięki wspomnieniom i snom, Marthy twórcy bardzo wnikliwie przybliżają nam specyfikę sekty, zrzeszającej zagubionych młodych ludzi i zarządzanej przez charyzmatycznego Patricka, bez wątpienia wzorowanego na osobie Charlesa Mansona. Choć jego wspólnotą kierują szczytne idee, odcięcia się od materializmu i czerpnia z życia maksimum przyjemności, obserwując manipulacyjne zabiegi podstarzałego guru, znakomicie wykreowanego przez Johna Hawkesa, już od pierwszego dnia pobytu Marthy w komunie nabiera się podejrzliwości, co do jego prawdziwej natury. Po wyłuszczeniu głównej bohaterce zasad panujących we wspólnocie, w której każdy pracuje dla dobra ogółu (a kobiety spożywają posiłki po mężczyznach, jak w „Rodzinie Mansona”), równocześnie poszukując swojej indywidualnej zdolności akcja w retrospekcjach przechodzi do ukazania prawdziwego oblicza Patricka. Mężczyzna swobodnie podchodzi do seksu, zachęcając swoje „owieczki” do nieskrępowanych stosunków seksualnych, ale równocześnie roszcząc sobie pierwszeństwo do kobiet. Scena, w trakcie której Patrick gwałci otumanioną lekami Marthę, co jest swego rodzaju inicjacją przez wzgląd na brak ścieżki dźwiękowej, szorstkie podejście mężczyzny i niewyobrażalny ból malujący się na twarzy Olsen robi niemalże tak wstrząsające wrażenie, jak niesławna sekwencja gwałtu w „Nieodwracalnych” (2002). Ale jeszcze bardziej przygnębia późniejsze pogodzenie się dziewczyny z tym odrażającym procederem i zapałanie chorobliwą sympatią do jej oprawcy. Ta reakcja Marthy chyba najlepiej obrazuje wyprany mózg zagubionej jednostki, a to dopiero preludium przed najmocniejszym uderzeniem, jeszcze dobitniej akcentującym socjopatyczną naturę Patricka.

Oprócz relacji Marthy z członkami i guru komuny w retrospekcjach będziemy również obserwować jej czasową egzystencję u boku siostry Lucy i jej męża Teda. Obie postaci bardzo dobrze wykreowane przez Sarah Paulson i Hugh Dancy’ego pomimo swoich dobrych zamiarów z czasem „zostają postawieni pod ścianą”. Coraz bardziej wycofująca się w głąb siebie Martha, okresowo boryka się również z niekontrolowanymi napadami histerii. Nie zdając sobie sprawy, co ostatnimi laty przeżywała dziewczyna zniecierpliwiony Ted próbuje skłonić ją do zaplanowania przyszłości. Wówczas ma miejsce burzliwa konwersacja przy stole, w trakcie której Martha wyłuszcza szwagrowi swoje, albo raczej Patricka poglądy na bezproduktywną pogoń za pieniądzem. Takich naleciałości wychowania guru jest oczywiście więcej, jak na przykład kąpiel w morzu bez kostiumu kąpielowego, czy nieskrępowane ułożenie się w łóżku, w którym akurat kochają się Lucy i Ted. Ale owa kłótnia przy stole najsilniej akcentuje wpływ Patricka na światopogląd Marthy, stając się kolejnym punktem zwrotnym fabuły, która od tego momentu będzie skupiać się na coraz szybszym zatracaniu dziewczyny swojego własnego „ja” i osuwaniu się w otchłań szaleństwa. I tak aż do finału, który raptownie urywa scenę w połowie, zmuszając widzów do dopowiedzenia sobie ciągu dalszego, który notabene w najbardziej prawdopodobnej interpretacji nie pozostawia go w miłym nastroju.

„Martha Marcy May Marlene” to prawdziwie przygnębiające psychologiczne kino, dojrzale podchodzące do bohaterów oraz specyfiki pseudo hipisowskich komun, wzorowanych na „Rodzinie Mansona”. Ten film dosłownie przeżywałam całą sobą i na pewno jeszcze długo o nim nie zapomnę – najpierw wyprał mi mózg, a potem pozostawił bez jakże potrzebnego katharsis. Właśnie tak powinno się robić emocjonalne niezależne kino, które tak bardzo angażuje uwagę widza, że ten szybko zatraca swoje własne „ja” identyfikując się z ofiarą psychicznej i fizycznej przemocy. Prawdziwa perełka, którą szczerze polecam każdemu widzowi optującemu za głębokimi scenariuszami, a nie hollywoodzkim przepychem.

wtorek, 25 listopada 2014

„Jako w piekle, tak i na Ziemi” (2014)


Studentka alchemii, Scarlett, kontynuuje pracę ojca, naukowca, który popełnił samobójstwo. Jest przekonana, że zdoła odnaleźć kamień filozoficzny, substancję pozwalającą zamieniać metale w czyste złoto oraz zawierającą składnik zapewniający długowieczność, wedle legendy stworzoną przez francuskiego alchemika Nicolasa Flamela. Poszukiwania prowadzą Scarlett do paryskich katakumb. Jest przekonana, że gdzieś tam pod ziemią, w nieznanym nikomu korytarzu ukryto kamień filozoficzny. Wraz z przyjaciółmi i przewodnikiem wyrusza w głąb ziemi. W trakcie ich wędrówki jeden z korytarzy zasypuje się, uniemożliwiając im odwrót. Na domiar złego w podziemiach oprócz nich czyha coś jeszcze, co nie zamierza długo pozostawić ich przy życiu.

Horror verite Johna Ericka Dowdle’a, twórcy między innymi „The Poughkeepsie Tapes” (2007), „Kwarantanny” (2008) i „Diabła” (2010), częściowo rzeczywiście nagrywany w paryskich katakumbach. Dzięki dystrybucji kinowej „Jako w piekle, tak i na Ziemi” pomimo niskiego budżetu trafił do głównego nurtu, a co za tym idzie całkiem sporo zarobił. Jednakże mimo zainteresowania widzów krytycy w większości nie szczędzili negatywnych komentarzy, natomiast ja po skończonym seansie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego dystrybutorzy promują tego rodzaju straszaki? Oczywiście wyświetlanie w kinach tak zwanych horrorów kręconych z ręki mnie nie dziwi, ponieważ obecnie panuje moda na taką stylistykę, ale istnieje parę lepszych obrazów verite, które nie mogą liczyć na taką promocję, jak „Jako w piekle, tak i na Ziemi”. Nie wspominając już o znakomitych standardowo realizowanych filmach grozy, jak na przykład „The Canal”. Wniosek nasuwa się jeden – chociaż obecnie horrory przeżywają mocny spadek formy mimo wszystko nadal można natrafić na jakąś perełkę, ale rzadko w kinie głównego nurtu, bo z jakiegoś nieznanego mi powodu dystrybutorzy optują przede wszystkim za takimi oto gniotami.

Akcja filmu rozgrywa się w paryskich katakumbach, co nie jest w horrorze żadnym novum, bowiem wystarczy sobie przypomnieć „Katakumby” z 2007 roku. Jednakże w przeciwieństwie do tamtej produkcji „Jako w piekle, tak i na Ziemi” nie potrafił nawet w ułamku wykorzystać tak klaustrofobicznej scenerii. Chociaż niemalże cały seans, poza końcówką, opiera się na rozwleczonym do granic możliwości krążeniu grupki ciekawskich badaczy i przewodnika po mrocznych korytarzach w podziemiu ani przez chwilę nie miałam okazji odczuć przytłaczającej ciasnoty, która powinna automatycznie wynikać z miejsca akcji. Klimat zaprzepaściła głównie realizacja – chaotyczne kręcenie z ręki i przesadzone sztuczne oświetlenie. Moim zdaniem mocne latarki protagonistów z delikatną asystą oświetleniowców w zupełności by wystarczyły, ale twórców niestety podkusiło, aby posiłkować się mocnymi reflektorami, które dawały mi wgląd również w korytarze leżące z dala od bohaterów, co znacząco obniżało realizm. Na domiar złego sceny, które zauważalnie dążyły do wywołania w widzach klaustrofobii, jak na przykład moment, w którym Benji utknął w stercie kości, przez wzgląd na irytujące kąty nachylenia kamery praktycznie blokowały jakiekolwiek wrażenie duszności (Dowdle powinien przestudiować „Zejście”, żeby zobaczyć, jak to się robi). Pomimo mocno statecznej lwiej części projekcji twórcy, co jakiś czas próbowali urozmaicić seans jump scenami, ale niestety bez rezultatu. Bez żadnych problemów przewidywałam momenty, w których za chwilę coś, skądś wyskoczy i wyłączając końcowe materializacje demonów wizualnie nic nie zrobiło na mnie wrażenia. W końcu przez dłuższą część seansu jump scenki koncentrują się głównie na opętanym, ale nieucharakteryzowanym chłopaku. Nawet krwawe sceny, zauważalnie stanowiące ostatnią deskę ratunku filmowców, nie zdały egzaminu. Ujęcie, w trakcie którego mężczyzna uderza głową kobiety o ziemię jest należycie brutalne, ale już chwilę później kamera skierowuje się na jej okaleczoną twarz, z której spływa rażąco sztuczna posoka. Z pozostałym gore, jest tak samo – twórcy najzwyczajniej w świecie zapomnieli, jaką barwę i konsystencję ma krew.

Nad ponad godziną seansu nie ma co się dłużej rozwodzić, bo poza poszukiwaniem kamienia filozoficznego i kilkoma przewidywalnymi jump scnenami praktycznie nic ciekawego się nie dzieje. Chyba, że ktoś lubi chaotyczne wędrówki protagonistów w podziemiach, bez towarzystwa jakiegoś mroczniejszego, czy klaustrofobicznego klimatu. W każdym razie na właściwą akcję trzeba czekać, aż do ostatnich minut projekcji, które choć miejscami są aż nazbyt przesadzone, żeby nie rzec efekciarskie kilkoma ujęciami odrobinę wybijają z letargu. Dosyć pomysłowy jest moment zakopania całego ciała chłopaka, poza nogami przez demona bądź diabła oraz kąpiel Scarlett w szybie pełnym krwi (co prawda dalej sztucznej, ale z przymknięciem oczu całkiem znośnej). Ciekawy jest też zabieg odwrócenia góry i dołu – aby wydostać się spod ziemi nasi protagoniści muszą schodzić w dół. Natomiast jedną z najbardziej irytujących scen w końcówce jest „przypływ mocy” u Scarlett – nieustraszona dziewczyna, niczym Rambo jednym ciosem powala demona i błyskawicznie wspina się po linie… Kolejnym nieprzemyślanym elementem jest finał, który aż prosił się o zasygnalizowanie dwojakiej interpretacji, z czego Dowdle nie skorzystał oferując nam standardowy epilog z trywialnym przesłaniem. Z obsady absolutnie nikt nie wyróżnia się choćby minimalnym profesjonalizmem, łącznie z odtwórczynią głównej bohaterki, Perdity Weeks. Zresztą biorąc pod uwagę fakt, że cały ten film nade wszystko wywołuje wrażenie nieumiejętnie spożytkowanej taniości nie ma co się dziwić, że aktorzy są wyjałowieni z wszelkich uczuć. 

Gdybym powiedziała, że seans „Jako w piekle, tak i na Ziemi” nie tyle obejrzałam, co przemęczyłam byłoby to sporym niedomówieniem. Tutaj nawet nie chodzi o niski budżet, bo widziałam całe mnóstwo amatorskich horrorów, którym niniejsza produkcja może, co najwyżej buty czyścić. Problem tego filmu tkwi raczej w nieumiejętnej ewokacji grozy – niemożności stworzenia odpowiednio klaustrofobicznego klimatu, zaskakiwania jump scenami i tą aż nazbyt rozproszoną pracą kamery. Sam pomysł na scenariusz był całkiem ciekawy, ale owe innowacyjne podejście do horroru satanistycznego pojawia się tak późno, że nie byłam w stanie oprzeć się senności.