Stronki na blogu

niedziela, 6 września 2015

Scott Sigler „Zakażenie”


W Stanach Zjednoczonych rozprzestrzenia się zaraza zamieniająca ludzi w morderców podporządkowanych pasożytom pozaziemskiego pochodzenia żerującym w ich organizmach. Głównym celem nosicieli obcych form życia jest budowa tajemniczej bramy, przez którą ma się przedostać coś, co może zniszczyć ludzkość. Prezydent Stanów Zjednoczonych decyduje się nie informować obywateli o grożącym im niebezpieczeństwie jednocześnie formując zespoły złożone z najsilniejszych i najinteligentniejszych ludzi, których zadaniem jest zatrzymanie epidemii. Największa odpowiedzialność spoczywa na byłym agencie CIA, Dewie Phillipsie, który ma skłonić do współpracy jedynego człowieka, potrafiącego nawiązywać kontakt z pasożytami, byłego sportowca Perry’ego Dawsey’a oraz pokierować zespołem ekspertów, poszukujących środka, który zwalczyłby chorobę. Dopóki zaraza nie rozprzestrzenia się bezpośrednio z człowieka na człowieka sytuację nietrudno opanować. Sprawa znacząco się komplikuje z chwilą odkrycia przez naukowców nowego szczepu, który przenosi się przez dotyk i drogą kropelkową oraz pojawienia się nowego wroga. Dysponująca niewyobrażalną mocą zarażona dziewczynka gromadzi wokół siebie zastępy zainfekowanych, a jedyną osobą, która może ją powstrzymać jest Perry Dawsey.

„Zakażenie” to druga część trylogii, zapoczątkowanej „Infekcją”, autorstwa wielokrotnie nagradzanego amerykańskiego pisarza, Scotta Siglera. Ostatnia odsłona, „Pandemic”, mająca swoją światową premierę w 2014 roku, jak na razie nie ukazała się w Polsce. Chociaż apokaliptyczna trylogia Siglera została bardzo dobrze przyjęta przez krytyków oraz co ważniejsze zwykłych czytelników nigdy nie zasiadłam do lektury pierwszej części. Czytanie od środka pewnie nie jest dobrym pomysłem, bo nie daje całościowego oglądu na prezentowaną historię. Autor, zapewne z myślą o takich odbiorcach, jak ja streścił w „Zakażeniu”, co ważniejsze wydarzenia „Infekcji” i choć dzięki temu nie miałam problemów z nadążaniem za akcją nie mam żadnych wątpliwości, że moja przygoda z ową książką byłaby pełniejsza, gdybym przedtem sięgnęła po część pierwszą.

Do czasu lektury „Zakażenia” byłam przekonana, że w tematyce apokaliptycznej, szczególnie wszelkiego rodzaju zagrożeń biologicznych, nic nowatorskiego nie da się już wymyślić. Wszak boom na tego rodzaju historie dostarczył zarówno czytelnikom, jak i widzom najróżniejszych rodzajów chorób, przy czym niemalże każdą taką fabułę wtłacza się w jeden schemat, który notabene ostatnimi czasy zaczął mnie już męczyć. Jednak Sigler mnie zaskoczył – nie tyle samym szkieletem fabularnym, co narracją oraz rzecz jasna jakże innowacyjnymi właściwościami zarazy. Wewnętrzna przemiana praworządnych dotychczas ludzi w morderców nie jest niczym nowym, wystarczy sobie chociażby przypomnieć „Wściekłość” Davida Cronenberga. Jednak w przeciwieństwie do wykreowanych przez filmowca zarażonych ofiary infekcji u Siglera zachowują cząstkę własnej osobowości. Nie są oszalałymi, krwiożerczymi bestiami tylko racjonalnie myślącymi jednostkami, dysponującymi zdolnością mentalnego łączenia się z pobratymcami. To nie jest jakaś znacząca zmiana, ale specyfika pozaziemskiej zarazy istotnie odcina się od najczęściej eksploatowanych w kulturze masowej wariantów chorobowych. Obce formy życia wnikające w organizmy ludzi w postaci niebieskich trójkątów, które wewnątrz ciała ewoluują w gąbczaste stworki z mackami i czarnymi oczami, zwane pisklakami. Pasożyty przejmują kontrolę nad wszystkimi funkcjami organizmów nosicieli, wykorzystując ich do budowy tajemniczej bramy, która sprowadzi na ludzkość zagładę oraz w formie naczynia, z którego korzystają do momentu przybrania właściwej formy, którą następnie opuszczają w należycie opisanych ustępach rodem z body horroru. Uważni czytelnicy zapewne dopatrzą się w infekcji Siglera zbieżności z zamysłem Stephena Kinga w „Łowcy snów”, bo rzeczywiście pozaziemskie pasożyty silnie kojarzą się z ową powieścią, ale już szczegóły ich działalności na naszej planecie są odbiciem indywidualności autora, jego oryginalnej inwencji twórczej.

Można było spodziewać się konwencjonalnego szkieletu fabularnego, w którym to dzielni Amerykanie w tajemnicy przed społeczeństwem stają do walki z potężnym wrogiem pochodzenia pozaziemskiego. Ale choć fabuła ma swoje gorsze momenty, szczególnie jeśli zapoznaje się z nią ktoś równie zmęczony owym schematem, co ja o całościowej porażce nie może być mowy. A to za sprawą kilku istotnych elementów. Rzadko mam okazję czytać powieść apokaliptyczną skupiającą się na bohaterach, z którymi mogłabym sympatyzować, czy też których osobowości znacząco odstawałyby od typowych dla tego rodzaju literatury rysów psychologicznych. Sigler, w przeciwieństwie do większości twórców historii o zarazach przeróżnej maści, z wielką dbałością oddał kluczowe postacie książki, na szczególnym miejscu stawiając nietuzinkową, miotaną sprzecznymi uczuciami postać byłego sportowca, rosłego Perry’ego Dawsey’a. Nieprzystosowany do życia w grupie, maltretowany w dzieciństwie mężczyzna, jako jedyny wyrwał się ze szponów choroby, dzięki zaangażowaniu epidemiolog Margaret Montoi. Nie jest już nosicielem pozaziemskich pasożytów, ale może nawiązywać z nimi mentalną więź, co stanowi cenny dar dla ludzi na usługach rządu, powołanych do zatrzymania epidemii. Problem tylko w tym, że Perry jest indywidualistą, samotnikiem, który nie ufa żadnym autorytetom. To z kolei jest przyczynkiem do zawiązania iście elektryzującej, niejednoznacznej i burzliwej relacji pomiędzy byłym sportowcem i weteranem CIA, Dewem Phillipsem. Chociaż te dwie postacie często wysuwają się na pierwszy plan Sigler daje nam również wgląd w innych, również interesujących bohaterów. Z największą łatwością przychodziło mi sympatyzowanie z epidemiolog, Margo oraz Vanessą Colburn, Szefową Gabinetu Stanów Zjednoczonych, które w walce z pozaziemskim zagrożeniem starały się nie wyzbywać człowieczeństwa, pamiętać o prawach obywateli i sprzeciwiać się pomysłom niektórych mężczyzn do poświęcania jednostek w imię wyższego dobra. Problem tylko w tym, że kryzysowe sytuacje wymagają drastycznych kroków, że grożąca pandemia, jak to zwykle bywa wymusza na władzy podejmowanie trudnych decyzji. I w tym momencie przechodzimy do kolejnej części składowej powieści, która mocno mnie angażowała – politycznych przepychanek i nastręczających sporych trudności w jednoznacznej ocenie śmiałych decyzji, które na pierwszy rzut oka wydają się szaleńcze, ale po dłuższym zastanowieniu mają swoje racjonalne podstawy – trudne do zaakceptowania, ale racjonalne. Ponadto czytanie „Zakażenia” znacząco umilał lekki styl autora i jego cyniczne poczucie humoru. Trafne riposty, wisielcze dowcipy i przede wszystkim trzeźwe poglądy Siglera na struktury władzy, wyłuszczone w lekkim, humorystycznym stylu, acz mające swego rodzaju gorzki posmaczek (np. ciągłe instruowanie ludzi na usługach rządu, żeby nie liczyli się z kosztami, bo to tylko pieniądze podatników…). Natomiast na miejscu Siglera poświęciłabym większą uwagę makabrycznym ustępom – oczywiście, kilka tego rodzaju wątków, szczególnie te ocierające się o stylistykę body horroru autor opisał wręcz po mistrzowsku, ale w większości przypadków aspekty gore sprowadził do krótkich, wręcz jednozdaniowych wzmianek. Skróciłabym również szczegóły wojskowych taktyk i żargon z zakresu obronności kraju (medyczny mi nie przeszkadzał), ale to już z czysto subiektywnego punktu widzenia, wszak nie przepadam za tą konkretną dziedziną.

Jak na literaturę apokaliptyczną, którą kultura masowa zdążyła już wyeksploatować niemalże go granic możliwości „Zakażenie” prezentuje się całkiem zacnie. Rzecz jasna, wiele rzeczy można tutaj było poprawić, nie zaszkodziłoby również, gdyby Scott Sigler pokusił się o większą ilość wątków, które odcinałyby się od znanej konwencji, ale nawet biorąc to pod uwagę drugą część jego trylogii czyta się całkiem przyjemnie. Sylwetki bohaterów, interesujące właściwości zarazy pochodzenia pozaziemskiego i zgrabna narracja, z której nieustannie przebijał czarny humor może nie niwelują całkowicie mankamentów tej książki, ale z pewnością wynoszą tę pozycję ponad przeciętność. Przyzwoite połączenie science fiction z horrorem, które ma szansę umilić wolny czas, nawet osobom nieprzepadającym za literaturą apokaliptyczną.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

3 komentarze:

  1. Jak brakowało Ci opisów gore, to przeczytaj pierwszy tom, tam się Sigler ostro znęca nad Perrym ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co nieco z tego zdradził w dwójce i nie powiem wzbudził tym moje zainteresowanie. Tak czy inaczej muszę przeczytać, bo zapoznanie się najpierw z sequelem samo w sobie dziwne było (bo ja w ogóle dziwoląg jestem), ale po lekturze kontynuacji nie sięgnąć po jedynkę to dopiero byłoby bezsensowne;) Tym bardziej, że dwójka całkiem niezła.

      Usuń
  2. ,, Infekcja '' jest znakomita , polecam. Tłumaczenie wprawdzie trochę kuleje, ale za to jest seria kapitalnych pomysłów i na prawdę pomysłowe rozgrywanie elementów gore, Bardzo rozrywkowa rzecz.

    OdpowiedzUsuń