Stronki na blogu

niedziela, 27 marca 2016

„Uwolnienie” (1972)


Czterech zaprzyjaźnionych biznesmenów, Lewis, Ed, Drew i Bobby wybierają się na spływ czółnami po rzece w północnej Georgii. Niedługo te tereny mają zostać zalane, więc mężczyźni uznają, że to najlepszy czas na wyprawę. Drugiego dnia pobytu na łonie natury, Ed i Bobby, zostają zaatakowani przez dwóch tubylców, którzy zamierzają wykorzystać ich seksualnie i najprawdopodobniej zamordować. Przyjaciele przychodzą im z pomocą, ale ten incydent sprawia, że biznesmeni nie mogą już czuć się bezpiecznie. Teraz, muszą walczyć nie tylko z siłami nieubłaganej Natury, ale również mieć baczenie na miejscowych, wśród których jak się okazało znajdują się tacy, którzy pragną skrzywdzić przyjezdnych, folgując swoim odrażającym skłonnościom.

„Uwolnienie” oparto na powieści Jamesa Dickeya, po raz pierwszy wydanej w 1970 roku. Scenariusz do filmu spisał sam autor książki, a za reżyserię odpowiadał John Boorman, który później stworzył między innymi sequel „Egzorcysty”, jednak „Uwolnienie” to najbardziej doceniany obraz w jego filmografii. Nominowany do wielu prestiżowych nagród, w tym Oscarów i Złotych Globów, okrzyknięty najbardziej dochodową produkcją w 1972 roku (zarobił przeszło czterdzieści sześć milionów dolarów przy dwumilionowym budżecie), a w 2008 roku wpisany na listę filmów tworzących dziedzictwo kulturalne Stanów Zjednoczonych (National Film Registry), przechowywanych w Bibliotece Kongresu. Jednak o wyjątkowości „Uwolnienia” świadczy przede wszystkim jego ponadczasowość - zjednanie sobie kolejnych pokoleń widzów, w czym ogromną rolę odegrała praktycznie niedraśnięta zębem czasu realizacja i uniwersalna problematyka.

„Uwolnienie” jest thrillerem, utrzymanym w realiach survivalowych. Jon Voight, Burt Reynolds, Ned Beatty i Ronny Cox bezbłędnie wcielili się w role biznesmenów z Atlanty, którzy przybywają na dzikie tereny w Georgii, aby spłynąć czółnami po tutejszej rzece, zanim naturę zdominują tak zwani cywilizowani ludzie. Już wstępne wynurzenia jednego z bohaterów nadają fabule swoistej ciężkości, wskazując na skłonność Dickeya do roztrząsania ważkich w skali globalnej zagadnień. Scenarzysta wtłoczył w usta Lewisa kwestie świadczące o zachłanności tak zwanych cywilizowanych ludzi, pazerności mieszczuchów, których zdaje się nadrzędnym celem jest dominacja nad Naturą. Zaraz potem scenarzysta skupia się na kontaktach miastowych z tutejszymi prostymi ludźmi, żyjącymi z dala od cywilizacyjnych zdobyczy ułatwiających egzystencję. Bardzo istotne dla dalszego przebiegu akcji są reakcje głównych bohaterów na tubylców. Tylko jeden z nich, Drew, czerpie przyjemność ze wspólnego muzykowania ze zdeformowanym chłopcem. Pozostali podchodzą do kilku przedstawicieli tutejszej społeczności z nieufnością, obawą, pogardą i wyższością. Każdy z tej trójki przyjezdnych ma do nich inny stosunek, przy czym żaden nie sprzyja zawiązaniu przyjaźni. Patrząc na zdeformowanego chłopca Bobby z odrazą w podtekście domniemywa, że pochodzi z kazirodczego związku, tymczasem Lewis stale zaznacza swoją urojoną wyższość nad tubylcami, nie przebierając w słowach, co z kolei budzi obawy w Edzie. Po tym krótkim wstępie, zgrabnie wyłuszczającym stosunek miastowych do małomiasteczkowej społeczności oraz zapatrywania jednego z nich na globalny problem destrukcyjnego podejścia rasy ludzkiej do przyrody twórcy wrzucają głównych bohaterów w sam środek malowniczego, nieokiełznanego środowiska naturalnego, w którym człowiek, aby przeżyć musi zaufać swoim instynktom i mieć nadzieję, że jego siła fizyczna wystarczy, aby zwycięsko wyjść ze starcia z Naturą. Oczywiście, mieszczuchy są przygotowane na trudności, szczególnie Lewis, mający obsesję na punkcie survivalu, ale nie aż takie, z jakimi ostatecznie przyjdzie im się zmierzyć. Punktem zapalnym jest konfrontacja z dwoma tutejszymi mężczyznami, których odrażająca aparycja – spocone twarze, brudne włosy i popsute zęby - powinna być wyznacznikiem dla wszystkich twórców filmów przynależących do nurtu rape and revenge, którzy to najczęściej z jakiegoś sobie tylko znanego powodu nie decydują się na aż tak odpychające sylwetki gwałcicieli, czym niezmiennie łagodzą uczycie niesmaku. Charakteryzatorzy w „Uwolnieniu” wystarali się o niebywale odpychający wygląd zewnętrzny oprawców, co w połączeniu z ich odrażającymi poczynaniami wywindowało u mnie poziom wstrętu na niebotyczny poziom. Boorman i Dickey postanowili podejść do najbardziej wstrząsającej sceny w „Uwolnieniu”, tj. homoseksualnego gwałtu analnego z daleko idącym minimalizmem, który paradoksalnie tylko wzmógł siłę oddziaływania zabarwioną nutką nihilizmu. Słyszymy jedynie wymuszone przez oprawcę kwiczenie i mimowolne jęki jego ofiary i widzimy skupiony wyraz twarzy gwałciciela zagłębiającego się w odbycie sponiewieranego mężczyzny. To wszystko z rosnącym przerażeniem obserwuje skrępowany Ed, bezsilny w obliczu okrucieństwa tubylców i zauważalnie przeświadczony o swojej rychłej śmierci, poprzedzonej jak wkrótce zobaczymy próbą wymuszenia stosunku oralnego. Niniejszy incydent to zwrot w obserwowanej do tej pory akcji. Od tego momentu otaczająca głównych bohaterów przyroda nie jawi się już tak malowniczo, jak dotychczas, dużo łatwiej dostrzec w niej nieokiełznaną, niszczącą siłę, na co bez wątpienia ma wpływ widmo rychłej zemsty tubylców.

„Uwolnienie” nakręcono w latach 70-tych XX wieku za zaledwie dwa miliony dolarów, w co naprawdę trudno uwierzyć obcując z tym obrazem. Przepiękne zdjęcia, acz dostrzegalnie nacechowane zwiastującą zagrożenie dzikością doskonale zsynchronizowane ze skoczno-nastrojową ścieżką dźwiękową skomponowaną na banjo generują ogromne pokłady potężnego napięcia. Ale nie tylko realizacja odgrywa znaczącą rolę w nieustannym podnoszeniu poziomu adrenaliny u odbiorcy. Również scenariusz ma swój nieoceniony wpływ na wspomniane pożądane reakcje widza, w szczególności rzadko spotykane wyczucie chwili Dickeya, który chyba na kalkulatorze wyliczał chwile wymagające zdecydowanego ożywienia akcji. Bo konfrontacja z tubylcami nie jest jedyną przeszkodą dla bohaterów na drodze do normalności, uosabianej przez cywilizację. Wszak czyn, jakiego w samoobronie się dopuścili najpewniej ściągnął na nich niebezpieczeństwo ze strony pobratymców jednego z oprawców, co znacząco utrudnia im do tej pory sielankową przeprawę przez rzekę. „Uwolnienie” w wielkim skrócie stanowi więc obraz tragicznego w skutkach starcia przedstawicieli małomiasteczkowej społeczności z miastowymi oraz konfrontacji człowieka z Naturą, której wbrew przekonaniu tak zwanych cywilizowanych ludzi nie sposób okiełznać. Przy czym absolutnie każde nieszczęście, jakie spotyka biznesmenów oraz każda poczyniona przez nich próba wydostania się z tego miejsca i zminimalizowania zagrożenia ze strony miejscowych nacechowane są chwilami wręcz nieznośnymi pokładami napięcia, nieosiągalnego dla większości twórców filmowych thrillerów. John Boorman stworzył obraz obfitujący w wiele niespodzianek, warunkujących przygnębiający ogląd całej sytuacji, który ostatecznie prowadzi do przeświadczenia przywodzącego na myśl przesłania, jakie niosą najpopularniejsi przedstawiciele włoskiego nurtu kanibalistycznego.

Jednym z bardziej znanych horrorów inspirowanych „Uwolnieniem” jest „Droga bez powrotu”, czego jej twórcy nawet nie ukrywali wtłaczając owy tytuł w usta jednego z bohaterów. Oczywiście, od czasu powstania tej wiekopomnej pozycji wielu innych filmowców mniej lub bardziej zdecydowanie wzorowało się na dokonaniu Johna Boormana, ale i tak życzyłabym sobie, żeby było ich więcej. Może nie tyle w kontekście fabuły, co sposobu opowiadania danej historii - konsekwentnego trzymania się obranej problematyki, z niebywałą lekkością wzbogacanej aurą wszechobecnego zagrożenia wespół z innymi genialnie wyłożonymi częściami składowymi generującą potężne napięcie. „Uwolnienie” nie bez przyczyny zyskało tak wielkie uznanie opinii publicznej, w tym krytyków, teraz to wiem. Szkoda tylko, że szansę temu thrillerowi dałam tak późno, bo jak przekonałam się na własnej skórze odkładałam czystą przyjemność płynącą z obcowania z tym wspaniałym dziełem.

1 komentarz: