Stronki na blogu

wtorek, 26 grudnia 2017

„Lokator” (1976)

Trelkovsky znajduje mieszkanie do wynajęcia w starej kamienicy należącej do niejakiego pana Zy. Podczas oględzin lokalu dowiaduje się, że poprzednia najemczyni, Simone Choule, wyskoczyła z okna z zamiarem zabicia się. Obecnie przebywa w szpitalu, ale jej dni zdają się być policzone. W trakcie odwiedzin kobiety w placówce medycznej Trelkovsky poznaje jej przyjaciółkę Stellę, która zakłada, że mężczyzna znał Simone, a ten nie wyprowadza jej z błędu. Spędzają razem parę godzin, a niedługo potem Trelkovsky wprowadza się do dawnego mieszkania panny Choule. Szybko zaczyna mieć problemy z sąsiadami utyskującymi na hałasy, jakie robi nocami. Choć mężczyzna bardzo się stara dostosować do zasad panujących w budynku zawsze znajdzie się ktoś, kto ma do niego pretensje. Ponadto zauważa, że lokatorzy tej kamienicy mają dziwny zwyczaj długiego przebywania w toalecie w całkowitym bezruchu. To nie jedyne kuriozum, z którym się spotyka, znajduje dużo więcej niepokojących odstępstw od normy, które każą mu sądzić, że ma do czynienia z jakimś spiskiem zawiązanym przeciwko niemu.

Filmową wersję „Chimerycznego lokatora”, powieści autorstwa Rolanda Topora pierwotnie wydanej w 1964 roku, miał reżyserować Brytyjczyk Jack Clayton, ale Barry Diller ówczesny szef Paramount Pictures wytwórni, która kupiła projekt od Universal Studios, bez wiedzy Claytona podjął negocjacje z Romanem Polańskim. Diller ponoć założył, że Clayton nie jest już zainteresowany tym projektem chociaż w ogóle tego z nim nie konsultował. W ten oto sposób projekt trafił w ręce Romana Polańskiego, ku wielkiego niezadowoleniu Jacka Claytona. Scenariusz „Lokatora” na podstawie książki Rolanda Topora spisał Gerard Brach we współpracy z samym reżyserem filmu, a obecnie obraz jest postrzegany jako ostatnia część tzw. trylogii apartamentowej Romana Polańskiego, w skład której wchodzą ponadto „Wstręt” i „Dziecko Rosemary”.

To badacze i krytycy, a nie sam zainteresowany ukuli termin trylogii apartamentowej. Zauważyli bowiem charakterystyczne zbieżności pomiędzy „Wstrętem”, „Dzieckiem Rosemary” i „Lokatorem” Romana Polańskiego. Akcja wszystkich tych filmów rozgrywa się w wielkim mieście i wszystkie one przedstawiają studium czy to tylko rzekomego, czy faktycznego postępującego szaleństwa jednostki zajmującej jedno z mieszkań w starej kamienicy. W „Lokatorze” w postać rzeczonej być może zaburzonej psychicznie persony wcielił się sam Roman Polański. W iście doskonałym stylu przedstawił nam obraz mężczyzny, w którym sukcesywnie narasta przekonanie, że jego życie jest zagrożone. Mania prześladowcza, paranoja, UWAGA SPOILER zaburzenie tożsamości płciowej KONIEC SPOILERA – takie diagnozy widz będzie stawiał tytułowemu bohaterowi omawianego filmu, mężczyźnie noszącemu nazwisko Trelkovsky, który na swoje nieszczęście wynajął mieszkanie, z okna którego niedawno wyskoczyła młoda kobieta, niejaka Simone Choule. Mieszkanie w starej kamienicy, w której panują surowe zasady narzucane przez właściciela, starszego mężczyznę, pana Zy i większość najemców. Pochodzący z Polski, ale posiadający obywatelstwo francuskie (powiązanie z tymi dwoma konkretnymi krajami przywodzi na myśl osobę samego Romana Polańskiego) Trelkovsky jest człowiekiem wyalienowanym, żyjącym w ciągłym poczuciu zagrożenia ze strony osób, które go otaczają. Jego nieufność względem sąsiadów cały czas rośnie – jak niegdyś sam Polański nie wie skąd nadejdzie uderzenie, która osoba pierwsza przypuści na niego atak, ale w przeciwieństwie do widza, od pewnego momentu nie ma żadnych wątpliwości, że ktoś to w końcu uczyni. Główny bohater filmu ma grupkę przyjaciół, poznaje także młodą kobietę Stellę (bardzo dobra kreacja Isabelle Adjani, którą wielu fanów kina grozy kojarzy choćby z późniejszym „Opętaniem” Andrzeja Żuławskiego), nie jest więc takim kompletnym outsiderem. Na zewnątrz, bo w starej kamienicy, do której się wprowadził, w czterech ścianach leciwego domostwa wydaje się być traktowany jako ktoś gorszy, jak osoba, która nie zasługuje na dopuszczenie do kręgu wtajemniczonych (być może z powodu swojego pochodzenia) i jako ten, który uprzykrza życie innym. Chociaż wcale tak nie jest – po otrzymaniu pierwszego upomnienia za zakłócanie ciszy nocnej nowy najemca zachowuje się tak cicho, jak tylko może. Z natury jest człowiekiem ugodowym, starającym się nikomu nie wadzić, nie wchodzić w drogę ludziom przebywającym w jego otoczeniu i służyć pomocą każdemu, kto w jego ocenie akurat jej potrzebuje. Takie podejście do życia sprawia, że nierzadko jest wykorzystywany. Właśnie przez tę swoją naiwność jest wyzyskiwany przez dużo bardziej przedsiębiorcze osoby (scenka z bezdomnym). Mężczyzna pozwala by inni „wchodzili mu na głowę”, woli stracić niż wdawać się w konflikty, nie ma ochoty albo siły, aby zawalczyć o lepsze miejsce w grupie dlatego ciągle jest spychany na „koniec łańcucha pokarmowego”. A sąsiedzi gdy tylko im się na to pozwoli potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. Na swoje szczęście nie mieszkam w bloku ani w kamienicy, ale z opowieści innych wiem, że życie w takich miejscach bywa naprawdę ciężkie. A w scenariuszu Gerarda Bracha i Romana Polańskiego dostrzegam echa rzeczonych zasłyszanych opowieści, co daje mi powody sądzić, że czy to scenarzyści, czy autor literackiego pierwowzoru (powieści nie czytałam stąd brak pewności w tej kwestii) dokonali/dokonał całkiem wnikliwej obserwacji tego zjawiska. Ot, wątek z życia wzięty podany z dużą dbałością o atmosferę narastającej paranoi.

Gdybym była na miejscu Trelkovsky'ego to czym prędzej skoncentrowałabym się na szukaniu nowego lokum, ale tytułowy bohater tego filmu wychodzi z założenia, że zdoła sprostać wymaganiom stawianym przez sąsiadów i właściciela owej feralnej kamienicy. Sądzi, że uda mu się dostosować do zasad panujących w tym budynku. Mieszkanie bardzo mu się podoba, zależy mu na pozostaniu właśnie w tym miejscu tak bardzo i ma tak przesadnie ustępliwą naturę, że wydaje mu się, że jest w stanie znieść wszelkie niedogodności. Nie hałasuj, nie sprowadzaj do domu kobiet, nie przesuwaj w nocy mebli i najlepiej po zapadnięciu zmroku chodź w kapciach, ażeby sąsiedzi z dołu nie słyszeli stąpania po podłodze. Jeśli cierpisz na bezsenność, prowadzisz nocny tryb życia, najlepiej czym prędzej się przeprowadź, chyba że chcesz, aby pozostali lokatorzy ciągle składali na ciebie skargi, które prędzej czy później doprowadzą do wypowiedzenia ci umowy najmu. Do takich właśnie warunków musi dostosować się każdy, kto chce mieszkać w wiekowej kamienicy w Paryżu należącej do apodyktycznego pana Zy. Twórcy „Lokatora” już samymi tymi niełatwymi relacjami Trelkovsky'ego z nieprzejednanymi sąsiadami budzą w widzach obawę o bezpieczeństwo głównego bohatera, którą następnie konsekwentnie potęgują. Już sam fakt, że poprzednia lokatorka wyskoczyła z okna mieszkania zajmowanego obecnie przez Trelkovsky'ego rodzi dużą podejrzliwość względem sąsiadów, bo przecież mogło być tak, że została zmuszona do targnięcia się na własne życie. A jeśli dodamy do tego ewidentnie nieprzyjazne nastawienie większości lokatorów starej kamienicy do nowego najemcy tego nieszczęsnego mieszkania to powinniśmy szybko dojść do wniosku, że życie głównego bohatera jest zagrożone. Tak jak w „Dziecku Rosemary” od początku będziemy nieufnie nastawieni do pozostałych mieszkańców francuskiej kamienicy. A kilkukrotnie będziemy nabierać absolutnej wręcz pewności, że praktykują oni coś, co wymyka się naszemu pojmowaniu, coś w co Trelkovsky nie został wtajemniczony z tego prostego powodu, że został wybrany na ich kolejną ofiarę. Ludzki ząb znaleziony w ścianie, letarg w który zapadają co poniektórzy mieszkańcy odwiedzający toaletę to tylko niektóre z elementów nasuwających wyżej wspomniany tok myślenia. Twórcy „Lokatora” dają nam jednak możliwość oglądu sytuacji z dwóch perspektyw – tej jak się wydaje w pełni obiektywnej i tej subiektywnej, z punktu widzenia Trelkovsky'ego. Różnice, które w takich chwilach zostają aż nadto wyraźnie unaocznione każą nam dopuścić także inną możliwość, która to tak samo jak w przypadku tej pierwszej interpretacji raz będzie przyjmowana za pewnik, a innymi razy będzie odrzucana na rzecz tej drugiej teorii. Spisek czy postępująca choroba psychiczna? Tajemne moce wykorzystywane przeciwko nowemu lokatorowi oraz kobiecie wychowującej niepełnosprawną córką, a wcześniej Simone Choule czy zwykłe urojenia będące objawem rozwijającej się choroby? Czy Trelkovsky'emu zagrażają sąsiedzi czy to raczej on stwarza niebezpieczeństwo dla siebie i innych? Roman Polański prowadzi nas przez tę jakże zajmującą opowieść z właściwym sobie wyczuciem napięcia i z dużą dbałością o klaustrofobiczny, zimny klimat wielkomiejskiej paranoi, który oczywiście zawdzięczamy również utalentowanej ekipie, z Philippe Sarde autorem hipnotyzującej, mocno klimatycznej ścieżki dźwiękowej włącznie. „Lokator” nie jest jednak tak duszący jak „Wstręt”, ani tak niepokojący jak „Dziecko Rosemary” - z oprawy wizualnej przebija więcej powściągliwości, w moim odczuciu jest ona delikatniejsza niż w dwóch poprzednich obrazach wchodzących w skład tzw. trylogii apartamentowej. To, co pokazano wystarczyło do wzbudzenia we mnie silnych emocji, ale nie zaszkodziłoby gdyby atmosferę jeszcze trochę podkręcono, gdyby przygniatała z siłą porównywalną do tej z „Dziecka Rosemary” i „Wstrętu”. Zakończenie natomiast autentycznie wgniata w fotel, uderza zdecydowanie najmocniej z całego tego nieoficjalnego tryptyku – ogłusza, dezorientuje, a zaraz potem wprawia wszystkie trybiki w głowie widza w iście szaleńczy pęd.

„Lokator” to bez wątpienia jedno z najważniejszych dokonań Romana Polańskiego, obraz którego nie wypada nie znać, jeśli jest się fanem twórczości tego wielce uzdolnionego człowieka i filmowych thrillerów psychologicznych w ogóle. Bo to jeden z ważniejszych reprezentantów tego gatunku, cieszący się ogromną sympatią rzeszy widzów z całego świata, wielokrotnie analizowany, rozkładany na czynniki pierwsze tak przez krytyków i badaczy, jak zwykłych fanów psychologicznych dreszczowców oczarowanych filmową wersją „Chimerycznego lokatora” Rolanda Topora. Moim ulubionym dziełem Romana Polańskiego „Lokator” nie jest, to miejsce bowiem od lat zajmuje „Dziecko Rosemary”. Nawet „Wstręt” uważam za obraz lepszy od omawianego, ale na trzecie miejsce na tej mojej osobistej liście już w pełni sobie zasłużył.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz