Stronki na blogu

piątek, 29 grudnia 2017

„To” (2017)

Rok 1988. W małym amerykańskim miasteczku Derry Bill Denbrough robi swojemu młodszemu bratu Georgiemu papierową łódź, którą obdarowany bez chwili zwłoki idzie pobawić się poza domem. Nowy nabytek po niedługim czasie wpada do kanału, w którym zostaje przechwycony przez klowna. Georgie wdaje się w rozmowę z nim nie zdając sobie sprawy z jego potwornej natury. Klaun okalecza dziecko i wciąga je do kanału.
Rok 1989, lato. Bill nadal wierzy, że uda mu się odnaleźć zaginionego przed rokiem brata. Poszukiwania prowadzi z pomocą swoich przyjaciół, Eddiego Kaspbraka, Stanleya Urisa i Richiego Toziera. Wkrótce do ich paczki dołączają Ben Hanscom, Beverly Marsh i Mike Hanlon, a dzieciaki odkrywają, że w Derry zagnieździł się jakiś stwór potrafiący przybierać najróżniejsze postacie zaczerpnięte z ludzkich lęków. Najczęściej ukazuje się w formie klauna Pennywise'a i to on jest odpowiedzialny za zaginięcia dzieci. Siedmioosobowa paczka przyjaciół nazywająca siebie frajerami będzie musiała stanąć do walki z Tym. Podjąć próbę zabicia potwora zanim ten dopadnie ich.

Andy Muschietti, twórca głośnej „Mamy” z 2013 roku dwa lata później rozpoczął negocjacje z New Line Cinema, w związku z zamiarem obsadzenia go w roli reżysera drugiej adaptacji powieści Stephena Kinga pt. „To”. Cary Fukunaga wcześniej zrezygnował z tej funkcji, ponieważ jego wizja kłóciła się z wymogami New Line Cinema, wytwórnia musiała więc podjąć poszukiwania innego reżysera. Trafiło na Andy'ego Muschiettiego. Scenariusz autorstwa Chase'a Palmera, Cary'ego Fukunagi i Gary'ego Daubermana przeniesiono na ekran za trzydzieści pięć milionów dolarów, a wpływy z biletów przekroczyły najśmielsze oczekiwania - „To” zarobiło prawie siedemset milionów dolarów, tym samym bijąc rekord „Egzorcysty” Williama Friedkina. Wśród filmowych horrorów i bez uwzględnienia inflacji.

„To” Andy'ego Muschiettiego nie jest remakiem miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a z 1990 roku, ani też ekranizacją powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. To ni mniej, ni więcej jak readaptacja albo jak kto woli ponowna adaptacja, czyli produkcja oparta na motywach powieści, a nie będąca jej bardzo wiernym odwzorowaniem (ekranizacja). Twórcy mieli oczywiście w pamięci pierwszą filmową wersję „To”, zwłaszcza doskonałą kreację Pennywise'a w wykonaniu Tima Curry'ego, ale bezpośrednim źródłem ich inspiracji był pierwowzór literacki, a nie miniserial. Co zresztą widać choćby w scenie z trędowatym, którego przecież nie było w poprzedniej adaptacji, ten wątek pojawiał się natomiast w książce. Nie pamiętam czy dom przy Neibolt Street istniał w miniserialu, ale nawet jeśli, to został zmarginalizowany – pojedynek z Tym w chylącym się ku upadkowi, iście upiornym domostwie został ewidentnie zaczerpnięty z powieści, choć w nieco zmienionej formie (nie ma na przykład srebrnych kul i wilkołaka). Andy Muschietti nie chciał, tak jak Stephen King, wykorzystywać ikon popkultury w kreowaniu lęków małoletnich mieszkańców Derry. Pragnął wydobyć głębsze obawy zakorzenione w rzeczywistych traumach i urazach z dzieciństwa. Dlatego właśnie nie zobaczyłam wilkołaka, mumii, wielkiego ptaszyska (i dobrze, bo jak sobie wyobrażę co komputer by z tego zrobił to mdli mnie na samą myśl) i pełzającego oka (a to z chęcią bym zobaczyła, tyle że w bardziej praktycznym niźli cyfrowym wydaniu). I dlatego Beverly nie była jedynie maltretowana przez ojca, dlatego scenarzyści zmaksymalizowali jej udrękę – Kingowi i bez tego udało się poruszyć mnie piekłem zgotowanym dziewczynie przez jej własnego ojca, za to readaptacja nie zdołała nawet zbliżyć mnie do tego stanu, w którym się znajdowałam czytając o gehennie Beverly. Nic w tym dziwnego. Książka, zwłaszcza napisana przez osobę kładącą tak silny nacisk na aspekty psychologiczne zawsze będzie wnikać głębiej niż film, nie będę więc czynić z tego jakiegoś ogromnego zarzutu. Większą niedogodnością było dla mnie nieprzekonujące oddanie realiów końcówki lat 80-tych XX wieku. W książce wydarzenia z dzieciństwa rozgrywały się w drugiej połowie lat 50-tych, twórcy filmu uznali jednak, że przesunięcie jej o trzydzieści lat do przodu bardziej zadowoli współczesnego widza, bo w ich ocenie duża część potencjalnych odbiorców „To” przeżywała swoje dzieciństwo właśnie w tej dekadzie. To mi nie przeszkadzało, ale same stroje i plakaty to za mało żeby stworzyć iluzję lat 80-tych. Stylizacji obrazu na film z tejże dekady nie ma wcale, a i klimat tchnie współczesnością. Pochwalić muszę natomiast oddanie realiów małego amerykańskiego miasteczka – malowniczej, pozornej oazy spokoju, w której zagnieździło się coś, co nieustannie, nawet wówczas, gdy nie pojawia się na ekranie, burzy rzeczoną sielankę. W takim właśnie miejscu przyszło żyć siódemce naszych dziecięcych protagonistów, którzy w ogólnym zarysie przypominają tych znanych z powieści, aczkolwiek scenarzyści nie omieszkali nawet tutaj wprowadzić kilku zmian. Co samo w sobie ujmą nie jest, ale dobrze by było, gdyby podano więcej detali na ich temat. Dla mnie najbardziej istotną modyfikacją było przekazanie Mike'owego zamiłowania do historii mojemu ulubionemu bohaterowi książki Benowi, zabierając mu jednocześnie jego pasję do architektury i budownictwa. Czy to oznacza, że w drugiej odsłonie filmu, a takową wstępnie zaplanowano na 2019 rok, to on będzie bibliotekarzem w Derry, to właśnie Haystack jako jedyny z całej siódemki zostanie w tym przeklętym mieście? Ponadto filmowy Stan nie interesuje się ptakami, a jego ojciec jest rabinem, Beverly mieszka tylko z ojcem, Bill szuka swojego brata, bo w tej wersji jego ciała nie odnaleziono, Mike'a wychowuje dziadek, a Eddie jest bardziej rozgadany niż Richie, chociaż gwoli ścisłości tak jak w powieści to temu drugiemu przypadła w udziale rola wesołka. Jack Dylan Grazer w roli Eddiego z całej tej siódemki wypadł najbardziej charyzmatycznie – to on najsilniej przyciągał mój wzrok, aczkolwiek pozostałym małoletnim aktorom też nie mogę zarzucić braku profesjonalizmu. Gdybym jednak miała wskazać w mojej ocenie lepszą dziecięcą obsadę to bez wahania wybrałabym tę z miniserialu. To samo tyczy się Pennywise'a – kunszt Tima Curry'ego w połączeniu z minimalistyczną charakteryzacją bardziej do mnie trafia niźli wspomaganie komputerowe. Ale gwoli sprawiedliwości efektywne starania Billa Skarsgarda w roli Tańczącego Klauna nie umknęły mojej uwadze. Nie pokazał się od tak doskonałej strony jak Curry, ale na duży plus i tak sobie zasłużył. Film z mniejszym rozmachem i w mocno okrojonej wersji (najbardziej brakowało mi silnego nacisku na magię płynącą z siły wyobraźni) pokazuje nam uroki i trudy dzieciństwa, uderza w familijną strunę, pamiętając przy tym o aspektach typowych dla horroru. Wielu recenzentów zestawia klimat tego dzieła ze „Stań przy mnie” Roba Reinera, filmem opartym na minipowieści „Ciało” Stephena Kinga zamieszczonej w zbiorze „Cztery pory roku”, ale jeśli ja miałabym komuś polecić inny utwór o okresie dziecięcym niż „To” pióra tego pisarza to wskazałabym „Małych ludzi w żółtych płaszczach”, minipowieść ze zbioru „Serca Atlantydów”, bo uważam ją za dużą lepszą od poczytniejszego „Ciała”. Zresztą „Kraina wiecznego szczęścia” film na kanwie „Małych ludzi w żółtych płaszczach” też bardziej mi się podobał od „Stań przy mnie”, choć oczywiście w moich oczach nie dorasta do poziomu literackiego pierwowzoru.

Zmian w stosunku do literackiego oryginału jest co niemiara – wydaje mi się, że nawet więcej niż w miniserialu Tommy'ego Lee Wallace'a. Co najważniejsze twórcy readaptacji zdecydowali się rozbić tę opowieść na dwie części (choć jeśli kolejna część będzie się cieszyć zbliżoną oglądalnością to podejrzewam, że zrobią z tego serię, ale to tylko moje przypuszczenia podyktowane wiedzą o innych hollywoodzkich hiciorach). W powieści i w miniserialu podawano okres dorosłości naprzemiennie z retrospekcjami. Tam doskonale się to sprawdzało, idealnie uzupełniało nawzajem i windowało emocjonalne napięcie. W pierwszej filmowej wersji nie udało się tego przedstawić w tak znakomity sposób, bo i forma (filmowa, nie literacka) była ku temu dużo mniej sprzyjająca. Pomysł Andy'ego Muschiettiego na wybrnięcie z tego problemu wielce mnie usatysfakcjonował, ponieważ miniserial aż nadto wyraźnie uświadomił mi, że próba powtórzenia konstrukcji stworzonej przez Stephena Kinga na kartach jego powieści „To” na ekranie ma znikome szanse powodzenia. Idąc dalej w tym punktowaniu zmian: tak samo jak w dziele Tommy'ego Lee Wallace'a zabrakło interludiów, chociaż o paru Ben wspomina przytaczając kolegom skróconą historię Derry. Bez zagłębiania się w szczegóły, bez odwzorowywania tamtejszych realiów przez twórców filmu. Barrens zmarginalizowano, tak samo Henry'ego Bowersa i jego gang. Długo by wymieniać czego jeszcze tutaj nie ma, dlatego wspomnę jedynie o tamie zbudowanej przez Klub Frajerów, dymnej jamie i co najbardziej bolesne braku mojego ukochanego Żółwia. Wszystko inne twórcom wybaczam, ale tak jak nie wybaczyłam twórcom miniserialu opuszczenia Żółwia tak nie wybaczam tego osobom odpowiedzialnym za omawiany projekt. Naprawdę, nawet modyfikacje pierwszoplanowych dziecięcych postaci mi nie przeszkadzały, nawet taki banał jak ich kłótnia i jeszcze większy banał następujący niedługo potem oraz wykrojenie wielu wspaniałych wątków nie było w stanie mnie zirytować, a bo wierność literackiemu oryginałowi nie jest dla mnie wartością nadrzędną w produkcjach na nich opartych. Ale nie potrafię przymknąć oczu na tę jedną modyfikację. Moja miłość do tej płaszczyzny książki najzwyczajniej w świecie całkowicie mi to uniemożliwia. Za to efekty specjalne w większości zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Owszem, twórców czasami ponosiło w pracy z komputerem – twarz Pennywise'a miejscami jest aż nadto sztuczna, jedno zbliżenie na oblicze trędowatego unaoczniło mi przesadne oddanie technologii cyfrowej, a i sekwencja z krwią bryzgającą z umywalki jest nazbyt efekciarska. Nieprzekonująca barwa posoki plus ewidentnie jej zbyt duża ilość. W końcu więcej nie zawsze znaczy lepiej – osobiście wolę umiar i nacisk na klimat pokazane w pierwszej ekranowej wersji „To”. Jump scenek też jest całkiem sporo i przynajmniej na mnie nie wywierały one zamierzonego efekty, ponieważ twórcy nie poprzedzali ich należycie długimi wstępami podnoszącymi napięcie, ale sam przebieg manifestacji zła, z wyłączeniem kilku na ogół finalnych dodatków cyfrowych, bo nazbyt przesadnych w swojej formie, odnotowuję na plus. Największe wrażenie zrobiły na mnie sekwencje z rzutnikiem (efektowny montaż wprawiający postać z fotografii w ruch, która następnie w migawkach nakłada się na umowny świat rzeczywisty) i scenka w piwnicy z udziałem demonicznego brata Billa i pełzającego klauna. W zestawieniu z nimi końcówka filmu prezentuje się blado, mało charakterystycznie i oczywiście tak samo jak to miało miejsce podczas seansu miniserialu ubolewałam nad rezygnacją z najbardziej kontrowersyjnego wydarzenia z książki. Twórców pierwszej filmowej wersji usprawiedliwiało to, że kręcili dla telewizji, w której wówczas niepodobna była pokazywać tak mocnych obrazków, ale miałam nadzieję, że w obecnych czasach i to w produkcji kinowej, której dano kategorię R filmowcom nie braknie odwagi na chociażby zasugerowanie tej sytuacji, jeśli już nie przybliżenie jej w wielu szczegółach. Zaskoczyło mnie natomiast jedno zdarzenie w końcowej partii filmu – na kimś, kto nie zna książki pewnie nie wywrze to takiego efektu, ale ci co czytali prawdopodobnie będą chociaż odrobinę, jeśli już nie nielicho zdumieni. Czy będą poczytywać owe rozwiązanie na plus to nie wiem, ale ja byłam twórcom „To” wdzięczna za tę niespodziewaną odskocznią od oryginału. I skłaniającą do namysłu. Ten krok stwarza bowiem konieczność wprowadzenia kolejnych niemałych zmian w drugim rozdziale filmowego „To”. Nie wiem, czy w kolejnej odsłonie readaptacji „Tego” pojawią się jakieś retrospekcje, ale nawet jeśli równałoby się to z pokazaniem wątków z książki pominiętych w tej odsłonie filmu to szczerze powiedziawszy wolałabym, żeby ich nie było. Żeby drugi rozdział w całości skoncentrował się na dorosłych poskramiaczach potwora gnieżdżącego się w Derry, ponieważ mam wątpliwości, czy w takowym kształcie udałoby się zachować spójność tej historii. Bo fabuła spójna jest, choć w zestawieniu z literackim pierwowzorem mocno spłaszczona – wolę jednak takie płaskie, acz zwarte wydanie niźli próby dokładniejszego odwzorowywania okresu dziecięcego siódemki protagonistów wówczas gdy najlepszy czas na to już minął. Jeśli już twórcom na tym zależało lepiej było to zrobić tutaj zamiast odkładać na następny rozdział, ale tak jak napisałam nie wiem, czy faktycznie tak przedstawiają się plany na kolejną odsłonę.
 
W książce To powracało mniej więcej co 27 lat – premierę pierwszej i drugiej adaptacji dzieli właśnie 27 lat, ale na pojawienie się kontynuacji tej nowszej odsłony na pewno nie przyjdzie nam aż tyle czekać. Pewnie wyjdzie tak szybko, jak tylko można, gdyż trzeba kuć żelazo póki gorące, czyli płynąć na fali popularności nowego „Tego” zanim jego gwiazda przygaśnie. Może to nigdy nie nastąpi, może za kilkadziesiąt lat obraz ten będzie postrzegany tak jak dzisiaj na przykład „Egzorcysta”, „Dziecko Rosemary” i „Koszmar z ulicy Wiązów”, może się nie zestarzeje, nie odejdzie w zapomnienie, przez ogół będzie uważany za pozycję obowiązkową dla każdego wielbiciela filmowego horroru. Bo choć to dokonanie Andy'ego Muschiettiego nie dołączyło do grona moich ulubionych produkcji opartych na prozie Stephena Kinga to musiałabym być nieprzytomna, żeby nie zauważyć odniesionego przezeń przeogromnego sukcesu.

2 komentarze:

  1. Słabo już pamiętam czytaną ponad 10 lat temu książkę. Pamiętam, że bardzo podobał mi się klimat tamtych lat, małej mieściny oraz wątki z problemami dorastających bohaterów.
    Film się nam podobał, momentami nawet bawił, zwłaszcza w dialogach chłopców.
    Czekam na Chapter two i jestem ciekawa, jacy aktorzy zagrają dorosłych bohaterów.
    Ogółem wrażenia jak najbardziej pozytywne.
    Pozdrawiamy w końcówce Starego Roku i dużo pomyślności w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, również pozdrawiam ciepło.
      I Szczęśliwego Nowego Roku Wam życzę!

      Usuń