Stronki na blogu

sobota, 16 lutego 2019

Carme Chaparro „Nie jestem potworem”

W centrum handlowym na peryferiach Madrytu znika czteroletni chłopiec, Kike. Śledztwo w tej sprawie nadzoruje nadinspektor Ana Aren, dowodząca jednostką do spraw nieletnich w madryckiej Służbie Pomocy Rodzinie. Policjanci nie wykluczają żadnej możliwości, ale czują, że najbardziej prawdopodobne jest to, iż Kike został porwany przez tego samego osobnika, który odpowiada za zniknięcie innego czteroletniego chłopca imieniem Nicolas, mającego miejsce dwa lata wcześniej w tym samym centrum handlowym. Media nazwały go Slendermanem, a śledczym nie udało się odnaleźć Nicolasa ani wpaść na trop jego porywacza. Informację o zniknięciu Kike jako pierwsza do publicznej wiadomości podaje Ines Grau, reporterka Kanału Jedenastego, a prywatnie przyjaciółka nadinspektor Any Aren. Ona też jako pierwsza dzieli się z widzami podejrzeniem, że za zniknięcie Kike odpowiada ten sam człowiek, który przed dwoma laty uprowadził Nicolasa. A jakiś czas później w tym samym centrum handlowym znika jej własny syn, Pablo.

Carme Chaparro ukończyła dziennikarstwo na Uniwersytecie Autonomicznym w Barcelonie, a krótko potem rozpoczęła karierę w telewizji. Przez dwadzieścia lat była jedną z czołowych prezenterek wiadomości krajowych i światowych grupy Mediaset, w wolnych chwilach pisząc felietony i działając na rzecz praw, wolności i równości kobiet. W 2017 roku w Hiszpanii ukazała się jej debiutancka powieść „No soy un monstruo” („Nie jestem potworem”), która została uhonorowana Premio Primavera de Novela, i która otwiera zaplanowany cykl thrillerów z nadinspektor Aną Aren, fikcyjną bohaterką pracującą w madryckiej Służbie Pomocy Rodzinie. Pierwsze, hiszpańskie, wydanie drugiej odsłony serii ukazało się w maju 2018 roku.

„Nie jestem potworem” to drugi, po „Ciszy białego miasta” Evy Garcii Saenz de Urturi, hiszpański thriller, który wpadł w moje ręce w tym roku. Polskie wydania tych powieści przygotowało wydawnictwo Muza, co może (ale nie musi) wskazywać na to, że szykuje dla nas, fanów literackich dreszczowców, okres hiszpański. A w każdym razie tego bym sobie życzyła. Chciałabym, żeby wydawnictwo Muza konsekwentnie rozszerzało tę ofertę, bo wygląda mi na to, że literatura hiszpańska ma się równie dobrze jak tamtejsza kinematografia (jeśli nie lepiej), niemądrze byłoby więc rezygnować z przedłużania tej przyjemności miłośnikom thrillerów czytającym w języku polskim. Powieść „Nie jestem potworem” w mojej ocenie nie dorównuje „Ciszy białego miasta”, ale i nie nastawiałam się na to, że sięgnie ona, moim zdaniem, tak wysoko zawieszonej poprzeczki przez Evę Garcię Saenz de Urturi. I nie musiała – tyle wystarczyło, by przykuć moją uwagę, bym doszła do wniosku, że drzwi do wielkiej pisarskiej kariery stoją przed Carme Chaparro otworem, że to jedna z tych jakże obiecujących powieściopisarek, którym do doskonałości dużo nie brakuje. Myślę, że „Nie jestem potworem” to dopiero przedsmak tego, na co stać tę Hiszpankę, która od dwóch dekad realizowała się głównie w telewizji, jako prezenterka i redaktorka serwisów informacyjnych. Myślę, że pełne rozwinięcie skrzydeł dopiero przed nią, ale i sądzę, że fanom literackich thrillerów na początek tyle wystarczy, że nie pożałują oni spotkania z pierwszą powieścią Carme Chaparro. Fabuła jest przedstawiana z kilku perspektyw – najczęściej autorka skupia się na nadinspektor Anie Aren (narracja trzecioosobowa) i reporterce telewizyjnej Ines Grau (narracja pierwszoosobowa), ale od czasu do czasu w centrum wydarzeń stawia też inne, mniej ważne postacie. Pracująca w madryckiej Służbie Pomocy Rodzinie, nadinspektor Ana Aren, trochę przypominała mi i literacką, i serialową Maurę Isles (bohaterkę popularnego cyklu powieści kryminalnych pióra Tess Gerritsen, na podstawie którego powstał serial kanału TNT, w Polsce znany pod tytułem „Partnerki”). Ana nie jest tak zimna, jak powieściowa Maura, ani tak zwariowana, jak jej serialowa odpowiedniczka, ale też jest osobą zdystansowaną, nieufną, nielubiącą publicznie okazywać uczuć, emanującą profesjonalizmem, doprawionym jednak szczyptą czarnego humoru. Tymczasem jej przyjaciółka, reporterka Kanału Jedenastego, Ines Grau, przypominała mi Rachel Keller z dwóch części „The Ring” (remake'u i jego sequela). I tutaj także, dostrzegałam różnice, to znaczy kopią bym tego nie nazwała, ale te punkty wspólne, które zaobserwowałam wystarczyły do narodzenia się we mnie tego przyjemnego skojarzenia (w przypadku Any też ucieszyły mnie jej podobieństwa do innej lubianej przeze mnie fikcyjnej bohaterki). Tym, co je wprowadziło było podejście Grau do jej pracodawcy – w kontaktach z nim kobieta nie jest aż tak bezpośrednia, jak Rachel Keller, ale i daleko jej do uległości. Drobnych przytyków pod adresem przełożonego sobie nie szczędzi. Ines jakiś czas temu napisała książkę, która została bestsellerem i od tego czasu jest regularnie nagabywana przez swojego wydawcę (mężczyzna próbuje namówić ją do napisania kolejnej powieści), z którym to kobieta również toczy coś na kształt słownej wojny. Ponadto Ines jest samotną matką czteroletniego Pabla, kobietą w pełni niezależną, potrafiącą walczyć o swoje i niepoddającą się presji otoczenia. A jako że wprost uwielbiam postacie obdarzone takimi cechami, przez jakiś czas właśnie do Ines Grau żywiłam największą sympatię, to ją uważałam za najjaśniej błyszczącą gwiazdę wśród postaci zaludniających „Nie jestem potworem”. Sytuacja uległa zmianie po zniknięciu czteroletniego syna Ines – od tego momentu moją uwagę silniej przyciągała nadinspektor Ana Aren.

Teraz cała światowa przestępczość funkcjonowała w sieci. Cała obecna na ziemi zgnilizna, okrucieństwo i deprawacja sprowadzały się do zer i jedynek przekazujących wszelkie zło z prędkością światła.”

Wątkiem przewodnim „Nie jestem potworem” Carme Chaparro jest policyjne śledztwo w sprawie zaginięć czteroletnich chłopców w centrum handlowym stojącym na peryferiach Madrytu. Autorka dosyć szczegółowo omawia zniknięcie Nicolasa, ale właściwa akcja książki toczy się dwa lata później - nie licząc niedługiego wprowadzenia, od momentu zaginięcia drugiego chłopca, przez najbliższych nazywanego Kike. Po autentycznie wyciskającej łzy z oczu historii kobiety, która jakiś czas temu straciła jedno ze swoich dzieci, Chaparro niezwłocznie przechodzi do sprawy Slendermana. Przydomek ten, rzecz jasna, wziął się z legendy miejskiej, która narodziła się w Internecie. Porywacz grasujący w podmadryckim centrum handlowym zawdzięcza go fikcyjnej postaci będącej antybohaterem niezliczonych historyjek zamieszczanych w Sieci, którym zainteresowali się też filmowcy. Śledczy zajmujący się tą sprawą co prawda nie wykluczają żadnej ewentualności, ale widać, że najbardziej skłaniają się ku temu, że w Madrycie grasuje seryjny porywacz dzieci. Dziennikarze mają co do tego jeszcze mniej wątpliwości – są praktycznie przekonani, że Kike i Pablo zostali porwani przez tego samo osobnika, który przed dwoma laty uprowadził Nicolasa, przez człowieka nazwanego przez nich Slendermanem. Śledztwo to jest prowadzone przez Chaparro dosyć nierówno – trzymający w napięciu, wolniejszy rozwój akcji, a potem gwałtowne zwroty przeprowadzane stanowczo za szybko. Od momentu zaginięcia Pabla, syna Ines Grau, w mojej ocenie akcja zostaje za bardzo rozpędzona. Zamiast spokojnie omówić każdą pozyskaną przez śledczych rewelację, pozwalając odbiorcom nasycić się różnego rodzaju domysłami, dłużej trwać w niepewności, trochę pobłądzić na gwałtownie wprowadzanych przez autorkę ścieżkach, Chaparro niejako z rozpędu ucina spekulacje, nazbyt szybko zmusza nas do odrzucenia dopiero co podrzuconego tropu i przechodzi do kolejnej rewelacji, przez którą przeprowadza nas z takim samym pośpiechem, jak poprzednio. Ten cykl powtarza się co najmniej raz, ale ma to miejsce dopiero w drugiej połowie powieści. Wcześniej autorka przykłada większą wagę do szczegółów, nieśpiesznie budując napięcie, czyli jeśli o mnie chodzi bardziej skutecznie, bo choć później dużo więcej się dzieje, to dynamizm znacznie utrudnia należyte wczucie się w dramatyczne sytuacje odmalowywane przez Chaparro na kartach „Nie jestem potworem”. Ale absolutnie nie dotyczy to końcówki książki, ostatniej partii, która, przyznaję, nielicho mnie zaskoczyła – to, czym ta hiszpańska autorka uraczyła mnie na koniec odebrałam jako ogromne draństwo, tego rodzaju za jakim wprost przepadam. Tak, tak, takie złośliwości uwielbiam, takie ciosy od pisarzy zawsze chętnie przyjmuję, wręcz nadstawiam drugi policzek, bo to piękne uczucie dać się wyprowadzić artyście w pole, zostać przez niego zmanipulowanym w tak okrutny sposób. Okrutny, bo UWAGA SPOILER ta niespodzianka napełniła mnie obrzydzeniem do samej siebie KONIEC SPOILERA. Niewystarczające w moim pojęciu rozwinięcie śledztwa nadzorowanego przez nadinspektor Anę Aren, naciskanej przez swojego przełożonego, nowego komisarza, który ingeruje w to śledztwo w sposób delikatnie mówiąc nieprzemyślany (to znaczy bardziej szkodzi, niż pomaga) było dla mnie zdecydowanie mniejszą niedogodnością od kierunku, w jakim autorka popchnęła Ines Grau. Chodzi o zrobienie z niej pośredniej ofiary Slendermana, o zrobienie z niej kolejnej matki, która najprawdopodobniej właśnie przez tego osobnika została nagle pozbawiona tego, co w jej życiu najcenniejsze. To sprawiło, bo i trudno, żeby było inaczej, że ta wcześniej tak wspaniale prezentująca się postać, straciła pazur – zamieniła się w kupkę nieszczęścia, w głowie której kłębiło się mnóstwo poetyckich metafor i porównań, które troszkę gryzły mi się z konstrukcją pozostałych wątków. Prostszą, bardziej klarowną, ale nie nadmiernie uproszczoną – „Nie jestem potworem” nie cierpi na deficyt barwnych, poruszających wyobraźnię opisów miejsc, wydarzeń i przede wszystkim postaci. Bo tutaj nawet drugoplanowi bohaterowie jawią się niczym osoby z krwi i kości, żywe, zróżnicowane jednostki, a nie jakieś tam wydmuszki, papierowe postacie praktycznie pozbawione osobowości. Czarny humor w moich oczach też stanowi drogocenną ozdobę tej powieści – nie jest nachalny, agresywny, ani niepasujący do sytuacji, stanowi raczej przyjemną i każdorazowo chwilową odskocznię od dramatu, w którym nurzamy się tak naprawdę od pierwszych stronic tej dosyć mocno trzymającej w napięciu historii, zakończonej w sposób wręcz znakomity.

Tak jak w przypadku recenzji „Ciszy białego miasta” Evy Garcii Saenz de Urturi mały apel do polskich wydawców: pięknie proszę o wpuszczenie na nasz rynek drugiej odsłony serii o między innymi nadinspektor Anie Aren pióra hiszpańskiej pisarki i dziennikarki Carme Chaparro. Nie chcę przeginać, ale wspaniale by było, gdyby stało się to jak najszybciej. Duża część odbiorców „Nie jestem potworem” pewnie też będzie sobie tego życzyła. Tak, jestem przekonana, że wielu, jeśli nie większość, tych osób, które na swoje szczęście da szansę tej powieści, również zapragnie kontynuować przygodę z pisarstwem tej całkiem utalentowanej Hiszpanki, nawet jeśli tak jak ja dojdą do wniosku, że nie wszystko w „Nie jestem potworem” się udało, że co nieco można było dopracować, poprawić, zmodyfikować. Bo istnieje duża szansa na to, że Carme Chaparro będzie rozkwitać, że kiedyś być może osiągnie poziom, o którym wielu pisarzy może jedynie pomarzyć.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz