Stronki na blogu

poniedziałek, 18 lutego 2019

„Horror na szosie” (2015)

Dwie przyjaciółki, Emily Kirk i Leslie McQueen, przemierzają pustynne drogi Fordem Mustangiem. W pewnym momencie zbliżają się do wolno poruszającego się holownika, którego kierowca nie chce ich przepuścić. Kobietom w końcu udaje się go wyprzedzić, ale na tym bynajmniej nie kończą się ich nieprzyjemne przejścia z tajemniczym kierowcą samochodu ciężarowego. Ponownie widzą ten pojazd na stacji benzynowej, ale nie dostrzegają człowieka, który go prowadzi. Krótko po wyruszeniu w dalszą drogę, holownik dogania Emily i Leslie. Udaje mu się wysforować naprzód, ale nie trwa to długo, bo prowadząca Forda Mustanga Emily znajduje w końcu sposób na wyminięcie natrętnego kierowcy. Ale nie na definitywne uwolnienie się od niego. Ten tajemniczy osobnik nie zamierza bowiem tak szybko im odpuścić, a jego zachowanie na drodze staje się coraz bardziej agresywne.

Reżyser i współscenarzysta kanadyjskiego thrillera pt. „Wrecker” („Horror na szosie”), Micheal Bafaro, zdradził, że pomysł na niego zrodził się w jego głowie gdy usłyszał kłótnię dwóch kobiet na stacji benzynowej. Przyznał, że pisząc scenariusz tego filmu (wraz z Evanem Tylorem) inspirował się „Pojedynkiem na szosie” Stevena Spielberga, „Zniknięciem” George'a Sluizera i „Incydentem” Jonathana Mostowa, ale część widzów widzi to inaczej. Podobieństwa do „Pojedynku na szosie” są tak duże, że niektórzy nazywają „Horror na szosie” plagiatem, inni zaś wolą uznawać go za remake wspomnianego kultowego obrazu Stevena Spielberga.

W „Pojedynku na szosie” mieliśmy samotnie podróżującego mężczyznę, który stał się celem tajemniczego kierowcy ciężarówki. Micheal Bafaro przyznał, że ukrywanie przed widzami wyglądu antybohatera wzięło się właśnie z tej produkcji Stevena Spielberga, ale nie udało mi się znaleźć (co nie znaczy, że ich nie ma) jego komentarzy odnośnie pozostałych, jeszcze bardziej jaskrawych, zbieżności pomiędzy tymi dwoma obrazami. Zamiast mężczyzny prześladowanego przez tajemniczego osobnika prowadzącego ciężarówkę, mamy co prawda dwie zaprzyjaźnione młode kobiety, ale to, co spotyka ich na pustynnej drodze (nazwanej Przełęczą Diabła) to po części bezczelna kopia koszmaru przeżywanego przez Davida Manna w „Pojedynku na szosie”. Bezczelna i nieudolna, bo o powtórzeniu jakości „Pojedynku na szosie” bezsprzecznie nie ma tutaj mowy. Anna Hutchison i Andrea Whitburn w „Horrorze na szosie” nie miały łatwego zadania, bo musiały zawalczyć o sympatię widza praktycznie bez pomocy scenarzystów. Właściwie to wyglądało mi to tak, jakby Michealowi Bafaro i Evanowi Tylorowi bardziej zależało na odpychaniu odbiorców filmu od tych dwóch pozytywnych postaci. To oczywiście tylko wrażenie – autorzy tej opowieści zapewne pragnęli wytworzyć więź pomiędzy widzem i dwiema głównymi bohaterkami, tyle że nie potrafili tego planu zrealizować. Emily (Anna Hutchison) miała być tą mądrzejszą, głosem rozsądku będącym przeciwwagą dla niefrasobliwości Leslie (Andrea Whitburn). Ale o ile faktycznie nie jest ona aż tak płytka jak Leslie, to w porównaniu do przeciętnego zjadacza chleba wypada dużo mniej korzystnie. Na początku ich samochodowej podróży myśli Emily zaprząta głównie jej chłopak. Kobieta ma powody przypuszczać, że dopuścił się on zdrady – Leslie nie ma co do tego żadnych wątpliwości, jej przyjaciółka natomiast wciąż czepia się nadziei na uratowanie tego związku, próbuje wmówić samej sobie, że wyciągnęła błędne wnioski, że źle oceniła zachowanie swojego partnera. W ocenie Leslie, Emily jest zdecydowanie zbyt miękka, według niej powinna jak najszybciej zmężnieć, bardziej się szanować, zakończyć związek z prawdopodobnie niewiernym jej mężczyzną i dać szansę tej osobie, którą dla niej znalazła. Mężczyzna ów ma pojawić się na spotkaniu, na które Emily i Leslie zmierzają – na spotkaniu w gronie znajomych tej drugiej, na które to wiozą trochę trawki i dosyć sporo alkoholu. Ale jak zauważa Emily piwa najpewniej nie dowiozą, bo jej przyjaciółka zaczęła już opróżniać butelki, a łatwo wywnioskować, że od procentów trudno ją odciągnąć. Nie jest to jednak niewykonalne – co udowodni pewien tajemniczy kierowca brudnego holownika... Gdy Emily i Leslie dojeżdżają do rozwidlenia dochodzą do wniosku, że warto zaryzykować i wybrać drogę na chybił trafił – warto, bo według nich zgubienie się może być ciekawe (!). Wybierają tak zwaną Przełęcz Diabła, po której jak wkrótce się przekonają zwykł jeździć pewien maniak w okrutny sposób zabawiający się z wybranymi kierowcami. Tak jak w „Pojedynku na szosie” raz nie pozwala się wyprzedzać, innymi razy chętnie przepuszcza upatrzonych kierowców tylko po to, by za chwilę postarać się znów ich wyprzedzić. Pomyślicie pewnie, że w tym przypadku antybohater znajduje się na straconej pozycji, bo jego ciężarówka nie może się przecież równać z Fordem Mustangiem Emily. Otóż, nic bardziej mylnego! Tajemniczy prześladowca nie ma większych problemów z doganianiem coraz bardziej spanikowanych kobiet, czasem udaje mu się nawet je wyprzedzić, co część widzów odebrała jako rażący błąd twórców filmu. Ja natomiast odczytałam to tak, że Emily nie zawsze korzystała z potencjału drzemiącego w tym pojeździe, że jak to się mówi „nie miała zbyt ciężkiej nogi”, nieczęsto zwiększała prędkość do takiej, która leżałaby poza zasięgiem tajemniczego oprawcy. Czasami tak, i wtedy doskonale było widać, że wystarczy dosłownie parę sekund, by holownik znikł jej z oczu. Nie pytajcie mnie jednak, dlaczego w takim razie Emily i Leslie tak rzadko zwiększały prędkość, dlaczego po prostu nie poszusowały w siną dal, w ten sposób definitywnie uwalniając się od niebezpiecznego natręta, bo sama chciałabym poznać na to odpowiedź. Męczyło mnie to przez cały seans – nie mniej niż niski poziom oleju w sportowym wozie Emily.

Perfidna zabawa z wyprzedzaniem na drodze przechodzącej przez pustynię, to nie jedyny wątek zaczerpnięty z „Pojedynku na szosie” Stevena Spielberga. Micheal Bafaro i Evan Tylor przenieśli z tego kultowego thrillera też między innymi takie szczegóły, jak awantura urządzona przez pierwszoplanową postać pewnemu kierowcy w przydrożnej, podrzędnej restauracji, staranowanie budki telefonicznej, zachęta ręką do wyprzedzenia poczyniona przez kierowcę holownika, co moment potem okazuje się próbą doprowadzenia do zderzenia dwóch samochodów osobowych, czy wreszcie scena na stacji benzynowej, podczas której tak jak w „Pojedynku na szosie” skrzętnie ukrywa się wizerunek maniakalnego kierowcy ciężarówki, jedna z bohaterek telefonuje do swojego partnera, a pracownik stacji przestrzega Emily przed tym, że jej samochód już wkrótce może ulec awarii (jeśli czym prędzej nie uzupełni poziomu oleju), ale kobieta puszcza to mimo uszu. Bo ma ważniejsze sprawy na głowie – chce wyruszyć przed kierowcą, który zdążył już mocno wytrącić ją z równowagi, ponieważ nie uśmiecha jej się ponowne szukanie sposobu na wyminięcie wolno poruszającego się holownika. No tak, tylko, że ona też jakoś szczególnie szybko nie jedzie, a więc jej prześladowca nie ma większych trudności z dogonieniem jej. Antybohater nie musi podejmować podróży pierwszy, bo kobieta rzadko wykorzystuje potencjał drzemiący w potężnym silniku Forda Mustanga. Nie, że jest typem osoby niemającej zamiłowania do szybkiej jazdy. Nie boi się zawrotnych prędkości, ani nic w tym rodzaju, bo już na początku „Horroru na szosie” widać, że taka jazda daje jej sporo frajdy, ale w starciu z kierowcą holownika nieczęsto pozwala sobie na takie szaleństwa. Bo przecież ostrożna jazda to podstawa, szarżowanie na drodze może skończyć się tragicznie, w przeciwieństwie do dopuszczenia blisko siebie osobnika, który najwidoczniej czerpie przyjemność z terroryzowania innych kierowców na pustynnej drodze zwanej Przełęczą Diabła. Znalazłam aż dwa plusiki w tym filmie. Pierwszy jest niepełny, drugi natomiast wielce mnie rozbawił – to znaczy w trakcie tego seansu parskałam śmiechem dosyć często, ale najweselej było dopiero pod koniec, kiedy to UWAGA SPOILER Emily znalazła zwłoki swojej przyjaciółki w bagażniku Forda Mustanga. Tak wiem, że nie wypada śmiać się z czegoś tak makabrycznego, ale nic nie poradzę na to, że sama myśl o rozpaczliwej tęsknocie i poniekąd poszukiwaniach zaginionej koleżanki, podczas gdy ta (albo jeszcze żywa, albo już martwa) przez cały czas znajdowała się w tym samym aucie, tak bardzo mnie rozśmieszyła. Tym bardziej, że śmiałam się tutaj również ze swojego gapiostwa, żeby nie rzec głupoty – bo przyznaję, że nawet przez myśl mi nie przeszło, że Leslie może spoczywać w bagażniku Forda Mustanga KONIEC SPOILERA. Drugim jasnym punktem „Horroru na szosie” jest moim zdaniem sceneria – sam wybór miejsca akcji, które to jednak nie zostało należycie wykorzystane. Nieudolny montaż, kolorowa oprawa (w tej palecie dominują żywe, wesołe barwy, czernie i szarości muszą się natomiast zadowalać marginesem), brak dłuższych, powolnych „wędrówek kamer” po tych jałowych ziemiach, a przez to niemożność odczuwania duszącej alienacji, pozostawania w śmiertelnie niebezpiecznej pułapce, w której nie ma dużych szans na znalezienie ratunku, w której to samemu trzeba się zmierzyć z zagrożeniem w postaci doskonale znającego te tereny, tajemniczego kierowcy brudnego holownika. O napięciu też możecie zapomnieć, ale jeśli chcecie się trochę pośmiać, to myślę, że lepiej zrobicie wybierając ten oto thriller, zamiast celować w szufladkę z napisem „komedie”.

Według mnie „Horror na szosie” to plagiat, a nie jak sądzą niektórzy odbiorcy tego thrillera Micheala Bafaro, remake „Polowania na szosie” Stevena Spielberga. O ile mi wiadomo do nakręcenia remake'u potrzebne jest pozwolenie (wykupienie praw), a nie znalazłam żadnej informacji, że twórcy „Horroru na szosie” takowe posiadali. Ze słów samego reżysera (i współscenarzysty) wynika wręcz, że patrzy on na ten swój twór, jak na oddzielne dzieło, tylko delikatnie zainspirowane „Pojedynkiem na szosie”, ale i dwoma innymi obrazami. Abstrahując od tego jakość rzeczonego filmu jest bardzo niska. Mamy tutaj scenariusz godzący w inteligencję widzów, niedające się lubić bohaterki, marną realizację i praktycznie zerową dbałość o jakiekolwiek emocje – bo chociaż wartości komediowe to ten film ma (pośmiać spokojnie się można), to raczej nie było to celowe zagranie twórców, tylko kolejny wypadek przy pracy. A tych wypadków jest tyle, że wątpię, by znalazło się wielu widzów, którym uda się dotrwać do napisów końcowych, ale próbować można. A jako że mądry Polak po szkodzie, zdradzę Wam, że lepszy sposób na spędzanie wolnego czasu to ten zaproponowany w jednym odcinku „Family Guy: Głowa rodziny” przez Petera Griffina, czyli patrzenie na rosnącą trawę. Chociaż oczywiście pora roku jeszcze nie sprzyja wybraniu akurat takiej alternatywy. Ale zawsze można pogapić się w sufit. Taaak, podejrzewam, że to zajęcie może być bardziej produktywne od oglądania „Horroru na szosie” Micheala Bafaro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz