Stronki na blogu

piątek, 8 marca 2019

„The Devil's Doorway” (2018)

Rok 1960. Ojciec Thomas Riley i ojciec John Thornton zostają wysłani przez Watykan do zakonnego ośrodka „dla upadłych kobiet”, by zbadać figurę Najświętszej Maryi Panny płaczącą krwawymi łzami. Ojciec John filmuje śledztwo, które ma dać odpowiedź na pytanie, czy doszło tutaj do cudu. Długoletnie doświadczenie w tego typu sprawach ojcu Thomasowi nie pozwala brać pod uwagę takiej możliwości. Ksiądz skłania się ku jakiejś naturalnej przyczynie, nie odrzucając przy tym próby oszustwa ze strony człowieka. Już na początku swojego pobytu w tym miejscu księża zauważają, że prowadzące ośrodek zakonnice bardzo źle traktują swoje podopieczne. Ale największe oburzenie u ojca Thomasa budzi widok niejakiej Kathleen O'Brien, zamkniętej w izbie klasztornej, ciężarnej nastolatki, mającej objawy choroby psychicznej bądź, jak wolą myśleć siostry, opętania przez demona. Ojciec Riley sceptycznie podchodzi do tej drugiej ewentualności, tak samo jak do opowieści księdza Thorntona o jego nocnych spotkaniach z duchami dzieci. Wydarzenia, którym będzie świadkował z czasem zmuszą go do zweryfikowania swojego wstępnego osądu.

Angielsko-brytyjski horror religijny wykonany techniką found footage, „The Devil's Doorway” został wyreżyserowany przez debiutującą w pełnym metrażu Aislinn Clarke, która na to przedsięwzięcie potrzebowała zaledwie pół miliona dolarów (szacunkowo). Scenariusz Clarke napisała wespół z Martinem Brennanem i Michaelem B. Jacksonem, czerpiąc inspirację z afery, która wybuchła w Irlandii w latach 90-tych w związku z odkryciem ludzkich szczątek oraz skandalicznych praktyk, do jakich dochodziło w tamtejszych tzw. azylach dla upadłych kobiet, prowadzonych przez zakony Kościoła katolickiego (tzw. siostry magdalenki). Wedle zeznań kobiet przetrzymywanych w tych ośrodkach (komercyjnych pralniach) stosowano tam na nich przemoc fizyczną, psychiczną i seksualną.

„The Devil's Doorway” w większości został nakręcony na 16-milimetrowej taśmie filmowej. To przede wszystkim przyczyniło się do uzyskania przez twórców klimatu retro, ale nie bez znaczenia jest też znikoma ilość obrazów generowanych komputerowo, udźwiękowienie i takie bajery, jak wstawki imitujące miejscowe uszkodzenia taśmy. Jako że akcja filmu rozgrywa się na początku lat 60-tych XX wieku, filmowcom zależało na wytworzeniu atmosfery nasuwającej skojarzenia z produkcjami kręconym w tym okresie, ale mnie osobiście najbardziej przypominało to kino grozy z lat 70-tych XX i nie mogę powiedzieć, żebym miała to twórcom za złe. Wręcz przeciwnie! Ziarniste, przyblakłe obrazy, które wydają się być brudne, mocno zanieczyszczone, co zawdzięczałam nie tylko technice filmowania, ale również obskurnym pomieszczeniom, w których zamknięto akcję omawianego horroru. Mój zapał z lekka studziło jednak tzw. kręcenie z ręki. Metoda, która ma wielu zwolenników, bodaj głównie dlatego że wzmaga realizm i w przypadku „The Devil's Doorway” do pewnego stopnia tak jest, ale nie brakuje też nadmiernie rozchwianych obrazów, które, jak to często u mnie z tego typu filmami bywa, utrudniały mi odbiór. Kamera zataczająca koła po dosyć ciasnym wnętrzu ośrodka „dla upadłych kobiet”, chaotyczne rejestrowanie ścian i podłóg, wytrącało mnie z rytmu. W takich chwilach zamiast w napięciu wyczekiwać nieuchronnego skierowania kamery na jakieś w zamiarze twórców niepokojące zjawisko, na jakąś robiącą upiorne wrażenie istotę, przygotowywałam się na mdłości i ból głowy, które nie nadeszły, ale chyba tylko dlatego, że starałam się nie wypatrywać usilnie czegokolwiek w tym rozgardiaszu, nie zagłębiać się zbytnio w te co bardziej chaotyczne fragmenty koszmarnych przejść dwóch księży w przybytku prowadzonym przez siostry zakonne (poza scenami z dziećmi). Na szczęście dla mnie te sekwencje nie zdominowały owej produkcji, stateczniejszych obrazów było więcej, dzięki czemu mogłam w całkiem zadowalającym stopniu zaangażować się w fabułę. Opowieść ta nie jest wyszukana – scenarzyści zauważalnie nie starali się niczego przynajmniej nadmiernie komplikować (przynajmniej, bo możliwe, że niektórzy odbiorcy zarzucą im zbyt dużą enigmatyczność) ani odchodzić od utartych w horrorze ścieżek. „The Devil's Doorway” korzysta z dobrze znanych fanom gatunku motywów i według mnie robi to z niemałym wyczuciem. Widać, że Aislinn Clarke wie z czym to się je: że nie tylko zna prawidła, jakimi rządzi się filmowy horror, ale co ważniejsze potrafi wykorzystać tę wiedzę na tyle, żebym przynajmniej ja wyszła ze spotkania z jej pierwszym pełnometrażowym filmem w całkiem dobrym nastroju. Poszukiwaczy oryginalności „The Devil's Doorway” najprawdopodobniej mocno rozczaruje, bo nie wydaje mi się, żeby motyw katolickiego ośrodka dla tzw. upadłych kobiet uznali oni za wystarczająco duży przejaw kreatywności. Ale mogę się mylić, ponieważ niełatwo jest mi wejść w skórę poszukiwaczy innowacji w horrorze, jako że sama nie przynależę do tej grupy. Konwencjonalność mi nie przeszkadza, jeśli tylko twórcy podejdą do niej w odpowiedni dla mnie sposób. Na przykład taki, jak w tym oto horrorze religijnym zrealizowanym techniką found footage. „The Devil's Doorway” ma w sobie trochę z nunsploitation – zakonnice znęcające się nad osobami, którymi miały się opiekować, młodymi kobietami, wśród których są między innymi prostytutki, sieroty i osoby chore psychicznie. W nunsploitation zazwyczaj jednak epatuje się przemocą fizyczną, psychiczną i seksualną, „The Devil's Doorway” natomiast większą wagę przykłada do budowania sfery nadprzyrodzonej, dręczenie biednych kobiet przez zdemoralizowane zakonnice spychając na dalszy plan. Przemoc względem kobiet wykorzystywanych do pracy w pralni należącej do Kościoła katolickiego w filmie Aislinn Clarke zostaje wyraźnie zaakcentowana, aczkolwiek nie w aż takim stopniu, żeby można było podciągnąć to pod exploitation. Pewne naleciałości podgatunku tego rodzaju filmów (nunsploitation) w „The Devil's Doorway” są, ale w mojej ocenie to mało, by uznać owe przedsięwzięcie za jednego z przedstawicieli tego typu kina.

Jeśli wierzyć danym krążącym w Internecie, Aislinn Clarke na swój debiutancki pełnometrażowy film wydała tylko w przybliżeniu pół miliona dolarów. Dla porównania wypuszczona w tym samym roku, co „The Devil's Doorway” „Zakonnica” Corina Hardy'ego kosztowała (szacunkowo) dwadzieścia dwa miliony dolarów. I teraz niech ktoś mi powie, że im wyższy budżet, tym większa szansa na udany horror... Omawiany film moim zdaniem bije na głowę tę hollywoodzką papkę i jestem przekonana, że nie będę w tej opinii osamotniona, że przynajmniej niektórzy odbiorcy obu tych filmów przyznają mi rację. Wspomniany już brudny klimat „The Devil's Doorway” uważam za najsilniejszą składową tej produkcji, ta obskurna atmosfera wręcz niesie całe to przedsięwzięcie, dodaje mu takich skrzydeł, jakich boleśnie brakuje we współczesnym kinie grozy. W latach 70-tych i 80-tych XX wieku powstawało mnóstwo filmów utrzymywanych w takiej albo podobnej aurze, ale XXI-wiecznych obrazów uderzających w taki bądź zbliżony klimat jest bardzo mało. Z otwartymi ramionami witam więc każdy horror starający się przywołać wspaniałego ducha kina grozy z dawnych lat (nie tylko z dwóch wyżej wymienionych dekad dwudziestego stulecia), aczkolwiek zdarza się i tak, że to gorące przywitanie okazuje się na wyrost, bo nie każde takie starania filmowców dają wymierne efekty, a i bywa i tak, że atmosfera retro nie rekompensuje w moich oczach licznych mankamentów produkcji. W „The Devil's Doorway” atmosfera, chociaż znakomita, nie była w stanie w całości wynagrodzić mi tych wszystkich nadmiernie chaotycznych wstawek „kręconych z ręki” oraz dosyć ubogiej fabuły. Do scenariusza nie mam tak poważnych zastrzeżeń, jak do tej okropnej techniki found footage, bo jako że prostota w filmie na ogół działa na mnie ujmująco, to udało mi się wejść w tę opowieść, ale nie tak dalece, jakbym tego chciała. Przez motyw domniemanego opętania przez demona scenarzyści na dobrą sprawę ledwie się prześlizgują. Według mnie poświęcają mu zbyt mało uwagi, chociaż wątek ten nie jest bez znaczenie dla tej historii. Myślę, że jest na tyle ważnym składnikiem rzeczonej opowieści, że zasługiwał na trochę więcej miejsca, na nieco większe rozwinięcie. Za to sceny z potencjalnymi duchami dzieci to niemalże (za wyjątkiem chwil, kiedy kamera „zanadto interesuje się” ścianami i podłogami) kwintesencja nastrojowego horroru. Nawet niewywierające na mnie spodziewanego skutku prymitywne próby nie tyle straszenia, ile zaskakiwania, te jakże modne w dzisiejszych czasach jump scenki nie były w stanie odebrać mi czystej radości płynącej z obserwowania w miarę upiornie się prezentujących widmowych dzieciaków. Minimalistyczna i dzięki temu nieporównanie bardziej realistyczna niż w tych wszystkich dużo droższych XXI-wiecznych straszakach, charakteryzacja domniemanych duchów plus umiejętne budowanie napięcia, intensyfikowanie dosyć mrocznej atmosfery nadnaturalnego zagrożenia za pomocą bardzo skromnych środków, które mają dużo większą siłę rażenia niż te przeklęte efekty komputerowe, których pełno we współczesnych horrorach. I te białe oczy opętanych... Po prostu uwielbiam takie widoki w horrorze. Podobała mi się też postać księdza Thomasa Rileya, chociaż odtwórca tej roli, Lalor Roddy, niebyt się postarał. Jego warsztat pozostawia wiele do życzenia, ale zaciekawiła mnie sama postać księdza sceptyka; duchownego nie tylko dostrzegającego wady Kościoła, również głośno sprzeciwiającego się haniebnym praktykom od lat stosowanych przez tę uświęconą organizację. Człowieka wierzącego w Boga, ale już dawno wyzbytego wiary w Kościół, w czystość intencji grubych ryb z Watykanu, według niego samego, pławiących się w bogactwie zyskanego kosztem najbardziej potrzebujących. Zakończenie filmu też uważam za (w miarę) udane, bo pozostawia miejsce na domysły, nie podaje wszystkiego na przysłowiowej tacy, aczkolwiek wolałabym, żeby jeszcze bardziej to utrudniono, żeby sfinalizowano to w jeszcze bardziej zagadkowy sposób, bo myślę, że to i tak dla części widzów będzie stanowczo zbyt łatwe, że mało kto będzie miał problemy z poskładaniem wszystkich wrzuconych w scenariusz informacji w logiczny ciąg wydarzeń, który doprowadził dwóch księży... zobaczycie gdzie, choć podejrzewam, że akurat to będziecie przeczuwać praktycznie od początku „The Devil's Doorway”.

Polecam nie tylko fanom nastrojowych horrorów zrealizowanych techniką found footage, a nawet nie przede wszystkim im. Debiutancki pełnometrażowy film Aislinn Clarke najgoręcej rekomenduję miłośnikom kina grozy z lat 70-tych, bo chociaż akcja filmu toczy się w 1960 roku, to mnie osobiście warstwa techniczne kojarzyła się z tą późniejszą dekadą. „The Devil's Doorway” moim zdaniem nie jest horrorem idealnym, do tego jeszcze całkiem sporo mu brakuje, ale ta jego obskurność, to duże wyczucie gatunku twórców, ten realistycznie i dosyć upiornie się prezentujący minimalizm, od którego filmowcy nie odchodzą nawet podczas dosyć licznych, bardziej zdecydowanych, dosłowniejszych prób straszenia widzów - myślę, że choćby z tych powodów na angielsko-irlandzki „The Devil's Doorway” warto zwrócić uwagę miłośników kameralnego, niskobudżetowego, diablo klimatycznego kina grozy o (domniemanych) zjawiskach nadprzyrodzonych zachodzących w jakimś przybytku. W tym przypadku takim, które zainspirowało samo życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz