Stronki na blogu

niedziela, 10 marca 2019

Christina Dalcher „Vox”

W Stanach Zjednoczonych od roku panuje nowy porządek. Kobietom wolno wypowiadać tylko sto słów dziennie. Nadgarstek każdej z nich opasuje bransoletka wyświetlająca liczbę wypowiedzianych słów, która zeruje się o północy i która razi ich ciała prądem w przypadku przekroczenia dziennego limitu słów. Kobietom nie wolno posługiwać się językiem migowym, pisać, korzystać z Internetu i zaglądać do książek. Nie wolno im pracować, brać udziału w wyborach, ani nawet odbierać poczty. Ich rola w społeczeństwie ogranicza się do zajmowania się domem i dziećmi oraz podporządkowywania się woli swoich mężów. Lingwistka doktor Jean McClellan, mieszkająca z mężem i czwórką ich dzieci, przed rokiem została zmuszona do przerwania badań naukowych i tak jak pozostałe kobiety, których nie odizolowano od społeczeństwa, sprowadzona do pozycji gospodyni domowej niemającej prawa głosu. Teraz żałuje, że nie interesowała się polityką, że nie walczyła o prawa kobiet, nie stawiała oporu każdej próbie ograniczenia wolności płci żeńskiej. Jednakże nieoczekiwanie dostaje szansę na naprawienie swojego błędu. Ale czy wystarczy jej odwagi, by ją wykorzystać?

„Vox” to debiutancka powieść Amerykanki Christiny Dalcher, posiadającej doktorat w dziedzinie lingwistyki teoretycznej. Część swojego życia Dalcher poświęciła badaniom naukowym na uniwersytecie w Londynie (City, University of London). Dużo podróżowała i napisała trochę opowiadań, ale jej nazwisko rozsławiła pierwotnie wydana w 2018 roku feministyczna powieść „Vox”. Dystopijna wizja Stanów Zjednoczonych, która przez wielu czytelników, z krytykami włącznie, została potraktowana jako ważny głos w nieustannie toczącej się debacie o prawach kobiet. „Vox” to fikcja literacka, powieściowy thriller mówiący o tym, jak może, ale nie musi być w przyszłości, trudno jednak nie dopatrzeć się w nim faktów czerpanych z życia. Bo najbardziej przerażające w tej fikcji jest to, że jest ona tak niebezpiecznie bliska rzeczywistości...

Kobieta jako maszynka do robienia dzieci, całkowicie podporządkowana woli męża gospodyni domowa, każdego dnia mogąca wypowiedzieć jedynie sto słów. Dla jednych brzmi to jak istny koszmar, a dla innych jak przepiękny sen, z którego nigdy nie chcieliby się wybudzić. „Vox” jest powieścią amerykańską, ale debata na temat praw kobiet, w którą Christina Dalcher nas wciąga zapewne każdemu wyda się nader znajoma. Przerażająco znajoma... Świat kreowany przez Dalcher na kartach omawianej powieści dla mnie był ni mniej, ni więcej, jak urzeczywistnieniem marzeń niektórych znanych mi z polskich telewizyjnych programów publicystycznych konserwatystów. Mężczyzn i, czego chyba nigdy nie zrozumiem, kobiet. Autorka „Vox” nie pozostaje ślepa na to kompletnie niezrozumiałe dla mnie zjawisko, na to tkwiące w niektórych kobietach pragnienie posiadania mniejszych praw od mężczyzn. Zawsze powtarzam, że każdy powinien sobie budować życie rodzinne, jak mu pasuje (pomijam tutaj różnego rodzaju patologie) – sprzeciw we mnie budzi się dopiero wtedy, gdy ktoś stara się narzucić swój styl życia innym. W powieści Dalcher to skrajna prawica narzuca całemu amerykańskiemu społeczeństwu taki model życia, jaki uważa za słuszny, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w autorce tej książki też tkwi przymus, że tak to ujmę, „przeciągania ludzi na swoją stronę”. Być może się mylę, ale naprawdę nie mogłam oprzeć się nieprzyjemnemu dla mnie wrażeniu, że Dalcher zależy na „wyciąganiu kobiet z domów”, nawet tych, którym zajmowanie się domem i dziećmi daje szczęście, które spełniają się w roli gospodyń domowych. Dlaczego więc im to szczęście odbierać? Pochwalić muszę jednak Dalcher za to, że udało jej się przedstawić to przeciąganie liny toczące się w prawdziwym życiu i oczywiście za tę dającą do myślenia próbę odpowiedzi na pytanie, co by się stało, gdyby ową wojnę wygrał obóz skrajnej prawicy. W „Vox” na czele zwycięzców stoi (jakżeby inaczej) maniak religijny, wielebny Carl Corbin, który ma to szczęście, że u władzy jest prezydent podzielający jego poglądy. Dalcher nie zdradza, czy w Kongresie ostali się jacyś demokraci, ale republikanów bez wątpienia jest tam na pęczki. Bo taki ustrój raczej nie mógłby zostać wprowadzony przez demokratów... Ale kto ich tam wie – w końcu w polityce mówi się jedno, a robi drugie. Właściwa akcja książki toczy się rok po wprowadzeniu w Stanach Zjednoczonych nowego porządku, w którym to kobiety tak naprawdę są niewolnicami, bo nawet te, których mężowie nie pochwalają nowego ustroju, nie korzystają z niemalże nieograniczonej władzy, jaką im nad nimi dano, to i tak trudno nie poczuć się jak niewolnica, gdy nie można nawet porozmawiać z ludźmi. O niezależności finansowej już nie wspominając. Nie bardzo przekonuje mnie to, że po pozbyciu się z amerykańskiego rynku pracy wszystkich kobiet gospodarka się nie załamała (Dalcher przyznaje, że nie jest tak wydajna jak dawniej, ale jakoś się kręci), natomiast w to, że bez większego trudu udało się tak drastycznie ograniczyć prawa człowieka (konkretnie kobiet, pełnoletnich i małoletnich) łatwo mi było uwierzyć. Tak jak stwierdza tutaj Dalcher: bierność społeczeństwa jest gwarantem sukcesu osobowości autorytarnych, które jak to się ładnie mówi, dorwały się do koryta. Większość z nas woli się nie wychylać, poddać się bez walki, wmawiając sobie, że jakoś to będzie. Jeśli nie wszyscy, bo machanie transparentami i czynny udział w demokratycznych wyborach, do czego Dalcher zachęca nas w swojej książce, może i daje korzyści w Stanach Zjednoczonych, ale wedle moich obserwacji w Polsce nie ma większego sensu. „Vox” w każdym razie pokazuje, co może się stać, jak władza uzna, że nie musi bać się obywateli, jak dotrze do niej, że jest silniejsza od tak zwanego szarego tłumu. Wówczas wprowadzenie dyktatury stanie się już tylko formalnością. Przerażające? Niestety, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie dla wszystkich... Tak, niektórzy z całą pewnością w takim świecie, jaki kreuje „Vox”, czuliby się jak w raju.

Nie pozabijają nas z tego samego powodu, dla którego zabraniają aborcji. Stałyśmy się złem koniecznym, pozbawionymi głosu przedmiotami służącymi do pieprzenia.”

Christina Dalcher nie wyjawia, w którym roku toczy się akcja „Vox”. Mówi tylko, że ustrój zainicjowany przez wielebnego Carla Corbina panuje w Stanach Zjednoczonych od roku i że niesławny mur na granicy amerykańsko-meksykańskiej już stoi, więc wedle moich przypuszczeń nie jest to odległa przyszłość, a bo nie sądzę, żeby realizacja tego planu aktualnie panującego prezydenta Stanów Zjednoczonych zajęła dużo czasu. Ale ja jestem pesymistką, więc... Więc nie mogłam nie dać się przekonać dystopijnej wizji Dalcher rozsnutej na kartach jej debiutanckiej, głośnej powieści pt. „Vox” (z wyłączeniem paru szczegółów). Miałam uwierzyć w to, że kobietom już wkrótce może być wolno wypowiadać jedynie sto sów dziennie? W to że każde przekroczenie tego limitu będzie niosło im ogromny ból, który nie ominie nawet dzieci? Miałam uwierzyć w to, że między innymi za życie w homoseksualnych związkach, czy zdradzenie męża (to działa w jedną stronę, mężczyzna bowiem ma prawo do skoków w bok) będzie się karało więzieniem (a właściwie to obozem pracy), w których osadzonych będzie obowiązywał całkowity zakaz wypowiedzi (dzienny limit: zero)? Miałam wziąć na wiarę to, że każda kobieta stanie się istną niewolnicą męża, maszynką do robienia dzieci i na dodatek niektórym z tychże kobiet taki tryb życia będzie pasował? Nic prostszego. Inna sprawa, czy Dalcher udało się wzbudzić we mnie złość, doprowadzić do szewskiej pasji poprzez te wszystkie dosyć obrazowe opisy (chociaż styl mógłby być bardziej rozbudowany, zdania bardziej złożone, nieco dłuższe, przekazujące jeszcze więcej szczegółów)? Przyznaję, że nie bardzo. Trochę tak, ale jako że nasłuchałam się już (głównie od tzw. gadających głów w telewizji) sporo o (ekstremalnie) tradycyjnym podziale ról, że (to zabrzmi strasznie wiem) zdążyłam przywyknąć do tych, dla wielu tak szokujących, poglądów. Już dawno wyrobiła w sobie przekonanie, że niektórzy marzą o tym, by życie rodzinne wyglądało tak, jak w „Żonach ze Stepford” Iry Levina - swoją drogą sama Dalcher porównała swoją powieść do tego dziełka. I nie dotyczy to tylko mężczyzn, bo w tej odwiecznej wojnie nie walczą ze sobą kobiety z mężczyznami. Podział nie jest taki prosty, o czym niektóre feministki zdają się zapominać, ale Dalcher bynajmniej się do nich nie zalicza. Bardzo zależało mi na uczciwości autorki w tej kwestii, bo dość się już nasłuchałam kłamstw o tym, że jakoby każdy mężczyzna nic tylko pragnie mnie zniewolić. Autorka „Vox” ma trzeźwy ogląd na tę sprawę. Nie stosuje w niej podziału na płeć. W „Vox”, tak jak w życiu, są mężczyźni, którzy ochoczo korzystają z nowych przywilejów, z prawie niczym nieograniczonej władzy jaką mają nad kobietami, ale są i tacy, którzy nie zamierzają patrzeć na płeć żeńską z góry. A część kobiet w pełni popiera ten patriarchalny system i chyba nikt nie powie, że tego także nie zainspirowało samo życie. Niektórym może wydać się nieprawdopodobne to, że inne kraje, te demokratyczne państwa, zdecydowanie, zbrojnie wręcz, nie występują przeciwko takiemu zniewoleniu kobiet przez rząd amerykański, ale jako że ja już dawno utwierdziłam się w przekonaniu, że Stanom Zjednoczonym wolno absolutnie wszystko (włącznie z torturowanie i zabijaniem niewinnych ludzi), że większość świata zdaje się nie dostrzegać niczego złego w ich polityce międzynarodowej, to i łatwo było mi wziąć na wiarę to, że nikt nie interweniuje, gdy polityka wewnętrzna Stanów Zjednoczonych zostaje ukierunkowana na ciemiężenie nie tylko kobiet, ale i niektórych mniejszości społecznych. Zostaje więc tylko rewolucja – wystąpienie części społeczeństwa amerykańskiego przeciwko „własnemu” rządowi. Tak, tylko jak się do tego zabrać w tak dalece zindoktrynowanym świecie? W rzeczywistości, w której nie brak ludzi z wypranymi mózgami, ale też takich, którzy od dawna czekali na ten moment, którzy całe życie marzyli o takim systemie? Trzeba więc zakładać, że każdy z nich zrobi wszystko, by stłumić wszelkie zalążki buntu, by zgasić rewolucyjny płomień zanim zdąży się on na dobre w ludziach rozpalić. „Vox” spisano w pierwszej osobie, z punktu widzenia doktor Jean McClellan, lingwistki, która rok wcześniej została zmuszona do porzucenia swojej pracy nad produkcją serum przeciwko afazji Wernickego, ale właśnie dostaje szansę odzyskania choćby tylko namiastki życia, które toczyła, zanim pewien fanatyk religijny zdecydował się po swojemu ułożyć życie Amerykanom. Wydarzenia, które to za sobą pociągnie nie były dla mnie tak pasjonujące, jak tło tej opowieści, jak ta dosyć przerażająca, ale tylko trochę oburzająca, wizja świata, która wykluła się w głowie Christiny Dalcher, fanki prozy między innymi Stephena Kinga, bo jak dla mnie wszystko działo się zbyt szybko, a przez to nie trzymało mnie w napięciu tak mocno jak bym chciała. Ale i nie mogę powiedzieć, żebym musiała się zmuszać do brnięcia w tę opowieść. W historię, która według mnie powinna czym prędzej znaleźć się na ekranach kin – to niemalże gotowy scenariusz na superprodukcję. Nieogłupiającą, dającą do myślenia, mającą szansę czegoś ludzi nauczyć, ale i mogącą budzić niemałe kontrowersje. Tak samo jak książka.

Nie mogę powiedzieć, że „Vox” Christiny Dalcher to najlepsza powieść feministyczna, jaką w życiu dane mi było przeczytać, bo „Gry Geralda” Stephena Kinga w mojej opinii ta dosyć śmiała, a zarazem niepokojąco prawdopodobna wizja przyszłości Stanów Zjednoczonych (która spokojnie mogłaby się rozprzestrzenić na cały świat) nie przebija. Thriller „Vox” nie rozemocjonował mnie aż tak bardzo, jak wspomniane dzieło niekoronowanego króla współczesnej literatury grozy, ale i nie przeszłam obok tego utworu obojętnie. Bo to chyba niemożliwe. Mam tylko nadzieję, że zdecydowana większość odbiorców debiutanckiej powieści Dalcher będzie się denerwować, a nie cieszyć na myśl o trumfie takiego systemu, jaki wykreślono na kartach „Vox. Mam nadzieje, że taka wizja zadziała na czytelników przygnębiająco, a nie rozweselająco, że Dalcher uda się co poniektórym dać do myślenia, wyplenić z nich tęsknotę za światem, w którym kobiety nie mają prawa głosu. Może jestem naiwna, ale właśnie na to liczę...

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz: