Stronki na blogu

środa, 28 sierpnia 2019

„Perfect Skin” (2018)

Londyn. Polska imigrantka, Katia Matuszczak, zostaje zmuszona do natychmiastowego opuszczenia mieszkania. O pomoc zwraca się do swojej znajomej, Australijki Lucy Dalton, która ochoczo godzi się na to, by przez jakiś czas pomieszkała z nią. Podczas jednej z imprezowych nocy Katia poznaje tatuażystę Boba Reida, z usług którego Lucy już korzystała. Za dnia Polka zwraca się do niego z pytaniem o pracę w jego salonie, ale ich rozmowa szybko schodzi na inny temat. Bobowi udaje się wówczas zdobyć jej aktualny adres. Niedługo potem Lucy na krótko wraca do swojej rodzimej Australii, a Katia postanawia rozerwać się w jednym z klubów. Wychodzi z niego w towarzystwie Boba, który jak już wkrótce się przekona jest niezdrowo zainteresowany jej skórą. Mężczyzna porywa Katię z zamiarem wykorzystania jej ciała w niecodzienny sposób.

Niskobudżetowy brytyjski thriller „Perfect Skin” jest reżyserskim debiutem Kevina Chickena, który po raz pierwszy sprawdził się tutaj też w roli scenarzysty. A raczej współscenarzysty, bo na tym etapie prac pomagał mu Dusan Tolmac. Pomysł na „Perfect Skin” zrodził się w głowie Chickena podczas seansu filmu dokumentalnego skupiającego się na dobrowolnych modyfikacjach ciał. Miał świadomość, że z tej koncepcji mógłby wykluć się horror z nurtu torture porn, ale wolał popchnąć to w innym kierunku. Chicken w jednym z wywiadów stwierdził, że filmy grozy epatujące przemocą dostarczają krótkotrwałych emocji, że nie pozostają z widzem, jak dzieje się to choćby z takimi kultowymi obrazami, jak „Dom przy Rillington Place 10” Richarda Fleischera, „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha, „Psychoza” Alfreda Hitchcocka, czy „Milczenie owiec” Jonathana Demme'a. Chicken wyznał, że uwielbia te filmy i że inspirował się nimi pracując nad swoim debiutanckim obrazem.

Reżyser i współscenarzysta „Perfect Skin” jest fanem horrorów i mrocznych thrillerów, nic więc dziwnego w tym, że chciał, by jego pierwsza produkcja była miksem obu tych gatunków. A ściślej thrillerem z elementami horroru. Kevin Chicken wydaje się być przekonany, że ten cel został osiągnięty, ale w moim odczuciu „Perfect Skin” jest czyściutkim thrillerem. Chciałabym móc stwierdzić, że thrillerem psychologicznym, bo historia ta aż prosiła się o tę szufladkę. Ale wbrew zapewnieniom Chickena nie spotkałam tutaj na tyle pogłębionych postaci, żeby mówić o thrillerze psychologicznym. Główna pozytywna rola została powierzona polskiej aktorce, Natalii Kostrzewie, która w mojej ocenie wypadła całkiem nieźle. To samo zresztą mogę powiedzieć o Jo Woodcock wcielającej się w postać Lucy Dalton, przyjaciółki i zarazem współlokatorki naszej rodaczki. Uważam jednak że Richard Brake, jako tatuażysta Bob Reid, najsilniej zaznaczył się w obsadzie omawianego filmu - bardzo wąskiej obsadzie, trzeba dodać. Bo i miał największe pole do popisu. Największe, ale nie duże w ogóle, bo na tle całego gatunku antybohater w moim odczuciu też nieszczególnie się broni. W „Perfect Skin” Bob to zdecydowanie najciekawsza postać, ale i „konkurencja” w moim przekonaniu była praktycznie żadna. Natalia Kostrzewa i Jo Woodcock (o odtwórcach ról dwóch policjantów zajmujących się sprawą zaginięcia Katii już nie wspominając) dostały rażąco powierzchownie rozpisane role, w które trochę życia udało im się co prawda tchnąć, ale nie wymagajmy cudów – w przypadku tak papierowych postaci niewiele można zdziałać. Pobieżnie zarysowanych i szablonowych. Trzymanie się utartych modeli osobowościowych pewnie by mi nie przeszkadzało, gdyby dokładniej te nieoryginalne postacie omówiono. Takie ogólnikowe podejście w moim odczuciu sprawdza się w slasherach (swoją drogą znam trochę takowych, w których protagoniści zostali potraktowani mniej pobieżnie), ale w thrillerach opartych na motywie uwięzienia postacie tak naprawdę niosą całą historię. A przynajmniej powinny nieść, bo w takich przypadkach najczęściej na relacji ofiary i oprawcy opiera się cała intryga. „Perfect Skin” to w pewnym sensie obraz w stylu m.in. „Kolekcjonera” Johna Fowlesa. Powieści, która została przeniesiona na ekran przez Williama Wylera w 1965 roku. Czyli mamy tutaj opowieść o młodej kobiecie niewolonej przez mężczyznę, który... I w tym miejscu Kevin Chicken „daje coś od siebie”. Mężczyzna, który więzi Katię, jest tatuażystą mającym swój własny, jednoosobowy, salon w Londynie. Reżyser „Perfect Skin” wyznał, że tatuaże nastręczyły ekipie sporo trudności, że nie było łatwo wcielić tej koncepcji w życie przy budżecie, którym dysponowali (mocno ograniczonym). A właśnie tatuaże są swego rodzaju znakiem rozpoznawczym „Perfect Skin”. To odróżnia ów obraz od innych filmów grozy podpinających się pod znany motyw uwięzienia. Bob Reid nie porywa Katii po to by ją gwałcić, torturować, a na koniec pozbawić życia. To znaczy torturuje ją, ale nie dlatego, że czerpie przyjemność z zadawania cierpienia innym ludziom. Nie, on patrzy na nią „okiem artysty” - w cudzysłowie, bo traktowanie skóry kobiety jak płótna wbrew jej woli, prawdziwą sztuką trudno nazwać. Bez względu na efekt końcowy tej jego ciężkiej pracy. Dla Reida to właśnie jest sztuka. Mężczyzna szybko nabiera przekonania, że tworzy dzieło swojego życia, że to, co robi Katii to artyzm w najczystszej postaci. Sztuka dla sztuki, którą, jak myśli, ona też w końcu doceni. Przypuszcza, że kobieta będzie mu wdzięczna za to, co zrobił z jej ciałem. Bo w swoim przekonaniu robi z niej istne dzieło sztuki. Zwykła kobieta dzięki niemu przekształca się w coś więcej. W coś, co nawet ona sama będzie musiała podziwiać. Bo to, Proszę Państwa, jest Sztuka – wielką literą – coś, co pozwala Bobowi czuć się nie jak jakiś tam pierwszy lepszy tatuażysta, tylko jak niedościgniony Artysta. Tak, przez duże A. Bo to, co robi Bob to dużo wyższa liga od tej, do której przyzwyczaili nas zwykli artyści. Z takiego założenia zdaje się wychodzić antybohater „Perfect Skin”. Widz natomiast najprawdopodobniej będzie miał zgoła inne zdanie na ten temat. A przynajmniej mam taką nadzieję, bo aż skóra ciepnie na myśl o tym, że opinia publiczna kiedyś mogłaby zapragnąć wyewoluowania sztuki w coś takiego. Zaakceptować taki proces tworzenia...hmm... artystycznych dzieł? Aż mi ciężko to przez klawiaturę przechodzi... W każdym razie to, że do takiej dystopijnej wizji przyszłości „Perfect Skin” mnie zmusił, uznaję za największe osiągnięcie tego obrazu. Dosyć niewygodne doświadczenie (ale absolutnie nie nowe) – a przecież nie komfortu emocjonalnego od mrocznych thrillerów oczekujemy.

To nie jest zwykły tatuaż. To dzieło sztuki.”

Kevin Chicken zdradził, że w „Perfect Skin” chciał między innymi wyrazić swój komentarz do sprawy imigrantów ekonomicznych. A konkretniej dać do zrozumienia, że wzbogacają oni Anglię, ale także to, że stopień ich narażenia jest wyższy niż w przypadku rodowitych mieszkańców tego (i pewnie każdego innego) państwa. Nie zauważyłam w „Perfect Skin” niczego, co wskazywałoby na to, że imigranci są cenni dla Anglii, ale ten drugi polityczny komentarz bez wątpienia wybrzmiewa. I to głośno. Bo w końcu Bob Reid porywa polską imigrantkę i więzi ją w mrocznych, zawilgoconych podziemiach. Ale myślę, że przekonanie Chickena o zwiększonym niebezpieczeństwie ludzi na obczyźnie dobitnie wybrzmiewa też w „pozakulisowej działalności” Boba. Tatuażysta z łatwością robi z Katii Matuszczak złodziejkę UWAGA SPOILER (no nie do końca, bo z czasem okazuje się, że Katia trochę pieniędzy faktycznie Lucy ukradła; wcześniej można mieć co do tego wątpliwości, niemniej bierze się to pod uwagę) KONIEC SPOILERA, sprawia, że jedyna osoba, z którą jego ofiara zaprzyjaźniła się w Londynie uznaje ją za wroga. Bob próbuje upozorować ucieczkę Katii z miasta bądź w ogóle z kraju, ale tutaj spotyka go spory zawód. Ta część jego planu okazuje się trudniejsza do zrealizowania, niż przypuszczał. Scenarzyści chyba zdawali sobie sprawę z tego, że oparcie całej historii na niecodziennej relacji Katii i Boba nie utrzyma uwagi widza. A w każdym razie wyglądało mi to tak, jakby nie chcieli porywać się na takie ryzyko. Rozsnuli więc dodatkowy wątek – wątek poświęcony amatorskiemu śledztwu prowadzonemu przez Lucy, która to pragnie odzyskać swoje rzeczy, jak myśli skradzione przez Katię i która angażuje w tę sprawę również policję. Bob musi się więc sporo napocić, żeby utrzymać swoją nielegalną działalność w tajemnicy. Działalność, która może budzić wstręt, ale bynajmniej nie przez nagromadzenie odrażających efektów specjalnych. Tylko sam fakt zawłaszczenia sobie ciała kogoś innego, zrobienia z człowieka przedmiotu, czegoś na kształt płótna. Katia na początku krzyczy do Boba, że to jej ciało, ale najbliższa przyszłość pokaże jej, że w pewnym sensie przestała być jego posiadaczkę. Bob kradnie sobie jej skórę. Po to by ją wytatuować? To też, ale nie tylko. Poza tym, nawet ku swojemu zdumieniu, z czasem dochodzi on do wniosku, że nazywanie tego tatuażami nie oddaje istoty jego dzieła. Według niego to Sztuka w najczystszej postaci. Katia staje się dziełem jego życia. I nie powiedziałabym, że gehenna jaką ta młoda kobieta przechodzi cechuje się odważną formą. W sumie to nawet ta koncepcja modyfikowania ludzkiego ciała szczególnie mocna nie jest. Przypomnijmy sobie chociażby „Skórę, w której żyję” Pedro Almodóvara, film oparty na powieści „Tarantula” autorstwa Thierry'ego Jonqueta, przy którym ten tutaj, to naprawdę pikuś. Ale z drugiej strony łagodniejszych opowiastek osadzonych w ramach thrillera nie brakuje. Można więc chyba powiedzieć, że Kevin Chicken, tak kompletnie się nie wycofał, że chociaż próbował wstrząsnąć widzem, zaszokować go działalnością bez wątpienia chorej jednostki, która zrodziła się z jego wyobraźni. Niezbyt mu się to udało, a przynajmniej ja porażona działalnością maniakalnego tatuażysty nie byłam. Mocno zaangażowana w tę historię też nie, bo za bardzo to wszystko ogólnikowe było. Wręcz płytkie. I banalne. Bo pomijając modus operandi oprawcy, który i tak jakoś szczególnie mnie nie porwał, z czymś podobnym już się spotykałam. Podobnym, bo zazwyczaj twórcy filmów opartych na motywie uwięzienia serwują mi szersze portrety psychologiczne czołowych postaci. Może nie odkrywcze, ale staranniej rozrysowane, bardziej pogłębione, budzące silne emocje, których relacja Katii i Boba tak naprawdę mi nie dała. Trochę słabszych przebłysków różnych uczuć było, ale tym co najczęściej mnie ogarniało było niestety znużenie. Zmęczyła mnie ta prosta opowieść o samozwańczym artyście, jego nieszczęsnej ofierze i jej nielicho zdeterminowanej przyjaciółce. W zamyśle makabrycznych efektów specjalnych nie ma co prawda wiele, ale są. Wiarygodne, praktyczne efekty specjalne, które w pojęciu niektórych widzów mogą uchodzić za dodatki rodem z horroru gore/torture porn. Ja tak nie uważam. W mojej ocenie nawet w tych momentach „Perfect Skin” pozostaje thrillerem, bo choć maksymalnym ugrzecznieniem tego bym nie nazwała, to nawet w filmowe thrillery wrzucano już mocniejsze momenty. Ot, taka „bezpieczniejsza makabra”, która mogła być podyktowana niskimi nakładami finansowymi. Tak, Kevin Chicken, nie chciał epatować fizyczną przemocą, ale podejrzewam, że gdyby dysponował większymi funduszami, to coś jeszcze w tym klimacie by dodał. A i jeszcze coś. Pochodzenie głównej bohaterki to nie jedyny polski akcent zastosowany w „Perfect Skin” - oprócz tego mamy parę, płynących głównie z ust właśnie Katii, polskojęzycznych kwestii.

Film, który mógł być horrorem z nurtu torture porn. Albo thrillerem psychologicznym. Ostał się jednak sam thriller, w miarę mroczny, a przynajmniej jak na standardy współczesnych obrazów z tego gatunku, niezbyt wyszukany, prosty, oszczędnie obsadzony, kameralny dreszczowiec, który moim zdaniem miał dużo większy potencjał. Wystarczyłoby dopracować pierwszoplanowe postacie, poszerzyć ich portrety psychologiczne, już nawet niekoniecznie o jakieś rzadziej spotykane na ekranie cechy, i „Perfect Skin” Kevina Chickena znacznie zyskałby w moich oczach. Modus operandi oprawcy, ten najbardziej charakterystyczny element omawianego obrazu, sytuacji niestety nie podratował. Pomysł nie był znowu taki zły, ale... powiedzmy, że widywałam lepsze. Rodzące zdecydowanie silniejsze emocje. Mówiąc krócej: nic specjalnego. Kolejny thriller, którego seansu jakoś mocno nie żałuję, ale gdybym sobie tę pozycję odpuściła to też by się nic nie stało. Niewiele bym straciła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz