Stronki na blogu

niedziela, 29 grudnia 2019

„Lighthouse” (2019)


Nowa Anglia, lata 90-te XIX wieku. Ephraim Winslow rozpoczyna pracę w latarni morskiej położonej na bezludnej wysepce, pod nadzorem doświadczonego żeglarza Thomasa Wake'a. Starszy mężczyzna oczekuje od niego absolutnego posłuszeństwa, a przy tym jest bardzo wymagający. Podczas gdy Ephraim całymi dniami ciężko pracuje, jego przełożony głównie odpoczywa i wydaje mu rozkazy. Dogląda też światła, do którego dostępu zazdrośnie strzeże. Początkujący latarnik jest coraz bardziej sfrustrowany całą tą sytuacją, ale choć złości się na Thomasa, to jednocześnie stopniowo zawiązuje z nim bliższą relację. Nocami, z pomocą alkoholu. W dzień zawsze wracają do starego, uciążliwego dla Winslowa układu. Młody latarnik zmaga się nie tylko z despotycznym towarzyszem, ale również mrocznymi halucynacjami bądź autentycznymi widokami niezwykłych istot, które mogą być wrogo nastawione do dwóch intruzów, mających spędzić w tym odizolowanym miejscu cztery długie tygodnie.

Robert Eggers z pomysłem na „The Lighthouse” zapoznał się w czasie, gdy szukał źródła finansowania dla swojego pierwszego pełnometrażowego projektu, horroru „The VVitch: A New-England Folktale” (pol. „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”). Jego młodszy brat, Max Eggers, zdradził mu, że pracuje nad scenariuszem opartym na niedokończonym utworze Edgara Allana Poego pt. „The Light-House”. Parę miesięcy później zapytany przez brata o postępy prac, Max przyznał, że ma trudności z pociągnięciem tej historii. Robert przejrzał więc materiał i za zgodą pomysłodawcy owego przedsięwzięcia tchnął w to własną wizję. Odszedł od niedokończonego dzieła Poego, inspirację czerpiąc głównie z mitologii greckiej, twórczości Roberta Louisa Stevensona, Samuela Taylora Coleridge'a, Hermana Melville'a, Sarah Orne Jewett i z autentycznej historii dwóch latarników z 1801 roku (latarnia morska Smalls). Zrealizowany za mniej więcej cztery miliony dolarów kanadyjsko-amerykańsko-brazylijski horror psychologiczny pt. „The Lighthouse” (w Polsce dystrybuowany jako „Lighthouse”), w reżyserii Roberta Eggersa zachwyciła publiczność, z krytykami włącznie. Na Festiwalu Filmowym w Cannes, gdzie w 2019 roku film miał swoją premierę, Robert Eggers za to dzieło został uhonorowany Nagrodą Międzynarodowej Federacji Krytyki Filmowej. A to był tylko początek fali nagród (i nominacji), jaka spłynęła, i nadal spływa, na twórców i obsadę tego ambitnego przedsięwzięcia.

Tym, co przede wszystkim odróżnia „Lighthouse” od innych współczesnych filmów jest format obrazu: Movietone (proporcje: 1,19:1), tzw. format pudełkowy, stosowany od końca lat 20-tych do początku lat 30-tych XX wieku. To, w połączeniu z bardziej już powszechnymi, czarno-białymi zdjęciami, wprowadza poczucie obcowania z leciwym dziełkiem, ale nie takim, który nie przetrwał próby czasu. Tytułowa latarnia morska, wzniesiona specjalnie na potrzeby tego filmu, stoi na zdradliwych skałach przylegających do spłachetka ziemi, na której tkwią nieliczne budynki gospodarcze. Większa część owej wysepki jest jednak niezabudowana. Całość otaczają bezkresne wody, co naturalnie rodzi silne poczucie izolacji. Odosobnienia bohaterów albo antybohaterów – dwóch latarników, w których w obłędnych stylach wcielili się Willem Dafoe i Robert Pattinson. Właściwie to na samym warsztacie tych panów stanowiących dwie trzecie obsady (w „Lighthouse” wystąpiła jeszcze tylko Valeriia Karaman, w roli syreny, ale prawdę powiedziawszy aktorka nie miała szansy się tutaj wykazać), Robert Eggers daleko zajechał. Ekspresja aktorów, nieprzebrana paleta bezbłędnie odgrywanych emocji, wprost niebywale elektryzujące, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, niełatwe kreacje, zachwyciły mniej bardziej nawet od formy drugiego pełnometrażowego filmu Roberta Eggersa. Retro realizacja to jedno, ale czarno-białe zdjęcia i pudełkowaty format, choć nielicho pomocne, nie gwarantują jeszcze klaustrofobicznej atmosfery. Nad tym trzeba było bardziej popracować i ekipa techniczna pod przewodnictwem utalentowanego reżysera, wydaje się, że więcej już zrobić w tej materii nie mogła. Liczne zbliżenia, notabene tym bardziej efektywne w tych archaicznych proporcjach obrazu, często wręcz wypełniające ekran sylwetki aktorów wtłoczonych w doprawdy duszące przestrzenie ciasnej latarni morskiej i mikroskopijnej wysepki z przyklejonymi do niej zdradliwymi skałami, o które z hukiem rozbijają się morskie fale. Ale to potem, bo pogoda w „Lighthouse” odzwierciedla nastrój Ephraima Winslowa (Robert Pattinson). Albo raczej jego kondycję psychiczną. W pierwszych dniach pobytu tego początkującego latarnika na nowoangielskiej bezludnej wysepce (poza nim i jego przełożonym, rzecz jasna), wprawdzie nie jest on istną oazą spokoju, zdarzają mu się wybuchy wściekłości, ale nawet gdy milczy albo potakuje swojemu hałaśliwemu szefowi, nie ma się wątpliwości, że w Winslowie gości gniew. Pomimo tego aura jest spokojna – ponura, podszyta groźbą, ale warunki atmosferyczne, ogólnie, są całkiem dobre. A w każdym razie nie utrudniają, poza tym znojnej egzystencji dwóch pustelników. Zwłaszcza Ephraima, który ma zdecydowanie większy zakres obowiązków. Thomas Wake (Willem Dafoe) czasami łaskawie go wspomaga, ale zazwyczaj ogranicza się do prowadzenia dziennika, gotowania i pilnowania światła. Wszystko inne spoczywa na barkach niedoświadczonego w tym fachu Winslowa. I chyba nie trzeba dodawać, kto odpowiada za tak skrajnie niesprawiedliwy podział prac. Wake wprawdzie oficjalnie jest nadzorcą Ephraima – można powiedzieć, że ma wdrażać go do zawodu – ale to nie daje mu jeszcze prawa do wykorzystywania chłopaka. Bo tak to wygląda. Starszy mężczyzna się relaksuje, a młodszy haruje jak przysłowiowy wół. Łatwo więc zrozumieć jego gniew. Trudniej przewidzieć, który z nich pierwszy straci nad sobą kontrolę, który z mężczyzn przypuści atak, z którego nie będzie już odwrotu. Praktycznie od początku tej historii ma się bowiem podejrzenie graniczące z pewność, że w końcu do tego dojdzie. Ale... Robert i Max Eggersowie nie poprzestali na sygnalizowaniu zagrożenia ze strony tak Toma, jak Ephraima. W tym nieprzyjaznym człowiekowi zakątku Ziemi mogą bowiem przebywać istoty rodem z mitów greckich i... prozy Howarda Phillipsa Lovecrafta.

Artystyczna, piorunująco klimatyczna forma „Lighthouse” idzie w parze z treścią, która... Powiedzmy, że gdyby nie oprawa audiowizualna (wyłączając irytujące, uporczywe dudnienie syreny, wydobywające się z latarni morskiej) i porażająco efektowne aktorstwo, to najpewniej nie dotrwałabym do końca tej niby prostej opowieści. Niby, bo scenariusz braci Eggers można rozpatrywać pod różnymi kątami, odczytywać na różne sposoby. Warstwa psychologiczna w „Lighthouse” przenika się z płaszczyzną mitologiczną. Równie dobrze można rozpatrywać ową opowieść przez pryzmat Pisma Świętego. Bardziej czytelna jest jednak symbolika mitologiczna (syrena, Prometeusz), ale szczerze powiedziawszy większą atrakcją były dla mnie wstawki silnie kojarzące się z twórczością Howarda Phillipsa Lovecrafta. Chociaż z drugiej strony te płaszczyzny (mitologiczna i lovecraftowska) zdają się być ściśle ze sobą związane. Zupełnie jakby trwały w dziwacznej symbiozie, co bodaj najdobitniej pokazuje stosunek seksualny, który myślę miał być również ukłonem w stronę body horroru. W sumie to nie spodziewałam się po twórcy „Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii” takiego ruchu. Tym bardziej, że do tego momentu „Lighthouse” bazował na klimacie, tj. wszystko wskazywało na to, że Robert Eggers nie zbliży się do granicy, obrzydliwości. Chyba że za takową uznać oślizgłą mackę z nagła ukazującą się w polu widzenia jednego z czołowych bohaterów filmu albo nie mniej realistycznie się prezentującą syrenę. Mitologiczną postać, która równie dobrze może zamieszkiwać te tereny, co być jedynie wytworem umęczonego umysłu latarnika. A konkretniej Ephraima Winslowa: człowieka, który nie przywykł do pracy w takich warunkach. Zdaje się, że na jego psychikę najbardziej niekorzystny wpływ mają izolacja, włącznie z dręczącą świadomością, że w razie potrzeby nie sposób czym prędzej wydostać się z tej depresyjnej wysepki oraz towarzystwo apodyktycznego, hałaśliwego mężczyzny, który z widoczną satysfakcją, nieznoszącym sprzeciwy tonem, zleca mu najcięższe prace, które poddaje surowej ocenie. Czasami przypominało mi to Syzyfa, ale przemknęła mi też myśl o przesadnym pedantyzmie nadzorcy Winslowa, którą jednak szybko porzuciłam, dochodząc do wniosku, że Thomas Wake po prostu zapewnia sobie rozrywkę. Ot, typ człowieka, który czerpie przyjemność z dręczenia bliźnich. Zmuszania ich do wzmożonego wysiłku, obrzucania ich obelgami, traktowania nie tyle jak swoich służących, ile niewolników. Ale Thomas Wake nie zawsze jest taki. Każdej nocy pokazuje inne oblicze – niekoniecznie sympatyczne, ale na pewno staje się bardziej przystępny, otwarty, milszy w obyciu. A to wszystko dzięki alkoholowi. Gdyby nie trunki, to gehenna Ephraima byłaby nie do zniesienia. A tak... Tak, przynajmniej nocami młody latarnik znajduje wytęsknione towarzystwo. Pomiędzy mężczyznami zawiązuje się coś na kształt szorstkiej przyjaźni, która niczym wstydliwy sekret, jest kultywowana jedynie pod osłoną nocy. W dzień lokatorzy fallicznego obiektu (sam reżyser filmu tak go nazywa, nie bez powodu zresztą: to w jakimś stopniu łączy się z tematyką rzeczonego obrazu) wracają do ról pana i niewolnika. Złego pana i być może równie niedobrego niewolnika. A może należy zapomnieć o tych banalnych szufladkach i przynajmniej spróbować wejrzeć w te doskonale odegrane postacie dużo głębiej? Cóż, ja spróbowałam, ale z dosyć mizernym efektem. Z mozołem przedzierałam się przez meandry psychiki młodszego i starszego (anty)bohatera „Lighthouse”, aż w końcu doszłam do wniosku, że choćbym nie wiem ile trudu w to włożyła, to nie doszukam się w nich już niczego ponad te, niezbyt zajmujące szczegóły, które już dużo wcześniej mi podano. A przynajmniej zasugerowano. Chcąc zająć czymś myśli zabawiałam się więc patrzeniem na tę historię pod każdym kątem, jaki tylko przychodził mi do głowy (nie ukrywam, że pozwoliłam sobie też na nadinterpretowanie – doszukiwanie się w tym dziełku rzeczy, których w nim nie ma), ale w końcu i to mi się znudziło. I tak oto wróciłam do puntu wyjścia: podziwiania realizacji i aktorstwa. Oczywiście od czasu do czasu zaciekawienie fabułą wracało, ale ten stan ani razu nie utrzymał się we mnie na dłużej (coś drgnęło i... znowu witałam się z „moją przyjaciółką nudą” i tak w kółko). Co więcej: nie była to ciekawość z rodzaju tych przypominających swędzenie. Finalne sceny „Lighthouse”, owszem zrobiły na mnie niemałe wrażenie, ale nie mogę powiedzieć, że przyjęłam je z niepomiernym zaskoczeniem. I dotyczy to także z lekka surrealistycznego ostatniego ujęcia, które i tak uważam za jak najbardziej udane – turpistyczny artyzm, jeśli mogę użyć takiego określenia. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że zdjęć utrzymanych w surrealistycznej/onirycznej specyfice jest w tym dziele więcej, tj. nie spotykamy tutaj tylko takowego zamknięcia. Komediowych akcentów też się nie wystrzegano – Robert Eggers wyznał, że nie chciał uderzać w tak poważny ton, jak w swoim poprzednim pełnometrażowym dziele. Co nie znaczy, że zależało mu na gromkim śmiechu publiczności. To li drobne dodatki, które może i kogoś rozbawią, ale raczej nie będzie to beztroska wesołość.

Realizacja tak, fabuła nie. Tak w wielkim skrócie mogę podsumować moją reakcję na drugi, po głośnej „Czarownicy: Bajce ludowej z Nowej Anglii”, pełnometrażowy film Roberta Eggersa, scenariusz którego spisał ze swoim młodszym bratem Maxem Eggersem. Tak, realizacja „Lighthouse” wprawiła mnie w czysty zachwyt. Tak, Willem Dafoe i Robert Pattinson wspięli się tutaj na takie wyżyny aktorstwa, że aż brakuje mi słów, by wyrazić swój podziw. Tak, w takim klimacie chciałabym się kąpać zdecydowanie częściej. Ale już o takie historie się nie dopraszam. Niestety, pomimo naprawdę usilnych starań, nie potrafiłam zatopić się w tej opowieści. Momenty były, ale mój ogólny odbiór treści wypracowanej przez braci Eggers nie był korzystny. Niemniej film radzę obejrzeć każdemu wielbicielowi horrorów nastrojowych, zwłaszcza psychologicznego kina grozy z domieszką mrocznego fantasy, surrealizmu/oniryzmu i oczywiście sympatykom klimatów retro, bo obcując z tą pozycją łatwo można zapomnieć, że to produkt współczesny. Warto choćby tylko dla formy, ale najpewniej wielu z Was fabuła też co najmniej usatysfakcjonuje. Przynajmniej, bo wnosząc z reakcji dotychczasowej widowni „Lighthouse”, spodziewać się można jeszcze lepszych reakcji. Nie pozostaje więc nic innego, jak samemu/samej się o tym przekonać, czyż nie?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz