Stronki na blogu

piątek, 17 stycznia 2020

Sarah Waters „Ktoś we mnie”


Druga połowa lat 40-tych XX wieku. Doktor Faraday przybywa do Hundreds Hall, XVIII-wiecznej posiadłości należącej do niegdyś bogatego rodu Ayresów, celem zbadania ich służącej. Ostatnio był tutaj w dzieciństwie, kiedy to jeszcze dwór prezentował się nadzwyczaj okazale. Teraz wyraźnie chyli się upadkowi, co jest spowodowane problemami finansowymi jego właścicieli: starszej damy i dwójki jej dwudziestoparoletnich dzieci, Caroline i Rodericka. Po zbadaniu ich służącej, nastoletniej dziewczyny imieniem Betty, Faraday dochodzi do wniosku, że pacjenta symuluje, ale nie informuje o tym jej pracodawców. Od niej samej dowiaduje się, że dom ją przeraża, ale uznaje, że dziewczyna dramatyzuje i że z czasem przywyknie do Hundreds Hall. Doktor Faraday staje się częstym gościem Ayresów, przyjacielem rodziny zawsze służącym im pomocą. Jedynie Roderick, przepracowujący się młody pan domu, nie wydaje się być wdzięczny Faradayowi za troskę, jaką okazuje jemu i jego bliskim. Ale lekarz się nie zraża, i tak robi wszystko, co w jego mocy, by choć trochę ułatwić życie Roderickowi. Kondycja psychiczna młodego Ayresa coraz bardziej się jednak pogarsza. Do tego nowego problemu niegdyś majętnego rodu wciąż dochodzą kolejne, a domownicy coraz bardziej skłaniają się ku temu, że ich dom został opanowany przez jakąś siłę nieczystą. Faraday stara się odwieść ich od takich myśli, ale ilekroć nabiera przekonania, że rozsądek zwycięża w Hundreds Hall zdarza się coś, co na powrót napełnia Ayresów wiarą w zjawiska, których racjonalny umysł Faradaya nie potrafi przyjąć.

Poczytna brytyjska pisarka, Sarah Waters, kojarzona jest przede wszystkich z historiami osadzonymi w czasach wiktoriańskich i posiadającymi silnie rozwinięte wątki społeczno-obyczajowe. Poza tym zdążyła już przylgnąć do niej etykietka autorki specjalizującej się w tematach homoseksualnych, co w najmniejszym stopniu jej nie przeszkadza, bo jak stwierdza w swoich opowieściach faktycznie zachowuje swego rodzaju lesbijski porządek obrad. Zaznacza jednak, że to tylko część prawdy, bo jak zresztą zauważają też jej stali czytelnicy, twórczość Waters posiada również mocne podłoże heteroseksualne. „Ktoś we mnie” (oryg. „The Little Stranger”) trochę odbiega od reszty pisarskiego dorobku tej Brytyjki. Zgodnie ze swoim zwyczajem akcję Waters osadziła w czasach minionych (tym razem tuż po drugiej wojnie światowej), ale próżno szukać tutaj homoerotyzmu. Zamiast tego są domniemane elementy natury nadprzyrodzonej. Po raz pierwszy wydana w 2009 roku, nominowana do Nagrody Bookera, powieść „Ktoś we mnie” to utwór gotycki, w którym dopatrzono się wpływów między innymi takich dzieł, jak „Rebeka” Daphne du Maurier, „W kleszczach lęku” Henry'ego Jamesa i „Nawiedzony dom na wzgórzu” vel „Nawiedzony” Shirley Jackson. Waters wyznała, że wcale nie zamierzała pisać o nawiedzonym domu, że przystąpiła do prac nad tą powieścią z myślą o oddaniu sytuacji różnych klas społecznych w okresie powojennym. I ten plan, owszem, wykonała, ale przy okazji skonstruowała coś, co spokojnie może uchodzić za horror nastrojowy. Który doczekał się swojej filmowej wersji: brytyjsko-irlandzko-francuski obraz w reżyserii Lenny'ego Abrahamsona z 2018 roku.

Hundreds Hall, XVIII-wieczny dwór stojący w wiejskim zakątku Anglii, w oddaleniu od innych zabudowań i od pokolenia należący do niegdyś majętnego rodu Ayresów. Czasy świetności tego miejsca już przeminęły. W drugiej połowie lat 40-tych XX wieku, kiedy to toczy się właściwa akcja „Ktoś we mnie”, posiadłość ta niszczeje w oczach. I bynajmniej nie dlatego, że jego aktualnym właścicielom, pani Ayres oraz jej dorosłym już dzieciom, Caroline i Roderickowi, nie zależy na przywróceniu mu świetności. Wręcz przeciwnie: rodzina robi wszystko, co tylko może, by utrzymać Hundreds Hall, ale pech chce, że żyją w czasach niebywale trudnych dla właścicieli ziemskich. W czasach, w których bogacze biednieją przez politykę rządu podobno ukierunkowaną na dobro klasy robotniczej. Tyle że w powieści Sarah Waters raczej nie widać, żeby byt ciężko pracujących ludzi szczególnie się poprawiał. Brakuje mieszkań, a i płace nadal są chude. Ale politykom jak zawsze żyje się dobrze. Co bardziej przedsiębiorczy, obrotni, cwani wręcz osobnicy, którzy musieli zaczynać od zera, też szybko się wzbogacają, ale klasa robotnicza jakoś nie odczuwa troski rządu. Politycy jak zwykle jedno mówią, drugie robią. Chociaż, gwoli sprawiedliwości, tam gdzie im się opłaca działają na korzyść gorzej sytuowanych obywateli – polityka mieszkaniowa na przykład jest coraz bardziej efektywna. Ale często odbywa się to kosztem wielopokoleniowych właścicieli ziemskich. Doprowadzeni na skraj bankructwa ludzie stopniowo wyprzedają swoje ziemie, na których w szybkim tempie wyrastają budynki mieszkalne dla osób, które swojego kąta nie mają. Ayresowie, co zrozumiałe, są głęboko rozgoryczeni takim obrotem spraw. To jeden z tych rodów, który najwięcej traci na aktualnej polityce angielskiego rządu (Partii Pracy), ale choć trudno im nie współczuć, to trzeba zaznaczyć, że Waters nie patrzy na nich jedynie litościwym okiem. Daleko jej do stronniczości. Nie stara się na siłę ocieplać ani ich wizerunku, ani głównego bohatera i zarazem narratora „Ktoś we mnie”, doktora Faradaya, imienia którego nie znamy. Z jednej strony przedstawia Ayresów jako niewinne ofiary polityki obranej w Anglii tuż po drugiej wojnie światowej, a z drugiej nie pozwala nam zapomnieć, że są to ludzie, którzy nie doszli do bogactwa ciężką pracą, którym wysoki statut społeczny niejako został ofiarowany przez los. Co gorsza, Ayresom, zdarza się wygłaszać kpiące, pogardliwe wręcz opinie na temat ludzi wywodzących się z niższych warstw społecznych. Zwłaszcza służby, co oburza doktora Faradaya tym bardziej, że jego matka przed laty wchodziła w poczet służby Ayresów. Ale jak już nadmieniłam on też nie jest pozbawiony wad. Sarah Waters na kartach „Ktoś we mnie”, że tak to ujmę, patrzy na człowieka obiektywnym okiem. Nikogo nie idealizuje, ale też nie stara się demonizować. Ani oceniać – zupełnie jakby mówiła, że w życiu należy wystrzegać się formułowania daleko idących opinii na temat innych, bo tak naprawdę w każdym z nas jest tyle samo dobra, co zła. Nie ma człowieka bez skazy, aczkolwiek nie brakuje takich, którym wydaje się, że są wyjątkiem potwierdzającym tę regułę. „Ktoś we mnie” to powieść lustro – historia, która zachęca do wejrzenia w głąb siebie. Naturalnie nie trzeba z tej zachęty korzystać, spokojnie można podejść do tej opowieści od innej strony, ale jeśli ktoś ma ochotę na trochę introspekcji, z samokrytycyzmem włącznie, to w moim przekonaniu „Ktoś we mnie” ten apetyt także zaspokoi. Między innymi, bo omawiana powieść to bynajmniej nie tylko zachęta do pieczołowitej analizy samego siebie, ale całkiem szczegółowy portret angielskiej prowincji drugiej połowy lat 40-tych XX wieku oraz klasyczne spojrzenie na horror. Opowieść o nawiedzonym domu utrzymana w stylistyce retro.

Gdybym nie wiedziała, że „Ktoś we mnie” narodził się w XXI wieku, to byłabym przekonana, że to utwór z poprzedniego stulecia. W mojej ocenie więc Sarah Waters sprostała nie tak znowu łatwemu zadaniu stworzenia jak najbardziej wiarygodnych podwalin pod tę konkretną opowieść. Nie tyle przedstawiła dość dokładny obraz powojennej Anglii, odpowiednio wykreśliła realia, w których osadziła akcję swojej niejednoznacznej opowieści, ale i posługiwała się językiem z tamtej epoki (pochwalić muszę też tutaj polską tłumaczkę Magdalenę Moltzan-Małkowską: wydanie Prószyński i S-ka z roku 2016). Waters, swoim zwyczajem, solennie się do tegoż przedsięwzięcia przygotowała: zapoznała się w wieloma powieściami i filmami z tamtego okresu, przeanalizowała ówczesne pamiętniki, odwiedzała muzea i archiwa. W efekcie dostajemy staroświecką powieść współczesną. To znaczy utwór napisany po staremu w czasach nam współczesnych. Z perspektywy osoby znającej przyszłość. Poniekąd, bo choć autorka żyje i tworzy w naszych czasach, to jak już nadmieniłam historię tę wyłuszcza za pośrednictwem skonstruowanej na potrzeby tej książki postaci, która naturalnie nie ma takiej wiedzy, jak Sarah Waters. Doktor Faraday to człowiek swojej epoki – przedstawiciel angielskiej inteligencji w skali mikro. Główny bohater książki jest wiejskim lekarzem rodzinnym, który z lękiem patrzy w przyszłość. Zresztą już teraz nie ma lekko. Mieszka w spartańsko urządzonej kawalerce, ogranicza się tylko do niezbędnych wydatków, a i tak nie jest w stanie odłożyć wiele na chudsze czasy. Bo podejrzewa, że nieuchronnie się one zbliżają, że już wkrótce nie będzie w stanie utrzymać się z pracy, której bez reszty się poświęcił. Faraday najwyraźniej jest lekarzem z powołania, szczerze troszczącym się o swoich pacjentów, bez słowa skargi rzucającym się w wir męczącej i nader odpowiedzialnej pracy, nie bacząc na zarobek. Dla tego mężczyzny cierpiący człowiek bez grosza przy duszy jest tak samo ważny jak schorowany bogacz. Myśl, że miałby nie dostać zapłaty za usługę medyczną w najmniejszym nawet stopniu go nie zniechęca. Pieniądze, choć bardzo by mu się przydały, nie są dla niego najważniejsze. A na pewno nie bardziej od niesienia ulgi cierpiącym. Być może właśnie z tego powodu nie dorobił się jeszcze tego, co ma wiele jego kolegów po fachu – własnego domu i większych oszczędności. Jedni powiedzą, że brakuje mu ambicji, inni, że raczej bezwzględności czy pazerności, a jeszcze inni dojdą do wniosku, że po prostu nie ma szczęścia. Wydaje się jednak, że znalazł coś, co można odebrać jako uśmiech losu, ale równie dobrze można uznać to za istne przekleństwo. Bo wspaniały dom, w którym Faraday ma przyjemność często gościć, dostarcza mu też trosk. A właściwie to nie tyle on, ile to, co ostatnimi czasy spotyka jego mieszkańców. Ród Ayresów staje się Faradayowi tak bliski, że niejako osobiście odbiera każdą krzywdę, jaka ich spotyka. Nie patrzy na nich wprawdzie bezkrytycznie, niektóre ich słowa i zachowania mocno go irytują, ale sympatia do nich jest zdecydowanie silniejsza. Bo Ayresowie, choć niepozbawieni brzydkich cech, dają się lubić. Starsza pani i te jej sentymentalne podróże, nieustająca i w pełni zrozumiała tęsknota za dawnymi czasami; jej zaradna i niewątpliwie silna psychicznie córka, której natura nie obdarzyła oszałamiającą urodą (o czym wspominam dlatego, że jej wygląd też jest przez Waters analizowany w kontekście społeczeństwa, w którym przyszło żyć bohaterce jej książki) oraz jej okaleczony na wojnie brat, który z coraz większym trudem znosi ogrom obowiązków, jakie nieoczekiwanie na niego spadły. Roderick właściwie sam się nimi obarczył, bo choć istotnie to on jest dziedzicem Hundreds Hall, to nikt nie wymaga od niego aż takiego poświęcenia dla sprawy. Jego siostra i matka są gotowe mu pomóc, ale duma i szczera troska o nie, każą mu odrzucać te oferty. Nawet gdy Roderick nabiera pewności, że w ich domu zagnieździło się coś złego, nie ma zamiaru angażować w to pozostałych domowników. Tym bardziej przyjmować pomocy od doktora Faradaya, bo człowiek ten w jego mniemaniu nic nie rozumie. Narrator „Ktoś we mnie” nie jest bowiem w stanie przyjąć do wiadomości, że w Hundreds Hall zawitała jakaś nadnaturalna siła. Jaka? Teorie są różne, ale najbardziej prawdopodobna, a przy tym dosyć pomysłowa zdaje się być wersja z tytułowym kimś oderwanym od kogoś żyjącego. Kogo? Może od Rodericka, a może od przesądnej, bojaźliwej, młodziutkiej służącej Ayresów. A może Faraday ma rację. Może wyjaśnienie jest bardziej prozaiczne – omamy wzrokowe i słuchowe wywołane zmęczeniem i rozlicznymi problemami dnia codziennego, choroby psychiczne, zbiorowa histeria: nazwijmy to jak chcemy. Niektórym niepokojącym zjawiskom zachodzącym w Hundreds Hall świadkuje i Faraday, ale dla każdego z nich znajduje racjonalne wyjaśnienie. Moim zdaniem największą siłą tej powieści jest właśnie jej niejednoznaczność. Sarah Waters subtelnie manifestuje, czy to tylko rzekomą, czy faktyczną obecność nieznanego. „Ktoś we mnie” to powieść wręcz przesycona tajemniczością, również w materii przeszłości Ayresów (straszne sekrety rodzinne?) i prawie doskonały przykład na to, jak skromność służy opowieściom grozy. Bez większych fajerwerków, głównie zagęszczającą się, rozpraszającą i znowu zagęszczającą (i tak w kółko) atmosferą zagrożenia, którego charakteru możemy się tylko domyślać, Waters buduje nielicho interesujący horror spod znaku nawiedzonego domu. A z drugiej strony thriller psychologiczny z silnie rozwiniętą warstwą społeczno-obyczajową. Bardzo wolno rozwijającą się, snutą spokojnym, wyważony językiem, opowieść o ludziach zagubionych w niewdzięczny czasach i nie mniej wdzięcznej posiadłości. Z genialnym zakończeniem. Wracając jednak do stylu autorki muszę wspomnieć o jednej dosyć poważnej niedogodności, jaką lektura ta mi niosła. Otóż wolałabym, żeby Waters trochę zmniejszyła liczbę słów, bo nader często poświęcała całe akapity kwestiom, które aż prosiło się sprowadzić do jednego zdania. Tak, tak, to miało służyć przywoływaniu ducha literatury z dawnych lat i owszem tak było, ale moim zdaniem Waters ewidentnie z tą słowną wylewnością przesadzała. To znaczy myślę, że można było to skrócić bez szkody dla tego ducha. W każdym razie gdyby nie to, o wiele lepiej czytałoby mi się tę i tak całkiem smacznie opowiedzianą, bardzo dobrze skonstruowaną, przemyślaną, niebanalną, wielowarstwową historię o niedających się zaszufladkować ludziach, którzy żyją i cierpią w powojennej rzeczywistości. Także przez moce nadnaturalne... albo nie.

Nie muszę chyba dodawać, że w mojej ocenie literacki pierwowzór filmu Lenny'ego Abrahamsona pod tym samym tytułem, powieść „Ktoś we mnie” (oryg. „The Little Stranger”) zwycięża na dosłownie wszystkich frontach. Tak więc nawet jeśli nie przekonała Was adaptacja tej powieści Sarah Waters, to nie powinniście unikać oryginału. Tym bardziej jeśli cenicie sobie klimaty gotyckie. „Ktoś we mnie” to powieść tak dla miłośników horrorów o nawiedzonych wiekowych domostwach, jak amatorów thrillerów psychologicznych i powieści społeczno-obyczajowych oraz oczywiście wszelkiej maści utworów, które zachęcają do zajrzenia również w głąb siebie, a nie tylko postaci zaludniających światy przedstawione przez pisarzy i pisarki. „Ktoś we mnie” to może i nie jest najłatwiejsza lektura, a już na pewno (dla mnie szczęśliwie) niedająca jasnych odpowiedzi, ale na pewno diablo klimatyczna i cechująca się całkiem złożoną, wielowątkową fabułą. Akcja rozwija się co prawda w raczej niepopularnym tempie, tj. bardzo wolno, ale wbrew pozorom niemało się tu dzieje. Subtelnie, ale dzieje się... i to jak się dzieje! Niemniej miłośnikom dynamicznych historii pozbawionych wyczerpujących opisów miejsc, sytuacji i postaci, tej powieści raczej bym nie poleciła. Ale wszystkim pozostałym czytelnikom, ze wskazaniem na fanów klasycznych opowieści z dreszczykiem, a i owszem.

2 komentarze:

  1. Nie widziałam filmu, ale książkę czytałam kilka lat temu i bardzo mi się podobała. Wrażenia miałam podobne do Twoich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To myślę, że spokojnie możesz sobie film odpuścić. Po książce masz już kompletny obraz tej historii:)

      Usuń