Stronki na blogu

piątek, 10 kwietnia 2020

„Małgosia i Jaś” (2020)


Szesnastoletnia Małgosia i jej ośmioletni brat Jaś zostają zmuszeni do opuszczenia rodzinnego domu i poszukania nowego lokum. Takiego, w którym nie musieliby już tak bardzo martwić się o jadło. Wędrując przez las natykają się na samotnie stojący domek, w którym znajduje się mnóstwo pożywienia. Okazuje się, że nieruchomość należy do kobiety w podeszłym wieku imieniem Holda, która chętnie przyjmuje ich w swoich progach. Małgosia, w przeciwieństwie do swojego brata, podchodzi do nieznajomej z rezerwą, ale sytuacja zmusza ją do skorzystania z jej hojnej propozycji zatrzymania się na dłużej w jej przybytku. Małgosia w zamian oferuje staruszce pomoc w pracach domowych, a Jaś zamierza wykorzystać ten okres na przyuczanie się do wymarzonego zawodu drwala. Niby wszystko układa się po myśli rodzeństwa, ale wiele wskazuje na to, że ich wybawicielka coś przed nimi ukrywa.

Oz Perkins, syn Anthony'ego Perkinsa, odtwórcy kultowej roli Normana Batesa w serii „Psychoza”, twórca „Zło we mnie” (2015) i „I Am the Pretty Thing That Lives in the House” (2016), tym razem wziął na warsztat scenariusz Roba Hayesa zainspirowany jedną z najpopularniejszych baśni braci Grimm. „Małgosia i Jaś” (oryg.Gretel & Hansel”) to kanadyjsko-irlandzko-amerykańsko-południowoafrykańskie dziełko zrealizowane za mniej więcej pięć milionów dolarów, które zostało pomyślane jako odsłona „Jasia i Małgosi” dla osób dorosłych. Horror o mocach drzemiących w kobietach, które mogą być niszczące, ale mogą też służyć dobru. O tajemnym kobiecym pierwiastku, który od dawna intryguje Oza Perkinsa. Utalentowanego reżysera, który stara się, by nieznane było integralnym składnikiem jego filmów grozy. Czego wyraz daje również w „Małgosi i Jasiu”, dobrze przyjętym przez krytyków nastrojowym horrorze, który odniósł umiarkowany sukces finansowy (wpływy z całego świata oszacowano na przeszło dwadzieścia jeden milionów dolarów).

Dawno, dawno temu żyło sobie rodzeństwo, któremu głód nieustannie zaglądał w oczy. Mamusia zmusiła ich więc do poszukania lepszego życia. Wysłała do mrocznego lasu, w którym w końcu znaleźli ratunek. A przynajmniej tak im się wydawało... Inspiratorka tej historii, „Jaś i Małgosia”, to jedna z wizytówek braci Grimm, która niejednemu dziecku zapewniła koszmarne sny. Zła wiedźma mieszkająca w środku lasu i porywająca zagubione dzieci. Doprawdy milusia bajeczka. Zwłaszcza, gdy pozna się cel działalności wiedźmy. Zdawać by się mogło, że taki materiał bez trudu można przekuć na horror dla dorosłych. Nastrojowy, ale i makabryczny obraz, tak oddziałujący na starszych widzów, jak oryginał na młodszych. Tym bardziej, że tego wyzwania podjął się twórca, moim zdaniem, udanego horroru „Zło we mnie”. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie... scenariusz. Dość wierny oryginalnej baśni braci Grimm, ale badający też na inne obszary fabularne, eksponujący składniki, których w pierwowzorze nie znajdujemy. Nic w tym zaskakującego – wiadomym było, że materiału nie wystarczy na pełnometrażowy film, że trzeba tę mroczną bajkę rozbudować. Wznoszenie nowej budowli na wiekowych fundamentach w moim odbiorze gładko nie przebiegało. Dla konstruktorów „Małgosi i Jasia” może i nie był to żmudny wysiłek, ale dla mnie już niestety trochę tak. Uważam, że proces rozwijania tej znanej opowieści to zarazem proces jej zmętniania. W pewnym zakresie, bo wyraźniejsze kontury też z tej historii przebijają. Niemniej nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że generalnie potraktowano to nazbyt zachowawczo, że zaledwie liźnięto historię ukrytą w ponadczasowej historii braci Grimm. Na pierwszym planie postawiono gwiazdę dwuczęściowej readaptacji znakomitej powieści Stephena Kinga pt. „To”, Sophię Lillis, która wciela się oczywiście w postać Grety, naszej Małgosi. Partneruje jej kilkuletni Samuel Leakey w roli Hansela, czyli Jasia, a ostatnią centralną postacią jest naturalnie wiedźma, mieszkająca w środku lasu wyzwolona kobieta imieniem Holda, w którą w dość widowiskowym stylu wcieliła się Alice Krige (m.in. „Lunatycy” z 1992 roku i „Silent Hill” z roku 2006). Lillis i Leakey też moim zdaniem pokazali się od dobrej strony, ale uważam, że nie dano im maksymalnie rozwinąć skrzydeł. Potencjału drzemiącego w antagonistce w sumie też w pełni nie wykorzystano, ale w porównaniu do Małgosi i Jasia... Powiedzmy, że wiedźma więcej mi zaoferowała. Oz Perkins przenosi nas do dalekiej przeszłości. Do epoki szalejącego głodu, który zmusza do nadludzkich poświeceń. Zmusza kochające matki do wypychania swoich dzieci z gniazd, zmusza do świadczenia usług seksualnych za przysłowiową kromkę chleba, zmusza nieletnich do błądzenia po nieprzyjaznym lesie w poszukiwaniu lepszego życia. Małgosia od losu niewolnicy seksualnej woli niepewną przyszłość, bo w niej zawiera się przynajmniej jakaś nadzieja. Nadzieja na lepsze jutro, która naturalnie w trakcie owej ciężkiej przeprawy przez bezkresny las, stopniowo słabnie. Co gorsza, ta młodziutka dziewczyna ma pod opieką młodszego brata, którego darzy bezgraniczną miłością. Brata, który na niej polega, który wierzy, że jego zaradna siostra będąca dla niego istnym wzorem, znajdzie sposób na poprawienie ich bytu. Napełnienie skurczonych z nieomal nieustannego głodu żołądków i znalezienie jakiejś bezpiecznej przystani w tym bezwzględnym świecie, w którym silniejsi pożerają słabszych. Takim azylem staje się dla nich osamotniony leśny domek, kryjący w swoich trzewiach pomieszczanie bardziej pasujące do Davida Cronenberga („Zbrodnie przyszłości” z 1970 roku) niźli braci Grimm (przyjemny kontrast). Domek należący do staruszki imieniem Holda, której nieszkodliwa aparycja zapewne żadnego widza nie zwiedzie. Ale już jej światopogląd...

„Małgosia i Jaś” to opowieść o dojrzewaniu. Dojrzewaniu kobiet w czasach szczególnie im nieprzyjaznych. Opowieść o tym, jak bliscy nam ludzie, osoby, które kochamy, mogą nas ograniczać. To też opowieść o emancypacji, której patronuje nie kto inny, jak zła wiedźma mieszkająca w głębi lasu. Oz Perkins nie uważa, że jest to historia o feminizmie sensu stricto. Nie zaprzecza, że rzecz traktuje między innymi o upodmiotowieniu kobiet, i że zawsze stara się obierać feministyczny punkt widzenia (rozumiany jako potrzebę równego traktowania płci), ale nie jest przekonany do tożsamego rozumienia uwypuklonego w „Małgosi i Jasiu” upodmiotowienia kobiet z feminizmem. Niemniej jego trzeci film przez niektórych został odczytany, jako przedstawienie dwóch rodzajów feminizmu. Dwóch ścieżek wyrastających z jednego trzonu, dwóch trybów życia wynikających z naturalnej potrzeby pozbycia się kajdan założonych przez mężczyzn. Niektórych mężczyzn, trzeba zaznaczyć, bo męski pierwiastek nie został w „Małgosi i Jasiu” potraktowany zgodnie z powszechnie panującą modą na demonizowanie absolutnie wszystkich mężczyzn. Oczywiście z jednoczesnym gloryfikowaniem wszystkich kobiet, czego również tutaj uniknięto. Bez generalizowania, ale i bez zagłębiania się w tę istotną przecież materię. To przede wszystkim opowieść o pogoni za wolnością, która różnie jest tutaj rozumiana. Małgosia kieruje się przede wszystkim potrzebą pozyskania dóbr niezbędnych do życia. Pożywienie, dach nad głową i poczucie bezpieczeństwa dla siebie i młodszego brata: to wszystko, czego oczekuje od życia przed wejściem w bliższą relację z Holdą. Ta ostatnia daje jej jasno do zrozumienia, że życie oferuje jej też inne możliwości. Jeśli tylko zechce Małgosia może toczyć tak luksusowy żywot, jak ona sama. Pod warunkiem, że cena nie wyda jej zbyt wysoka... Czarownica w „Małgosi i Jasiu” ma wiele wspólnego z archetypem Lucyfera. Wodzącego na pokuszenie upadłego anioła, demona obiecującego wszelkie uciechy, można powiedzieć reklamującego hedonistyczny tryb życia, który pociąga też Małgosię, ale... Podmiot wzmożonego zainteresowania Holdy, ta szesnastoletnia dziewczyna dopiero szukająca swojej drogi życiowej, nie przyjmuje bezwarunkowo filozofii swojej mentorki. Zasadniczo czarownica nie wychodzi od złej koncepcji istnienia, a w każdym razie nie takiej, która zasługiwałaby na potępienie. Prowadzi pustelnicze życie, ale nie doskwiera jej samotność. Wystarcza jej własne towarzystwo. To kobieta wyzwolona i samowystarczalna. Chociaż... Ci, którzy znają „Jasia i Małgosię” braci Grimm powinni wiedzieć, że ta pani potrzebuje czegoś jeszcze. A właściwie to kogoś. Że ma potrzeby, które absolutnie dobrą kobietą jej nie czynią. Czy twórcy „Małgosi i Jasia” uwypuklili ten makabryczny wątek? Tego bym nie powiedziała. Rzecz została zaledwie muśnięta, co zabolało mnie tym bardziej, że właśnie z tym skrętem wiązałam największe nadzieje. Tak, pozwoliłam sobie na nadzieję i teraz tego żałuję. Bo gdybym jej nie miała, to bym się nie zawiodła. Muszę jednak podkreślić, że zupełnym rozczarowaniem omawiana produkcja dla mnie nie była. Marazm fabularny rekompensowała mi warstwa techniczna, choć całkowicie smaku „Małgosi i Jasia” poprawić nie mogła. Atmosfera jak w dark fantasy i jak w koszmarnym śnie kogoś obdarzonego magiczną wyobraźnią. Oniryczny jest dosłownie każdy kadr, nie tylko dość liczne sekwencje alarmistycznych snów Małgosi. Niezbyt upiornych, jeśli już o to chodzi, ale ewidentnie starano się porządnie nimi nastraszyć zwłaszcza tych widzów, dla których proces straszenia w horrorze nie sprowadza się do jump scenek. Tutaj tego „wspaniałego” efektu buuu! nie dostajemy. W zamian oferuje się nam powolne, acz niezbyt intensywne budowanie napięcia i w większość jedynie fragmenty upiorności, które notabene mają moc poruszania wyobraźni. Ale poza scenką z trupami przykrytymi całunami oraz najdosadniejszą akcją z (przepraszam, ale takie dla niektórych pewnie niesmaczne skojarzenie mnie napadło) diabelskim wydaniem biblijnego cudu z Kany Galilejskiej, właściwie nic z tego jakoś szczególnie mnie nie poruszyło. Ale i nie drażniły, jak to często bywa z filmowym „nowoczesnym straszeniem”. A raczej nieudolnymi próbami w tym kierunku. Dyskomfort emocjonalny był raczej lichy, ale grunt że dało się na to patrzeć bez złości. Gdyby tylko jeszcze fabuła była bardziej zajmująca...

A myślałam, że to będzie coś. Że Oz Perkins zabierze mnie w pełną silnych doznań podróż po mrocznym świecie braci Grimm i swoim własnym. Naprawdę miałam nadzieję na solidny horror zgrabnie rozbudowujący znaną baśń o Jasiu i Małgosi na użytek osób starszych od zwyczajowych odbiorców twórczości Grimmów. Pamiętających to uczucie, gdy po raz pierwszy zetknęli się z tą mroczną baśnią. Ten dreszczyk grozy zmieszany z fascynacją na widok (w wyobraźni) okropnej wiedźmy robiącej kuku niewinnym dzieciom. Cóż, tragedii nie było. Zachwytu niestety też nie. Kolejna niewiele wnosząca do mojej przygody z horrorem opowieść, którą obejrzałam bez potężnych emocjonalnych zgrzytów, ale i bez większego zaangażowania. Klimat niezły, fabuła gorsza. Tak „Małgosię i Jasia” sobie podsumowałam.

1 komentarz:

  1. właśnie przed chwilką go obejrzałam no i niestety jak dla mnie strata czasu.

    OdpowiedzUsuń