Stronki na blogu

środa, 5 sierpnia 2020

„Babski weekend” (2016)


Daniela, Stephanie i Gem decydują się spędzić weekend w górach wraz z Nancy, jedyną członkinią ich paczki z liceum, z którą przez ostatnie lata nie utrzymywały regularnych kontaktów. Nancy bez uprzedzenia zabiera swoją koleżankę z pracy, Annie, która przeżywa separację z mężem. Jej dawne przyjaciółki nie są zachwycone tą decyzją, ale nie sprzeciwiają się głośno towarzystwu nieznajomej kobiety. W drodze Daniela proponuje dodatkową atrakcję: pozostawienie samochodu na poboczu na kilka godzin i przespacerowanie się po lesie. Wszystkie, poza Nancy, dość ochoczo przystają na ten pomysł, ale ich entuzjazm nie trwa długo, bo wszystko wskazuje na to, że z tego lasu nie ma wyjścia. Na domiar złego prześladuje ich jakaś zagadkowa siła, która łaknie ofiar w ludziach.

Niskobudżetowy amerykański survival horror „Babski weekend” (oryg. „All Girls Weekend”), czwarty pełnometrażowy film fanki horrorów Lou Simon - po mało znanych obrazach grozy „The Awakened” (2012), „HazMat” (2013) i „Agoraphobia” (2015) i przed „3” (2017) – powstał z inspiracji jej ukochanym „Zejściem” Neila Marshalla i „Lekcją przetrwania” Lee Tamahoriego. Scenariusz Simon napisała sama (została też współproducentką filmu), a zajęło jej to trzy-cztery dni. Na miejsce akcji wybrała Everglades na Florydzie, ale w ekipie, którą udało jej się skompletować, pojawiły się głosy, że panujące tam upały znacznie utrudnią im pracę. Ostatecznie Simon zdecydowała się więc na lasy w Georgii. Zdjęcia trwały trzynaście dni, podczas których ekipę raz zaskoczyła śnieżyca. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych i w Niemczech film został wydany w lipcu 2016 roku.

Babski weekend” Lou Simon nie został dobrze przyjęty przez widzów (choć oczywiście wyjątki są), co ona sama tłumaczy przede wszystkim niskim budżetem. Reżyserka i scenarzystka niniejszego obrazu zdążyła już wyrazić swoje ubolewanie nad tym, że publiczność zwykła oceniać niskobudżetówki przez pryzmat drogich produkcji. Ich twórcy mają zdecydowanie większe pole manewru i swoisty komfort tworzenia, o którym filmowcy dysponujący „groszowymi” budżetami mogą jedynie pomarzyć. Przyjmowanie takich samych kryteriów dla tanich i drogich produkcji Simon uważa za podejście z gruntu niesprawiedliwe. I pewnie przyznałabym jej rację, gdybym w swoim życiu nie obejrzała już trochę niskobudżetówek w mojej ocenie zrealizowanych nieporównanie lepiej niż niejedna szeroko reklamowana i dystrybuowana tzw. superprodukcja.„Babski weekend” niestety nie jest jednym z tych tanich horrorów, który z niskiego budżetu czyni walor. Obskurność, nihilizm, naturalizm... Widać, że celowano w takie klimaty i słusznie, bo w ten sposób chyba „najłatwiej wybrnąć z trudnej sytuacji finansowej”, ale nie nazwałabym tego strzałem w dziesiątkę. Irytujące kadrowanie, nie najlepiej obliczone zbliżenia i oddalenia, tandetny montaż (jak w jakiejś południowoamerykańskiej telenoweli) i jeszcze mniej wprawna gra światłem i cieniem. Wiele zdjęć zdaje się być prześwietlonych, a miejsce akcji... No cóż, trochę przypomina scenę w jakimś podrzędnym teatrze. „Babski weekend” kręcono w prawdziwym lesie, ale ekipa techniczna jakby robiła wszystko, co w jej mocy, by stworzyć taką szkodliwą ułudę. Z drugiej strony klimat jest dość ponury, bywa stosownie mroczny i co najlepsze: przybrudzony. Niezbyt mocno, ale zawsze. Wiem, że takie horrory nie powinny się podobać. Wiem, że w dzisiejszych czasach w złym guście jest doszukiwanie się jakichś plusów w takich koszmarkach. Wiem, że w oczach wielu takie przedsięwzięcia, jak „Babski weekend” należy li wyłącznie obrzucić błotem. A najlepiej omijać szerokim łukiem. Tak, wszystko to wiem, ale co poradzę na to, że tak gładko trawiło mi się ten oto obiektywnie zły obraz. Dla Lou Simon „Babski weekend” to kino przygodowe z elementami horroru. Tymczasem ja odbierałam to jako nadprzyrodzony survival horror. Szkoła przetrwania. Po sporo mówiącym prologu przenosimy się do mieszkania trzech bohaterek filmu, Danieli, Stephanie i Gem, gdzie najmocniej rzuca się w oczy wiszący na ścianie plakat omawianego obrazu (!). Choć Simon nie stawiała sobie tego za cel, obsada „Babskiego weekendu” jest zróżnicowana narodowościowo/rasowo. Dwie białe Amerykanki (Katie Carpenter i Jamie Bernadette), jedna Afroamerykanka (Sharron Calvin), a do tego Hinduska (Karishma Lakhani) oraz Hiszpanka (Gema 'GiGi' Calero). Powiedziałabym do wybory, do koloru, ale nie chcę zostać posądzona o niepoprawność polityczną:) Więc ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że byłam pozytywnie zaskoczona warsztatem tych pań. Żadna tam wirtuozeria, ale w moich oczach wszystkie wypadły całkiem przekonująco. A już zwłaszcza wcielająca się w postać Danieli, Katie Carpenter i Gema Calero jako Gem. Ta pierwsza przewodzi grupie, z czego najbardziej niezadowolona jest Nancy. Jedyna, która po skończeniu liceum niejako oderwała się od reszty. A teraz wróciła ze swoją koleżanką z pracy Annie, ale tylko po to, by spędzić razem dosłownie jeden weekend. W górach. Potem Nancy zamierza wrócić tam skąd przyszła i wnosząc po jej zachowaniu w dalszym ciągu unikać kontaktów z Gem, Stephanie i przede wszystkim z Danielą. Rządzicielką, której wszyscy ustępują przez wzgląd na przeszłość, ale nie aż tak, żeby nigdy nie odpowiadać na jej słowne zaczepki. Nancy, w przeciwieństwie do pozostałych, z Annie włącznie, nie ma zamiaru dawać Danieli żadnej taryfy ulgowej. Gdy więc Daniela proponuje kilkukilometrowy marsz przez las, tylko Nancy się temu głośno sprzeciwia. Ale jest w mniejszości, więc nie pozostaje jej nic innego, jak podążyć za resztą w głąb, jak już wiemy z prologu, niezwyczajnego lasu.

Miłośnicy wszelkiej maści horrorowych rąbanek mogą zauważyć, że „Babski weekend” wyróżnia się podejściem do postaci. Oczywiście, nie on jeden, ale przyznacie chyba, że tego rodzaju obrazy najczęściej są mniej skoncentrowane tak na poszczególnych osobowościach, jak relacjach pomiędzy nimi. Lou Simon skupiła się głównie na tym drugim, trzymając się raczej stereotypowych rysów psychologicznych, sprawdzonych modeli osobowości, ale przygotowałam się na bardziej powierzchowną robotę. Założyłam też, że czeka mnie cała seria głupkowatych zachowań i mnóstwo bezsensownego trajkotania. Bo to tania rąbanka. Film o miastowych zagubionych w leśnej głuszy. Zimą (ale na śnieg trzeba będzie poczekać). W niezbyt ciepłych strojach – kurtki jesienne, ale chociaż o rękawiczkach pamiętały – i z lichym ekwipunkiem. Bo to miał był tylko kilkugodzinny, odprężający spacerek. Problem w tym, że nieoczekiwanie dla nich nagle zaczął się wydłużać. A jakby tego było mało jedna z kobiet przez swoją nieuwagę poważnie się zraniła. Trzeba przyznać, że to przekonujący powód do rozdzielenia grupy. Czyli wprowadzenia jednego z ulubionych zagrań twórców kina grozy. Decyzji, która często jest mimowolnym ułatwieniem dla takiego, czy innego wroga. W „Babskim weekendzie” to potencjalnie niebezpieczne posunięcie prowadzi do czegoś innego. Czegoś, co niektórych może zmusić do wypatrywania wiedźmy z Blair:) Ale nie, ona chowa się w innym lesie. Tutaj tkwi inna, acz też mordercza siła. Szept w silnych podmuchach wiatru – tak się objawia to leśne zło, co pewnie niejednego odbiorcę „Babskiego weekendu” dodatkowo rozczaruje, ale ja z satysfakcją przyjęłam tę decyzję twórców. Przy tak napiętym budżecie moim zdaniem lepiej ograniczyć ilość zleceń dla twórców efektów specjalnych. Trochę praktycznych, w zamyśle makabrycznych dodatków w „Babskim weekendzie” się pojawia, a część z nich można nawet uznać za dość śmiałe, acz nieoryginalne, ale ich wykonanie pozostawia trochę do życzenia. Substancja służąca za krew zwykle jest trochę rozwodniona (barwa miejscami bardziej wpada w pomarańcz niż w czerwień), a rany widać co najwyżej w krótkich przebłyskach. Aczkolwiek na tyle, na ile jestem w stanie stwierdzić po tak szybkich ujęciach, przyłożono się do nich chyba bardziej, niż do poszukiwań cieczy mającej udawać krew. Która nie leje się zbyt obficie. „Babski weekend” to przede wszystkim opowieść o kobietach starających się przetrwać w leśnej głuszy. Alienacja, postępujące tak fizyczne, jak psychiczne wyczerpanie. Brak pożywienia i konieczność picia potencjalnie skażonej wody (obawa z tym związana). Dotkliwe zimno i tylko jedno widoczne schronienie. Chatka w lesie. Czujecie to? Nie? To pewnie nie widzieliście „Martwego zła” Sama Raimiego. No ale, nawet jeśli już pierwszy rzut oka na ten zaniedbany przybytek nie uruchomi wszystkich dzwonków alarmowych w Waszych głowach, to na pewno uczyni to widok zastany wewnątrz. Bo nasze dzielne wędrowniczki oczywiście wkroczą w te niegościnne progi. Na ich miejscu zrobiłabym to samo, choć horror uczy, żeby nigdy, pod żadnym pozorem, nie wchodzić do opuszczonych domów. A już zwłaszcza w lesie. Ale gdy alternatywą jest zamarznięcie i na dodatek Wasza koleżanka krwawi, to inaczej się na to patrzy. Chcę przez to powiedzieć, że Simon, podobnie jak ze wspomnianym już rozdzieleniem się bohaterek na nieznanym, nieprzyjaznym terenie, w pełni usprawiedliwia także to posunięcie. Posunięcie przez długoletnich wielbicieli gatunku, osoby doskonale znające zasady, jakich należy się trzymać, chcąc przeżyć w horrorze, przeważnie odbierane jako poważny błąd taktyczny. Czy Simon rozegra to w podobnie przewrotny sposób, jak akcję z rozdzieleniem się bohaterek, czy może wejście do tej opuszczonej chatynki przypieczętuje ich tragiczny los, tak jak się tego spodziewałam? Pozwolę sobie tego nie zdradzać. Ale jakkolwiek rozwinie się ta opowieści, wiedzcie jedno: Simon przygotowała jeden zwrot akcji, którego naprawdę się nie spodziewałam. Nie żeby dosłownie mnie zmiażdżył, ale... kurczę podobała mi się ta koncepcja. Nie tylko narzędzie, ale w ogóle cała natura zagrożenia zaproponowana przez Lou Simon. UWAGA SPOILER Osobę, której prywatnie bardzo leży na sercu dobro Matki Natury. Ludzkość powinna podchodzić do niej z szacunkiem i respektem również dlatego, że to jedna z najpotężniejszych sił na świecie – takie jest przesłanie „Babskiego weekendu”, więc można go też włożyć do szufladki z napisem eko horror KONIEC SPOILERA.

Nic się nie dzieje. Stanowczo za mało efektów specjalnych. Marniutka realizacja. Takich głosów pewnie będzie jeszcze sporo. Przy śmiałym założeniu, że grupa odbiorców „Babskiego weekendu” Lou Simon na tyle się rozrośnie, żeby uzasadnione było słowo „sporo”. Przewidywalny, konwencjonalny, naiwny, nadmiernie uproszczony – prawdopodobnie i takie określania będą na to filmowe przedsięwzięcie w nieodległej przyszłości spływać. Nieodległej, bo nie sądzę, żeby w jakiejś dalszej przyszłości (i znowuż: zakładając, że taka nastanie) ktoś zwrócił uwagę na to skromne przedsięwzięciem filmowe. No może jakaś garstka zapaleńców... Tak czy inaczej: nie polecam, choć samej sobie wyboru pogratulowałam. Naprawdę, nie żałuję, że dałam szansę tej niskobudżetowej (i to dość mocno rzuca się w oczy!), w miarę angażującej horrorowej rąbance. Ale ogromna większość z Was zapewne by żałowała, że dała się skusić jakiejś wariatce, więc: trzymać się z daleka. Tak będzie bezpieczniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz