Stronki na blogu

sobota, 1 sierpnia 2020

„Noc komety” (1984)


Ziemia pierwszy raz od dziesiątków milionów lat ma przejść przez ogon komety. Mieszkająca w Los Angeles osiemnastoletnia Regina Belmont jest jedną z niewielu osób spędzających tę wyjątkową przedświąteczną noc w zamkniętym pomieszczeniu. Rankiem dziewczyna odkrywa, że prawie wszyscy ludzie obrócili się w pył. A ci, którym udało się przeżyć zamienili się w zombie. Ale nie wszyscy. Jej młodszą siostrę, Samanthę, też ominął niszczący wpływ komety. Tak samo nowo poznanego Hectora Gomeza. Młodzi ludzie połączą siły w walce z krwiożerczymi kreaturami, w tym szalonymi naukowcami mającymi tajną bazę gdzieś na pustyni.

Scenariusz kultowej „Nocy komety” (oryg. „Night of the Comet”) pióra Thoma Eberhardta miał być wyrazem jego zamiłowania do opowieści postapokaliptycznych. Koniecznie z silnymi bohaterkami. Przy ich tworzeniu inspirował się Ginger Rogers, ale bardzo pomocne okazały się też rozmowy z nastoletnimi ludźmi, których poznał, gdy pracował nad innym projektem. Kiedy scenariusz był już gotowy, Eberhardt rozpoczął rozmowy ze studiem na temat reżyserii. Od początku upierał się, że to on powinien rzecz wyreżyserować, ale dostał zielone światło dopiero, gdy niezależna firma Atlantic Releasing Corporation postanowiła wyłożyć pieniądze na ten projekt. Konkretnie: siedemset tysięcy dolarów. Producenci „Nocy komety”, Andrew Lane i Wayne Crawford, delikatnie mówiąc, nie byli entuzjastycznie nastawieni do tego przedsięwzięcia. Nie podobało im się, że to Eberhardt, a nie oni, zasiadł na krześle reżyserskim. Poza tym za ujmę uznali przydzielenie ich do tak taniego projektu. Eberhardt był jednak wdzięczny za ich bezcenną pomoc.

Przez jakiś czas najpoważniejszą kandydatką do głównej roli w „Nocy komety” była Heather Langenkamp, dzisiaj kojarzona głównie z „Koszmarem z ulicy Wiązów”, ale ostatecznie postawiono na Catherine Mary Stewart. Urodziwą i jak się okazało zabójczo skuteczną w tej odsłonie młodą aktorkę, której w „Nocy komety” partnerowała niewiele jej ustępująca Kelli Maroney jako młodsza siostra Reginy Belmont, Samantha. Ta sama, która później (między innymi) inspirowała Jossa Whedona podczas tworzenia postaci Buffy Summers. Przy tych kobietkach kreujący Hectora Gomeza, Robert Beltran, w moich oczach uchodził za coś w rodzaju ozdobnika. Warsztatowo wypadł całkiem dobrze, ale gdy masz obok takie petardy, jak Regina i Samantha Belmontówny, to trudno walczyć o pełną uwagę widza. Jego towarzyszki stanowią intrygującą mieszankę młodzieńczej swobody, frywolności, a miejscami i naiwności z ogromną kobiecą siłą. Militarne przeszkolenie, jakie siostry odebrały od swojego ojca, teraz będzie niezmiernie przydatne. Bo oto nadszedł koniec znanego nam świata. A przyniosła go kometa, niecierpliwie wyczekiwana przez dużą część ludności całego globu. Osiemnastoletnia Regina zamierzała dołączyć do ludzi tłumnie wylegających na ulice Los Angeles tej wiekopomnej nocy niedługo przed Świętami Bożego Narodzenia, ale dała się namówić niejakiemu Larry'emu, koledze z pracy, z którym pozostawała w dość luźnym związku, na spędzenie tego czasu razem. W pomieszczeniu, do którego, jak potem się okaże, niszcząca moc komety nie była w stanie wniknąć. Jej młodsza siostra, Samantha, też miała szczęście, ale prawie wszyscy pozostali... Z ogromnej części ludzkości został jedynie czerwony pył, a niektórzy zamienili się w kreatury przypominające zombie. Co więcej, wiele wskazuje na to, że wśród tych nielicznych osób, którym udało się przetrwać ową feralną noc w niezmienionej postaci, są i tacy, którzy już niedługo też staną się zombiakami. Czy Reginę, Samanthę i ich nowego przyjaciela Hectora, też to czeka? Łatwo odpowiedzieć sobie na to pytanie, zważywszy na charakter tej opowiastki. Thom Eberhardt w swojej „Nocy komety” wymieszał science fiction z komedią i horrorem. Apokaliptyczny/postapokaliptyczny świat przedstawiony, żywe trupy (a przynajmniej coś w ten deseń), szaleni naukowcy i „wojownicze księżniczki”. Do tego nutka à la wampiryzmu. To znaczy krew odegra istotną rolę w rozwoju tej szalonej opowieści. Lekkiej, przyjemnie kiczowatej, zabawnej, ale i potrafiącej utrzymać w należytym napięciu dłużej, niż można by się spodziewać po tak niezobowiązującym obrazie. Obok czołowych bohaterek największe wrażenie wywarła na mnie czerwona barwa, jaką przybrało niebo po przejściu Ziemi przez ogon komety. Prawie wszystkie sceny dzienne zyskały dzięki temu charakterystyczną czerwonawą poświatę. Tak, to zdecydowanie znak rozpoznawczy tej kultowej produkcji. Dodajmy do tego świecące pustkami ulice i budynki w do niedawna tak tętniącej życiem, potężnej metropolii. W Los Angeles, bo w tym właśnie mieście toczy się większa część akcji „Nocy komety”. Dość przygnębiający widok. I mocno złowieszczy – długie ujęcia wyludnionych obszarów Miasta Aniołów mogą wprawić w niemały dyskomfort emocjonalny. Zwłaszcza widok ubrań zalegających na chodnikach. Ubrań, z których jak się domyślamy jeszcze zanim zostanie to ubrane w słowa, „ich nosiciele wyparowali” w trakcie tytułowej nocy. Nocy, która rozwiązała problem globalnego przeludnienia. Przy okazji powstał nowy gatunek, który wcześniej można było spotkać jedynie w filmach, powieściach i komiksach. Monstra przypominające żywe trupy. Wyglądające i zachowujące się trochę jak u George'a Romero. Zgaduję, że Thoma Eberhardta z tej stajni inspirował głównie „Świt żywych trupów” (1978), bo w „Nocy komety” też wybrzmiewa krytyka konsumpcjonizmu. Tyle że nie tak donośnie, jak w tamtym legendarnym dokonaniu tzw. ojca zombie movies.

Ankietowane przez Thoma Eberhardta na potrzeby scenariusza „Nocy komety”, nastoletnie dziewczyny zgodnie uznały, że życie w postapokaliptycznym, wyludnionym świecie, byłoby nie lada przygodą. Dostrzegły jednak jeden zasadniczy minus – trudności ze znalezieniem partnera. Perspektywa życia bez randek to najstraszniejsze, co były sobie w stanie wyobrazić w związku z hipotetyczną sytuacją nakreśloną im przez reżysera i scenarzystę „Nocy komety” (przepytywane osoby nie wiedziały, do jakiego konkretnie projektu niejako przykładają rękę). Eberhardt wykorzystał to w scenariuszu. Frustracja wizją samotnego życia dopada Samanthę Belmont. Gdy już staje się dla niej jasne, że jej starsza siostra, Regina, jak zwykle odbiła jej prawdopodobnie ostatniego mężczyznę na Ziemi. Czyli Hectora Gomeza, kierowcę ciężarówki meksykańskiego pochodzenia, którego poznały w stacji radiowej, gdzie udały się w nadziei na znalezienie życia. Relacje zaskakująco niepowierzchownie wykreślonych młodych bohaterów filmu, zauważalnie nie miały dla Eberhardta drugorzędnego znaczenia. Na co, szczerze mówiąc, się przygotowałam. Bo czegóż innego spodziewać się po komediowym horrorze science fiction? Na pewno nie takiej eksploatacji protagonistów. Na pewno nie tak barwnych, złożonych osobowości i tak skrzących kontaktów. Mowa przede wszystkim o Reginie i Sam, ale bez Hectora pewnie to nie byłoby to samo. Choć zazwyczaj trzymał się z tyłu, to jego obecność, można powiedzieć, dodała pikanterii pożyciu sióstr w postapokaliptycznych realiach. Nie należy jednak przez to rozumieć, że wcześniej nie wpasowywały się w stereotyp rodzeństwa, które często „drze koty”. Regina i Samantha niewątpliwie bardzo się kochają, ale potrafią też porządnie zajść sobie nawzajem za skórę. Regina, jako ta starsza i bardziej odpowiedzialna siostra (co oczywiście nie zawsze idzie w parze), stara się studzić nastroje. Nie żeby zaraz we wszystkim ustępowała rozkapryszonej siostrze, ale w takich burzliwych chwilach zwykle próbuje skierować jej uwagę na coś innego. Na przykład zakupy. Bo wiadomo, że jedną z korzyści życia w zdziesiątkowanym świecie jest możliwość zaopatrzenia się we wszystko, czego tylko dusza zapragnie. I to zupełnie za darmo. Dobrze, trzeba myśleć o zagrożeniu w postaci mięsożernych bestii, które wcześniej były zwyczajnymi ludźmi. Tak, trzeba opracować jakiś plan przetrwania. I w ogóle wymyślić sobie życie na nowo, odnaleźć się w tej depresyjnej rzeczywistości. Ale najpierw przyjemności. Bo głupio byłoby czym prędzej nie skorzystać z nowych, wspaniałych możliwości, prawda? Smutki na bok. Co ma być, to będzie. A teraz niechaj zacznie się szaleństwo zakupowe! Takiego Black Friday to jeszcze nikt nie przeżył... Podobnie jak to miało miejsce w „Świcie żywych trupów” George'a Romero, centrum handlowe stanie się areną dość pasjonujących wydarzeń, w których z całą mocą unaoczni się siła sióstr. Doskonała współpraca z nutką humoru, bo trzeba pamiętać, że to „żołnierki” z duszami zwariowanych nastolatek. Potrafią walczyć, ale nawet koniec znanego im świata nie pozbawił ich młodzieńczego ducha. Generalizując, bo przecież nie brakuje nastoletnich ludzi, którzy nie przykładają takiej wagi do randek i modnych ciuchów, jak Regina i Sam. I którzy w starciu z uzbrojonymi przeciwnikami najpewniej nie sililiby się na żarciki. I nie byliby aż tak nonszalanccy... A to tylko początek niewiarygodnych przejść protagonistek w tym czerwonym świecie. Bo oto na horyzoncie pojawiają się postacie niby żywcem wyjęte z jakiegoś klasycznego utworu science fiction. Szaleni naukowcy, modelowi burzyciele-eksperymentatorzy. Gwardia mózgowców, która prawdopodobnie knuje coś niecnego. Prowadzi jakieś tajemnicze badania, które owszem mogą okazać się szansą dla ludzkości, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Powiecie: pomieszanie z poplątaniem? Thom Eberhardt oczywiście miesza doskonale znane fanom horroru i fantastyki naukowej motywy, ale czyni to z tak odprężającą lekkością, z tak elektryzującym wyczuciem, że nie ma się wrażenia przesytu. A przynajmniej ja tak to widziałam. Tę kwintesencję szalonych lat 80-tych XX wieku. Dynamiczny, ale i niepozbawiony wciągającego podłoża psychologicznego, mieniący się żywymi kolorami, ale gdy trzeba też mroczny i ponury, stricte rozrywkowy, magicznie kiczowaty obraz z godnymi zapamiętania żeńskimi postaciami. Przydałoby się tylko więcej umiarkowanie krwawych efektów specjalnych. Jedna oniryczną wstawka... i to w zasadzie tyle. A przecież po takim scenariuszu można spodziewać się większej makabry. To w końcu zombie movie. I mniejsza, że nie tylko.

Noc komety” - docenione przez krytykę i niemałą część oddanych fanów horrorów i/lub science fiction, dość dochodowe „dziecko” Thoma Eberhardta. Amerykański niskobudżetowy obraz, który pewnie zawiedzie tych, co to spodziewają się krwawej przeprawy przez postapokaliptyczne realia u boku bohaterów z pełną powagą mierzących się ze śmiertelnie niebezpiecznymi wyzwaniami, jakie nieoczekiwanie przed nimi staną. Ale jeśli szukacie lżejszej, acz tak zupełnie niepozbawionej napięcia, opowieści promieniującej ożywczą energią kina grozy lat 80-tych XX wieku - trochę kiczowatej, klimatycznej, zabawnej, przebojowej historii z przykuwającymi uwagę postaciami oraz z motywem żywych trupów i szalonych naukowców – to „Noc komety” uznajcie za pozycję obowiązkową. Tak Wam radzę, ja: osoba zauroczona tym małym-wielkim komediowym horrorem science fiction.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz