Stronki na blogu

poniedziałek, 9 listopada 2020

„Numer 32” (2020)

 

Rok 1976. Rodzina Olmedo - Manolo, jego żona Candela, jej schorowany ojciec i dzieci: dwójka kobiety z pierwszego małżeństwa, dwudziestoletni Pepe i siedemnastoletnia Amparo oraz pięcioletni Rafael, jedyny syn Manolo - przeprowadza się ze wsi do Madrytu, do świeżo nabytego dużego mieszkania w starej kamienicy. Mieszkania, które od śmierci poprzedniej właścicielki przed czterema laty pozostawało puste, i w którym znajdują się wszystkie jej rzeczy. Amparo i Rafael jako pierwsi zauważą, że z tym miejscem jest coś mocno nie w porządku, że mieszka z nimi jakaś nadnaturalna istota, która bynajmniej nie jest przyjaźnie nastawiona do nowych domowników.

Drugi pełnometrażowy film hiszpańskiego reżysera i scenarzysty, Alberta Pintó – po „Matar a Dios” z 2017 roku, stworzonego do spółki z Cayem Casasem. „Malasaña 32” (pol. „Numer 32”) to horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, którego scenariusz opracowały aż cztery osoby: Ramón Campos, Gema R. Neira, David Orea i Salvador S. Molina, ale reżyserowi dano dużą swobodę w przekładaniu tej wizji na ekran. Albert Pintó został zaangażowany przez Ramóna Camposa, który jest też jednym z głównych producentów filmu. Campos przedłożył scenariusz właśnie jemu, ponieważ wiedział, że Pintó lubi gatunek, ma odpowiednią technikę i potrafi działać pod presją czasu. Termin był bowiem dość napięty. Mając do dyspozycji w przybliżeniu 3-milionowy (w euro) budżet, ekipa uwinęła się w parę miesięcy – pięć tygodni zdjęć i około trzech miesięcy na etap postprodukcyjny. Pintó z żyjących twórców najbardziej ceni Davida Finchera, ale pracując nad „Numerem 32” poniekąd wzorował się na Romanie Polańskim, Stanleyu Kubricku i azjatyckim kinie grozy. Jak powiedział pił z tego wszystkiego, ale w gruncie rzeczy są to zupełnie różne światy.

Albert Pintó preferuje klasyczne kino grozy. Uważa się za ucznia „starej szkoły straszenia” - utrzymuje, że wykorzystuje głównie techniki podpatrzone w starszych horrorach. W każdym razie wykorzystał je w „Numerze 32”. Niektórzy odbiorcy, nie bez kozery, uznali jednak, że jego drugiemu pełnometrażowemu obrazowi najbliższej do „Obecności” Jamesa Wana. Podobna forma, ale już skuteczność niekoniecznie ta sama. Jako że główna akcja „Numeru 32” przypada na okres transformacji ustrojowej w Hiszpanii – rok 1976 – poczyniono starania w kierunku nadania temu adekwatnej oprawy. Klimat, wystroje wnętrz, kostiumy, nawet ulice są retro, ale nie odniosłam wrażenia, że starano się wytworzyć w widzach złudne poczucie obcowania z horrorem z dawnych lat. Taka stylizacja, na moje oko, się tutaj nie dokonuje. To już prędzej nowoczesne ujęcie przeszłości. Według samego Pintó scenariusz „Numeru 32” bardziej niż na różnicach pomiędzy niegdysiejszą i obecną egzystencją w Hiszpanii, skupia się na tym, co praktycznie się nie zmieniło. Poczucie wyobcowania nawet w tak gęsto zaludnionym mieście jak Madryt. Właściwie to przede wszystkim w metropoliach, ponieważ nie pozostawia się nam wątpliwości, że na wsi bohaterom filmu - abstrahując od nawiedzenia - żyło się nieporównanie lepiej. Nie dręczyło ich to poczucie nieprzystosowania, jakie opadło na nich w tym wielkim, gwarnym mieście. Ufają, że to z czasem się zmieni, ale póki co czują się tak, jakby utknęli na marginesie społecznym. Nie wynika to z wrogości długoletnich mieszkańców Madrytu, tylko z ich osobistych przyzwyczajeń. Rodzina Olmedo po prostu przywykła do innego modelu życia. Spokojniejszego bytu w zwartej społeczności. Ale „Numer 32” porusza też problem odrzucenia przez społeczeństwo. Na innym przykładzie pokazuje, niestety wiecznie aktualną, wrogość w stosunku do tak zwanej „inności”. Problem braku akceptacji dla ludzi, którzy odstają od tego, co zwykło się uważać za normę. Którzy nie wpasowują się do żadnego przyjętego w danym społeczeństwie „właściwego” modelu człowieka. Twórcy „Numeru 32” poświęcili też trochę uwagi bezdusznym procedurom bankowym. Obraz ten, jak zresztą wiele innych historii o duchach, to też horror ekonomiczny. Opowieść, w której ważną rolę odgrywają kwestie finansowe. Rodzina Olmedo nie dość, że wszystkie oszczędności wpompowała w nowe lokum, to na dodatek niejako przywiązała się do mieszkania w Madrycie kredytem hipotecznym. A bank - jak to bank - nie zamierza w tej kwestii iść na żadne ustępstwa. Oczywiście w każdej chwili mogą się wyprowadzić, ale kredyt i tak będą musieli spłacać. I pewnie próbowaliby się w ten sposób ratować (choć niekoniecznie przyniosłoby to jakiś skutek), gdyby było ich stać na kolejną przeprowadzkę. Zakup albo chociaż wynajem innego mieszkania. Ale na to nie mogą sobie pozwolić, więc muszą poszukać innego wyjścia z tej naprawdę trudnej sytuacji. Do takiego działania nie skłania ich dotkliwa tęsknota za wiejską egzystencją, bo to jeszcze jakoś znosili. Impulsem jest istota (bądź istoty) z zaświatów, która zagnieździła się w ich nowym mieszkaniu i z jakiegoś sobie tylko znanego powodu, stara się ich skrzywdzić. Siedemnastoletnia Amparo (niezły występ Begoñy Vargas), młodszy z jej braci, Rafael, a możliwe, że też ich schorowany dziadek, najszybciej dostają dowody wskazujące na obecność w ich nowym mieszkaniu jakiejś niezwykłej siły. Manifestacje nieznanego najpierw dokonują się jedynie przed ich oczami. Dwudziestoletni Pepe, brat Amparo i Rafaela, też doświadcza czegoś zagadkowego, ale w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa, nie ma powodu (jeszcze?) doszukiwać się w tym czegoś nienaturalnego. Chociaż akcja „Numeru 32” podąża utartymi ścieżkami w kinie grozy, choć generalnie postawiono na twardą konwencję, poruszano się w ścisłym schemacie ghost stories, to można odnotować też trochę pomysłowych rozwiązań. Wykorzystanie sznura do suszenia wypranych ubrań dla mnie było zupełną nowością, ale moją uwagę zwróciło też ciekawe wykorzystanie półprzezroczystej folii (z niskiej sylwetki w wysoką) oraz akcja z różańcem. Jedyna jump scenka z wielu zawartych w „Numerze 32”, która w jakimś malutkim stopniu na mnie zadziałała (wow, drgnęłam), ale głównie chodzi mi o to, co pokazano chwilę wcześniej. Prosta sztuczka ze światłem i świecącym w ciemnościach przedmiotem – tyle wystarczyło, żeby wywindować napięcie.

Lśnienie” Stanleya Kubricka i tak zwana „trylogia apartamentowa” Romana Polańskiego, którą tworzą „Wstręt” (1965), „Dziecko Rosemary” (1968) i „Lokator” (1976). Obstawiam, że z tych obrazów, Albert Pintó co nieco zaczerpnął. Chodzi o atmosferę – swoiste wrażenie zamknięcia w ograniczonej przestrzeni. Obiektywnie całkiem przestronnej, ale sfilmowanej tak, by widzowi zdawała się mniejsza. Innymi słowy, twórcy wyraźnie starali się wydobyć ciasnotę z mieszkania dość sporych rozmiarów. I do pewnego stopnia, moim zdaniem, im się to udało. Nie twierdzę, że tak dobrze, jak w prawdopodobnie inspirujących reżysera produkcjach Polańskiego, ale jak na dzisiejsze standardy kina grozy, w moim mniemaniu wyszło to całkiem nieźle. Uradowało mnie też podejście realizatorów do sekwencji „straszących”. Nie żebym zwijała się z przerażenia. Nie w tym rzecz. Mam na myśli coś wydawać by się mogło tak trywialnego, jak dłuższe wejścia w poszczególne „skoki”. Niby niewielki trud, ale we współczesnych straszakach, odnoszę wrażenie, nieczęsto podejmowany. Prymitywnych zagrań „buu!” w „Numerze 32” chyba nikomu nie zbraknie, ale praktycznie każdy taki moment poprzedza dość wprawna żonglerka napięciem. Wznoszenie, opadanie i jeszcze gwałtowniejszy wzrost – na tyle rozciągnięte w czasie, żebym mogła się z tym zestroić, ale nie aż tak długie, żebym zaczęła się nudzić. Efekty komputerowe też są i nie mogę powiedzieć, że mnie to ucieszyło, ale przynajmniej nimi nie szafowano, nie wciskano ich gdzie bądź w porażająco duży zestaw ujęć. Dominują subtelniejsze zagrania. Skromniejsze w formie, ale, jak wiadomo, to wcale nie musi oznaczać, że mniej skuteczne. Ja na pewno lepiej przyjmowałam te bardziej minimalistyczne manifestacje nieznanego. Wolałam patrzeć na ciemną, z nagła rosnącą sylwetkę za foliową kotarą, na przemykającą chyłkiem bladolicą młodą kobietę, czy to za oknem w sąsiadującym z problematyczną kamienicą budynku mieszkalnym, czy później w mrocznej piwnicy, albo na „powyginaną” starczą postać z długimi włosami (co prawda nie czarnymi, ale i tak widać w tym zapowiadaną przez reżysera inspirację azjatyckimi horrorami paranormalnymi) nieuchronnie zbliżającą się, czy to do Amparo, czy do Rafaela. W tych momentach, które mam na myśli, nie widać jej gołym okiem, tylko przez szybkę w drzwiach oraz w kineskopie telewizyjnym (odbicie zjawiska zachodzącego tuż za placami dziecka). Przy okazji niecodzienna rozmowa poprzedzająca to drugie wydarzenie też ma szansę wzbudzić podszyte niepokojem zainteresowanie. Ciekawy pomysł, muszę przyznać. Coś à la „The Ring”. Motyw podobny, ale wykonanie inne: tutaj vintage. „Numer 32” nie bez powodu jest też zestawiany z „Duchem” Tobe'a Hoopera. Część widzów dopatrzyła się w tym prawie identycznego skrętu akcji. Podpięcia się pod motyw spopularyzowany przez tamtą kultową pozycję filmowego horroru. Jeśli rozpatrywać ten wątek całościowo, to okazuje się, że nie jest to dokładnie to samo, ale w jego początkowej fazie istotnie trudno oprzeć się skojarzeniom z „Duchem” Hoopera. I jeszcze ten telewizor – może jednak nie z „The Ring” się to wzięło... Hiszpański (też hiszpańskojęzyczny) „Numer 32” ma jeszcze coś, czego boleśnie brakuje mi w nowszych hollywoodzkich straszakach. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale częściej towarzyszę bardziej „spłaszczonym” protagonistom niż miało miało to miejsce przy drugim pełnometrażowym obrazie Alberta Pintó. Zwłaszcza u dzieci. Nie obraziłabym się natomiast, gdyby jeszcze troszkę poszerzono portrety ich rodziców, Manolo i Candeli (w tych rolach Iván Marcos i Bea Segura, mniej znani aktorzy, bo głównie na takich Pintó postawił w myśl zasady, że temu gatunkowi zwykle bardziej służą nieznane twarze, ale już takiego Javiera Boteta to już chyba fani kina grozy skojarzą). A przynajmniej zwiększono ich udział w tej historii, bo od czasu do czasu nachodziła mnie myśl, że są gdzieś poza, kręcą się niejako na obrzeżu tej opowieści, że równie dobrze mogłoby ich nie być, bo tak mało istotną rolę odgrywają. Nie było to stałe odczucie, ale trochę takich zgrzytliwych fragmentów się niestety przyplątało. Takie były moje odczucia, ale ani myślę nazywać to uniwersalną, obiektywną prawdą. Z pewnością nie każdy tak to odczyta. Najgorzej jednej zniosłam finalną rozgrywkę. Lewitująca postać była jakąś tam atrakcją – wiarygodna robota charakteryzatorów, powiedzmy takie drobne upiorności – ale sam ten motyw... Szczerze mówiąc jestem już zmęczona (może tylko chwilowo, trudno powiedzieć) tego typu tradycyjnym rozwiązaniem. Tym niemiłosiernie wyświechtanym motywem, „od zarania dziejów” ochoczo wykorzystywanym w horrorach o różnego rodzaju istotach nieprzynależących do naszego świata. Nie za dużo tych skłonów w stronę twardej konwencji? Chyba nie, zważywszy na sukces choćby takiej „Obecności” Jamesa Wana, ale z drugiej strony tam jakoś lepiej mi to smakowało. Zmęczenie motywem to jedno, ale przyznacie chyba, że w „Numerze 32” mniej efektywnie to skręcono. Czy nie?

Całkiem, całkiem straszaczek wprost ze słonecznej...yyy... dość mrocznej, zakurzonej, błądzącej w oparach beznadziei Hiszpanii:) Mniej więcej taki obraz w każdym razie odmalowuje w swoim drugim pełnometrażowym filmie, swoim horrorze ghost story pod tytułem „Malasaña 32” (pol. „Numer 32”), Albert Pintó. Dawny obraz jego rodzimego kraju, który jednak tak zupełnie na aktualności nie stracił. Kwestie, które roztrząsa - kwestie społeczne, materialne, rodzicielskie, ale w pewnym sensie też religijne – na pewno się nie zdezaktualizowały. Nie całkowicie. „Numer 32” to jednak przede wszystkim historia o nawiedzonym mieszkaniu w Madrycie. Konwencjonalna, zasadniczo całkiem wprawnie zrealizowana (swoisty miks starej i nowej szkoły horroru, ale raczej z przewagą tego drugiego) opowieść o rodzinie zderzającej się z nieznanym. Z nadnaturalną siłą, ale też z kompletnie obcymi dla nich wielkomiejskimi realiami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz