Stronki na blogu

piątek, 23 kwietnia 2021

„Cry for the Bad Man” (2019)

 

Starsza kobieta, Marsha Kane, od śmierci męża mieszka sama w małym amerykańskim miasteczku na swojej prywatnej ziemi. Miejscowy deweloper, Bill MacMohan, przedstawił jej ofertę kupna posesji, ale wdowa, wbrew radom innych, w tym własnej córki Helen, nie chce jej przyjąć. Nie ulega nawet gdy w sprawę angażują się synowie przedsiębiorcy zainteresowanego jej ziemią. Uprzywilejowani młodzi mężczyźni, Wayne, Derrek i Billy Jr., nachodzą Marshę, dając jej do zrozumienia, że jeśli nadal będzie upierać się przy swoim, wdrożą bardziej zdecydowane kroki. Komuś stanie się krzywda. Tym kimś niekoniecznie jednak będzie pani Kane. Wdowa nie zamierza bowiem oddać swojej ziemi bez walki. Krwawej walki.

Cry for the Bad Man”, znany też pod tytułem „The Last House”, to niskobudżetowy (budżet oszacowano na pięćdziesiąt tysięcy dolarów) amerykański thriller z nurtu home invasion rozpisany i wyreżyserowany przez Sama Farmera. Inspirację zaczerpnął z autentycznej historii, na którą natrafił zbierając materiały dla telewizji PBS – to miał być serial dokumentalny o przemocy wobec kobiet głównie w mieście Jacksonville, wedle jego własnego pomysłu. Farmer przeczytał o kobiecie, która od śmierci męża samotnie wychowywała ich dziecko. Pewnej nocy zadzwoniła na numer alarmowy, żeby zgłosić, że ktoś próbuje dostać się do jej domu. Powiedziała dyspozytorowi, że jest sama z dzieckiem i że ma broń. Zapytała, czy może zastrzelić tego człowieka, jeśli dostanie się do środka, na co jej rozmówca odparł, że nie może powiedzieć, że zabicie włamywacza to dobre wyjście, ale musi zrobić wszystko, żeby ochronić dziecko. Sam Farmer i jego ekipa starali się nakręcić „Cry for the Bad Man” przez około siedem lat (w międzyczasie skrócono scenariusz). Film wszedł na ekrany wybranych amerykańskich kin w styczniu 2019 roku, a potem czekał aż do pierwszego kwartału roku 2021 (internet, DVD i Blu-ray).

Rola główna w „Cry for the Bad Man” została powierzona Camille Keaton, kojarzonej głównie z „Pluję na twój grób” Meira Zarchiego (wystąpiła też w jego sequelu z 2019 roku „I Spit On Your Grave: Deja Vu” i choćby w „Co się stało z Solange?” Massimo Dallamano), która jednak moim zdaniem nie pokazała się tutaj od najlepszej aktorskiej strony. Właściwie w obsadzie skompletowanej przez Sama Farmera na potrzeby tego bidnego dreszczowca nie wypatrzyłam ani jednej osoby, która wykazywałaby się jakąś, choćby znikomą, wiarygodnością. Rażąco wymuszona mimika, „kwadratowa dykcja”, egzaltacja, „marionetkowe gesty” (zero naturalności, prawie widać przywiązane do kończyn aktorów i aktorek sznurki, za które pociąga reżyser), słowem: wszystko jest tak niesamowicie przerysowane, że zaczęłam się zastanawiać, czy to aby nie miała być parodia. Parodia filmów z nurtu home invasion. Niektórzy odbiorcy mogą jednakże, przynajmniej w jednym punkcie, skojarzyć go z „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, remakiem wspomnianego już „Pluję na twój grób” (1978). Pod rape and revenge co prawda podciągnąć go nie można, ale małomiasteczkowy policjant, którego poznajemy już na początku „Cry for the Bad Man” może naprowadzić na ten trop (poprzez „Bez litości”). Uruchomić skojarzeniowe dzwoneczki. Sam Farmer uznał, że najlepiej będzie sprowadzić praktycznie całą fabułę do konfliktu starszej kobiety z należącymi do wpływowego rodu trzema braćmi. Wyjątek stanowią przebłyski z przeszłości Marshy Kane, ale nawet sam Farmer przyznał, że to tylko drobny dodatek, nic szczególnie ważnego. Zdradził też, że po trosze inspirował się „Uwolnieniem” Johna Boormana UWAGA SPOILER, co najbardziej miało się uwidocznić w ostatnim akcie.  Przeżyłam, ale teraz muszę jakoś odnaleźć się w cywilizowanym świecie. Prawo dżungli przestało już obowiązywać, a moje ręce są całe we krwi... KONIEC SPOILERA. Wracając do meritum. Zaczynamy od krótkiego, niewiele mówiącego prologu, a potem od razu zawiązuje się główny – w zasadzie jedyny – wątek filmu. Widzimy trzech młodych mężczyzn, którzy starają się zastraszyć starszą kobietę, samotnie mieszkającą wdowę Marshę Kane (Camille Keaton). Chcą zmusić ją do sprzedaży ziemi ich ojcu, bogatemu przedsiębiorcy, który najwyraźniej trzęsie całym miasteczkiem, włącznie z tutejszą policją. Kobieta ani myśli im ustąpić. Jej postawa zdaje się mówić, że prędzej umrze, niż sprzeda swoją własność. Upór Marshy nie bierze się z jej osobistego stosunku do człowieka, który przedstawił jej tę ofertę (choć raczej za nim nie przepada), ani z jakiejś niezadowalającej, według niej zbyt niskiej, proponowanej ceny. Nie, chodzi o zwykły upór starszego człowieka. Będzie tak jak ja chcę. I żadna siła nie przekona mnie do zmiany stanowiska. Nie bo nie. Kreśląc pierwszoplanową postać „Cry for the Bad Man” Sam Farmer myślał głównie o „tej przypadłości” wielu seniorów. O ludziach w jesieni życia, którzy nie dadzą sobie przegadać. Ale chciał, by widz spojrzał na to także z innej strony. Z perspektywy samowystarczalnej kobiety, która wylała litry potu na stworzenie sobie i swoim najbliższym w miarę przytulnego gniazdka. Kobiety, która nigdy nie była zależna od mężczyzny, wbrew temu co sądzą inni, nigdy nie czekała, aż jej mąż ją w czymś wyręczy (na przykład w pracach remontowych). Można powiedzieć, że Marsha Kane to kobieta prawdziwie wyzwolona, feministka, która nie życzy sobie, żeby w jej obecności ktokolwiek, a już zwłaszcza jej własna córka, wyrażał się o kobietach jakby były niepełnosprawne.

Jest w „Cry for the Bad Man” taki moment, który... Powiedzmy, że reakcja Marshy wydaje się nader przesadna. Ten nagły wybuch złości na Helen, jej już dorosłą córkę, kiedy ta próbuje przekonać ją do sprzedaży posesji. Z jej słów wprawdzie jasno wynikało, że sądzi, iż matka nie poradzi sobie sama w tym miejscu, ale nie odniosłam wrażenia, że przemawia za tym chęć przekonania rodzicielki, że jest niezaradna. Marsha tak to jednak odebrała, a jakby tego było mało, to ta, w moim pojęciu niesprawiedliwie potraktowana młoda kobieta, poczuła się w obowiązku przeprosić... nadzwyczaj przewrażliwioną kobietę. Prawdę mówiąc cały ten incydent w moich oczach wypadł mało wiarygodnie. Jak to mówią młodzi: nie kupiłam tego. I nie tylko tego. Weźmy na przykład nagłą zmianę planów Marshy niedługo po wdarciu się do jej niewielkiego domku trzech rozpieszczonych braci, którzy zamierzają siłą zmusić ją do podpisania umowy kupna-sprzedaży sporządzonej przez ich ojca (a raczej jego prawników). Właścicielka posesji (nieruchomości i kawałka niezabudowanego gruntu – teren wokół domu) stanowiącej przedmiot tego zajadłego sporu, zamiast kazać Derrekowi przynieść telefon, który zostawiła w innym pomieszczeniu, żeby sama mogła wezwać szeryfa, z jakiegoś niepojętego powodu dochodzi do wniosku, że lepiej będzie wysłać go do biura szeryfa. Poczekać aż mężczyzna go sprowadzi. Cóż za zaufanie! W każdym razie główna bohaterka „Cry for the Bad Man” (niektórzy mogą odbierać ją jako antybohaterkę) z całą pewnością wystawia się na niepotrzebne ryzyko. W tym momencie naraża się bardziej niż to konieczne. Raczej nie przez stres, a przynajmniej ja nie miałam wrażenia, że Marsha dała się porwać emocjom, że uległa złej doradczyni panice. Nic z tych rzeczy. Dla mnie to było kolejne potknięcie scenarzysty. Kolejny dowód na to, że scenariusz „Cry for the Bad Man” nie został należycie przemyślany – wychodzi więc na to, że blisko siedem lat to za mało, by opracować spójny scenariusz. Tak czy inaczej Sam Farmer w tym przypadku powinien dać sobie jeszcze więcej czasu. Bo poza aktorstwem, jako żywo kojarzącym się z polskimi serialami paradokumentalnymi taśmowo kręconymi dla telewizji, największą słabością „Cry for the Bad Man” w moim pojęciu jest właśnie warstwa tekstowa. Co, przyznaję, trochę mnie zaskoczyło, bo większych niedogodności spodziewałam się od płaszczyzny technicznej. Przy tak niskim budżecie (internety podają w przybliżeniu pięćdziesiąt tysięcy dolarów) lepiej nie nastawiać się na „wygodną”, zadowalającą realizację. A tu proszę: ani montaż, ani udźwiękowienie (uwagę zwracają mocne brzmienia, a konkretnie jeden utwór, który wcielono w ścieżkę dźwiękową – można go w sumie potraktować jako utwór przewodni), ani tym bardziej zdjęcia Patricka Barry'ego, nie wydawały się tak niedopracowane, tak niechlujne, jak sam tekst. Powiem więcej: podobała mi się kolorystyka zdjęć. Metaliczne szarości, charakterystyczna ponurość, która przypominała - dokładka do skorumpowanego małomiasteczkowego gliniarza - „Bez litości” Stevena R. Monroe'a, choć to niezupełnie to samo (za wysokie progi). Ale to nie osłabia mojego przekonania, że taki klimat zasługiwał na więcej. Innymi słowy, uważam, że zmarnowano całkiem solidną atmosferę. Zmarnowano na niestarannie rozpisaną, maksymalnie przewidywalną, bo do bólu konwencjonalną (generalnie nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu wypróbowanych pomysłów, ale sprawdzone, doskonale znane przynajmniej fanom gatunku, motywy, też trzeba umieć przedstawić), nazbyt uproszczoną, bo dotkliwie odbiło się to na postaciach, bałaganiarską opowieść. Ogólnie rzecz biorąc trudno mi było za Marshą i jej szantażystami nadążyć. Zrozumieć niektóre ich zachowania – dlaczego postępują tak, a nie inaczej; robią tak, choć lepiej byłoby tak. Nie czułam tych ludzi – patrzyłam na nich trochę jak na zbieraninę „przypadkowych przechodniów”, którzy nie za bardzo wiedzą, co ze sobą począć, ale starają się (nieudolnie) pokazywać coś zgoła przeciwnego. Na pocieszenie (poza chłodnawym klimatem, przebija nawet z tego leciutki nihilizm) dostałam jednak graficzną przemoc, której prawdę mówiąc w ogóle się nie spodziewałam. Odstrzelona dłoń – okrutnie poszarpany, broczący substancją dość udanie imitującą krew, kikut, oraz zbliżenia na martwą twarz z brzydką dziurą po śmiercionośnej kuli. Na tym w zasadzie kończą się godne odnotowania momenty, wybijające się ponad przeciętność dodatki gore. Trzeba dodać praktyczne efekty specjalne, które w moich oczach wypadały na tyle realistycznie, żebym ich też pożałowała na tę marniutką opowiastkę o starszej kobiecie broniącej swoich „włości”. Zero napięcia, za to narastająca irytacja. I nieustające głowienie się nad tym, dlaczego wciąż na to patrzę. Po co? Na co? Naprawdę nie wiem, dlaczego nie skróciłam tych mąk. Bo to była męka, której nawet atmosfera panująca na posesji Marshy Kane, gdzie zamknięto całą akcję „Cry for the Bad Man” oraz makabrycznej efekty specjalne, których, jak już powiedziano, nie ma znowu tak dużo, nie były w stanie zaradzić. Fabuła, aktorstwo i charakterystyka postaci – trójca, która w moich oczach pogrzebała to filmidło.

Sam Farmer i jego „Cry for the Bad Man”, eh... Nie mogę z całą pewnością powiedzieć, że to najgorszy filmowy thriller z nurtu home invasion, jaki w życiu obejrzałam, bo zwykle takie błędne wybory szybko wyparowują mi z pamięci. Możliwe więc, że w tej konkretnej (pod)gatunkowej szufladce zdarzyło mi się trafić gorzej. Na coś mniej klimatycznego i nie tak krwistego. Bo za to plusiki twórcom „Cry for the Bad Man” bez najmniejszych oporów przyznać mogę. Słaba to jednak pociecha przy TAKIM scenariuszu i TAKIM aktorstwie. Aż się ciśnie na klawiaturę: ???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz