Stronki na blogu

wtorek, 26 października 2021

„Straszne historie” (2021)

 

Alex Mosher, chłopiec mieszkający wraz z rodzicami w bloku mieszkalnym w Nowym Jorku, pewnego wieczora rozzłoszczony ukradkiem wychodzi z mieszkania. Zamierza zniszczyć zeszyty ze strasznymi historiami jego autorstwa, ale jego uwagę przyciąga jedno z mieszkań, w którym na pierwszy rzut oka nikogo nie ma. Alex wchodzi do środka i po chwili jakimś sposobem przenosi się do staroświecko urządzonego domu należącego do wiedźmy imieniem Natacha. Słysząc o jego pasji, kobieta daruje mu życie, ale odtąd chłopiec każdego wieczora będzie musiał czytać jej jedną ze swoich historii. Dnie ma spędzać na pisaniu. W przeciwnym wypadku czeka go los gorszy od śmierci. Alex nie jest jedynym więźniem czarownicy. Jest też dziewczynka o imieniu Yasmin, która przebywa tutaj od kilku lat, a do jej głównych zadań należy przyrządzanie posiłków dla Natachy oraz dbanie o jej magiczny ogród. Poza tym wiedźma ma kotkę, Lenore, która dla niej szpieguje.

Horror dla dzieci, czy jak kto woli horror familijny od Davida Yarovesky'ego, twórcy „The Hive” (2014) i „Brightburn: Syna ciemności” (2019), który ukazał się na Netfliksie we wrześniu 2021 roku. Scenariusz napisał duet odpowiedzialny między innymi za scenariusz „Topieliska. Klątwy La Llorony” w reżyserii Michaela Chavesa, Mikki Daughtry i Tobias Iaconis, a opierali się na skierowanej przede wszystkim do młodszych czytelników, pierwotnie wydanej w 2018 roku, powieści amerykańskiego pisarza J.A. White'a, pod tym samym tytułem: „Nightbooks” (pol. „Straszne historie”). Książka nie była znana Davidowi Yarovesky'emu przed zaangażowaniem się w ten projekt, ale już na planie zawsze miał ją przy sobie – w czasie prac nad jej filmową wersją, była dla niego czymś w rodzaju biblii. Swoje „Straszne historie” Yarovesky nazwał listem miłosnym od starego dziwaka do następnego pokolenia dziwaków. Od długoletniego miłośnika horrorów dla osób, które dopiero odkrywają, albo mają to jeszcze przed sobą, swoją pasję do tego gatunku. Yarovesky ma nadzieję, że gdy już odnajdą w sobie tę miłość, to już nigdy nikomu nie pozwolą jej sobie odebrać. Dla niego to jedna z najsmutniejszych ewentualności: „ktoś ma w sobie całą tę pasję, ekscytację i magię, a świat to wytłumi”.

Tim Burton i Danny Elfman: według Davida Yarovesky'ego (i pewnie nie tylko jego) ci panowie wytyczyli jeden z najczęściej obieranych kierunków w kinie fantasy, czasami z domieszką horroru. Wykształcili chwytliwą formę, klimat, specyfikę. Ducha, który od wielu lat jest przywoływany przez innych filmowców. Reżyser „Strasznych historii” chciał stworzyć coś innego. Nie iść tym mocno wydeptanym szlakiem przetartym przez Burtona i Elfmana. Yarovesky nie ukrywa, że ich filmy były dla niego ważne w okresie dorastania, ale nie chce się na nich wzorować. Zależy mu na tym, by robić coś swojego, prawdziwego dla niego, odzwierciedlającego jego osobowość. Najwyraźniej marzy mu się również przejęcie pałeczki po R.L. Stine'u:) A właściwie kontynuowanie jego (i nie tylko jego) idei w branży filmowej. Horrorów tworzonych z myślą o najmłodszych, mam wrażenie, w dzisiejszych czasach powstaje mniej niż kiedyś. A jeśli chcemy, żeby ten gatunek przetrwał (a chcemy, prawda?), jeśli zależy nam na tym, by jego oglądalność przynajmniej utrzymywała się na dotychczasowym poziomie, to takie produkcje jak „Straszne historie” na pewno w tym pomogą. Małymi kroczkami... do nieba. Poprzednie pokolenia (pomijam takich szczęściarzy jak ja, którym jeśli chodzi o horror nie narzucano żadnych ograniczeń) miały takie seriale jak „Gęsia skórka” (1995-1998) i „Czy boisz się ciemności?” (1990-2000) oraz choćby takie filmy pełnometrażowe jak „Gremliny rozrabiają” (1984), „Critters” (1986) czy „Karzeł” (1993). Dzisiejsze dzieciaczki dostają natomiast coś takiego jak „Straszne historie”. Od człowieka, który w swoim życiu niejeden horror obejrzał, od wielkiego miłośnika gatunku, Davida Yarovesky'ego. A jednym z producentów Sam Raimi, który dawno, dawno temu obdarował nas genialnym „Martwym złem” (tak, dołożył też „Martwe zło 2” i „Armię ciemności”), i który możliwe, że doradził co nieco „kierownikowi tego zamieszania”. Na przykład białe oczy, którymi Raimi straszył (mnie na pewno) „w swojej” lichej leśnej chatce, gdzie mimowolnie przywołano jakieś zło. Martwe zło. Jak na film dozwolony od lat siedmiu – w Polsce – niektóre momenty są zaskakująco mocne. Może „mocne” to, hehe, za mocne słowo, ale i tak nastawiłam się na coś lżejszego. A tu wymioty, gadanie o jedzeniu dzieci, już nie wspominając o tych „przeklętych” białych oczach, które w kinie grozy zawsze na mnie działają. Się więc zlękłam na tym horrorze dla dzieci. Raz czy dwa. Przyjemnym zaskoczeniem były też dla mnie próby wykrzesania z tego większego napięcia. Chwile poprzedzające spodziewane ataki na „niesfornych” nieletnich bohaterów tej zwariowanej opowieści. Wolne wejścia, przypuszczalnie, odczuwalnie, w mordercze ramiona wiedźmy Natachy. Według mnie trochę przedobrzonej – coś jak przerysowana wersja czarownic z powszechnie znanych bajek. O których też będzie. Ze wskazaniem na jedną. Jedną z najmroczniejszych, najupiorniejszych, najbrutalniejszych. Przynajmniej okiem niektórych szkrabów. Nie sądzę, żeby ta niezbyt przekonująca mnie kreacja była jakimś wypadkiem przy pracy, żeby były to jakieś niedociągnięcia ze strony Krysten Ritter, której powierzono tę, uważam, nadmiernie „kolorową” postać. Obstawiam, że tak właśnie miało być, że owe przejaskrawienia były zamierzone. Taka po prostu była wizja reżysera. Właśnie o takie indywiduum zabiegał. Czarownica inna niż wszystkie. Bardziej, hmm, ekscentryczna od swoich koleżanek.

(źródło: https://www.youtube.com/watch?v=IemClkFnzxU)

Głównym bohaterem „Strasznych historii” jest Alex Mosher, w którego w przyzwoitym, dostatecznie wiarygodnym stylu, wcielił się Winslow Fegley, którego fani kina grozy mogą kojarzyć z „Come Play” Jacoba Chase'a. A partneruje mu Lidya Jewett, jako Yasmin. Alex kocha straszne historie, ale nie zamierza dłużej podtrzymywać w sobie tej pasji. Świat mu na to nie pozwala. Świat chce, żeby przestał cudaczyć. Był taki, jak jego rówieśnicy. Oddawał się „normalnym” rozrywkom, zamiast wciąż zaszywać się w swoim oblepionym plakatami filmowymi (m.in. „Straceni chłopcy” Joela Schumachera, „Coś” Johna Carpentera, „Koszmar z ulicy Wiązów” i „W mroku pod schodami” Wesa Cravena, „Candyman” Bernarda Rose'a – no, no, prawdziwy koneser gatunku) pokoju i pisać własne opowiadania z dreszczykiem. Może i wyrósłby na dobrego pisarza, może nawet na miarę samego Stephena Kinga - czemu nie? - ale początek „Strasznych historii” Davida Yarovesky'ego ujawnia, że nasz młody bohater wywiesił już białą flagę. Ludzie chcą, by się do nich dopasował, to tak zrobi. Nigdy więcej nie zwrócą się do niego per creepshow(!). Alex ma dość. Ma dość bycia „innym”. Nie chce się dłużej wyróżniać. Nie chce być szkolnym odludkiem. Bezlitośnie wyśmiewanym tylko dlatego, że ma lekką obsesją na punkcie horrorów. Za moich czasów tak nie było. Serio tak się pozmieniało? W każdym razie Alex uznał, że ta pasja nie jest warta takiego poświęcenia. Dla niego cena okazała się po prostu za wysoka. Mógłby wprawdzie zrobić z tego swoją słodko-gorzką tajemnicę, ukrywać to zainteresowanie przed rówieśnikami (z rodzicami, którzy najwidoczniej też woleliby, żeby rozwinął w sobie inne, „normalne”, zainteresowania, byłoby nieporównywalnie trudniej, ale gdyby się mocno postarał to pewnie i im udałoby się wmówić, że skończył z tymi „durnotami”), ale wygląda na to, że Alex nie chce żyć w kłamstwie. Tak to sobie można tłumaczyć. To pożegnanie ze strasznymi opowieściami. Tylko jeszcze rzut oka na „Straconych chłopców” Joela Schumachera. Błąd! Wpadłeś nieboraku w pułapkę zastawioną przez złą kobietę. Jędzę. Czarownicę, która niejedno dziecko już porwała. Jeśli dostrzeże w tobie coś, cokolwiek, co może jej się przydać, to okaże ci litość. O ile można to tak nazwać, bo odtąd będziesz mieszkał pod jednym dachem z wiedźmą. Będziesz jej służącym i lepiej żebyś był posłuszny, bo jak nie... Alex unika losu gorszego od śmierci, bo gdy Natacha pyta go, czy jest w nim coś wyjątkowego, szczerze odpowiada, że lubi pisać straszne historie. Bo niewątpliwie nadal to lubi, choć może jemu wydaje się, że okłamuje wiedźmę, bo ta sympatia, właściwie to miłość, zdążyła już przerodzić się w nienawiść. Problem w tym, że w domu Natachy, co zrozumiałe, trudno się skupić. Blokada twórcza. Brak weny. Nic nie poradzisz. Na szczęścia ma przy sobie zeszyty z opowiadaniami, które napisał wcześniej. Ale skoro wiedźma chce by każdego wieczora czytał jej inną historię własną, to prędzej czy później chłopiec zostanie z niczym. A wtedy, biada mu, oj biada. Część czytanek dla czarownicy twórcy obrazują w formie dość specyficznej kreskówki. Utrzymane w głębokiej czerwieni (tło) filmiki animowane – opowieść o nawiedzonym placu zabaw (te białe oczy...) czy złym czarowniku próbującym zgładzić gargantuicznego, oślizgłego potwora. Przeważnie jednak przyglądamy się życiu Alexa i Yasmin w zamknięciu. W magicznym domu, z którego naturalnie spróbują się wydostać. Ale to potem. Najpierw muszą się dotrzeć. Alex, w przeciwieństwie do niej, od początku stara się zaprzyjaźnić z dziewczynką, która jak się okazuje, długo już tkwi w tym niezwyczajnym domu. Archaiczny wystrój wnętrz ciekawie kontrastuje z kiczowatymi kolorkami, co i rusz mocno rzucającymi się w oczy. Gdyby zmieszać sepię z tym co ja nazywam plastikiem, to mogłoby wyjść właśnie coś takiego. W domu Natachy tak jakby nowe (jaskrawe barwy, efekty komputerowe) wdziera się w stare. Pachnie wesołym miasteczkiem. Jest w tym coś jarmarcznego, przaśnego. Magiczny kicz na miarę XXI wieku, ale od czasu do czasu może też zapachnieć szalonymi latami 80-tymi. Nie żeby radował mnie widok tych wszystkich wygenerowanych komputerowo elementów świata przedstawionego - trochę tego jest, ale szczerze mówiąc podchodziłam do tego obrazu w przekonaniu, obawiałam się, że będzie tego więcej – niemniej jakoś tak zadziwiająco łatwo to znosiłam. Przelatywało nie polepszając mi nastroju, ale też go nie psując. Fabuła co prawda niezbyt wyszukana, żeby nie rzec banalna, ale ta lekkości, ta prostota, ci przesympatyczni bohaterowie, z kotką bez sierści (czyżby sfinks kanadyjski?) włącznie. I wreszcie ta niespotykana w wielu współczesnych horrorach z wyższą kategorią wiekową, dbałość o napięcie – fragmenty obliczone na powolne „dokręcanie tej śrubki” przypominały mi „Upiorne opowieści po zmroku” André Øvredala: podobna atmosfera. Do tego nawiązania do innych dokonań na grozowym poletku (kinematografia, literatura, nawet magazyny), zawsze mile przeze mnie widziane, ale byłoby milej, gdyby choćby jeden z tych ukłonów odgrywał większą rolę w tej konkretnej historii. Plecionka na miarę tej ujawnionej w dalszej partii filmu. Tak ciasna, tak kreatywna... no, bez przesady, ale jakaś inwencja na pewno w tym jest: pożyczanie z głową

Odprężająca rozrywka te „Straszne historie” Davida Yarovesky'ego. Horror dla (prawie) całej rodziny oparty na powieści J.A. White'a. W zasadzie pół horror, pół fantasy, który bawi i uczy. Bądź sobą, nawet, gdy innym to przeszkadza (o ile nie łamiesz prawa, rzecz jasna). Nie porzucaj swojej pasji. Nie pozwól ludziom odebrać sobie tego, co kochasz. Jeśli nazywają cię „innym”, jeśli mają cię za cudaka, dziwoląga, to bądź z tego dumny. I tyczy się to nawet czegoś tak „nienormalnego” jak zamiłowanie do strasznych historii. Pielęgnuj je w sobie, pozwól by przekształciło się w niegroźną obsesję. Gdy podrośniesz pewnie nie raz nazwą cię psychopatą czy sadystą – tylko dlatego, że kochasz horrory – ale nie przejmuj się tym. Trzymaj się tego, a ludzie niech mówią, co chcą. „Straszne historie” to faktycznie list miłosny starego horrorowego wyjadacza do „aspirujących” fanów gatunku. Prosta, zwiewna historia dla młodszych, ale jak widać na moim przykładzie, też i starszych osób, którzy po prostu kochają ten gatunek. I tych, którzy jeszcze nie wiedzą, że ta miłość jest w nich. Chcesz się przekonać? Zacznij może od „Strasznych historii”. Jak się nie ułoży, to spróbuj czegoś innego. Nie kończ na tym, daj sobie jeszcze szansę. Obudź w sobie pasję do horroru, bądź „nienormalny”. Bo w tym gronie jest naprawdę fajnie.

2 komentarze:

  1. Pewnie sprawdzę, ale mam pewne wątpliwości po tych wszystkich młodzieżowych horrorach typu trylogia "Fear Street" i "Upiornych opowieściach po zmroku" :)
    Będzie recenzja "W lesie dziś nie zaśnie nikt 2"? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio, "Ulica Strachu" Ci nie podeszła? Nawet dwójka? :)
      "Straszne historie" jeszcze lżejsze od "Ulicy Strachu". Horror (też) dla dzieciaczków. A co do "W lesie dziś nie zaśnie nikt 2", to ja nawet jedynki nie widziałam, więc nie ma szans na recenzję...

      Usuń