Stronki na blogu

niedziela, 23 stycznia 2022

„Krwawa orgia” (1972)

 
OSOBY NIEPEŁNOLETNIE PROSZĘ O OPUSZCZENIE TEGO TEKSTU

Dziennikarka „The Globe” Nancy Weston zostaje wysłana przez gazetę do sławnego prywatnego detektywa Abrahama Gentry'ego, aby wynająć go do zbadania niedawno otwartej sprawy dotyczącej brutalnego morderstwa striptizerki. Gentry przyjmuje zlecenie i bez zbędnej zwłoki przystępuje do zbierania informacji na temat ofiary. Mężczyzna lubi działać w pojedynkę, nie jest więc zadowolony, gdy dołącza do niego Nancy. Szybko staje się jasne, że szukają aktywnego seryjnego mordercy celującego w striptizerki. Sprawą zajmuje się również policja, zespół, którym kieruje znany Gentry'emu, niezbyt bystry porucznik Anderson.

Krwawa orgia” aka „Krwawe dziewczyny” (oryg. „The Gore Gore Girls” aka „Blood Orgy”) to amerykański niskobudżetowy „potworek” w reżyserii (też producent) nieżyjącego już (zmarł w 2016 roku w wieku dziewięćdziesięciu lat) Herschella Gordona Lewisa, nazywanego ojcem chrzestnym kina gore. Twórca między innymi takich niegrzecznych obrazów jak „Święto krwi” (1963) i „Święto krwi 2: Wszystko, co możesz zjeść” (2002), „Dwa tysiące maniaków” (1964), „Smak krwi” (1967) oraz „Czarodziej Gore” (1970), „Krwawą orgię” uznawał za jeden ze swoich najlepszych filmów. Scenariusz, jedyny w swojej karierze, stworzył Alan J. Dachman. Stowarzyszenie Motion Picture Association of America (MPAA) przyznało tej produkcji kategorię X. Do dziś zakazanej w Australii.

Krwawa orgia” to na dobrą sprawę obraz prześmiewczy. Mówi się, że Herschell Gordon Lewis pokusił się o coś w rodzaju refleksyjnej parodii swojej makabrycznej twórczości (trzeba zaznaczyć, że próbował swoich sił także w innych klimatach). Grindhouse'owa przekąska, która może wywołać lekkie mdłości. Spleśniała, cuchnąca, a przy tym na swój sposób zabawna przegryzka dla ludzi o jak to się mówi specyficznych upodobaniach. W każdym razie „Krwawa orgia” to produkt do użytku wąskiej grupy konsumentów. Zwolenników niechlujnych, tak złych, że aż (nie)przykro patrzeć, krwawych „spektakli”, w których fabuła generalnie ma drugorzędne znaczenie. W „Krwawej orgii” spotykamy się ze skrajnie naiwną, przejaskrawioną (to wszystko to najpewniej celowy zabieg), niezbyt zajmującą, żeby nie powiedzieć nudną, historyjką, w centrum której stoi Wielki Detektyw Abraham Gentry. Nazwałabym go parodystycznym skrzyżowaniem Abrahama Van Helsinga i Sherlocka Holmesa. Albo detektywem z nurtu giallo w krzywym zwierciadle. Prowadzącym śledztwo w sprawie brutalnych mordów, dokonywanych... w czarnych rękawiczkach. Przypadek? Tak czy owak, nawet jeśli takie skojarzenie się nasuwa, to nie jest to jeszcze powód, by poczytywać tę paskudę jako amerykańskie podejście do tego włoskiego wynalazku, pełnoprawne giallo. „Krwawa orgia” to po prostu film gore. O tajemniczym zabójcy striptizerek. I na pozór niedobranej parce próbującej rozwikłać tę sprawę. Dopaść złoczyńcę, który nader śmiało sobie poczyna. Nawet jak na standardy seryjnych morderców. Już prolog każe myśleć, że Herschell Gordon Lewis i jego ekipa niczego nie ukryją przed wzrokiem widza. Pokażą wszystko i nawet jeśli czasami trochę ich poniesie... Taki był plan, a przynajmniej tam mi to wygląda. Nie sądzę, żeby twórcom szczególnie zależało na jak najbardziej realistycznej prezentacji poczynań maniaka grasującego w amerykańskim mieście. Za dużo tego ohydnego. Za daleko to idzie – przegięte tak, że zrobiła się z tego taka trochę makabreska. Można parsknąć śmiechem (wspomniałam już, że to chory horror?), ale i mimo wszystko, mimo całej tej przesady, poczuć się dość nieswojo. Zrobić wielkie oczy, rozdziawić paszczę i patrzeć, patrzeć... Morderca w sumie nie atakuje zbyt często, ale za każdym razem trwa to wręcz nienaturalnie długo. „Dłużej, niż ustawa przewiduje”. To jest nieczęsto mam okazję tak dobrze przyjrzeć się makabrycznym dodatkom. W niektórych ujęciach widać, że aktorki zastąpiły kukły – najwyraźniej podczas „zabaw z oczami” (powolutku wydłubujemy, miętosimy, potem rzucamy gdzie bądź albo odkładamy tam, gdzie ich miejsce, a przynajmniej jedno z nich). Zdarzały się jednak też momenty (momenty?!), na których krzywiłam się z niesmakiem. Na moje oko staranniej wykonane, czy może bardziej na poważnie (bardziej makabra niż makabreska), scenki z życia zabójcy, którego twarz jest skrzętnie skrywana przed wzrokiem widza. Niesławna akcja z sutkami: przycinamy jeden i zbieramy mleko, przycinamy drugie i mamy mleko czekoladowe. Doprawdy wstrętna scenka. W lekkich oparach absurdu, ale jeśli o mnie chodzi to wcale nie umniejszało wagi owego niedoniosłego, obrzydliwego wydarzenia. A na tym nie koniec podłych „przebojów”. Kiedy w ruch zostanie puszczony tłuczek do mięsa też zrobi się bardzo nieprzyjemnie. Na naszych oczach zabójca zrobi istną miazgę z pośladków nieszczęsnej kobiety. Wypróbuje też rozgrzane żelazko (na twarz) i olej, w którym już smażą się frytki (głowa do garnka). Wypada też ostrzec przed miażdżeniem głów. Uderza i uderza, i uderza, dopóki nie uzyska pożądanej konsystencji. Jedna wielka odrażająca mamałyga. Krwawa masa, w której oprawca będzie grzebał na całym ekranie – maksymalne i niemiłosiernie długie zbliżenie. Czujecie to? Nie? To lepiej trzymajcie się od „Krwawej orgii” Herschella Gordona Lewisa z dala. Nie próbujcie tego w domu, ani nigdzie indziej. To jedna z tych pozycji, w której przemoc gra pierwsze skrzypce. Fabuła jakaś wprawdzie jest, ale można odnieść wrażenie, że stanowi ona jedynie tło dla krwawej działalności niezidentyfikowanego osobnika. Nie domyśliłam się, kto zacz. Przyznaję, że nie udało mi się rozwiązać tej sprawy, która notabene nie jest taka znowu skomplikowana (właściwie to w ogóle). Bardziej oczywiste to już chyba być nie mogło. Cóż, może gdybym nie była zajęta opędzeniem się od niebieskich migdałów... Naprawdę niełatwo było mi utrzymać wzrok na ekranie, gdy „na scenę” wkraczał Abraham Gentry i jego niemile (czyżby?) widziana towarzyszka.

(źródło: https://www.imdb.com/)

Trudno ocenić starania aktorów i aktorek, bo ich przesadne, ewidentnie wymuszane reakcje, nienaturalne wrzaski i jęki, komiczne grymasy, w jakimś zakresie na pewno były zaplanowane. Może w całym, nie wiem. Trudno zgadnąć, gdzie kończyła się wizja autora, a zaczynały warsztatowe niedociągnięcia. Potknięcia członków obsady. Tak czy inaczej, w mojej ocenie najlepiej w tym zwariowanym świecie przedstawionym odnalazł się Frank Kress, czyli sławny prywatny detektyw Abraham Gentry, który na początku filmu przyjmuje zlecenie od gazety „The Globe”. Tym samym, chcąc nie chcąc, zyskując wątpliwe wsparcie w postaci dziennikarki Nancy Weston (Amy Farrell). Gentry woli pracować sam, nie chce, żeby ta kobieta pałętała mu się pod nogami i wcale tego nie ukrywa. Patrzy na nią jak na kulę u nogi, której trzeba się jak najszybciej pozbyć. Odesłać ją do domu, a skoro nie da się po dobroci, to trzeba wymyślić jakiś podstęp. Zabiera więc Abraham kobietę do baru ze striptizem, w którym ma zamiar zasięgnąć języka w interesującej ich obojga sprawie - ona ma zamiar napisać artykuł, a on zainkasował niezłą sumkę za dostarczenie jakichś nowych informacji, materiału, którym nie dysponują inni dziennikarze, a już w ogóle najlepiej by było, gdyby odkrył tożsamość sprawcy - i bez większego wysiłku wdraża w życie swój ukryty plan. Eliminuje Nancy z gry, uwalnia się od tego „zbędnego balastu”. Ale tylko na chwilę. Nie zdąży się chłopina porządnie nacieszyć odzyskaną wolnością, ani się obejrzy, a ona znowu stanie u jego boku. Jakby nic się nie stało, jakby Abraham nie zrobił tego, co zrobił. Zresztą niewykluczone, że Nancy nie domyśliła się, że Gentry knuł przeciwko niej. Nie wygląda bowiem na taką, która potrafi łączyć kropki. Ale, ale, wieść niesie, że ma przed sobą zawodnika wagi ciężkiej. Mistrza dedukcji, superinteligentnego detektywa, szczwanego lisa. Tak mówią i faktycznie w swoim świecie spokojnie może za takowego uchodzić. W krainie ślepców jednooki jest królem. Patrząc na pozostałych to tak, detektyw Abraham Gentry jest królem intelektu, ale w prawdziwym świecie najpewniej nie zrobiłby takiej kariery. O ile w ogóle utrzymałby się w tej branży. Dysonans poznawczy, sprzeczne dane, obserwacje widza przeczą przekonaniu ogółu – mówią geniusz, ale przejawów tegoż jakoś nie widać. Myślę, że to zamierzone działanie Herschella Gordona Lewisa i jego rozbrykanego zespołu. Wysyłajmy sprzeczne sygnały, przekrzywmy świat podglądaczom. Ostatnie ujęcie nader wymowne w dwojakim sensie. Po pierwsze ostateczny dowód na to, że to wszystko to tak dla zabawy, z przymrużeniem oka, i w ogóle to tylko film, na niby, więc co się krzywisz obrońco moralności? I wreszcie widać w tym sugestię, że jesteśmy nikim innym jak właśnie takimi podglądaczami. Bezwstydnymi i zanadto ciekawskimi – dość już widziałeś, więc się nie nakręcaj. Dalej nie pojedziesz. Wbrew niektórym opiniom, seksu w „Krwawej orgii” nie znalazłam. Nie żebym szukała... W każdym razie nie ma stosunków płciowych, ale już golizną czasem błyśnie. Konkretnie piersiami. Ach i jeszcze te pośladki, byłabym zapomniała. Yhm, już to widzę. Są i tańce rozbierańce. O ile można to nazwać tańcem. Zabawne, pokraczne wygibasy, które w realu, a na pewno w naszej epoce, raczej by nie przeszły. Tak myślę, ale pewności nie mam, nie bywam w takich przybytkach. W „Krwawej orgii” wyglądało mi to bardziej na pracę na rzecz warstwy komediowej – nie ocieka to erotyzmem, ale humor może dopisać. Przynajmniej na początku, bo potem już odbierałam to jako zapychacze czasu. Nużące. Z braku innych pomysłów wypełniliśmy przestrzeń nieznośnie długimi występami różnych kobiet, które, jak szybko się przekonamy są solą w oczach grupki feministek. Stowarzyszenie wychodzące z założenia, że striptizerki zachowują się niegodnie. Godzą w wizerunek praktycznie całej płci żeńskiej. Przeszkadzają „swoim siostrom” w walce o należną im wszystkim pozycję. Pojmują to jako coś w rodzaju zdrady. Przejścia do obozu wroga, po to by dostarczać mu rozrywki nie do zaakceptowania przez takie prawe, szanujące się kobiety jakimi są one. Amazonki niebojące się – wręcz przeciwnie: aż się do tego palą – najeżdżać tych wszystkich gniazd rozpusty, które ponad wszelką wątpliwość odwiedza także zabójca. Jedno na pewno, bo wygląda na to, że wszystkie jego ofiary pracowały w tym samym miejscu. Podłym, obskurnym lokalu. Spelunie, w której spotkać można na przykład weterana wojennego, którego nie interesują takie podrzędne rozrywki jak damski striptiz. Woli miażdżyć pięścią owoce i warzywa, bo to przywołuje wspomnienia z frontu. Najmilsze jakie ma, a mianowicie robinie papki z głów poległych żołnierzy. Taki tam pewnie marny substytut ulubionej rozrywki tego nieprzyjemnego typka – prędzej oblech niż ciacho, tak na mój gust rzecz jasna. Sposób na rozładowanie negatywnych emocji, który może być niewystarczający. Ten jegomość w oczach niektórych dodał „Krwawej orgii” trochę głębi – o spustoszeniu, jakie wojna może uczynić w psychice żołnierza. Negatywnych i nierzadko nieodwracalnych skutkach, traumach, czy tam nowych zamiłowaniach wyniesionych z wojny. Klimat jak w ofercie grindhouse'ów – brudno, ponuro, taśma jakaś taka podniszczona (tylko ta muzyka - skomponowana przez samego Herschella Gordona Lewisa - wnerwiająca, jazgotliwa i nierzadko w ogóle niedopasowana do obrazu, ale pewnie celowo; nie wiem, jaka, ale jakaś metoda przypuszczalnie się w tym kryła. Tak dla zabawy powkurzać ludzi? Nie wiem, tylko pytam). Paskudnie i tyle. Czyli tak, jak lubię. Parszywa atmosfera i gore – bez tego na pewno nie dotrwałabym do końca. Tylko to trzymało mnie przed ekranem.

Chory horror od jednego z ojców kina gore, Herschella Gordona Lewisa. Komiczny, obrzydliwy, głupkowaty obraz raczej dla wąskiej grupy odbiorców. „Krwawa orgia” to film tak zły, że aż prawie dobry. Fabuła według mnie okropna, ale krwawe i oczywiście praktyczne efekty specjalne oraz zgniła atmosfera (ależ smród!), brudne realia, robią różnicę. Tylko dla nich warto było zobaczyć to okrutnie poranione, przeobficie (groteska) krwawiące stworzonko. (Nie)sławny twór nakręcony niskim kosztem - to widać - ale za to z wyobraźnią. I to jaką... Polecam zwolennikom ekstremalnych doznań. I nikomu innemu:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz