Stronki na blogu

sobota, 25 czerwca 2022

„Monstrous” (2022)

 

Laura Butler i jej siedmioletni syn Cody przeprowadzają się do wynajętego domu w pustynnym zakątku Kalifornii. Kobieta ucieka przed swoim byłym mężem Scottem, ojcem chłopca, który w przeciwieństwie do niej zdążył mu wybaczyć. Laura zapisuje Cody'ego do szkoły podstawowej w najbliższym miasteczku i znajduje pracę w małej firmie zajmującej się maszynopisaniem. Coraz bardziej martwi ją jednak zachowanie syna. Cody upiera się, że w jeziorze nieopodal ich nowego domu mieszka potwór, który każdej nocy wdziera się do jego pokoju. Laura wychodzi z założenia, że chłopca, podobnie jak ją, dręczą koszmary senne, ale z czasem zostaje zmuszona do zaakceptowania niemożliwego.

Kiedy w ręce Chrisa Sivertsona - twórcy między innymi „The Lost” (2006), filmu opartego na powieści Jacka Ketchuma pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Straceni”) i „Wiem, kto mnie zabił” (2007) oraz współtwórcy teen slashera „All Cheerleaders Die” (2001) i jego remake'u z 2013 roku pod tym samym tytułem – trafił scenariusz „Monstrous” Carol Chrest („Zagadka proroka” Davida Wortha) w projekt była już zaangażowana podziwiania przez niego aktorka Christina Ricci. Z tym większym więc entuzjazmem przystąpił do analizy materiału, który bynajmniej go nie rozczarował. Wręcz przeciwnie: doszedł do wniosku, że historia Carol Chrest idealnie pasuje do jego wrażliwości. Reżyserka i scenarzystka „You Are Not My Mother” (2021), Kate Dolan, powiedziała mu kiedyś, że uważa horrory za nowoczesne bajki, czemu Sivertson skwapliwie przytaknął. Pierwsza lektura „Monstrous”, horroru zmiksowanego z dramatem, przypomniała mu tę rozmowę. Dopatrzył się w niej tej emocjonalnej prawdy, tego zawahania między byciem pięknym a przerażającym i tego celowego pogwałcenia praw logiki, które odnajduje w klasycznych baśniach. W jego wizji to od samego początku była współczesna baśń dla dorosłych. Bajka na dobranoc, w której jest zaklęta emocjonalna prawda. „Monstrous” kręcono w Los Angeles, Simi Valley i Altadenie w stanie Kalifornia. Główne zdjęcia ruszyły w grudniu 2021 roku, czyli podczas pandemii COVID-19, co oczywiście utrudniło pracę. Premierowy pokaz tego pełnometrażowego amerykańskiego obrazu odbył się w marcu 2022 roku na FrightFest Glasgow. W maju tego samego roku trafił do wybranych kin w Stanach Zjednoczonych i na platformy VOD.

Jednym z największych wyzwań, jakie stanęły przed zespołem pracującym nad „Monstrous” było odwzorowanie realiów lat 50-tych XX wieku. Zadanie tym trudniejsze, że filmowcy nie dysponowali dużym budżetem. Z ich „nadludzkich wysiłków” w moim odczuciu powstał całkiem wiarygodny falsyfikat „dawno, dawno temu”. W pustynnej okolicy. Wychodzimy od jednego z najbardziej rozchwytywanych motywów w kinie grozy, czyli od przeprowadzki do nowego domu. Wynajętego domu, należącego do starszego małżeństwa mieszkającego w małej mieścinie leżącej parę mil dalej. W każdym razie nowi lokatorzy tej niby żywcem wyjętej z lal 50-tych, ewentualnie 60-tych XX wieku osamotnionej nieruchomości staną się częścią tej społeczności. A przynajmniej jedno z nich będzie o to zabiegać. Laura Butler (przekonujący występ Christiny Ricci), w przeciwieństwie do jej siedmioletniego syna Cody'ego (według mnie mocno przeciętna kreacja Santino Barnarda), jest zdeterminowana na nowo ułożyć sobie życie w tym „kalifornijskim zaścianku”. Kobieta z jakiegoś powodu ucieka przed swoim byłym mężem Scottem, biologicznym ojcem Cody'ego. Jedyną osobą, której przekazała swój aktualny numer telefonu (oczywiście stacjonarnego) jest jej matka. Pominęła nawet swoich najbliższych przyjaciół, w obawie przed tym, że ktoś wygada się Scottowi. Innymi słowy, zerwała niemal wszystkie nici prowadzące do jej poprzedniego życia. Czysta karta, nowy rozdział, w którym nie ma miejsca dla prawie wszystkich bohaterów i antybohaterów(?) baśni o Butlerach. Teraz już tylko matce i chłopcu... który spotyka potwora. To on tak twierdzi, ale jego matka, co zrozumiałe, bez trudu znajduje racjonalne wyjaśnienie dla opowieści przerażonego dziecka. Ot, koszmarne sny. W sumie zastanawiająco podobne do tego, który nawiedził ją niedługo po przeprowadzce. Z drugiej strony w jej przypadku to mogła być projekcja czarno-białego - oczywiście! - filmu, przy którym odpłynęła do krainy marzeń sennych. Film w filmie. Sekwencja inspirowana „Potworem z Czarnej Laguny” Jacka Arnolda, a przynajmniej kierownik artystyczny, Chris Sivertson, miał przed oczami tę kultową produkcją podczas prac nad tym fragmentem „Monstrous” (ja pomyślałam o „Potworze z bagien” Wesa Cravena). Bestia, która nocami wypełza z jeziora, nad którym przycupnął coraz mniej przytulny domek wynajmowany przez główną bohaterkę tej nieco dłużącej się opowieści, przybiera różne kształty. Od wymyślnych (przeklęte CGI) po na wskroś zwyczajny, żeby nie powiedzieć pospolity (z wyglądu, nie z charakteru). Nocne najścia niepięknej pani z jeziora, niedługo będą niepokoić Cody'ego. Postawa jego matki też ulegnie zmianie. On przestanie się bać, a ona zacznie. Nie wiem, czy taki był cel twórców, ale mnie udzielił się spokój Cody'ego. Przestałam dopatrywać się zagrożenia w tej, bądź co bądź, tajemniczej postaci dotrzymującej towarzystwa smutnemu chłopcu. Chłopcu, któremu nie udało się nawiązać znajomości w nowej szkole. Wyrwanemu „z naturalnego środowiska” przez własną matkę, która, zdaje się, zdobyła się na ten krok głównie z myślą o jego dobru. Jego bezpieczeństwie. Muszę przyznać, że twórcy musnęli jakąś czułą strunę w moim wnętrzu. Nawet poruszyła mnie (niezbyt mocno, ale zawsze) niedola tej młodziutkiej istoty, jak się wydawało tak bardzo łaknącej kontaktu, poszerzenia towarzystwa, tj. znalezienia kogoś poza swoją matką, z kim mogłaby spędzać czas wolny, że otwierającej się na stworzenie, które w innej sytuacji, w innym życiu, zapewne tak łatwo nie wkupiłoby się w jego łaski. Czy potwór z jeziora okrutnie manipuluje chłopcem? Nie mogłam tego wykluczyć, ale szczerze mówiąc, podobnie jak Cody, bardziej traktowałam go jako nikły uśmiech losu w stronę boleśnie samotnego dziecka. Czerpałam jakąś dziwną pociechę z obecności tej szkarady w nienaturalnie małym, straszliwie ciasnym światku młodego Butlera. O jego matce zresztą można powiedzieć to samo, choć jej najwidoczniej samotność nie doskwiera. Nie daje po sobie poznać, że brakuje jej przyjaciół. W zupełności wystarcza jej towarzystwo ukochanego dziecka. I, jak można się tego spodziewać, nie będzie tolerować jego nowej przyjaźni. Tej chorej sytuacji, w jaką została wplątana jej cudowna latorośl.

Co się przydarzyło Laurze Butler? I co nadal jej się przydarza? Nie ulega wątpliwości, że kondycja psychiczna tej postaci nie jest zbyt dobra. Koszmary senne to najmniejszy z jej problemów. Gorzej, że na jawie też zdarzają jej się, hmm, incydenty. Percepcja od czasu do czasu ulega spaczeniu. Świat jakby się rozmywa. Jakby farba spływająca z płótna. Zwykle nie trwa to długo, ale wystarczy by zakwestionować jej zdrowie psychiczne. Na domiar złego, Laura przechowuje w domu alkohol (tzw. małpki), co może, ale nie musi, świadczyć o tym, że wpadła w szpony niszczycielskiego nałogu. Jeśli tak, to wygląda na to, że stara się z niego wyjść. Walczy z pokusą, która niewykluczone, że rośnie w siłę. Jeśli faktycznie ciągnie ją do procentów, to obecne położenie jej i jej syna z pewnością jej tego nie ułatwia. Stwór, który przyczepił się do Cody'ego jeśli już, to mimowolnie wspiera demona alkoholizmu – przypadkowy sojusznik nałogu, na pewno nie jego tutejszej ofiary. Potencjalnej ofiary. „Monstrous” praktycznie przez cały czas jak gdyby miota się między horrorem i dramatem. I to nie jest wypadek przy pracy, bo Chris Sivertson w swoich wypowiedziach na temat tej pozycji nie ukrywała, że jego wizja od początku opierała się na swego rodzaju balansie pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Czy raczej pomiędzy pięknem i przerażeniem. Smutkiem i nadzieją. Drobnymi darami od losu dla ludzi po jakichś najpewniej bardzo ciężkich przejściach. Niewątpliwie kochającej matki i niewątpliwie nieczującego się dobrze w ich nowym miejscu zamieszkania siedmioletniego chłopca. On chce odejść, ona natomiast uporczywie trzyma się myśli, że będzie im tu dobrze. W tej zacisznej okolicy. W tych „straszących” jaskrawymi kolorami, przestronnych wnętrzach, otoczonych rozległym piaszczystym terenem. Nie zapominajmy o jeziorze. Sporej bestii, która przypuszczalnie jest domem innej bestii. Potwora, którego wizerunek twórcy przynajmniej przez jakiś czas konsekwentnie ocieplają. Na początku może i zdoła raz czy dwa zaniepokoić co poniektórych odbiorców, a w najgorszym wypadku zasiać małe ziarnko niepewności, ale tak czy inaczej to może nie potrwać długo. W każdym razie na moich oczach mrok niesiony na mokrych barkach zagadkowego stworzenia z jeziora, nieubłaganie wyparowywał. A właściwie to było raptowne przejście od ciemności do... W sumie nie wiem, jak to określić, bo sytuacja w domu zajmowanym przez Butlerów, z całą pewnością się nie poprawiła. Zmieniło się źródło zagrożenia. Istota ze zbiornika wodnego w moich oczach straciła niemal wszystkie potworne atrybuty – został tylko ledwo słyszalny głosik wieszczący podstęp, chytry plan bestii, która zamierza wyrwać Cody'ego z zaborczego uścisku jego rodzicielki. Porwać chłopca, a zatem zrobić dokładnie to, czego Laura spodziewała się po swoim byłym mężu. Obawiała się, że ten być może despotyczny, agresywny mężczyzna bezprawnie odbierze jej najważniejszą osobę w jej życiu. Najcenniejszy skarb dobrej matki, która ma mocno pod górkę. Sama w obcym miasteczku, bez lekarstw, które pomogły jej przetrwać najgorsze chwile. Z dala od swojego terapeuty, z którym co prawda po przeprowadzce nawiązuje jedno połączenie telefoniczne, ale... no właśnie, tylko jedno. A naprawdę przydałoby jej się wsparcie specjalisty. Okiem laika. Nie ukrywam, że twórcom udało się mnie zaskoczyć. I to dość mocno. Powinnam była to przewidzieć, bo tego rodzaju chwyty były już stosowane w opowieściach z dreszczykiem (tutaj wyjątkowo słabiutkim). Myślałam że uczuliłam się już na podobne zagrania, że takie ewentualności zawsze będą mi się tłukły gdzieś z tyłu głowy przy określonych kompozycjach. Myliłam się i dobrze. Kubeł zimnej wody na trochę znudzoną łepetynę. A w ślad za nim kolejne chluśnięcie. Mniejsza, ale też niespodzianka. Gdyby tylko mocniej docisnąć, podkręcić napięcie, zagęścić atmosferę i może dodać jakiś wątek. Wtedy pewnie nie byłabym aż tak wdzięczna za te dwa tąpnięcia. Życiodajny płyn na od jakiegoś już czasu mało ciekawej trasie. Troszkę się zmachałam na tym spacerku. Nie biegu - „Monstrous” na pewno nie zaliczyłabym do dynamicznych propozycji okołohorrorowych. Prędzej tak zwana nowa fala kina grozy, ale też niezupełnie. Mimo silnie rozwiniętej warstwy dramatycznej i psychologicznej oraz, jak upewniłam się dopiero na ostatniej prostej, niebanalnej treści. Skłania do refleksji. Nieradosnych, co to to na pewno nie, ale jakąś pozytywną iskierkę, cieplejszy promyczek Chris Sivertson i jego ekipa ds. „Monstrous” na do widzenia również przewidzieli. Coś się kończy, ale też coś się zaczyna.

Monstrous” Chrisa Sivertsona nie wydaje się być dobrą propozycją dla tych, którzy szukają... tego, czego zwykle szukają w horrorach:) Nie jest to pełnokrwisty straszak, można nawet odnieść wrażenie, że twórcom tego dziełka nieszczególnie zależało na podtrzymywaniu w odbiorcach niepokoju czy niepewność zrodzonej z potencjalnych kontaktów z nieznanym. Potworem z jeziora. Dominującym uczuciem może być smutek, który na dodatek w oczach widza stosunkowo szybko może nabrać bardziej przyziemnego wymiaru. Wyobraźnia dziecka po przejściach i mocno nadwerężony stan psychiczny kobiety po przejściach. Potwór nie istnieje, a nawet jeśli, to kto by się bał potwora, który podtrzymuje na duchu nieszczęsnego chłopca? Tak czy inaczej, nie jest to przekąska, którą zarekomendowałabym osobom szukającym bardziej wyrazistych smaków. To znaczy mroczniejszych klimatów, silniejszych doznań. Już prędzej tym, którzy nie mają ochoty na horror. Im niegorąco, właściwie to dość chłodno, polecam ten... horror.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz