Stronki na blogu

środa, 27 września 2023

„Kobieta w klatce” (1964)

 
Cornelia Hilyard, zamożna wdowa mieszkająca w okazałej nieruchomości ze swoim starannie pielęgnowanym dorosłym synem Malcolmem, powoli odzyskuje sprawność fizyczną po złamanym biodrze, wciąż jednak musi korzystać z zakratowanej windy zainstalowanej w jej rezydencji. Po wyjeździe Malcolma na kilkudniowe wczasy z przyjaciółmi, kobieta rozpoczyna standardową wyprawę na piętro, ale gdy znajduje się parę metrów nad podłogą, dochodzi do awarii prądu. Dystyngowana dama zostaje uwięziona w windzie nieszczęśliwie zaopatrzonej w dzwonek alarmowy. Mechaniczne wołanie o pomoc zwraca uwagę bezdomnego alkoholika George'a L. Brady'ego Jr., który w tragedii bliźniej dostrzega szansę dla siebie. Do złodziejskiej współpracy zaprasza znajomą naciągaczkę Sade, ale niechcący zwraca na siebie uwagę niestroniących od przemocy młodych wyrzutków społecznych, bezlitosnego Randalla Simpsona O'Connella, jego równie zdemoralizowanej dziewczyny Elaine i radośnie posłusznego Essiego.

Plakat filmu. „Lady in a Cage” 1964, Luther Davis Productions, AEC

Swego czasu amerykański dramaturg, scenarzysta i producent filmowy Luther Berryhill Davis rozpoczął pracę nad sztuką o ludziach ze Środkowego Zachodu, którzy zostają zmuszeni do walki o życie podczas dłuższej przerwy w dostawie energii elektrycznej. Z tej koncepcji wykluł się scenariusz „Kobiety w klatce” (oryg. „Lady in a Cage”), bezkompromisowej historii zainspirowanej awarią prądu w Nowym Jorku z 17 sierpnia 1959 roku oraz autentyczną historią kobiety, która została zgwałcona przez dwóch mężczyzn, gdy utknęła w prywatnej windzie w rezydencji na Upper East Side. Wizjonerskiego czarno-białego dreszczowca w konwencji home invasion wyprodukowanego przez samego Luthera Davisa. W 1962 roku ogłoszono, że film wyreżyseruje Ralph Nelson, późniejszy twórca między innymi oscarowych „Polnych lilii” (1963), „Ojca Wirgiliusza” (1964) i „Charly'ego” (1968), a ostatecznie to stanowisko powierzono Walterowi Eliottowi Graumanowi (m.in. „The Disembodied” 1957, „Are You in the House Alone?” 1978, „Covenant” 1985, „Nightmare on the 13th Floor” 19990, miał też mały wkład choćby w takie kultowe seriale jak „Strefa mroku” Roda Serlinga i „V” Kennetha Johnsona). Główne zdjęcia odbyły się w lutym 1963 roku, a budżet „Kobiety w klatce” oszacowano na pół miliona dolarów, z czego większość (trzysta tysięcy) miała zainkasować odtwórczyni tytułowej postaci Olivia de Havilland. W czerwcu 1964 roku obraz trafił do swoich rodzimych amerykańskich kin, zbierając głównie skrajnie negatywne recenzje od zniesmaczonych wysokim poziomem okrucieństwa i nagromadzeniem wulgaryzmów krytyków (pewna felietonistka napisała nawet, że film powinno się spalić). „Kobieta w klatce” pokazała się też na wielkich ekranach w paru innych krajach, wśród których oczywiście nie było Wielkiej Brytanii – kontrowersyjna produkcja Waltera Graumana została zablokowana przez British Board of Film Classification (BBFC); zakaz zniesiono w 1967 roku, z czego poza stolicą Anglii skorzystała zaledwie garstka brytyjskich kin.

Rolę Cornelii Hilyard proponowano Rosalind Russell, Elizabeth Montgomery i wreszcie Jane Crawford, która, jak wynika z jej listów datowanych na 10 lipca i 26 grudnia 1962 roku uwzględniła klaustrofobiczny thriller psychologiczny Luthera Davisa w swoim, jak się okazało, nazbyt napiętym harmonogramie. Po zakończeniu prac na planie „Co się zdarzyło Baby Jane?” Roberta Aldricha miała przenieść się na plan „Kobiety w klatce” Waltera Graumana, ale koniec końców musiała „wykreślić tę drugą pozycję ze swojego terminarza”. Na pokład udało się jednak wciągnąć inną rozchwytywaną aktorkę, Olivię de Havilland, która prawdopodobnie największą przyjemność tym razem czerpała z pracy z Jamesem Caanem, odtwórcą czołowego złoczyńcy w „Kobiecie w klatce”, którego chwaliła w przestrzeni publicznej. Wspaniały, utalentowany młody człowiek. W moim poczuciu cała obsada omawianej produkcji stanęła na wysokości zadania – prawdę mówiąc oczy ze zdumienia raz po raz przecierałam. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że „Kobieta w klatce” wyprzedziła swoją epokę, ale do proroczej fabuły dodałabym prorocze kreacje aktorskie. Gra na miarę XXI wieku. Owszem, to nie był jednostkowy przypadek w kinie grozy - wystarczy przypomnieć „Podglądacza” Michaela Powella, „Psychozę” Alfreda Hitchcocka, „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego, „Wstręt” Romana Polańskiego czy jego trochę późniejsze „Dziecko Rosemary” - ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że taki styl nie był szczególnie popularny w tamtym okresie. Z dekady na dekadę zyskiwał na wartości, ale w latach 60-tych XX wieku, uważam, dominowała egzaltacja. Fantazyjna czołówka z mocnym akcentem i przenosimy się w nieskromne progi Hilyardów. To może być największa posiadłość w tej części niespokojnego miasta, które na pewno nie jest Nowym Jorkiem, bo autor scenariusza i producent tego szokującego filmu, Luther Davis, w porę dowiedział się, że w tym rejonie Stanów Zjednoczonych wprowadzono nakaz zaopatrywania wszystkich wind w telefony. Przeniósł więc rezydencję Hilyardów z Wielkiego Jabłka do bezimiennej amerykańskiej miejscowości, którą w dość zagadkowych okolicznościach opuszcza drogi chłopiec tytułowej postaci. Panicz Malcolm wybiera się do domku letniskowego – kilkudniowy wypoczynek z zaprzyjaźnioną parą – ale nie wygląda na całkowicie przekonanego do tego pomysłu. Martwi się o matkę, której nie zwykł zostawiać samej na więcej niż parę godzin, ale Cornelia nalega, a poza tym... W sypialni matki Malcom zostawia złowieszczy list, który przez jego nieuwagę może nigdy nie trafić do adresatki. Wytworna dama z uszkodzonym biodrem niebawem zawiśnie między piętrami, czy jak kto woli między parterem i pierwszym piętrem w swoim wielkim skarbcu. We własnym domu „przejedzonym” kosztownymi przedmiotami. Wiara w ludzi, która odbije się czkawką fikcyjnej amerykańskiej emerytowanej poetce. W ciasnej windzie Cornelia Hilyard zostanie wyrwana z utopijnego snu o własnym gatunku. Nie pierwsza i na pewno nie ostatnia. Naiwność amerykańskiego społeczeństwo w „Kobiecie w klatce” symbolizują dzwonki alarmowe instalowane przed niektórymi budynkami mieszkalnymi. Wątpliwa bohaterka (antybohaterka?) po latach docenionego, brutalnego dreszczowca w reżyserii Waltera Graumana, w końcu zrozumie, jak bezsensowne jest zaopatrywanie się w taki system alarmowy, bo przecież jej własnych uszu już nieraz dochodziły takie sygnały, które, jak tak sobie teraz przypomina, zawsze ignorowała. Nie zawracała sobie głowy bliźnimi w potrzebie, ale najważniejsze, że nie dokładała im zmartwień, prawda? W jej przekonaniu to ją odróżnia od towarzystwa, które nieświadomie sama zwabiła do swojego dotychczas bardzo przytulnego białego domu. Ona jest istotą ludzką, a ich jej zdaniem należy stawiać niżej od dzikich zwierząt. Ona jest istotą czującą, a oni za nic mają uczucia bliźnich. Odpadki społeczne między innymi przez nią wykarmione. Wybitnie zachłanne pasożyty, ekstremalnie niewdzięczni utrzymankowie podatników. Godni najwyższej pogardy takiej wzorowej podatniczki jak Cornelia Hilyard, „kanarek w klatce otoczonej przez tłuste koty”.

Plakat filmu. „Lady in a Cage” 1964, Luther Davis Productions, AEC

Zbudowaliśmy miasta i myśleliśmy, że pokonaliśmy dżunglę, nie wiedząc, że stworzyliśmy nową” - do takiej przykrej konkluzji dojdzie pechowa wdowa sterroryzowana przez bandę Randalla. „Funny Games” z lat 60. XX wieku. I prekursor kina exploitation? Najpierw „Kobietę w klatce” Waltera Graumana dokumentnie zmieszano z błotem, a ileś lat później z namaszczeniem wyczyszczono. Mocny, jak na tamte czasy, genialny w swojej prostocie thriller o damie w poważnych opałach, okazał się wybitnym wieszczem. Zapowiedź nieprzebranej wylęgarni paskud. Brutalizacji kina grozy i przede wszystkim życia. Koniec ery niewinności. Naiwności? Tak czy inaczej, twórcy „Kobiety w klatce” wyszli przed szereg. Cywilizowany świat nie był gotowy na taki sadyzm. W dodatku ten język... Jak z rynsztoka! Pijak, dziwka, odpadki ludzkie (w wolnym tłumaczeniu) – nie, czegoś takiego poważni recenzji zaakceptować nie mogli. Dziś pewnie powiedzieliby, że to film niepoprawny politycznie, a w niektórych krajach może i puszczaliby jakieś „uświadamiające spoty” (widzu, pod żadnym pozorem nie myśl sam – od tego masz polityków) przed pokazami w salach kinowych. Gdyby przemoc nie zdążyła na dobre rozgości się na dużych i małych ekranach. Nie, teraz pewnie znawcy sztuki filmowej narzekaliby na zbyt łagodne obchodzenie się z widzem, ale skoro obraz powstał przed ekspansją wideo paskudnych, to wypada pogratulować odwagi. A przynajmniej ja - w tym miejscu trzeba zaznaczyć, że ekspertką nie jestem – czuję się w obowiązku pochwalić... w sumie wszystko, co złożyło się na „Kobietę w klatce”. Śmiałość twórców tego domowego piekiełka to jedno, ale wspaniałą robotę robi już samo odwlekanie nieuniknionego(?), samo oczekiwanie na przypuszczalnie bolesny koniec. Miażdżący suspens! Perfekcyjna współpraca warstwy wizualny i dźwiękowej – stosownie rozgorączkowane melodie Paula Glassa i duszne obrazki powstałe pod dyrekcją Lee Garmesa. Wyróżnić pragnę też staranny montaż Leona Barsha. Wcześniej mogłam dać do zrozumienia, że w „Kobiecie w klatce” nie spotkamy ani jednej przedobrzonej kreacji, ale to nie do końca prawda, bo Olivia de Havilland niekiedy uderza w pompatyczny ton, zdarza jej się też robić śmieszne minki (ojojoj, jaka ja biedna), podejrzewam jednak, że dokładnie tego od niej oczekiwano. Tak czy inaczej, współczesny widz może to odczytać jako część przekazu – do windy weszła modelowa reprezentantka swoich czasów, a wyjdzie gwiazda przyszłości. Dobry wpływ złego człowieka. Cornelia Hilyard wzbrania się przed takim postrzeganiem Randalla Simpsona O'Connella (diablo przekonujący występ Jamesa Caana) - i jego wspólników, skoro już o tym mowa, też zepsutych do szpiku kości, Elaine (widowiskowa, szalona kreacja Jennifer Billingsley) i Essiego (przeraźliwie, spektakularnie postrzelony Rafael Campos) – bo nie jest w stanie pomieścić w głowie prostej prawdy, że przynależą do tego samego gatunku. Łatwiej odczłowieczyć, niż przyjąć do wiadomości, że wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi. Instynktowna obrona jednostki święcie przekonanej, że ludzie są z natury dobrzy. Uciekającej od nieprzyjemnych wiadomości z kraju i ze świata (reakcja na autentyczną opowieść spikera radiowego o nagiej, bezgłowej kobiecie), UWAGA SPOILER uciekającej od gorzkiej prawdy także na swój temat. Kobiety sukcesu mającej fałszywe wyobrażenie siebie, uparcie pielęgnującej krystalicznie czysty obraz empatycznej obywatelki i przede wszystkim idealnej matki, wprost uwielbianej przez swoją bezcenną latorośl. Patologiczna relacja, KONIEC SPOILERA która miała zaskoczyć publiczność i może tak było, ale obawiam się, że ten element, poza tym niezawodnej maszynerii Luthera Davisa i Waltera Graumana, trochę zardzewiał. Trochę, bo choć takie podejrzenia w mojej głowie zrodziły się już w pierwszej partii „Kobiety w klatce”, wątpiłam, że twórcom starczy odwagi na bardziej zdecydowane odbicie w tę stronę. Na czynienie czytelniejszych aluzji, jak się okazało. Tymczasem poznamy bezdomnego alkoholika George'a L. Brady'ego Jr. (cudny występ Jeffa Coreya), który na swój sposób odpowie na wezwanie kobieciny uwięzionej w prywatnej windzie. Połasi się na winko i elegancki toster, który pewnikiem zainteresuje miejscowego pasera. A potem zaprosi do współpracy doświadczoną naciągaczkę i prostytutkę(?) imieniem Sade (świetna Ann Sothern), wcześniej zwracając na siebie niepożądaną uwagę przestępców większego kalibru. George i Sade chcą tylko (i aż) się obłowić, a gang Randalla szuka też sadystycznej rozrywki. Ta druga banda czerpie perwersyjną przyjemność z krzywdzenia innych. Cornelię w brudne łapska Randalla wprowadzi nadmierna ufność, wiara w bliźnich, a George'a i Sade chciwość. Wymowny jest moment wydostania się jednej z pazernych postaci z niewoli bandy trojga – syreni śpiew kosztowności zagłuszający instynkt samozachowawczy, instynkt przetrwania. Pomijając pieska z czołówki twórcy przygotowali też jedną, jakże smakowitą, drastyczną akcję. Graficzna makabra zrobiona z jajek i farby.

Kopara mi opadła. Żeby w pierwszej połowie lat 60. XX wieku wypuścić takiego brutala? Taką ponurą analizę psychologiczną i socjologiczną? Nic dziwnego, że publiczność tak się oburzyła. Toż to potwarz dla najwspanialszego gatunku na Ziemi. Bo tylko nie-ludzie są zdolni do strasznych czynów. Kłamie i nie stroni od brzydkich słów. Bluźniercza „Kobieta w klatce” wyreżyserowana przez bezczelnego Waltera Graumana na podstawie scenariusza Luthera Davisa, jeszcze większego chuligana, bo nie dość, że wpadły mu do głowy takie chore pomysły, to na dodatek to szkaradzieństwo wyprodukował. Dreszczowiec, który dosłownie wbił mnie w fotel. Arcydzieło, które przewidziało przyszłość:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz