Stronki na blogu

wtorek, 12 marca 2019

„The Clovehitch Killer” (2018)

Szesnastoletni Tyler Burnside mieszka wraz z rodzicami i młodszą siostrą w małym miasteczku w stanie Kentucky. Jego ojciec Don prowadzi miejscową drużynę skautów, do której Tyler również należy, a ponadto chłopak jest wolontariuszem w lokalnym kościele, często odwiedzanym także przez jego bliskich. Szokujące odkrycie dokonane w samochodzie należącym do Dona burzy szczęśliwe dotychczas życie nastolatka. Tyler zaczyna podejrzewać, że jego ojciec jest seryjnym mordercą zwanym Clovehitchem, który ma na sumieniu co najmniej dziesięć istnień. Od dziesięciu lat nie dał znaku życia, ale rówieśnica Tylera, Kassi, nie traci nadziei, że uda jej trafić na jego trop. Chłopak łączy z nią siły, w nadziei, że jego podejrzenia względem własnego ojca okażą się bezpodstawne.

Amerykański thriller psychologiczny „The Clovehitch Killer” został wyreżyserowany przez Duncana Skilesa, na podstawie scenariusza Christophera Forda, między innymi współscenarzysty „Klauna” Jona Wattsa. Film kręcono w stanie Kentucky, w którym to również rozgrywa się akcja filmu, a pierwszy jego pokaz odbył się we wrześniu 2018 roku na Los Angeles Film Festival. W listopadzie tego samego roku film trafił na ekrany amerykańskich kin (w ograniczonym zakresie), i chociaż zebrał wiele pozytywnych recenzji, również od krytyków, to komercyjnego sukcesu nie odniósł. Wpływy z biletów sprzedanych w Stanach Zjednoczonych oszacowano na trochę ponad osiem tysięcy dolarów.

„The Clovehitch Killer” to kolejny filmowy thriller, który tchnął we mnie wiarę w to, że serial killer movies jeszcze mogą się odrodzić, że niekoniecznie jest tak, że lata świetności tego typu kina minęły bezpowrotnie. Takie myśli nader często mnie ogarniają, ponieważ zdecydowana większość nowszych filmowych dreszczowców o seryjnych mordercach w moim oczach, delikatnie mówiąc, nie wytrzymuje porównania z tymi starszym, nakręconymi w XX wieku. Ale na szczęście istnieją wyjątki, które rozniecają we mnie iskierkę nadziei na lepsze jutro serial killer movies. „The Clovehitch Killer” jest jednym z tych wyjątków, psychothrillerem, który każe mi sądzić, że jeszcze nie wszystko stracone, że klimatyczne dreszczowce o seryjnych mordercach nadal są w zasięgu filmowców. Duncan Skiles pokazał tym wszystkim twórcom plastikowych thrillerów (horrorów zresztą również), jak powinno się do tego podchodzić. To kolejny reżyser, który udowadnia, że wcale nie potrzeba drogich, wymyślnych środków, by przykuć uwagę widza. Do ekranu mój wzrok przyśrubowały już pierwsze ujęcia – wtopiłam się w tę historię zanim ta na dobre się zaczęła, zanim zapoznano mnie z postaciami i porządnie wprowadzono w temat. Zadbał o to przede wszystkim Luke McCoubrey, człowiek odpowiadający za te doprawdy zachwycające zdjęcia. Wygląda to tak, jakby dążono do uzyskania klimatu zbliżonego do tego, który kojarzy się z kinem z dawnych lat – powiedzmy, że ostatnimi trzema dekadami XX wieku, chociaż gdybym miała coś z tego obstawić, to postawiłabym na lata 70-te. Zdjęcia wyglądają tak, jakby były po paru praniach – kolory zblakły tak bardzo, że oglądając to dziełko czułam się tak, jakbym patrzyła na stare pocztówki, delikatnie trącące sepią. Na początku seansu założyłam więc, że akcja filmu nie toczy się w czasach współczesnych, że oto przeniesiono mnie do drugiej połowy XX wieku, do jakiegoś małego amerykańskiego miasteczka sprzed paru dekad. A potem odkryłam Internet i... Nie napiszę, że wrażenie prysło, bo choć nie mogłam mieć już wątpliwości, że historia ta toczy się w czasach współczesnych (ewentualnie nie jest od nich zbyt odległa), to i tak czułam się jakbym tkwiła w latach 70-tych. Oczywiście, to złudzenie nie było kompletne – filmu nie zrealizowano w dokładnie taki sam sposób, jak to zazwyczaj czyniono niegdyś, nie ma się złudnego wrażenia obcowania z thrillerem nakręconym w którejś z trzech ostatnich dekad XX wieku, ale smaczek retro jest na tyle wyraźny, że łatwo zapomnieć, iż akcja filmu rozgrywa się w czasach współczesnych. Kolorystyka zdjęć to jedno, ale nie bez znaczenia był dla mnie również sposób opowiadania tej historii. Powolna, skupiona na szczegółach narracja, która ani razu (powtarzam: ani razu) nie otarła się o marazm. Niby nic się nie dzieje, niby nie ma w tym gwałtowności, niby trzyma się nas z dala od graficznej przemocy (gore), ale to na co patrzymy, nie jest tożsame z tym co czujemy. Towarzyszymy głównie szesnastoletniemu Tylerowi Burnside'owi, pobożnemu chłopcu, któremu przyjemność sprawia pomaganie innym. Chyba nie sposób nie polubić tego młodego człowieka, bardzo wiarygodnie wykreowanego przez Charliego Plummera, a więc i trudno nie odbierać jego niedoli niemalże osobiście. Chłopak ma dosyć nietypowy problem, chociaż to pewnie zbyt mało powiedziane. Jego życie nagle zaczyna trząść się w posadach, na skutek podejrzeń, jakie zaczyna żywi względem swojego własnego ojca. Człowieka, którego darzy bezgraniczną miłością, który jest mu przyjacielem, którego dotychczas uważał za swój autorytet, i który zawsze mocno go wspierał. Don (doskonała kreacja Dylana McDermotta), bo tak ma na imię ojciec Tylera, cieszy się szacunkiem w miasteczku, w którym mieszka wraz ze swoją rodziną. Ludzie, którzy go znają mają o nim jak najlepsze zdanie - wzorowy obywatel Stanów Zjednoczonych, przykładny ojciec, pomocny sąsiad, krzewiący chrześcijańskie wartości, wielce sympatyczny człowiek, który chętnie działa na rzecz miasteczka. Istny wzór cnót można by rzec... Na tym obrazie pojawiają się jednak pewne rysy. Nic ważnego – ot, całkiem możliwe, że w przeszłości człowiek ten pozbawił życia co najmniej dziesięć kobiet, po tym jak już napatrzył się na ich związane ciała, które uwieczniał również na zdjęciach... Takie podejrzenia względem ojca wkrótce zacznie żywić nastoletni Tyler. Możliwe jednak, że chłopak wyciąga błędne wnioski, że zanadto ponosi go wyobraźnia, na co zresztą mocno liczy.

W Internecie można znaleźć informację, że „The Clovehitch Killer” mógł zostać zainspirowany przypadkiem Dennisa Radera, zwanego BTK, autentycznego seryjnego mordercy działającego w latach 1974-1991. Ale nawet jeśli, to widz będzie musiał trochę poczekać na danie mu jasnej odpowiedzi na to, czy podobieństwa Dona Burnside'a do Dennisa Radera nie były aby zmyślnym fortelem, chwytem mającym potęgować podejrzenia względem tej postaci rozpisanej przez Chrisophera Forda, po to by zaskoczyć publiczność w finale innym obliczem mordercy. Bez względu na to, jakie będzie rozwiązanie tej zagadki, „The Clovehitch Killer” ma w sobie coś z „Niepokoju” D.J. Caruso. Podczas seansu omawianego filmu często nawiedzały mnie myśli o tamtej produkcji, bo i tutaj miałam do czynienia z nastolatkiem, który zaczyna podejrzewać, że w jego pobliżu znajduje się seryjny morderca kobiet. Tyler znajduje się jednak w gorszym położeniu niż Kale z „Niepokoju”, bo ma powody przypuszczać, że to jego własny ojciec dopuścił się tych wszystkich ohydnych zbrodni, które przed laty wstrząsnęły lokalną społecznością. Ta makabryczna seria skończyła się dziesięć lat temu – zbrodnie nieoczekiwanie ustały, ale lokalna społeczność nadal je rozpamiętuje. Co roku oddaje cześć ofiarom mordercy zwanego Clovehitchem, a przynajmniej jedna z mieszkanek tego miasteczka w stanie Kentucky nadal wierzy, że można jeszcze rozwikłać tę sprawę. Jest nią rówieśnica Tylera Burnside'a, imieniem Kassi, w którą w bardzo dobrym stylu wcieliła się Samantha Mathis (w ogóle, moim zdaniem, cała obsada tego filmu spisała się na medal). Postać według mnie jeszcze bardziej interesująca od Tylera. Typ dziewczyny, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, która ma w głębokim poważaniu co mówią o niej inni, która wydaje się pokazywać środkowy palec plotkarzom, których (wiem to z autopsji) w małych miasteczka nie brakuje. Wygadana, inteligentna nastolatka, która niemało przeżyła, ale to bynajmniej jej nie złamało. Wręcz przeciwnie: wygląda na to, że tylko ją wzmocniło, zahartowało. To właśnie z tą dziewczyną Tyler połączy siły, gdy zacznie go gnębić przeczucie, że jego ojciec ma na sumieniu co najmniej dziesięć istnień. Chłopak wesprze ją w tym amatorskim śledztwie, którym Kassi zajmuje się już od jakiegoś czasu. Niczego niezwykłego nie widziałam w tym, że Tyler zwrócił się do niej zamiast pobiec na policję zaraz po znalezieniu pierwszego obciążającego Dona dowodu (i nie chodzi mi tutaj o zdjęcie znalezione w samochodzie głowy rodziny Burnside'ów), bo twórcy aż nadto wyraźnie dali mi do zrozumienia, że główny bohater „The Clovehitch Killer” nie ma absolutnej pewności, co do winy swojego ojca. Może nie tyle w tę winę nie wierzy, ile nie chce wierzyć. Rozpaczliwie czepia się nadziei, czemu trudno się dziwić, czego nie sposób potępić, bo tutaj przecież chodzi o jego ojca, o człowieka, którego Tyler kocha nad życie. Nie mogę powiedzieć, że fabuła ta dostarczyła mi jakichś większym niespodzianek, że wersja, której praktycznie od początku twardo się trzymałam okazała się błędna. Bo na to najważniejsze pytanie zadane już na wstępie z łatwością sobie odpowiedziałam (trafnie), ale to nie znaczy, że absolutnie cały przebieg „The Clovehitch Killer” bezbłędnie przewidziałam. W drugiej połowie filmu zastosowano interesujący zabieg narracyjny, zaraz po zdetonowaniu dla mnie pierwszej (małej, ale zawsze) bombki – w rozumieniu „zwrot akcji”. A i udało się wtedy i potem, może niekoniecznie mną wstrząsnąć, ale na pewno z lekka mnie poruszyć, spotęgować emocjonalny dyskomfort, który tak naprawdę czułam od początku seansu. Krótko mówiąc: mało który współczesny film tak mocno trzymał mnie w napięciu jak to oto minimalistyczne dzieło, które jednak w każdym calu wypada nad wyraz profesjonalnie.

Skromne środki i maksimum emocji. Tak mogę podsumować to elektryzujące osiągnięcie Duncana Skilesa. Gdyby współczesna kinematografia oferowała mi więcej tak zrealizowanych thrillerów psychologicznych, to moje zdanie na jej temat byłoby nieporównanie lepsze. Może nawet z czasem doszłabym do wniosku, że prawie nie ustępuje ona tej sprzed lat, czyli tej, która zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. Duncan Skiles dał mi coś, za co pozostaje mi tylko ładnie podziękować i rzecz jasna wyrazić nadzieję, że nakręci jeszcze coś w ten deseń, thriller albo jeszcze lepiej horror, utrzymany w podobnym klimacie, dostarczający mi porównywalnych, w ilości i natężeniu, emocji, i opowiadający prostą, nieprzekombinowaną, ale i niebanalną historię, w której zatopię się bez reszty tak jak w przypadku „The Clovehitch Killer”. No po prostu gorąco polecam wszystkim miłośnikom filmowych thrillerów!

1 komentarz: