Stronki na blogu

sobota, 5 października 2019

„W wysokiej trawie” (2019)


Rodzeństwo DeMuth, Cal i będąca w szóstym miesiącu ciąży Becky, w drodze do San Diego zatrzymują się w wyludnionej okolicy, w pobliżu starego kościoła i rozległego pola obrośniętego wysoką trawą. W pewnym momencie ich uszu dociera krzyk małego chłopca wzywającego pomocy. Chłopca, który zgubił się w trawie. Cal i Becky słyszą też jego matkę, która w ich odczuciu zachowuje się dosyć dziwnie. Cal rusza na ratunek, a jego siostra podąża w ślad za nim. Oboje szybko gubią się w trawie. Nie mogą odnaleźć ani chłopca, ani jego matki, ani siebie nawzajem. Ku swojemu przerażeniu zauważają anormalne, sprzeczne z prawami fizyki, właściwości tego miejsca. Położenie Cala i Becky na trawiastym terenie nieustannie się zmienia. Wbrew wszelkiej logice, w sposób kompletnie dla nich niezrozumiały. Młodzi ludzie oddalają się od siebie i przybliżają do siebie nawet wówczas, gdy żadne z nich nie znajduje się w ruchu. Ale na tym ich problemy się nie kończą. W niezwykłej trawie czai się groźny osobnik, który bez trudu porusza się po tym niebezpiecznym polu.

Twórca między innymi „Cube'a” (1997), „Istoty” (2009) i „Istnienia” (2013), Vincenzo Natali, w projekt przeniesienia na ekran noweli Stephena Kinga i Joego Hilla pt. „In the Tall Grass” („W wysokiej trawie”) zaangażował się poprzez osobę zaznajomioną z jednym z producentów filmu. Pomysł go zaintrygował, potrzebował jednak czasu na zastanowienie. „Czy powinienem nakręcić kolejny film [pierwszym był „Cube”] o ludziach uwięzionych w metafizycznym środowisku?” - takie pytanie sobie zadawał. Jego wątpliwości potęgował fakt, że trawiaste pole o niezwykłych właściwościach wymyślone przez Kinga i Hilla na potrzeby ich krótkiego utworu literackiego nie przypomina niczego, nad czym dotychczas pracował. Nazwał to miejsce akcji unikalnym. Mimo wątpliwości opracował szkic scenariusza i... zajął się czymś innym. Wrócił do niego jakieś pięć lat później. W maju 2018 roku ogłoszono, że Netflix objął pieczę nad tym projektem. Zdjęcia do horroru „W wysokiej trawie” w reżyserii i na podstawie scenariusza Vincenzo Nataliego ruszyły jeszcze w tym samym roku w Kanadzie, a pierwszy pokaz filmu odbył się we wrześniu 2019 roku na Fantastic Fest, a w październiku (tego samego roku) został udostępniony na platformie Netflix.

Filmowa wersja „W wysokiej trawie” początkowo wiernie podąża za oryginałem. Towarzyszymy Calowi i jego brzemiennej siostrze Becky (zadowalające kreacje Avery'ego Whitteda i Laysli De Oliveiry). Młodym ludziom, którzy podczas postoju w długiej samochodowej podróży zostają zaalarmowani przez nieznajomego chłopca Tobina (niezły Will Buie Jr.), zabłąkanego w wysokiej trawie w zacisznym zakątku Stanów Zjednoczonych (umownie, bo film nagrywano w Kanadzie). Słoneczne popołudnie. Rzadko uczęszczana droga, po jednej stronie której stoi mały kościółek wyglądający na od dawna nieużytkowany i kilka porzuconych samochodów, a po drugiej rozciąga się obszerne pole obrośnięte bardzo wysoką trawą. Taka sceneria rozpościera się przed oczami widzów już we wstępnej fazie tej opowieści. Opowieści, która idzie tym samym torem, co nowela Stephena Kinga i Joego Hilla... do pewnego momentu. Najpierw wygląda to na ekranizację, ale wiadomym było, że Vincenzo Natali musi tę historię rozszerzyć. Robiąc pełnometrażowy film z tak nieobszernego utworu, jak „W wysokiej trawie” pióra Kinga i Hilla, jest się praktycznie skazanym na adaptację. O ekranizacji można zapomnieć. W omawianej produkcji Nataliego doskonale widać, jak niewystarczający dla długiego metrażu jest to materiał. Zaledwie dwadzieścia minut wystarczyło, by dosyć dokładnie zobrazować prawie całą historię stworzoną przez Stephena Kinga i jego syna Joego Hilla. Prawie, bo reszta potem. Po osobistym wkładzie Vincenzo Nataliego. Ten zajmuje najwięcej miejsca. Jego propozycja oczywiście wyrasta z koncepcji Kinga i Hilla, ale odbiorcy ich noweli mogą liczyć na niespodzianki. W niepomierne zdumienie ich to raczej nie wprawi. A przynajmniej tych z nich, którzy mają jakieś rozeznanie w kinie grozy. I science fiction, bo motyw, po który sięgnął Natali z tym gatunkiem jest bodaj najbardziej kojarzony. Ja jednak śledząc wątek obmyślony przez scenarzystę i zarazem reżysera „W wysokiej trawie” miałam przed oczami głównie UWAGA SPOILER „Piąty wymiar” Christophera Smitha KONIEC SPOILERA. Tak jakoś mi się nasuwało, chociaż przykłady tego rodzaju historii można mnożyć. Ale czy w takiej lokacji? Absolutnie nie. Rozległemu polu obrośniętemu wysoką trawą o nadnaturalnych właściwościach wymyślonemu przez Kinga i Hilla pospolitości zarzucić nie można. Intrygujące, tchnące dosyć dużą świeżością miejsce akcji nie jest jeszcze gwarantem sukcesu. To sporo, ale żeby podtrzymać zainteresowanie widza potrzeba czegoś więcej. Przede wszystkim zajmującej historii, co w takiej scenerii łatwe nie jest. Myślę, że Natali znacznie by sobie sprawę ułatwił, gdyby nie zaczął w tym samym punkcie, co Hill i King w swojej noweli. Gdyby pozwolił nam potowarzyszyć Calowi i jego ciężarnej siostrze Becky w samochodowej podróży do San Diego. Dzięki temu moglibyśmy lepiej ich poznać i co równie ważne takie podejście dawałoby scenarzyście możliwość skrócenia tego, co „W wysokiej trawie” najbardziej mnie męczyło. Błądzenie bohaterów po niezwykłym polu, przedzieranie się przez bardzo wysoką trawę o nadprzyrodzonych właściwościach, bieganie, chodzenie – to naprawdę nużące. A przecież z czegoś takiego też można było sporo wycisnąć. Wystarczyłoby jedynie (a raczej aż) wypracować zdecydowanie bardziej przytłaczający klimat i więcej uwagi poświęcić stopniowaniu napięcia. Bo z tym jest dosyć płasko. Niektórzy mogą w to nie uwierzyć, ale w moim odczuciu sceny nakręcone w świetle dziennym, w palących promieniach słonecznych, są bardziej nastrojowe od sekwencji nocnych. Za zdjęcia odpowiedzialny był Craig Wroblewski, który niczym nadzwyczajnym się tutaj wprawdzie nie popisał, ale dopóki na ekranie panował dzień z lekka udzielało mi się zagubienie bohaterów w jako tako klaustrofobicznej przestrzeni i odbierałam złowrogie wibracje wysyłane z oprawy wizualnej. Także, bo oczywistym jest, że ścieżka fabularna takowe wibracje wysyła. Wszystko to niestety jest ugrzecznione. Dlatego doceniłam to dopiero po zapadnięciu zmroku, po nastaniu nocy w świecie przedstawionym przez Vincenzo Nataliego i resztę ekipy pracującej nad adaptacją znakomitej noweli Stephena Kinga i Joego Hilla. Kolorowe obrazki okazały się bardziej złowieszcze od metalicznej czerni, która „bierze w posiadanie” dalszą partię przedmiotowego obrazu. Paradoksalnie to sceny nocne na moje oko są bardziej plastikowe od dziennych. Pewnie dlatego, że za dnia barwy są z lekka przygaszone. A w nocy? No cóż, jest ciemno, ale nie aż tak, żeby miało się trudności z rejestracją szczegółów i... nic poza tym. A przecież dysponując takim miejscem akcji spokojnie można było podduszać widza atmosferą.

Aż trudno uwierzyć, że twórca kultowego thrillera pod tytułem „Cube” stworzył coś tak mało klimatycznego, jak „W wysokiej trawie”. Tym bardziej, że materiał, na którym oparł swój scenariusz wiele mu oferował. Wystarczyło jedynie przełożyć na język filmu klimat, w którym Stephen King i Joe Hill utrzymali swoją nowelę i albo skrócić nużące wędrówki bohaterów po trawiastym polu, albo tchnąć w to chociaż trochę silniejszych emocji. Jedynie... dobre. Budowanie odpowiedniej atmosfery dla horroru, wielu obecnym twórcom nie tyle przychodzi z dużym trudem, ile praktycznie się nie udaje. Ale Vincenzo Natali już w latach 90-tych pokazał, że to potrafi. Więc co się stało? Cóż, albo Natali nie umiał odpowiednio pokierować tą ekipą techniczną, z którą pracował nad omawianą produkcją, albo jego wizja była nietrafiona. To znaczy nie przemówiła do mnie, bo trzeba zaznaczyć, że „W wysokiej trawie” jakością nie odstaje od wielu współczesnych mainstreamowych horrorów (aczkolwiek jump scenek nie odnotowałam). Właściwie to gdybym miała wybierać pomiędzy „W wysokiej trawie”, a „Smętarzem dla zwierzaków” też z 2019 roku (filmem opartym na powieści współautora noweli „W wysokiej trawie”, Stephena Kinga), to postawiłabym na ten pierwszy. Wkład Nataliego w znaną mi już historię Kinga i Hilla, pewnie rozczaruje poszukiwaczy oryginalnych rozwiązań fabularnych, ale ja do nich nie przynależę. I no, mam sporo sympatii dla motywu, którym to Natali zdecydował się ożywić swój scenariusz. Albo inaczej: który pchnął tę opowieść na ścieżkę, jakiej nie znajdujemy w pierwowzorze. Ale zanim to nastąpi „na scenę” wkroczy Travis McKean (przekonująca kreacja Harrisona Gilbertsona), ojciec dziecka, które jeszcze nosi w sobie Becky. Młody człowiek, który wyruszył na poszukiwanie rodzeństwa zmierzającego do San Diego, które przywiodły go, oczywiście, na przeklęte trawiaste pole. Tego w wersji Kinga i Hilla nie ma. To nowy rozdział, którego rozwój nie wydaje się być kompletnie oderwany od oryginalnej koncepcji. Wciśnięty na siłę, niepasujący do zamysłu Kinga i Hilla. Bo po takim miejscu akcji można właśnie czegoś takiego się spodziewać. Aż dziw, że autorzy pierwowzoru po ów motyw nie sięgnęli.... Chociaż może i by to zrobili, gdyby zdecydowali się na powieść. Vincenzo Natali w jednym z wywiadów zdradził, że pracując nad scenariuszem „W wysokiej trawie” przyjmował taki punkt widzenia, jaki mogliby przyjąć King i Hill, gdyby pisali powieść, a nie nowelę. Mogliby, ale nie musieli. Bo takie miejsce jak rozległe pole obrośnięte wysoką trawą o nadnaturalnych właściwościach, może i nie daje bardzo dużego pola do popisu, ale inne możliwości na rozbudowanie tej historii też by się znalazły. Pierwszy zwrot akcji (pierwszy, jeśli zna się materiał wyjściowy) pewnie zmusiłby mnie do zakrzyknięcia w myślach „Witamy w Strefie Mroku”, ale to było wcześniej. Wzorem noweli już na początku filmu. Odwzorowywanie wydarzeń rozpisanych przez Kinga i Hilla przerwano w momencie, w którym już, już miało się zrobić krwawo. Rozczarowanie niedługo potem zastąpił jednak nie tak znowu zaskakujący, ale na pewno obiecujący zwrot akcji. Właściwie to dający pewność, że w adaptacji „W wysokiej trawie” Stephena Kinga i Joego Hilla rzecz potoczy się inaczej. Nastąpi inny ciąg wydarzeń prowadzący do... Miałam nadzieję, że zobaczę najmocniejszą scenkę adaptowanej historii. Nadzieja ta jednak ciągle słabła, bo nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że twórcy „W wysokiej trawie” najzwyczajniej w świecie boją się pójść na całość wzorem Kinga i Hilla. Że robią wszystko, co w ich mocy, żeby przypadkiem kogoś nie zaszokować. Sugeruje to przede wszystkim portret krwawej działalności Rossa Humboldta (ależ Patrickowi Wilsonowi alias Edowi Warrenowi się rola trafiła!). A gdzie tam krwawa. W miarę krwawa to jest w noweli, film natomiast makabrycznych szczegół „litościwie nam oszczędza”. „Na pocieszanie” dostaniemy efekty komputerowe. Na miarę XXI wieku, czyli jest niemiłosiernie sztucznie. Do tego dynamiczny montaż i voila: mamy obowiązkowe zlepki w zamyśle (tylko w zamyśle) upiornych zdjęć, które nie bardzo wiadomo po co tam są, ale czy to ważne? Ważne, że nas na to stać! Kiedy wszystkie te sztuczności przebiegały przed moimi oczami, kiedy bohaterowie biegali po polu traw, ja czekałam. Czekałam już tylko na najmocniejsze uderzenie – bezkompromisową sekwencję opisaną przez Kinga i Hilla. Bo na zagęszczenie klimatu już dawno przestałam liczyć. I słusznie. Niesłusznie jednak wyczekiwałam tej jednej konkretnej sceny. Ale z drugiej strony twórcy mogli bardziej się cofnąć, podejść do tej historii jeszcze łagodniej. I nie chodzi o jej zamknięcie. To już zupełnie inna sprawa.

Krótki utwór Stephena Kinga i Joego Hilla zatytułowany „W wysokiej trawie” może i najłatwiejszy do przełożenia na ekran nie jest, ale nie sposób zaprzeczyć, że spore możliwości filmowcom stwarza. Na pewno nieporównanie większe niż w przypadku powieści Stephena Kinga pt. „Gra Geralda”, a wciąż pamiętam wyborne widowisko filmowe, jakie Mike Flanagan wyczarował na jej kanwie. Vincenzo Natali zaserwował mi zupełnie inną jakość. Dużo słabszą, ale i nie spodziewałam się filmu tak dobrego, jak „Gra Geralda”. Nie wiązałam z tym przedsięwzięciem ogromnych nadziei, pomimo obiecującego materiału wyjściowego oraz nazwiska reżysera i zarazem scenarzysty. Bardziej nastawiałam się na coś poziomem zbliżonego do drugiej filmowej wersji „Smętarza dla zwierzaków” Stephena Kinga. Bo w końcu w tym przypadku czołowi twórcy i tym bardziej literacki fundament zniechęcające też nie były. Bynajmniej. I proszę, „W wysokiej trawie” Vincenzo Nataliego przyswajało mi się ciut lepiej. Ale to i tak nic szczególnego. Taki sobie tworek na nudny wieczorek.

2 komentarze:

  1. Jeśli chodzi o tego reżysera, to widziałam tylko "Cube" i pamiętam, że wywołał we mnie naprawdę dobre emocje, chętnie zobaczyłabym i tę produkcję z jego rąk, mimo że raczej nie zachwalasz (i prawda, to szokujące, że twórca wcześniej wspomnianego tytułu mógłby zrobić coś mało klimatycznego). Tak czy siak, zaangażuję siostrę w któryś weekend i trzeba się samemu przekonać, bo aż nie mogę uwierzyć, serio. A wcześniej o tym tytule nie słyszałam - dzięki wielkie! Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Że też bohaterowie na samym początku najpierw nie zajrzeli do kościoła. Ich uwagę powinny też przyciągnąć stojące tam samochody, mnie się skojarzyło z tymi, co weszli w trawę i już z niej nie wyszli. Ale generalnie seans bardzo na plus.

    OdpowiedzUsuń