Stronki na blogu

czwartek, 23 kwietnia 2020

Robert Marasco „Całopalenie”


Marian i Ben Rolfe mieszkają wraz ze swoim ośmioletnim synem Davidem w starej kamienicy w nowojorskim Queens. W tajemnicy przed mężem Marian szuka lepszego miejsca, w którym mogliby spędzić nadchodzące lato. I znajduje obiecującą ofertę wynajęcia na okres wakacyjny wiejskiego domu. Udaje jej się namówić niechętnie podchodzącego do tego pomysłu Bena do spotkania z właścicielami oferowanego obiektu, rodzeństwem Roz i Arnoldem Allardyce. Dom ten, ku ich zaskoczeniu, okazuje się być wielką, ale bardzo zaniedbaną rezydencją. Allardyce'owie proponują im podejrzanie niską cenę za możliwość spędzenia dwóch miesięcy w tym przestronnym domostwie pełnym drogich przedmiotów. W którym ma przebywać też matka Roz i Arnolda, osiemdziesięciopięcioletnia, skryta kobieta, wedle ich słów, prawie wcale nieopuszczająca swojej sypialni. Allardyce'owie podejrzewają, że przez cały pobyt w ogóle jej nie zobaczą, proszą jednak o przygotowywanie dla niej trzech posiłków dziennie i zostawianie ich na stoliku koło drzwi do jej sypialni. Niedługo później, państwo Rolfe, ich syn David i ciotka Bena, Elizabeth, wprowadzają się do rezydencji Allardyce'ów, która jak wkrótce się okaże kryje mroczne i być może śmiercionośne tajemnice.

Nieżyjący już amerykański powieściopisarz, dramaturg i nauczyciel łaciny w liceum, Robert Marasco, rozgłos zyskał na początku lat 70-tych XX wieku, dzięki swojej broadwayowskiej sztuce pt. „Child's Play”, która w 1972 roku doczekała się również swojej filmowej wersji, w reżyserii Sidneya Lumeta. Potem opublikowano dwie jego powieści, „Burnt Offerings” (1973) i „Parlor Games” (1979). Ta pierwsza, w Polsce wydana pod tytułem „Całopalenie”, została przeniesiona na ekran, pod tym samym oryginalnym tytułem (pol. „Spalone ofiary”) przez Dana Curtisa – klimatyczny horror z między innymi Karen Black, Bette Davis, Oliverem Reedem, Burgessem Meredithem i Eileen Heckart swoją premierę miał w roku 1976, ale nie został tak dobrze przyjęty jak książka. Literacka wersja „Burnt Offerings” jest uważana za jeden z ważniejszych utworów o nawiedzonym domostwie, nierzadko stawiany obok na przykład takich kultowych dzieł, jak „Nawiedzony dom na wzgórzu” Shirley Jackson i „Piekielny dom” Richarda Mathesona.

„Całopalenie” w pierwotnej wersji było scenariuszem, ale Robert Marasco stosunkowo szybko przerobił go na powieść. Następnie ta powieść posłużyła za podstawę obecnie mało znanego filmu Dana Curtisa. Nieodbiegającego zbytnio od literackiego oryginału, choć oczywiście parę różnic się znalazło. Na przykład książka jest bogatsza o wstęp z „nowojorskiego życia” Rolfe'ów, jeden dość istotny fragment z udziałem Walkera, pracownika Allardyce'ów i naturalnie oferuje dużo szersze portrety psychologiczne zwłaszcza Marian i Bena, ale i ciotka Elizabeth od Marasco dostała więcej. Ekranizacja (bo choć zmiany były, to uważam, że nie aż tak zasadnicze, żeby bardziej usprawiedliwione było nazywanie „Spalonych ofiar” adaptacją) w jednym punkcie w moich oczach przewyższa oryginał. Mowa o końcówce, która w filmie jest brutalniejsza, gwałtowniejsza, ale i zwrot akcji, notabene przewidywalny, według mnie został w niej podany w bardziej efektownym stylu. Jednak w ogólnym rozrachunku wyższość przyznaję powieści. „Całopalenie” Roberta Marasco zaszufladkowano jako horror o nawiedzonym domu. Ale czy nawiedzonym przez duchy? Co do tego mam poważne wątpliwości. Tak, osobiście nie przykleiłabym tej pozycji etykietki ghost story, choć taka interpretacja też oczywiście może się nasuwać. Ja jednak od początku widziałam domostwo Allardyce'ów jako odrębny, żywy organizm. A raczej powoli ożywający, niczym jakieś zombie. Z drugiej strony coś w tych murach może się gnieździć. Jakaś moc, która jedno niszczy, inne tworzy. Niszczy swoich tymczasowych lokatorów, a tworzy przepiękny dom na doprawdy chwiejnym szkielecie. Widok, który rozpościera się przed Marian, Benem i Davidem Rolfe, gdy przybywają na spotkanie z Allardyce'ami, jest dosyć żałosny. Wprawdzie rezydencja imponuje swoim ogromnym metrażem oraz antycznym wyposażeniem, ale to zdecydowanie przywiędłe piękno. Dom jest w dość opłakanym stanie – na tyle, by Marian ogarnęła złość na osoby, które pozwoliły, by ta wspaniała posiadłość straciła tyle splendoru. Winą naturalnie obarcza jej właścicieli, ekscentryczne rodzeństwo, Roz i Arnolda Allardyce'ów, którzy przedstawiają państwu Rolfe nader podejrzaną ofertę najmu. W swojej książce „Danse Macabre” Stephen King ukuł, bądź po kimś powtórzył, termin „horror ekonomiczny”. Czyli opowieści grozy, w których kwestie materialne odgrywają bardzo ważną rolę. I, jak zauważa również powieściopisarz, dziennikarz i scenarzysta Grady Hendrix, w posłowiu „Całopalenia” (wydanie Vesper z 2020 roku), kwestie finansowe mają fundamentalne znacznie dla rozwoju tej kultowej opowieści Roberta Marasco. Marian pragnie lepszego życia. Lepszego zakwaterowania od mieszkania w starej, przepełnionej, hałaśliwej kamienicy w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Ale nie robi nic, by to marzenie spełnić. Od czasu do czasu podejmuje się jakichś dorywczych prac, po to jednak by zarobić na przedmioty, które wpadły jej w oko. O stałej pracy nawet nie myśli. Woli czekać, aż manna spadnie jej z nieba, podczas gdy Ben musi utrzymać całą ich rodzinę z pensji nauczycielskiej. Marian to płytka, pedantyczna gospodyni domowa, która lubi otaczać się ładnymi rzeczami i nie myśleć o takich błahostkach jak rachunki i wyżywienie. Tym niech martwi się Ben, ona przecież ma ważniejsze sprawy na głowie. Takie jak planowanie wakacji, najlepiej poza miastem w jakimś spokojnym, miłym domku letniskowym. Kto szuka, tej znajdzie. Trafiło się wreszcie ślepej kurze ziarno (albo raczej głupiej gąsce), z którego za żadną cenę nie zamierza rezygnować. Ben nie jest przekonany do nader hojnej oferty Allardyce'ów, ale w końcu ulega swojej upartej małżonce. Jak zawsze zresztą. Państwo Rolfe wreszcie będą mogli przez chwilę poczuć się jak ludzie zamożni. Spędzić beztroskie wakacje w najprawdziwszej willi otoczonej rozległym terenem zielonym, który uświetnia sporych rozmiarów basen. Trzeba tylko trochę posprzątać, co nieco zreperować, pozbyć się chaszczy wyrastających na drogą dojazdowa, zająć się roślinami w szklarni i... nestorką rodu Allardyce'ów. Osiemdziesięciopięcioletnią kobietą, której trzeba tylko zapewniać trzy posiłki dziennie. O jej towarzystwo Rolfe'owie nie muszą się martwić, bo staruszka nie zwykła za bardzo oddalać się od swojej sypialni.

Groza w „Całopaleniu” Roberta Marasco ogniskuje się w saloniku przed zamkniętymi drzwiami prowadzącymi do sypialni najstarszej członkini rodu Allardyce'ów. Groza i tajemniczość, bo nawet jeśli czujemy, że zdołaliśmy rozpracować zagadkę tego zamkniętego pokoju, to wątpliwości zawsze pozostają. Chciałoby się więc jak najszybciej sprawdzić, czy było się na właściwym tropie. W każdym razie ten pokój przyciąga. Nie tylko Marian, której obsesja na punkcie całej tej odludnej posiadłości narasta praktycznie ze strony na stronę, ale również nas, ciekawskich czytelników. Drzwi oddzielające salonik pani Allardyce (w którym to Marian będzie spędzała dość sporo czasu) od jej sypialni, przyciągają, ale również odpychają. Marasco nie pozostawia nam bowiem najmniejszych wątpliwości, że właśnie tutaj znajduje się jądro tego przeklętego domostwa. Domostwa, które jakimś niepojętym sposobem negatywnie oddziałuje na swoich tymczasowych lokatorów. Wydobywa z nich niepokojące cechy, potęguje zarówno te słabości, z istnienia których zdawali sobie sprawę, jak i te, których nigdy wcześniej w sobie nie znajdowali. Ani oni, ani ludzie z ich otoczenia. Marian zawsze była pedantyczna, ale podczas tych feralnych wakacji na prowincji jej obsesja na punkcie czystości zyskuje nieporównanie większy wymiar. I na puncie starszej pani kryjącej się w zachodnim skrzydle domu. Ben natomiast odkrywa w sobie jakiś pociąg do fizycznej przemocy. Zupełnie jakby coś wbrew niemu popychało go do agresywnych zachowań względem syna. A przynajmniej najpierw Davida, bo trudno oprzeć się skojarzeniom z „Amityville Horror” Jaya Ansona i jej filmową wersją w reżyserii Stuarta Rosenberga, która to historia swoje główne źródło może mieć właśnie w „Całopaleniu”. Lutzowie snując tę rzekomo autentyczną historię mogli inspirować się najbardziej znanym dziełem Roberta Marasco. Stephen King również, pisząc swoje „Lśnienie”. Tak więc bardzo możliwe, że te dwa późniejsze i popularniejsze dzieła pośrednio zawdzięczamy Robertowi Marasco. Grady Hendrix o tym również wspomina w swoim posłowiu do omawianej publikacji. Wracając jednak do rodziny Rolfe'ów. Rezydencja Allardyce'ów ma także widoczny wpływa na przebojową siedemdziesięcioczteroletnią ukochaną ciotkę Bena, Elizabeth. Jej największy lęk stopniowo się tutaj urzeczywistnia. Jedynie David zdaje się być odporny na moc tego miejsca. A mówiąc ściślej wygląda na to, że w tym przypadku żadne psychologiczne oddziaływanie nie zachodzi. Co nie znaczy, że jego życie nie jest zagrożone. Czego pierwszym twardym dowodem jest nieoczekiwane starcie w basenie z człowiekiem zachowującym się jakby coś go opętało. Ale już wcześniej, jeszcze podczas spotkania z rodzeństwem Allardyce'ów, pojawia się drobna sugestia zagrożenia czyhającego tutaj na Davida. Niby zwyczajny wypadek, a jednak daje do myślenia. Styl, w jakim spisano tę niebywale trzymającą w napięciu historię o przeklętym domostwie (gratulacje należą się też tłumaczowi, Bartoszowi Czartoryskiemu, wydanie Vesper 2020), mnie najmniejszego poczucie niedosytu nie pozostawił. Szczegółowe, plastyczne portrety tak miejsc i wydarzeń, jak postaci. Przede wszystkim postaci, bo „Całopalenie” nie jest tylko opowieścią o domostwie, w którym zachodzą nadzwyczajne zjawiska, ale również, jeśli nie przede wszystkim, horrorem psychologicznych. To, co najciekawsze częściej rozgrywa się wewnątrz, a rzadziej w otoczeniu nowojorczyków, którzy postanowili zasmakować prowincjonalnego życia, ale na bogato. Czarne chmury, jakie niewątpliwie zawisły nad tą czteroosobową rodziną zasnuwają też ich umysły, w które dostajemy bardzo szeroki i głęboki wgląd. Zwłaszcza jeśli chodzi o Marian i Bena, których dom najwyraźniej stara się postawić po przeciwnych stronach barykady. Skłócić i jak najbardziej od siebie odseparować. Ben i Marian są jak te marionetki sterowane przez demoniczną siłę, realizującą nie tak znowu ukryty plan, choć w latach 70-tych XX wieku zapewne inaczej się na to zapatrywano. A ciotka Elizabeth i jeszcze bardziej David poniekąd stają się zakładnikami w tej niezwyczajnej i przymuszonej wojnie małżeńskiej. Myślę jednak, że i bez domu Allardyce'ów związek ten wcześniej czy później zacząłby się rozpadać. Za duże różnice charakterów i co gorsza niemożność zdobycia się na jakiekolwiek ustępstwa przez Marian. Ona chce wszystko albo nic. Miała więc fart, że trafiła na tak uległego mężczyznę, jak Ben. Jego cierpliwość nie jest jednak bezkresna, w końcu musi się wyczerpać, a wtedy... Cóż, albo małżeństwo to z hukiem się skończy, albo Marian zdoła przeciwstawić się przeklętemu domowi, a więc i swoim własnym słabościom. Bo jeśli zabrać ową rezydencję to pozostaje nam starcie dwóch stron natury ludzkiej. Ścieranie się ciemnego i jasnego oblicza człowieka (zachodzące i w Marian, i w Benie), od którego może zależeć dalsze istnienie bądź nieistnienie całej rodziny Rolfe'ów na tym padole.

„Całopalenie” Roberta Marasco to powieść grozy, którą można rozpatrywać pod różnymi kątami. Ten nieżyjący już autor sprytnie zmieszał horror o zjawiskach nadprzyrodzonych z horrorem psychologicznym. Dość oryginalne spojrzenie na motyw przeklętego domu na kartach tej wyjątkowej publikacji trwa w swoistej symbiozie z psychozą, zgubną obsesją i nieodpartym pociągiem do agresji, włącznie z podświadomą skłonnością autodestrukcyjną. „Całopalenie” to według mnie pozycja obowiązkowa dla każdego – absolutnie każdego – miłośnika literatury grozy. Jeden z kamieni milowych gatunku. Jeden z cenniejszych horrorów w historii. Utwór, który miał niemały wpływ na rozwój tak literatury, jak filmu grozy. Nic tylko cieszyć się tą znakomitą opowieścią, której ząb czasu chyba nigdy nie zdoła nadszarpnąć. Dodatkowa zachęta: przepiękne (jak zwykle) wydanie Vesper w twardej oprawie i niestety niewieloma znakomitymi grafikami Macieja Kamudy, który chyba trochę z ekranizacji „Całopalenia” zaczerpnął...
 
Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz: