Stronki na blogu

wtorek, 5 października 2021

„Zło wcielone” (2021)

 

Lata 80-te XX wieku. Świeżo upieczony profiler, agent specjalny Bill Hagmaier, zgłasza się na ochotnika do przeprowadzenia rozmów z przebywającym w celi śmierci na Florydzie seryjnym mordercą Tedem Bundym. Głównym celem agentów jest pozyskanie informacji na temat jego ofiar, ale przełożony Hagmaiera wątpi, żeby udało się przekonać Bundy'ego do kontaktów z pracownikiem znienawidzonego przez niego Federalnego Biura Śledczego. Bill uważa jednak, że warto spróbować. Nawiązuje z zabójcą korespondencję listowną i nieoczekiwanie uzyskuje od niego zgodę na spotkanie w cztery oczy. Z czasem pomiędzy mężczyznami narodzi się skomplikowana relacja.

Ja i film z Tedem Bundym? To dziwny związek” - pierwsza myśl brytyjsko-amerykańskiej aktorki, reżyserki, scenarzystki i producentki filmowej, twórczyni między innymi „How to Cheat” (2011) i „No Light and No Land Anywhere” (2016), Amber Sealey, po przekazaniu jej – przez jej agenta – materiałów na kolejny film o jednym z najbardziej znanych seryjnych morderców. Scenariusz stworzono w oparciu o nagrania i transkrypcje z bazy FBI oraz wspomnienia agenta specjalnego Billa Hagmaiera, który w latach 80-tych XX wieku przeprowadził serię rozmów z przebywającym w celi śmierci na Florydzie, niesławnym Theodore'em Robertem Bundym. Jego autorem jest Kit Lesser - pseudonim C. Roberta Cargilla, współscenarzysty między innymi „Sinister” Scotta Derricksona i „Sinister 2” Ciarána Foya. To pierwszy solowy scenariusz Cargilla, który już przy pierwszej lekturze przekonał Amber Sealey do zajęcia się nim od strony reżyserskiej. „Jak siedzieć tak blisko zła i pozostać dobrym człowiekiem?”, to przede wszystkim zaintrygowało ją w tej historii. Autentycznej historii człowieka, który autentycznie ją zafascynował: Billa Hagmaiera, emerytowanego już agenta FBI, światowej sławy profilera, który dostarczył filmowcom wielu cennych materiałów do „No Man of God” (pol. „Zło wcielone”). Dramatu psychologicznego z elementami thrillera zrealizowanego podczas lockdownu tłumaczonego pandemią COVID-19. Pierwszy pokaz filmu odbył się w czerwcu 2021 roku na Tribeca Film Festival, a w sierpniu tego samego roku otwarto dystrybucję internetową. Do Polski „Zło wcielone” trafiło w październiku 2021 roku: CDA Premium.

Podły, okrutny, zły” i miniserial dokumentalny „Rozmowy z mordercą: Taśmy Teda Bundy'ego” Joego Berlingera, „Ted Bundy: American Boogeyman” Daniela Farrandsa i oczywiście „Zło wcielone” Amber Sealey – a to tylko przykłady z ostatnich lat. Właściwie to takiej obfitości filmów o Tedzie Bundym (w tak krótkim okresie) jeszcze nie było. Skąd to wzmożone zainteresowanie w branży filmowej tym seryjnym mordercą, który został stracony w 1989 roku? Nie mam pojęcia. Ważniejsze pytanie to czy z tak wyeksploatowanego tematu da się jeszcze wydobyć jakieś „atrakcje” dla widza? Zaciekawić tą wielokrotnie wałkowaną już na ekranie (nie wspominając o literaturze) historią? „Zło wcielone” w reżyserii Amber Sealey niewątpliwie odróżnia się od poprzednich – przynajmniej tych znanych mi – produkcji o „jednym z największych celebrytów” wśród seryjnych zabójców. Jeśli nie największym. Od strony technicznej to dość ambitne przedsięwzięcie pod kierownictwem Amber Sealey, przypominało mi fenomenalny „Spotlight” Toma McCarthy'ego. Ładunek emocjonalny w moim poczuciu mniejszy, ale naga ekspozycja podobna. Oszczędne, minimalistyczne środki. Kameralny światek, w którym toczą się ważkie rozmowy. Cała intryga u Sealey zasadza się na interakcjach międzyludzkich. Zwłaszcza na tej jednej, na tej, która rozpoczęła oszałamiającą karierę w Federalnym Biurze Śledczym. Nie wiadomo, jak potoczyłoby się życie zawodowe agenta specjalnego, profilera Billa Hagmaiera, gdyby nie zajmował się przypadkiem Teda Bundy'ego. Gdyby ich ścieżki nigdy się nie przecięły. Nie można wykluczyć, że tak czy inaczej Hagmaier był skazany na sukces, że i bez Bundy'ego stałby się jednym z najbardziej znanych profilerów na świecie. Ale Bundy na pewno mu ułatwił. Niejeden osadzony z kręgu zainteresowania FBI był gotów rozmawiać tylko z nim, człowiekiem, który cieszył się szczególnymi względami samego Teda Bundy'ego. Bo Ted Bundy prawdopodobnie ze wszystkich ludzi na świecie, ze wszystkich grup społecznych, zawodowych, najbardziej nienawidził właśnie agentów Federalnego Biura Śledczego. W scenariuszu „Zła wcielonego” bynajmniej nie pominięto tej jego, w sumie zrozumiałej, awersji. W końcu ci ludzie stali „po drugiej stronie barykady”. Policjanci także, a jednak im było łatwiej namówić go na rozmowę w dość długim okresie spędzonym w celi śmierci na Florydzie. Amber Sealey i jej ekipa przenoszą nas do lat 80-tych XX wieku. Klimat retro jest, ale stylizacji na obraz powstały w tamtej dekadzie (jak choćby w „Grindhouse'ach” Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza), to tutaj nie zobaczymy. Chociaż nie, niekoniecznie. Od czasu do czasu, z rzadka, wkraczają wybornie zmontowane kolaże z fragmentami różnych nagrań pochodzących z tamtego okresu. Niektóre z nich może i odpowiednio wystylizowano, ale choćby ze słów samej Amber Sealey, wynika, że przynajmniej jakaś ich cześć „została wyjęta z archiwum”. Trzeba jeszcze dodać, że te konkretne wycieczki w przeszłość, te pięknie posklejane przerywniki, poprzetykano już jawnie, ponad wszelką wątpliwość, stworzonymi specjalnie na potrzeby tego obrazu sugestywnymi, całkiem mrocznymi wstawkami „przedzieramy się przez ciemny las” - „Blair Witch Project”:) Właściwa ścieżka fabularna biegnie przez umiarkowanie „posępną okolicę”. Monotonny „krajobraz”, w którym dominują przygaszone, metaliczne kolory. W żywszych, cieplejszych barwach odmalowano natomiast rzadkie scenki z Billem Hagmaierem za kierownicą samochodu. W każdym razie w tych miejscach zmiana tonacji kolorystycznej najmocniej rzucała mi się w oczy. Najsilniejszy kontrast, który poza wszystkim innym ciekawie koresponduje – ładnie się gryzie – z niepokojącymi sygnałami wysyłanymi do widza w tych pławiących się w słońcu „samochodowych perypetiach” głównego bohatera „Zła wcielonego”.

W takich filmach, jak „Rozmowa z gwiazdą” Steve'a Buscemiego, „Śmierć i dziewczyna” oraz „Wenus w futrze” Romana Polańskiego i wreszcie „Spotlight” Toma McCarthy'ego, właściwie wszystko zależy od aktorów. W takich filmach jak „Zło wcielone” Amber Sealey praktycznie cały ciężar spoczywa na barkach członków obsady. Przy tak opowiadanych historiach nawet najdrobniejsze zgrzyty, warsztatowe niedociągnięcia aktorów, mogą pogrążyć całość w oczach znacznej części widzów. Bo przy tak podanych historiach oko jest bardziej niż zwykle wyczulone na fałszywe nuty w mowie, gestach i mimice występujących na tych skromnych... deskach teatru. Bo to istotnie nasuwa silne skojarzenia ze spektaklami teatralnymi. Mnie na pewno. Już sam skrótowy opis fabuły „Zła wcielonego” wskazuje na spektakl dwóch aktorów. Jak chociażby w „Rozmowie z gwiazdą”. Ale nie. Nie do końca tak jest. Choć oczywiście skomplikowana relacja agenta FBI z seryjnym mordercą przebywającym w celi śmierci, jest głównym, integralnym, fundamentalnym składnikiem tej na swój sposób fascynującej historii. Opowieści, którą napisało życie. W każdym razie tę część, która się nagrała – taśmy zgromadzone przez w tamtym czasie nowy narybek Jednostki Nauk Behawioralnych FBI, agenta specjalnego Billa Hagmaiera, bo cała reszta opiera się na zeznaniach świadków, zwłaszcza samego Billa. Nie żebym zarzucała komuś kłamstwa. Chcę przez to powiedzieć tylko tyle, że co nieco trzeba (albo nie, to już zależy od widza) po prostu wziąć na wiarę. Zaufać emerytowanemu już agentowi specjalnemu. W którego w wyśmienitym stylu wcielił się Elijah Wood. Rola Teda Bundy'ego została natomiast powierzona Luke'owi Kirby'emu, który na początku odrzucił tę propozycję. Ale Amber Sealey nie chciała odpuścić. Tak się złożyło, że spotkali się w parku (stali metr-dwa metry od siebie, bo COVID) i wtedy udało jej się przekonać Kirby'ego do odegrania zła wcielonego. Jego kreacji Teda wprawdzie niczego zarzucić nie mogę – bezbłędny występ – ale pomimo uporczywych starań, nie potrafiłam zahamować napływu wspomnień Zaca Efrona, który, uważam, po mistrzowsku odegrał strasznego Teda w „Podłym, okrutnym, złym” Joego Berlingera. Gdybym tego nie widziała, to pewnie byłabym zachwycona aktorskim popisem Luke'a Kirby'ego, ale w takim układzie... Dobra robota, jednak to starcie Tedów u mnie wygrywa pan Efron. Pozostali aktorzy też stanęli na wysokości zadania – tutaj trzeba wyróżnić Aleksę Palladino, której po Woodzie i Kirbym dostało się największe pole do popisu. W tym zakładzie karnym, w którym toczą się ważne rozmowy. Najważniejsze to zmusić podręcznikowego psychopatę do podania nazwisk wszystkich jego ofiar i wskazania miejsc, w których porzucił zwłoki tych, których jeszcze nie odnaleziono. To główny cel agenta specjalnego Billa Hagmaiera. Cele jego interlokutora są zaś bardziej ukryte. Może szuka rozrywki, może przyjaciela, czy raczej kolejnej osoby (takiej „drugiej Ann Rule”, autorki kultowej książki true crime „Ted Bundy. Bestia obok mnie”, którą też wspomniano w scenariuszu „Zła wcielonego”), która zawsze go wysłucha, co już niekoniecznie będzie równie dobrze działało w drugą stronę. Najbardziej prawdopodobne wydaje się jednak to, że Ted Bundy, jak to on, szuka okazji do popisania się swoimi „wielkimi zdolnościami”. Zaimponować młodemu agentowi FBI w bliskiej mu dziedzinie. Udowodnić mu, że jest lepszym profilerem od niego. Billowi, ale i samemu sobie, bo Amber Sealey dołożyła starań, by widz odbierał Teda jako jednostkę niepewną siebie, chorobliwie wręcz łaknącą uwagi, usilnie szukającą poklasku. Reżyserka „Zła wcielonego” jest zdania, że Ted Bundy tylko udawał pewnego siebie, a rozmowy z agentem Billem Hegamaierem niewątpliwie podbudowywały jego poczucie własnej wartości. Pieściły jego ego, ale z filmu Sealey wynika także, że Bundy mógł czerpać z tej „przyjaźni” też inną korzyść. Że dodatkową podnietę czerpał z popychania „grzecznego chłopca” ku przepaści. Profiler i badany zamienili się miejscami i to już przy pierwszym spotkaniu w cztery oczy. Wygląda na to, że w tej rozciągniętej na lata partii szachów prowadzi „czaruś Ted”. Wodzi na pokuszenie niedoświadczonego agenta FBI. Uparcie wiedzie go w kierunku, który sam niegdyś obrał. Próbuje rozbudzić w nim instynkt mordercy. Nieodpartą potrzebą zabijania niewinnych. Interesująca, doskonale przemyślana praca kamer – przeróżne proste, acz jakże efektowne triki operatorskie, jak na przykład oblicze Teda w oku uformowanym z ramienia Billa. Budząca dyskomfort, uwierająca, nieprzyjemna intymność, którą zawdzięczamy także ciasnym, klaustrofobicznym, dusznym pomieszczeniom (oczywiście ze wskazaniem na mały pokój widzeń/salę przesłuchań), w których Bill spotyka się z Tedem. Intensywna próba sił. UWAGA SPOILER Która miała nam pokazać między innymi jak dobrym profilerem był Bill Hagmaier. Twórcom zależało byśmy, tak jak Ted, trwali w tym dziwnych związku w poczuciu, że biedny Bill jest okrutnie manipulowany przez nadzwyczaj przebiegłego seryjnego mordercę, gdy tak naprawdę jest na odwrót KONIEC SPOILERA. W moim odbiorze co prawda wkradała się w to jakaś monotonia, czasami dopadało mnie lekkie znużenie tymi rozmówki niekoniecznie o niczym, ale nawet wtedy ani myślałam odrywać oczu od ekranu. Tak mnie to wciągnęło. I jeszcze te wstrząsy. Dwa momenty, w których dosłownie ścisnęło mi krtań – gdy Ted wywiązuje się z obietnicy danej lata wcześniej Billowi (pod warunkiem, że mu zaufa) i gdy Bill odpowiada mu na pytanie pewnie retoryczne: dlaczego dano mu tak mało czasu? Dlaczego tak podle, tak bezdusznie go potraktowano? O ty nieszczęsny Tedzie...

Kolejne podejście do historii charyzmatycznego seryjnego mordercy Teda Bundy'ego, dramat psychologiczny z elementami dreszczowca pt. „No Man of God” (pol. „Zło wcielone”) wyreżyserowany przez Amber Sealey, w sumie pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałam się „odgrzewania nieświeżego kotleta”, co najwyżej średnio emocjonującego powtórzenia materiału o życiu i śmierci strasznego Teda. I niecodziennej relacji z agentem, który potem stanie się jednym z najbardziej znanych profilerów na świecie. To przede wszystkim. O tym związku dwóch mężczyzn z zupełnie innych bajek (czyżby?) przede wszystkim opowiada to pięknie zrealizowane dziełko. Mniej znaczy więcej. Kameralność jest dobra. Nie zawsze, bo to dość kapryśna siła, ale ekipie „Zła wcielonego” w mojej ocenie udało się nad nią zapanować. Smakowało nadspodziewanie dobrze. Tylko dobrze. Nie mylić z bardzo dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz