Stronki na blogu

piątek, 7 stycznia 2022

Anne Mette Hancock „Pitbul”

 

Dziennikarka z Kopenhagi Heloise Kaldan w ramach wolontariatu hospicyjnego spędza czas z umierającym na raka starszym mężczyzną, Janem Fischhofem, z którym zdążyła się zaprzyjaźnić. Pewnego dnia mężczyzna daje jej do zrozumienia, że w jego przeszłości są jakieś wyjątkowo ciemne karty, że ma na sumieniu coś, z czego przed śmiercią chciałby się rozliczyć. Jego nieskładne wyznanie naprowadza Heloise na sprawę z lat 90-tych XX wieku: śmierć mężczyzny w Jutlandii Południowej zaklasyfikowaną jako wypadek. Chcąc pomóc swojemu podopiecznemu dziennikarka wyrusza do małego miasteczka Gråsten, gdzie szybko nabiera podejrzeń, że domniemany wypadek sprzed lat, który przywiódł ją w te strony ma jakiś związek z tajemniczymi zaginięciami młodych kobiet w zbliżonym okresie.

Zacznę od dobrej wiadomości: to nie koniec mrocznych przygód dziennikarki Heloise Kaldan i starszego aspiranta Erika Schäfera! Na 2022 rok zapowiedziano światową premierę czwartej odsłony przebojowej duńskiej serii kryminalnej autorstwa Anne Mette Hancock - autorki roku 2018 według targów książki BogForum - która ma nosić tytuł „Martyr”. Najpierw było nagrodzone przez Duńską Akademię Kryminalną „Ostrze”, potem nominowane do Martha-prisen „Cięcie”, a w 2020 roku (w Polsce w 2021) pojawił się „Pitbul” (oryg. „Pitbull”), który był nominowany do Nagrody Publiczności na Krimimessen Horsens. Tym razem Hancock część akcji umieściła w miasteczku, w którym się wychowała - Gråsten w Jutlandii Południowej - ponieważ, jak zdradziła, wiele emocji, które oddaje w swoich książkach łączy się z jakimiś koszmarnymi chwilami z jej dzieciństwa. Stresujące sytuacje doskonale znane niejednemu dziecku: przekonanie, że z ciemności może nagle wyłonić się coś strasznego i że w którymś z wolno sunących obok ciebie samochodów siedzi człowiek, który za chwilę zaoferuje ci słodycze. Rozproszony niepokój, ostrożność w kontaktach z obcymi ludźmi, w pełni uzasadniona w tym niebezpiecznym przecież świecie, w którym wszyscy żyjemy – fundamenty pod tę postawę w przypadku Hancock (i z całą pewnością nie tylko jej) położyły się, gdy była jeszcze dzieckiem, a że tak się złożyło, iż pierwsze lata swojego życia spędziła w Jutlandii Południowej, w myślach zwykle identyfikuje to właśnie z tym regionem. Co bardziej niewygodne emocje, które stara się zasiać w swoich czytelnikach.

Trzecią odsłonę powieściowego cyklu kryminalnego z dziennikarką Heloise Kaldan i starszym aspirantem Erikiem Schäferem – w Polsce seria funkcjonuje pod nazwą „Mroki Kopenhagi” (edycja wydawnictwa Mova, pierwsza w języku polskim) – stawiam na równi z częścią pierwszą. Moją ulubienicą pod tym szyldem pozostaje dwójka. Nie ukrywam, że z powodu, nazwijmy to zamieszania, jakie na tym drugim odcinku miejmy nadzieję długiej drogi dziennikarki i policjanta ze stolicy Danii, wkrada się w wewnętrzną sferę tej pierwszej. W „Pitbulu” wraca Kaldan, którą znamy z „Ostrza”. Choć może niezupełnie, bo istnieją przesłanki ku temu, że z kryzysu naświetlonego w „Cięciu” na jednym poziomie wyszła silniejsza - w myśl zasady: co cię nie zabije, to cię wzmocni – a na innym przypuszczalnie opuściła gardę. Cynizm, nieufny stosunek do ludzi, zamykanie się na innych, do pewnego stopnia także najbliższych przyjaciół: to wszystko Heloise najwidoczniej zostawiła już za sobą. Niektórzy zapewne uznają to za dobrą kartę. Widome oznaki, że jej życie powoli wraca na właściwy tor. Że teraz łatwiej będzie jej odnaleźć szczęście. Myślę jednak, że będą również i tacy wierni towarzysze tej nieustępliwej dziennikarki, którzy potraktują to jako coś w rodzaju zrzucenia ochronnego pancerza. Dojdą do wniosku, że Kaldan stała się mniej ostrożna, a tym samym bardziej narażona na ataki z zewnątrz. Ze strony innych ludzi. Jedna z najbliższych jej osób, śledczy z kopenhaskiego wydziału zabójstw, Erik Schäfer, któremu nawiasem mówiąc w „Pitbulu” dostała się dużo mniejsza rola niż Heloise (mniej miejsca niż we wcześniejszych tomach niniejszego cyklu), niewątpliwie jest zdania, że kobieta zanadto zaangażowała się w relację z bądź co bądź obcym i na dodatek umierającym człowiekiem. Starszym mężczyzną Janem Fischhofem, z którym Kaldan spotyka się w ramach wolontariatu hospicyjnego. Dziennikarka zaangażowała się w to na pewno godne pochwały, bardzo potrzebne przedsięwzięcie z polecenia żony Erika, od dawna towarzyszącej starszym i/lub schorowanym ludziom na ostatnim odcinku ich życiowej drogi. Ludziom, którym towarzystwo, konieczną opiekę, wsparcie u schyłku życia zapewniają już tylko wolontariusze. Ich bliscy albo odeszli już z tego świata, albo nie mają zamiaru „marnować swojego cennego czasu” na osoby, które jedną nogą są już po tamtej stronie. Niektórzy pewnie tłumaczą sobie to chronicznym brakiem czasu, ale znając życie, zapewne nie brakuje też i takich, którzy mają solidniejsze powody, by unikać kontaktu ze swoimi umierającymi krewnymi. Lepsze usprawiedliwienie dla porzucenia swoich rodziców, dziadków, przyjaciół i tak dalej. Skazania ich na samotne umieranie. Nie wszystkich, bo do niektórych pomocną dłoń wyciągają zupełnie obcy ludzie. Ludzie, którzy nieodpłatnie, z czystej dobroci serca, poświęcają im uwagę. Dbają o ich potrzeby, zapewniają im opiekę i, chyba najbardziej pożądane przed majestatem Śmierci, towarzystwo. Bo ponoć nikt nie chce umierać samotnie – tak w każdym razie się mówi. Współcześni dobrzy Samarytanie. Altruiści, czyli znikające dobrodziejstwo tego świata. I to w zastraszającym tempie. Egoizm i materializm: to jest modne w czasach obecnych. Tym się szpanuje. Ci, którzy bezinteresownie pomagają innym to ludzie słabi, godni politowania lub pogardy, nadwrażliwi, kierujący się emocjami miast rozumem. Nie zliczę, ile razy to słyszałam/widziałam i widać Anne Mette Hancock też jest świadoma tej... zmiany definicji człowieczeństwa? Nie wiem, jak to nazwać, ale tak jak autorka „Pitbula” (nazwijcie mnie nadwrażliwcem) nie mam wątpliwości, że trzeba więcej, dużo więcej, mówić/pisać, po prostu nagłaśniać wszelkie inicjatywy ukierunkowane na bezinteresowną pomoc bliźniemu. Główna bohaterka „Pitbula”, Heloise Kaldan, taki miała plan – stworzyć przynajmniej jeden, ale za to bardzo rzetelny (z pierwszej ręki, z własnego doświadczenia) artykuł dla „Demokratisk Dagblad”, gazety z siedzibą w Kopenhadze, dla której od lat pracuje. Pojawił się jednak jeden „mały” problem. Otóż, dziennikarka tak bardzo zbliżyła się do swojego podopiecznego, że w końcu uznała, że to byłoby nie w porządku. Że opisanie swojej relacji z Janem Fischhofem, a przynajmniej opublikowanie jej jeszcze za jego życia, czego domaga się jej nowy przełożony, byłoby czymś w rodzaju żerowanie na jego krzywdzie, że zawiodłaby jego zaufanie. Kaldan podejmuje więc decyzję, która może zakończyć jej karierę w „Demokratisk Dagblad”: zamiast spełnić polecenie redaktora naczelnego, bierze urlop i udaje się do Jutlandii Południowej z silnym postanowieniem rozwikłania mrocznych tajemnic swojego podopiecznego. Zajęcia się sprawą, która dręczy Jana Fischhofa.

Granice tego, co uznajemy za bestialskie czy perwersyjne, znacznie się przesunęły w ostatnich latach.”

Od razu zaznaczę - pewnie przedwcześnie, ale co tam - że intryga przedstawiona na kartach „Pitbula” Anne Mette Hancock zmierza do mocno zaskakującego finału. A przynajmniej mnie dosłownie wbiło... nie, nie w fotel tylko w łóżko, bo akurat grzecznie leżałam pod kołderką:) Zaczyna się od niepokojącego wyznania Jana Fischhofa, które dość szybko prowadzi Heloise Kaldan do sprawy z lat 90-tych XX wieku. Śmierć mężczyzny w Jutlandii Południowej. Policja uznała to za wypadek, wykluczyła udział osób trzecich, ale, jak można się tego spodziewać, doświadczona dziennikarka z Kopenhagi dokona odkryć, które postawią pod dużym znakiem zapytania wersję przyjętą przez policję. A że na posterunku w mieście sąsiadującym z Gråsten, niewielkiej mieścinie, w której Heloise spróbuje pozyskać więcej informacji na temat wypadku, o którym jak jej się wydaje mówił jej śmiertelnie chory przyjaciel, pracuje przynajmniej jeden podejrzany glina... Tak, trudno się dziwić, że Kaldan ma mocno ograniczone zaufanie do wyników oficjalnego śledztwa w interesującej ją sprawie. To znaczy w sprawie, która przywiodła ją do Jutlandii Południowej, bo Heloise nie będzie potrzebowała dużo czasu, by dokopać się do kolejnych spraw, które mogły zostać zamiecione pod dywan przez skorumpowanych mundurowych. Czytelnik wcześniej od Kaldan może wyrobić sobie takie zdanie na temat jednego czynnego policjanta – autorka wcześniej ujawnia, że człowiek ten współpracuje z lokalną grupą przestępczą. Mafią, której macki w sumie mogą sięgać daleko poza Jutlandię Południową, czy nawet Danię. Tak czy inaczej, Hancock właściwie nie pozostawia nam wątpliwości, że to zorganizowana grupa przestępcza, która trzęsie całym tym regionem. Taki nieformalny samorząd, którego władza opiera się na strachu. Najwyraźniej boją się ich nawet mundurowi, a cóż dopiero zwykli szarzy, nieuzbrojeni obywatele... Ale wracając do spraw, które wypływają w toku śledztwa Heloise Kaldan. Chodzi o zagadkowe zaginięcia młodych kobiet, do których doszło w tych stronach w okresie zbliżonym do tragicznej śmierci mężczyzny, na którą naprowadził ją Jan Fischhof. Sporo tego, co? A będzie jeszcze więcej. Intryga, jak to w świecie Heloise i Erika, stopniowo będzie się komplikować. Nieubłaganie, niemiłosiernie, wspaniale. Odbiorcy wcześniejszych tomów serii prawdopodobnie będą się spodziewać także wycieczek na grunt obyczajowy. Swoją drogą można czytać nie po kolei, tj. nie widzę niebezpieczeństwa pogubienia się w świecie Kaldan i Schäfera przy niechronologicznym wyborze ich doświadczeń osobistych (sfera prywatna) i zawodowych. Erik Schäfer, jak już wspomniałam, w „Pitbulu” ustępuje pola swojej młodszej przyjaciółce, którą właściwie bardziej traktuje jak córkę. Od czasu do czasu wprawdzie wkracza na „tę scenę”, co prawda odgrywa ważną rolę w śledztwie wdrożonym przez swoją upartą „podopieczną”, ale najczęściej „pałeczkę” będzie trzymać Kaldan. Sceny z dnia codziennego Schäfera: wciąż szczęśliwe, choć naznaczone drobnymi wątpliwościami pożycie małżeńskie, spotkania z inną zaufaną kobietą, starą znajomą, która ku jego ogromnemu niezadowoleniu przeszła do sektora prywatnego (wcześniej pracowała wyłącznie w organach ścigania, a teraz już tylko od czasu do czasu przyjmuje zlecenia od swoich kolegów i koleżanek policjantów i policjantek) i co najistotniejsze obawy, że traci instynkt, że nie jest już tak dobrym policjantem, jak wcześniej. Inaczej rzecz ujmując: Schäfer boi się, że jego czas w policji dobiega końca, że umysł już nie ten, że wiek robi swoje. Zaczęło się – wypełza powolutku straszna wizja emerytury. Już niedługo Erik może zostać zmuszony do rozważenia tej opcji, której on z całą pewnością wolałby nigdy nie brać pod uwagę. Tymczasem w życiu Heloise pojawi się nowa-stara miłość. Los wreszcie się do niej uśmiechnie. Nareszcie idzie ku lepszemu. Zawirowania w życiu Schäfera to nic w porównaniu do tego, co obserwujemy u jego przyjaciółki. Jeśli czytaliście „Cięcie”, to zapewne te „miłosne podchody” potraktujecie jako niezaprzeczalny dowód na to, że sposób myślenia, pragnienia, priorytety tej postaci uległy zmianie. Nasza Heloise nie chce już samotnie kroczyć przez życie. W tym zdradzieckim, okrutnym, bezlitośnie cuchnącym świecie dobrze mieć stałego, zaufanego towarzysza. Wniosek ten mogła wyciągnąć ze swojej krótkiej znajomości z Janem Fischhofem. Człowiekiem, który ma swoje sekrety, człowiekiem, co do którego Heloise, wbrew sobie, zacznie żywić poważne podejrzenia, w którego dobroć, przyzwoitość zwątpi w trakcie swojego najnowszego dochodzenia. Jak zwykle trzymającego w napięciu, wytrwałego gonienia za prawdą, która prawie na pewno zaboli. I ją, i nas. Bo Anne Mette Hancock zdążyła już chyba udowodnić, że nie pociąga jej lukrowanie rzeczywistości. Owszem, zbrodnie, z którymi konfrontuje nas w tym cyklu, zasadniczo zrodziła jej wyobraźnia, ale czy autorka idzie za daleko w tym okrucieństwie? Demonizuje? Przegina z tą ciemną stroną ludzkiej natury? To znaczy: czarne charaktery... z tej ziemi. Dla mnie to jest właśnie twardy realizm. A właściwie zaledwie ułamek, maleńka próbka tego, co na świecie się wyprawia. Człowiek człowiekowi potworem.

Anne Mette Hancock nadal w formie. Tak, tak, ze wszystkich dotychczasowych doświadczeń z dziennikarką Heloise Kaldan i starszym aspirantem Erikiem Schäferem z Kopenhagi, postaciami stworzonymi na potrzeby tej powieściowej serii kryminalnej, najlepiej wspominam nasze drugie spotkanie („Cięcie”). Ale przy pierwszym kontakcie („Ostrze”) też nie było niemiło. To znaczy było, bo od tego rodzaju prozy raczej nie oczekuje się istnej sielanki. „Pitbul” w moich oczach sięga poziomu jedynki. I to wyłącznie kwestia gustu, osobistych preferencji, czy jak kto woli zboczeń:) Żadne tam warsztatowe uchybienia czy inne „dyrdymały”. A przynajmniej ja takowych nie odnotowałam. Tak czy owak, znowu bardzo dobry występ moich przyjaciół z Kopenhagi, kolejny popis duńskiej powieściopisarki Anne Mette Hancock. Która w tym świecie przedstawionym nie napisała jeszcze ostatniego słowa. Hip, hip, hurra!

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz