Stronki na blogu

sobota, 2 lipca 2022

Elizabeth Engstrom „Czarna ambrozja”

 

Po śmierci matki piętnastoletnia Angelina Watson rozpoczyna podróż po Stanach Zjednoczonych. Sypia w podrzędnych motelach albo pod gołym niebem, ima się różnych dorywczych prac, a przemieszcza głównie autostopem. Wszystko przebiega w miarę gładko, do czasu brzemiennego w skutkach spotkania z dwoma nieznajomymi mężczyznami. Angelina wychodzi cało z tej niespodziewanej konfrontacji, ale choć jeszcze sobie tego nie uświadamia, nie jest już taka, jak przedtem. Dziewczyna dokłada starań, by dopasować się do reszty społeczeństwa, żyć jak inni, ale nie może oprzeć się zgubnemu zewowi nocy. I tajemniczej obecności tkwiącej głęboko w jej wnętrzu, która chce, żeby bez oporów korzystała ze swoich nowo odkrytych mrocznych zdolności. Chce, by zaspokajała apetyt na ludzką krew.

Elizabeth Engstrom to jeden z pseudonimów artystycznych (drugi to Liz Cratty) amerykańskiej pisarki Bette Lynn 'Betsy' Gutzmer urodzonej w mieście Elmhurst w stanie Illinois. Na Marylhurst University uzyskała tytuł licencjata z literatury angielskiej ze specjalizacją w kreatywnym pisaniu oraz magistra teologii stosowanej i certyfikat posługi i opieki duszpasterskiej. Wcześniej mieszkała i studiowała na Hawajach. Najpierw pracowała jako copywriterka reklamowa, a potem wraz ze swoim partnerem biznesowym założyła własna agencję. W 1986 roku przeprowadziła się do Oregonu, wcześniej sprzedając swoje udziały w firmie jej drugiemu założycielowi. Rok wcześniej ukazała się jej pierwsza książka składająca się z dwóch powiązanych ze sobą krótszych opowieści grozy pt. „When Darkness Loves Us” (pierwsze polskie wydanie, pt. „Kiedy ciemność nas kocha”, w przygotowaniu wydawnictwa Vesper), w czym dopomógł mentor Elizabeth Engstrom, nieżyjący już amerykański pisarz specjalizujący się w fantastyce, Theodore Sturgeon. Następna była „Czarna ambrozja” („Black Ambrosia”) - światowa premiera przypadła na rok 1988 – horror wampiryczny, który, gdyby to zależało od ówczesnego agenta Engstrom, zapewne nigdy nie ujrzałby światła dziennego. Prawa do sfilmowania zarówno „Czarnej ambrozji”, jak „When Darkness Loves Us” zostały sprzedane firmie Light in the Dark Productions, ale jak na razie jedynym utworem Engstrom przeniesionym na ekran jest powieść „Candyland” z 2012 roku (film: „Candiland”, reżyseria i scenariusz Rusty Nixon, światowa premiera 2016 rok). Część wpływów ze sprzedaży swoich książek Engstrom przekazuje Melanoma Research Foundation, prowadzi też seminaria pisarskie, choć z natury jest introwertyczką.

Na pierwsze polskie wydanie „Czarnej ambrozji” trzeba było czekać aż do roku 2022. Mało tego: to debiutancki pokaz pióra Elizabeth Engstrom w Polsce. W 2019 roku wydawnictwo Valancourt Books wypuściło któreś już z kolei anglojęzyczne wydanie debiutanckiej powieści pisarki najszerzej znanej jako Elizabeth Engstrom. Wznowienie z posłowiem Grady'ego Hendrixa, autora między innymi powieści „Horrorstör”, „Poradnik zabójców wampirów klubu książki z południa” i „Finals Girls. Ostatnie ocalałe”, poza wszystkim innym zawierającym wypowiedzi samej Engstrom. Valancourt Books wykorzystało okładkę zaprojektowaną przez Boba Eggletona dla pierwotnego wydania „Black Ambrosia” - wydawnictwo Tor, 1988. To samo zrobiło wydawnictwo Vesper (okładkę dostosował Jan Wojciechowski, który też zilustrował książkę), które wciągnęło Elizabeth Engstrom już na całkiem obszerną listę „swoich” autorek i autorów. Edycja w twardej oprawie w tłumaczeniu Lesława Halińskiego z cennym dodatkiem znawcy gatunku, Grady'ego Hendrixa. Wampiryczna powieść egzystencjalna. Horror drogi. Narracja pierwszoosobowa, w większości z punktu widzenia młodej niebohaterki Angeliny Watson. Każdy rozdział kończy zwykle dużo krótsza wypowiedź jakiejś innej postaci – z przewagą łowcy Boyda Turnera, który w dalszej partii książki zacznie „przejmować pałeczkę” też wcześniej – co, naturalnie, daje nam szerszy ogląd sytuacji. Przypomina, że nasza przewodniczka po tym świecie przedstawionym nie zasługuje na ułaskawienie. Mówię o tym, ponieważ autorka „Czarnej ambrozji” wyraźnie zabiegała o współczucie dla swojego potwora. Najprawdziwszej wampirzycy. Albo nie. Życiowa podróż Angeliny rozpoczyna się w Pensylwanii, u boku rodziców, którzy nie planowali dziecka. Nie w tym wieku. Ojciec Angeliny zmarł parę lat po jej niespodziewanych narodzinach, a matka jakiś czas potem weszła w kolejny związek. Angelina nie miała powodów do narzekań na nowego partnera swojej rodzicielki. Troskliwy, sympatyczny, nie najgorzej zarabiający mężczyzna. Mimo to po śmierci matki piętnastoletnia wówczas Angelina, uznała, że najwyższy czas odejść. Usamodzielnić się. Zobaczyć kawałek świata i jeśli szczęście dopisze odnaleźć siebie. Ojczym nie starał się jej w tym przeszkodzić – pewnie nie miałby nic przeciwko, gdyby z nim została, ale też nie usiłował odwieść jej od tego szalonego planu. Samotna tułaczka po Stanach Zjednoczonych w tak młodym wieku... To nie wróży dobrze. Niekoniecznie jednak dla Angeliny. Dziewczyna zdumiewająco długo unika poważniejszych kłopotów. Nic co dobre, nie trwa jednak wiecznie. Nie w świecie ludzi. Makabryczny koniec wieku niewinności, a potem czas niepewności. Nowe otwarcie, nowe życie. Stabilizacja. Miłość, jaką zapewne nie pogardziłaby duża część globalnej populacji. Tak wielu marzy o tym, co Angelinie zostało ot tak dane. Kochający mężczyzna, który bez słowa skargi, wręcz z najwyższą ochotą, utrzymuje ich obojga. Dla Angeliny ta „zabawa w dom” okazuje się jednak nader rozczarowująca. To nie dla niej. Nie dla takiego nocnego stworzenia, jakim niewątpliwie jest (jakim urodziła się?) ta młoda, straszliwie pogubiona kobieta. Potencjalna wampirzyca. Potencjalna jednostka chorobowa. Angelina raz po raz toczy wewnętrzną walkę z jakąś nadzwyczajną istotą, mocą, która zagnieździła się w jej duszy (potworna Ona) albo samą sobą. Swoim mrocznym alter ego. Ciemna i jasna strona mocy walczy o tron w tym drobnym, ale jakże silnym ciele. Silnym, jednak coraz bardziej niezdrowym ciele, w którym tkwi jeszcze bardziej niezdrowy duch. Skażony czarną ambrozją. Każdą bitwę wygrywa przeklęta Ona. Ta druga Ona nie może albo nie chce wiecznie zagłuszać tej magicznej muzyki, tego nęcącą głosu, tego dla niej najapetyczniejszego ze znanych zapachów. Zapachu pokarmu nie-bogów. Sensoryczna historia (nie)ludzkiej przemocy. Zmysłowa i makabryczna. To ten rodzaj erotyzmu, który można znaleźć choćby w „Draculi” Brama Stokera i „Carmilli” Josepha Sheridana Le Fanu. Nie wspominając już o kinie wampirycznym z lat 70-tych XX wieku (tj. najobfitszy plon, boom) – w tym miejscu muszę jednak dodać, że tamtej nurt w kinematografii kojarzy mi się z bardziej rozbuchaną, nie tak subtelną jak w „Czarnej ambrozji” Elizabeth Engstrom, seksualnością. Niewulgarnie o intymnych sprawach. O „przebrzydłym ptaszysku”, który zerwał się z uwięzi. O przebudzeniu seksualnym na zatrutej glebie. Krwawa perwersja. Destrukcja i autodestrukcja dziewczyny, która na naszych oczach staje się kobietą. O zgrozo!

Głos natury był donośny i czysty, ja zaś w głębi duszy wiedziałam, że jest to głos najmocniejszy ze wszystkich. Człowiek w starciu z żywiołem wypadał żałośnie. Sprawdzał się, gdy tańczył z naturą, ale ośmieszał się, kiedy próbował z nią walczyć.”

Elizabeth Engstrom w iście szatański sposób obchodzi się z czytelnikami, bezsilnymi towarzyszami podróży Angeliny Watson. Jej potwór, czy po prostu człowiek dopuszczający się potwornych czynów, przypomniał mi biedne stworzenie Frankensteina. W „Czarnej ambrozji” jednakże mój osobisty stosunek do „potwora” był zdecydowanie bardziej dynamiczny. Szala nieustająco przechylała się na niekorzyść tej nieszczęsnej dziewczyny. Dziewczyny, której szczerze współczułam. A potem już mniej. Niechęć, żeby nie powiedzieć odraza, wypierała współczucie. Autorka, której udało się wytworzyć jakąś chorą więź pomiędzy mną i jej czarnym charakterem, sięgała po coraz to mocniejszej argumenty przemawiające za jak najszybszym wyeliminowaniem tego szkodliwego elementu z życia społecznego. Unicestwić. Zabić, i to jak najszybciej. Czyli tak zwane polowanie na czarownicę? Powrót wieków ciemnych? Tylko ten jeden raz. W drodze wyjątku, bo przecież Angelina posiadła tajemne moce, które, co ważniejsze, wykorzystuje w swojej zbrodniczej działalności. Gdyby to było takie proste... Nemezis Angeliny, wytrawny tropiciel, długoletni myśliwy, Boyd Turner, przynajmniej przez dłuższy czas nie ma sprecyzowanych zamiarów względem swojej aktualnej „zwierzyny”. Wie tylko, że musi ją powstrzymać. Pragnie ją powstrzymać. Ale można zauważyć, że waha się między odebraniem jej życia a odebraniem wolności. Zresztą, nie ma sensu zaprzątać sobie tym głowy przed faktem. Jeśli Boydowi uda się dotrzeć do Angeliny, jeśli nareszcie stanie z nią twarzą w twarz (ponownie), bez względu na zamiary tego młodzieńca, różnie się to może potoczyć. Ostateczna bitwa. Finalne starcie dobra ze złem. Elizabeth Engstrom nawet nie stara się ukryć, że zmierza do tego klasycznego punktu. Te dwie w jakiś niepojęty sposób związane ze sobą planety, „żołnierze” z przeciwnych obozów, spotkają się tuż przed metą. I bardzo możliwe, że tylko jedno z nich ją przekroczy. Łowca i łowczyni. On mający doświadczenie w polowaniu na dziką zwierzynę. Ona właśnie nabierająca doświadczenia w polowaniu na ludzi. Praktyka czyni mistrza. „Mistrzynię zbrodni”. Przebrzydłą kreaturę, która coraz bardziej pogrąża się w niszczącym nałogu. Uzależniona od ludzkiej krwi, od ekstazy, jaką daje jej ten grzeszny posiłek. Od niebiańskiej muzyki najwyraźniej wlewanej do jej organizmu wraz ze szkarłatnym płynem, zachłannie spijanym wprost z ciał swoich ofiar. W środkowej części „Czarnej ambrozji”, jak dla mnie, pani Engstrom zbyt często „grała na tym samym instrumencie”. Zrobiło się monotematycznie. Angelina walczy z Nią, Angelina ulega Jej – i tak w kółko. Trochę mnie to zmęczyło, ale byłoby znacznie gorzej, gdyby autorka nie wprowadzała też innych w wątków w ciężki żywot młodziutkiej seryjnej morderczyni, która nabiera pewności, że będzie żyć wiecznie. Nieśmiertelne dziecię nocy żywiące się krwią. Angelina nie ma wyboru, a przynajmniej taka myśl z czasem zacznie kiełkować w jej umyśle. Wada wrodzona. Złośliwy psikus Matki Natury. Przekleństwo, swego rodzaju klątwa, której niepodobna się pozbyć. Nie, najpewniej istnieje jeden sposób. Nawet ta błądząca w czerwonej mgle małoletnia osoba, obca w coraz mniej rozpoznawalnym ciele, zaczyna myśleć, że wygrać z Przekleństwem może tylko Śmierć. Jeśli zginie Angelina, prawie na pewno umrze też enigmatyczna Ona. Czy Angelina zdobędzie się na ten krok? Najwyższy akt altruizmu. Czy poświęci siebie, by ratować innych? A może zda się na mocno wątpliwą łaskę człowieka, który całkowicie poświęcił się polowaniu na tę szalenie niebezpieczną dziewczynę? Najgorsze, co może zrobić, to uznać to za drogocenny dar. Pogodzić się ze swoją (rzekomą?) morderczą naturą. Oddać zwycięstwo „gorszemu ja”. Wampirzyca czy nie, Angelina aż do samego końca (zwłaszcza w dalszej partii książki) będzie nader pracowitą posłanniczką Śmierci, którą przynajmniej przez jakiś czas będą gryzły wyrzuty sumienia. Żałuje, ale czytelnik pewnie szybko przestanie wierzyć w jej zapewniania, że to już ostatni raz. Sama się oszukuje. Bo tak naprawdę tego właśnie pragnie? Pić swoją ambrozję? Elizabeth Engstrom nie daje jasnych odpowiedzi na temat tego, bądź co bądź, fascynującego przypadku wampirzycy, która nie musi być prawdziwą – o ile mogę użyć tego słowa na opisanie fikcyjnego stworzenia – wampirzycą.

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego okrucieństwa po takim „językowym motylku”. Elizabeth Engstrom wysławia się jak prawdziwa dama, istna szlachcianka (ta niesamowicie sugestywna delikatność, elegancja, te podprogowe przekazy, ta wręcz hipnotyczna wrażliwość), a takie bezeceństwa jej w głowie. Nie wstydź się, kobieto! Szok, może nie, ale niedowierzanie na pewno mnie ogarnęło. Nie, nie byłam mentalnie przygotowana na takie uderzenia na ostatniej prostej długiej podróży nastoletniej krwiopijczyni. Postaci tragicznej. Nieubłaganie czerniejącego młodego serca. Soczysty horror wampiryczny i poruszająca opowieść egzystencjalna w jednym. Katastrofalna podróż po Stanach Zjednoczonych z (nie)ludzką pijawką. Mnie smakowała. Nawet bardzo.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz