Stronki na blogu

wtorek, 14 lutego 2023

„Skinamarink” (2022)

 

Rok 1995. Czteroletni Kevin doznaje niegroźnych obrażeń w domu, a jego sześcioletnia siostra Kaylee informuje ojca, że do wypadku doszło, gdy chłopiec lunatykował. Niedługo potem, po przebudzeniu, dzieci odkrywają, że wszystkie okna, drzwi wejściowe i muszla klozetowa w ich domu zniknęły. Na domiar złego nie mogą znaleźć rodziców. Wygląda na to, że są kompletnie sami w szczelnie zamkniętym budynku, ale to przekonanie nie towarzyszy im długo, ponieważ od czasu do czasu coś do nich przemawia. Jakaś tajemnicza obecność, która najwyraźniej potrafi sprawić, że różne przedmioty znikają i z jakiegoś sobie tylko znanego powodu stara się popchnąć rodzeństwo do potwornych czynów.

Zrealizowany za zaledwie piętnaście tysięcy dolarów kanadyjskich eksperymentalny horror debiutującego w pełnym metrażu Kyle'a Edwarda Balla, oparty na jego własnym scenariuszu. Swego rodzaju trampoliną dla „Skinamarink” (tytuł od dziecięcej piosenki) był niespełna półgodzinny filmik Balla zatytułowany „Heck”, który światło dzienne ujrzał w roku 2020, a na oba obrazy największy wpływ miał „bank koszmarów filmowca” - kanał na YouTube, w którym publikował wizualizacje (shorty) złych snów wybranych internautów, komentatorów w tej jego wirtualnej niszy. Inspiracje czerpał też z twórczości między innymi takich artystów i artystek, jak David Lynch, Stanley Kubrick, Chantal Akerman, Maya Deren i Stan Brakhage. Co nieco podejrzał też w „Wavelength”, awangardowym kanadyjskim filmie krótkometrażowym z 1967 roku w reżyserii Michaela Snowa oraz w „Czarnych świętach”, kultowym slasherze z 1974 roku wyreżyserowanym i wyprodukowanym przez Boba Clarka. Zdjęcia do „Skinamarink” powstawały w domu rodzinnym Kyle'a Edwarda Balla w Edmonton w Kanadzie, a większość sprzętu wypożyczono od kanadyjskiej organizacji filmowej Film and Video Arts Society (FAVA). Pierwszy pokaz „Skinamarink” odbył się na Fantasia International Film Festival w Montrealu w lipcu 2022 roku, a do wybranych amerykańskich i kanadyjskich kin film trafił w styczniu 2023 roku. Na początku lutego został udostępniony na platformie Shudder. Wcześniej „wyciekła” piracka wersja, która podbiła między innymi TikToka.

Horror, który drastycznie podzielił publiczność. Obóz miłość i obóz nienawiści. Jak zawsze są i „stojący w rozkroku”, ale ich głosy, przynajmniej na razie, gubią się w zaledwie zdecydowanych opinii. Przekrzykujących się chórów, co swoją drogą niejednemu miłośnikowi gatunku przypomniało reakcje na „Blair Witch Project” Daniela Myricka i Eduardo Sánchez. Ja nie jestem tutaj wyjątkiem – jakoś tak czuję w kościach, że „Skinamarink” Kyle'a Edwarda Balla „będzie przechowywany na tej samej, niekurzącej się półce w archiwum horroru”, co pierwsza opowieść o wiedźmie z Blair. I pisze to osoba, która prawie dosłownie przemęczyła ten aż stuminutowy seans. Prawie, bo w tym grubaśnym katalogu wnętrz znalazłam jakieś pojedyncze stronice z ciekawszymi widoczkami. Ciekawszymi od ścian, podłóg, sufitów, zabawek i innych zwyczajnych przedmiotów. Nadszarpniętych zębem czasu, ale w wielu gospodarstwach domowych przechowanych po dziś dzień. Z sentymentu, ze zwykłej ludzkiej potrzeby utrwalania przyjemnych wspomnień, swoistego spisywania historii rodzinnej także z myślą o potomnych. Tak czy owak, matka pomysłodawcy „Skinamarink” zachowała sporo przedmiotów z czasów jego dzieciństwa, które przysłużyły się jego przedsięwzięciu: wykorzystano je w charakterze rekwizytów. Akcja „Skinamarink” toczy się w latach 90. XX wieku, ale Ball, poniekąd wbrew logice, wystylizował ów obraz na powstały dwie dekady wcześniej. Myślał nad tym, jak połączyć te dwa niezbyt pasujące do sobie pragnienia, dopasować koszmar z półmetka ostatniego dziesięciolecia poprzedniego wieku do realizacji rodem z lat 70., aż w końcu powiedział sobie: nie obchodzi mnie to. Jak ktoś będzie dopytywał o ten rozdźwięk, to powiem, że tak jest, bo tak chciałem. W ten sposób główny twórca „Skinamarink” dostarczył jakiejś części publiczności dodatkowych powodów do niepokoju. To w połączeniu z zaskakującą informacją ujawnioną w dalszej partii filmu, wzmocniło jakże pożądany w tym gatunku dyskomfort. Wzmogło wrażenie przybywania w Stefie Mroku, w krainie nigdzie i wszędzie, gdzie nie obowiązują znane nam, podobno niezbywalne prawa fizyki. Muszę przyznać, że zaintrygował mnie pomysł wyjściowy, który w gruncie rzeczy jest wspomnieniem Balla. Koszmar senny, który, jak później sobie uzmysłowił, był zmorą nie tylko jego dzieciństwa. Odkrył, że wiele osób ze swojej wczesnej młodości zapamiętało coś praktycznie identycznego. Upiorne sny o zniknięciu rodziców i utknięciu we własnym domu z potworem. Własnym, ale straszliwie obcym. A przynajmniej mali bohaterowie „Skinamarink” mają pełne prawo czuć się nawet nie tyle jak w obcym kraju, ile w równoległej rzeczywistości. A może to po prostu sen przynajmniej jednej z tych dziwnie spokojnych istot? Naprawdę wprost zdumiewający stoicyzm – ja na ich miejscu wrzeszczałabym wniebogłosy, a gdy to nie przyniosłoby rezultatu, to pewnie zwinęłabym się w kłębek w jakimś koncie i rozpaczała, aż do doszczętnej utraty zmysłów:) Tak byłoby teraz, ale w czasach krótkich, często okrutnie podziurawionych, a jeszcze częściej dokumentnie upapranych portek... Tak, nie powinnam patrzeć na Kevina i Kaylee dzisiejszym okiem, tylko dopuścić do głosu swoje młodsze ja. Jak je odgrzebać? Wydaje mi się, że to zadanie wziął na siebie Kyle Edward Ball. Przemawiał do maleńkich istot przykrytych niezliczonymi pledami życiowych doświadczeń. Okazja dla dorosłych, by znów poczuć się dzieckiem. Być jak ten Kevin nie sam w domu. W hermetycznym pudełku, w którym przyczaiła się jakaś złośliwa istota. Zagraconym, dusznym, szalenie mrocznym piętrowym domu, z którego „wyparowali” dorośli.

Lepiej pogapić się w ścianę, niż sięgać po to czy tamto filmidło. Pewnie spotkaliście się już z takimi stwierdzeniami zarówno w przekazach pisemnych, jak i ustnych. Kyle Edward Ball najwyraźniej wziął sobie do serca to wyrażenie, a złośliwi mogą nawet powiedzieć, że zrozumiał je opacznie, uroił sobie, że o takiej rozrywce marzą poszukiwacze mocnych wrażeń. Czego jak czego, ale oryginalności „Skinamarink” odmówić nie mogę. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek tak długo kontemplowała ściany, podłogi i sufity. Ba! Pewnie własnych czterech kątów nie poznałam tak dokładnie, jak rodzinnego domu Balla. Sztuka współczesna w pełnym rozkwicie. Analogowy horror - ekipa korzystała ze specjalnych nakładek na kamery cyfrowe, dające afekt filmowania na kamerach analogowych: taśma 16 mm, a niewykluczone, że jeszcze więcej czasu, energii i nerwów zjadła ścieżka audio: mozolna obróbka materiału w kierunku uzyskania tego charakterystycznego, przytłumionego i zgrzytliwego brzmienia, uważam, z niesłusznie minionej epoki VHS i przyznaję, że efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – który przypuszczalnie najdonośniej przemówi do najbardziej artystycznych dusz. Koneserów Sztuki. Tak niewprawne oko, taki beznadziejny laik jak ja choćby poświęcił całe lata na wgapianie się w te cudownie ziarniste, bosko chropawe zdjęcia (bardziej retro już być nie mogło; moim zdaniem „Skinamarink” pod tym względem przebija nawet „Grindhouse: Death Proof” Quentina Tarantino i „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza), nie dotrze do jądra tej opowieści. Nie wydobędzie całej oszałamiającej głębi z tego skrajnie minimalistycznego widowiska. Bądź co bądź, jednego z najbardziej klaustrofobicznych horrorów, jakie w całym swoim życiu obejrzałam. Ball nie ukrywa, że chciałby, żeby „Skinamarink” zapoczątkował kolejny renesans w gatunku, który w jego przekonaniu wciąż wymyśla się na nowo – jako przykłady takich ogromnych kamieni milowych w nowszej historii horroru wymienia choćby „Krzyk” Wesa Cravena, „Babadooka” Jennifer Kent i „Coś za mną chodzi” Davida Roberta Mitchella. A biorąc pod uwagę „zamieszanie” jakie omawiany produkt wywołał, trzeba się liczyć z tym, że owo marzenie za moment zacznie się spełniać. Czyli że co? Więcej straszenia ścianami? I dywanami, i zabawkami, i starymi kreskówkami (Ball celowo wybrał starsze animacje - z domeny publicznej - zamiast na przykład „Króla Lwa”, którego sam nieskończoną ilość razy raczył się w dzieciństwie. Tak było! Wy, drodzy milusińscy, macie Elsę i Annę, a my, stare pryki, mieliśmy Simbę i Mufasę). Nie zapominajmy o tajemniczym głosie, diabelskich podszeptach w domu bez okien i drzwi zewnętrznych. Muszla klozetowa też wzięła i wyszła, ale to nie koniec magicznych sztuczek niewidzialnego potwora. Albo samiec, albo samica z męskim głosem. Piekielny dżentelmen, bezczelnie kradnący dzieciom zabawki! Czteroletni Kevin i sześcioletnia Kaylee (w tych rolach Lucas Paul i Dali Rose Tetreault, dobrze grający głosami, a gesty i mimika to... nie wiem, nie widziałam) starają się jakoś urządzić w tym onirycznym piekiełku. W miejscu skradzionego kibelka stawiają wiadra, a legowisko robią sobie w salonie. Sypialnia i bawialnia w jednym. Jakby instynktownie czuły, że to najbezpieczniejsze pomieszczenie w domu, a może po prostu zostają wprowadzeni w błąd przez najprawdopodobniej ulubioną rzecz pod tym wcześniej pewnie całkiem przytulnym dachem. Jak ćmy do ognia lecą do rzeczy martwej. Hipnotyczna moc telewizora, który potrafi dotrzymać towarzystwa nie tylko małoletnim. Oparcie w czymś znanym i lubianym. Najsolidniejsza (podstępna?) lina łącząca rodzeństwo ze „Skinamarink” z poprzedni życiem. Bezpowrotnie straconym? Poświata z telewizora (puk, puk, tu „Duch” Tobe'ego Hoopera) to główne źródło światła, ale Kevinowi i Kaylee, zwłaszcza Kaylee przydaje się też latarka. Tak czy inaczej, twórcy przytomnie poskąpili nam światła. A że obraz celowo rozmazany, nieostry, „podniszczony”, niemożebnie, przepięknie ziarnisty, to... Momentami widoczność spada do zera, co jest celowym zabiegiem filmowców, ale w pozostałych minutach też można porządnie oko zmęczyć. Oczy w ciemności, sufitowa makabra i ostatnie jakże sugestywne ujęcie (zabrzmi śmiesznie, ale z ręką na sercu mówię Wam, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy to pytanie nie jest aby skierowane do mnie; czy to się nie skończy jeśli nie odpowiem?), to właściwie jedyne krótsze punkty „tego programu”, które wywołały we mnie jakieś żywsze emocje. Z dłuższych pokazów, to już tylko akcja w sypialni rodziców, podana z perspektywy Kaylee (subiektywne filmowanie). Niecodzienny kontakt ze światem dorosłych, „jeden z wielu eksponatów w tym gabinecie osobliwości Balla”, ale dla mnie zdecydowanie najbardziej atrakcyjny. W nieubłaganym imadle napięcia. Nieznośnie powolna lustracja zagadkowo i eterycznie „zaludnionego” pomieszczenia. Gdy dziewczynka wreszcie odnalazła znane i zarazem potwornie nieznane twarze w jaskini potwora. Dodajmy, że bezprawnie zagarniętej. Hmm, może tak doskonale zadział na mnie tej wyjątek z debiutanckiego większego mechanizmu Kyle'a Edwarda Balla z tego prostego powodu, że jak kania dżdżu łaknęłam dłuższych wędrówek kamer. Krótkich w sumie też, bo wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało (nie liczyłam, więc maksymalnej pewności mieć nie mogę), że „Skinamarink” w większość składa się z nieruchomych kadrów. Pokaźna seria zdjęć pstrykanych na pozór bez żadnego ładu i składu. Pod różnymi dziwnymi kątami – w tym świecie amatorszczyzna, tandeta, bylejakość to wartości, o jakie wyraźnie zabiegano; kontrolowana, zaplanowana fuszerka, próba przekucia teoretycznych wad w zalety. Podejrzewam, że mój odbiór „Skinamarink” byłby dużo lepszy, gdyby mali więźniowie już niekoniecznie we własnym domu, dali mi się lepiej... nie, nie poznać - to byłoby zbyt wygórowane życzenie, a może nawet czysta zachłanność:) - tylko pokazać. Sam widok ich twarzy i całych sylwetek, zluzowanie tych subiektywnej gumki, mógłby zmniejszyć ten przeklęty, niemile widziany dystans między nami, a w konsekwencji wzmóc doznania także tuż przed ścianą czy jakąś inną podłogą. „Cube” Vincenzo Nataliego po kastracji? Nie, to jest wyższa szkoła jazdy. Nie żadna tania sieczka, tylko ultragłęboka i ultradługa zaduma nad...?

Za głupia jestem na „Skinamarink” Kyle'a Edwarda Balla. Przyznaję bez bicia. Nie rozumiem i co gorsza, nawet nie chcę zrozumieć. Taki ze mnie beznadziejny przypadek. Artystyczny troglodyta, który nie próbuje poszerzyć swoich żałośnie wąskich horyzontów. Niektórych rzeczy nie przeskoczysz, więc po co marnować energię? To nie jest sarkazm, tylko najszczersze wyznanie stworzenia wyjątkowo opornego na wiedzę. Ułomnej istoty, która porwała się z motyką na słońce. Morał z tego taki, że opłaca się mierzyć siły na zamiary – nie brać się za Wielką Sztukę, gdy jest się ignorantką w tej dziedzinie. Mądra Polka po szkodzie. Właściwie teraz to dopiero zgłupiała:)

2 komentarze:

  1. Dzięki, byłem ciekawy recenzji. To też napiszę moje zdanie :
    Jest to najgorszy film jaki widziałem. Zawsze staram się dopatrywać plusów i minusów w każdym dziele i dlatego nigdy nie wystawiłem 10 żadnemu filmowi, a jedynkę zaledwie raz (filmowi Koszmar na drodze - Five across the eyes), ale z chęcią oceniłem wyżej omawiany film na 1. Jest to "horror" dla słabych psychicznie o wybujałej wyobraźni, którzy boją się byle czego. Jestem antyfanem Blair Witch Project i wychodzi na to, że moja teza, że jeśli nawet zrobi się najbardziej amatorski film ze zbierania grzybów w nocy w lesie to i tak znajdzie się jakiś amator takich przygód i będzie doszukiwał się czegoś więcej, czegoś głebszego. To jest jak z tym sławnym filmikiem kiedy pies sra w muzeum, a ludzie się zachwycają "to sztuka!" "niebywałe!". Nie życzę powodzenia panu Ballowi, bo niedługo powstanie nowy podgatunek jakiegoś eksperymentalnego horroru, który będzie straszył tylko generację TikToka (dzięki której ten film złapał takie zasięgi...) właśnie takim czymś jak ujęcia ścian, podłogi czy niepokojące dźwieki i... niczym innym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co dziękować, chociaż... No może jednak jest, bo nie wiem, czy wytrzymałabym do końca, gdyby nie silne postanowienie, by wypocić dla Ciebie opinię;)
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń