Stronki na blogu

środa, 6 grudnia 2023

C.J. Tudor „Spojrzenie w mrok”

 
Po osobistej tragedii poczytna brytyjska autorka, odpowiedzialna za takie głośne pozycje, jak uhonorowany Barry Award „Kredziarz” (2017), „Zniknięcie Annie Thorne” (2019), „Inni ludzie” (2020) i „Płonące dziewczyny” (2021), C.J. Tudor, z niemałym trudem ukończyła kolejną powieść... i postanowiła jej nie wydawać. Niezadowolona z efektu ostatniej pracy, pisarka w zamian zaproponowała swojemu wydawcy zbiór krótszych opowieści z dreszczykiem. I tak Tudor wreszcie znalazła dom dla paru zalegających w szufladzie tekstów (oczywiście odpowiednio zredagowanych), którym towarzystwa miały dotrzymywać najnowsze opowiadania oraz historie wcześniej publikowane w formie e-booków i audiobooków – jeden z nich po raz pierwszy zaprezentował się natomiast w antologii „After Sundown” pod redakcją Marka Morrisa, która swoją światową premierę miała w roku 2020. W sumie jedenaście mrocznych opowieści C.J. Tudor, z ogólną przedmową i szczegółowymi wstępami: odautorskimi komentarzami (geneza) do wszystkich „odcieni makabry” w „Spojrzeniu w mrok” (oryg. „A Sliver of Darkness”). Na światowym rynku wydawniczym zbiorek ukazał się w roku 2022, a do Polski dotarł już w kolejnym, korzystając z zaproszenia wydawnictwa Czarna Owca. Kolekcję przetłumaczył Tomasz Wyżyński. W roku 2023 uwolniono następną powieść C.J. Tudor, thriller „The Drift”.

Okładka książki. „Spojrzenie w mrok”, Czarna Owca 2023 adaptacja © Jon Kennedy / / MJ

Tradycyjnie krótkie omówienie grona nie-osób zebranego tym razem na przyjęciu zorganizowanym przez pisarkę bardziej kojarzoną z dłuższą formą, zacznę od mojego ulubieńca; „Zwodniczego bluesa” napisanego pod wpływem obrazowego fragmentu utworu My Chemical Romance – dokarmione twórczością Stephena Kinga i widmowym głosem Morgana Freemana, a właściwie Ellisa Boyda 'Reda' Reddinga ze „Skazanych na Shawshank” Franka Darabonta, adaptacji minipowieści wspomnianej już sławy z Maine, jednego z ulubionych literatów C.J. Tudor. Opowieść Jacka Morleya, cofającego się pamięcią do krótkiej znajomości z niejakim Grubasem. Poznał go w klubie Pod Błękitnym Flamingiem, gdzie jak zwykle w tamtym młodzieńczym okresie, wybrał się z narzeczoną Stellą Grey. Grubasa zapamiętał jako drobnego białego chłopaka, który dosłownie czarował publiczność swoim bluesem. Młodzieniec ze złamanym sercem, nieszczęśliwie zakochany, a jak wiadomo zawiedziona miłość może popchnąć człowieka do strasznych czynów. Nastrój i po trosze tematyka jak w „Truskawkowej wiośnie” Stephena Kinga z kolekcji „Nocna zmiana”, co bynajmniej skargą nie jest. Historia melancholią przesycona. Groza smutkiem otulona. Jest w tym opowiadaniu jakaś magia, czarna magia. Nieuchwytna nadzieja, agresywna trwoga. Cudownie potworna rzecz!

Bardzo zajmujące okazało się też bractwo trzech. „Blok” natchniony opuszczonym wieżowcem w angielskim mieście Nottingham, gdzie wychowała się późniejsza autorka „Spojrzenia w mrok” i gdzie uwiła sobie własne gniazdko rodzinne. W opowiadaniu nastoletni Tyler znajduje sposób na włamanie się do tego posępnego obiektu, ale niezbędny jest udział jego nowego kolegi Danny'ego, wątpiącego członka ich małej paczki. Przygoda z potworami. „Gęsia skórka”, aż się łezka w oku kręci. Czuć też ducha Howarda Phillipsa Lovecrafta. Sentymentalna wyprawa do szalonego dzieciństwa. Nie wiem tylko, czy Tudor zabiegała o współczucie dla niebanalnych agresorów, bo istotnie złapałam się na takim dziwactwie:)

Po przeprowadzce z miasta na wieś, brytyjska powieściopisarka odkryła „uroki” prowincjonalnych dróg. I gęstą ciemność, w której człowiek czuje się totalnie osamotniony. Stąd pomysł na opowiadanie „Koniec świata, jaki znamy”. Podczas apokalipsy Tom, samotnie wychowujący ośmioletnią córkę Millie, przyjmuje zaproszenie od znajomego ze studiów, przebywającego w swojej wiejskiej posiadłości Berskow Manor, przypuszczalnie bezpieczniejszym od zajmowanego przez nich lokalu w wielkim mieście. Gości jest więcej i nie wszyscy są zadowoleni z obecności małej Millie, która w pewnym momencie z przekonaniem informuje ojca, że przebywają wśród kłamców. A na zewnątrz cały czas grasują stwory, które przybyły wraz z nienaturalną ciemnością. Łyżka Lovecrafta, szklanka „Milczenia” Tima Lebbona. Izolująca ciemność i możliwe, że jeszcze gorsze towarzystwo. Zabytkowy dwór niepewnym schronieniem przed zagadkowymi bestiami i tym bardziej współlokatorami. Wyśmienicie budujące się, zmyślnie skomponowane, frapujące opowiadanie na podniesienie adrenaliny.
Powielarnia” wykluła się z posępnego widoku pewnej drukarni, zniszczonego przybytku z intrygującym sloganem reklamowym. Po przypadkowym rozbiciu wazonu od nieżyjącej już przyjaciółki, Fran za radą eleganckiej sąsiadki, udaje się do tytułowej powielarni, specjalizującej się w reprodukcjach cennych przedmiotów. Tworzą coś lepszego z czegoś uszkodzonego, starego, wadliwego. Aktualizacja świata, poprawa jakości... A może to tylko pozory, może lepsze znaczy gorsze? Oryginalna wizja i co ważniejsze dająca niemałe pole do popisu, z którego autorka skorzystała z nawiązką. Nie spodziewałam się, że zawędruje tak daleko. Niedowierzanie rosło w miarę powielania. Miodzio.

Czas na dobry duet prozatorski, czas na „Ostatni rejs” zorganizowany pod wpływem luźnej uwagi męża C.J. Tudor poczynionej podczas pandemii COVID-19. Leila Simmonds od pięćdziesięciu lat przebywa na statku wycieczkowym nigdy niedobijającym do brzegu. Jest częścią hermetycznej społeczności stworzonej po jakiejś globalnej katastrofie. Ziemia podobno została skażona, a ostatni ludzie toczą monotonne żywoty na bezkresnym oceanie. W reżimie enigmatycznych Stwórców. Dystopia, którą spokojnie można by przekuć w powieść. Beznadziejne istnienia w świecie naznaczonym paraliżującym strachem i męczącą powtarzalnością. Pomysłowe, ale nieprzekombinowane. Przydałoby się dokręcić śrubkę klaustrofobii, ale nadrabia depresyjnym wydźwiękiem. Co nie dośpiewa, to dowygląda:)

Czas na „Pył”. Pomysł nieświadomie podsunęła organizatorce omawianej imprezy literackiej recepcjonistka hotelowa, wspominając pewną burzę piaskową. Centralną postać niniejszej historii, kobietę w średnim wieku imieniem Olivia, zastajemy w hotelu Villa de las Almas Perdidas, gdzie bezskutecznie szuka relaksu i samotności po bolesnym rozstaniu z ukochanym. W hotelu, w którym po przejściu burzy piaskowej dzieją się niepokojące rzeczy. Surrealistycznie. Na sprawdzonym fundamencie fabularnym autorka wznosi nietypową opowieść o nawiedzonym hotelu. Kuzynka Overlook Hotel. Bezkompromisowa propozycja, niemniej rozwinięcie mogło bardziej poszaleć z obłąkanym klimatem.

Okładka książki. „A Sliver of Darkness”, Ballantine Books 2022

A teraz niezła parka dyskutantów. Zacznijmy od „Lwa na bramie”, namalowanego po incydencie z autentycznym graffiti, które swego czasu przyciągnęło uwagę C.J. Tudor. Radosna twórczość zmieniająca się z dnia na dzień. Jay i jego koledzy w drodze do szkoły nadziewają się na nieziemski malunek: lew przyczajony na bramie. Z pierwszego spotkania z tym egzotycznym stworzeniem chłopcy wychodzą cało, ale następnym razem mogą nie mieć tyle szczęścia. W każdym razie zaalarmowany wydarzeniami w swoim otoczeniu młody protagonista opowiadania, spróbuje rozwiązać zagadkę najwyraźniej ożywającego graffiti. Dziwna koncepcja w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Lekki powiew świeżości, niepospolite podejście do motywu dzieci walczących z nieznanym. Przydałoby się jednak co nieco dobudować, bo pozostał spory niedosyt.
Pora pomówić o prześladowcy gospodyni „Spojrzenia w mrok”, wszak pewnego dnia ni z gruszki, ni z pietruszki do głowy Tudor wcisnęło się zdanie „Nie jestem Tedem”. Zastanowiło ją to, bo nie znała żadnego Teda. Nie znała, ale nagle ogarnęło ją przemożne pragnienie zawiązania znajomości z wyimaginowanym człowiekiem, który nabrał ochoty na podzielenie się swoją nieprozaiczną historią. Mężczyzna w bliżej nieznanym Wydziale Wyniesień upiera się, że nie jest tym, za kogo go biorą. Coraz mniej stanowczo powtarza, że nie jest Tedem. Smakowicie enigmatyczna, trzymająca w niepewności i z nią zostawiająca. Zdałoby się mocniej podkręcić tę kuriozalną piłeczkę – urozmaicić środkową partię, chociażby przez cudowne rozmnożenie pytań. Gdyby tak jeszcze podsycić wątpliwości... Siadło, ale nie z hukiem.

Wąski krąg przeciętniaków. Drugoplanowa postać „Zniknięcia Annie Thorne”, która nie dawała spokoju swojej stwórczyni wraca jako dyskretna sprzątaczka miejsc zbrodni, świadcząca także usługę pozbywania się zwłok. Opowiadanie pod tytułem „Gloria” podąża za jednostką wyzutą z empatii, która zaskakuje samą siebie. Przypadkowe spotkanie z dziewczynką z rzadkimi talentami to jedno, ale zawracanie sobie głowy nieznajomym mężczyzną najpewniej mającym niecne zamiary wobec nowej znajomej Glorii i jej matki, to już inna para kaloszy. Czyżby zatwardziałą kryminalistkę ruszyło sumienie? Niewyszukana, żeby nie rzec banalna, historyjka, która w moim przekonaniu miała coś, co mogło wydobyć ją z oparów nijakości (w tym miejscu pojawia się czytelna aluzja do „Carrie” Stephena Kinga). Szkoda, że autorka nie pobiegła tą drogą, że postawiła na szybką, niespektakularną akcję w wyświechtanym, nie nieziemskim płaszczu fabularnym. Szara proza gatunkowanej codzienności, na granicy horrorowo-thrillerowej.

Wspomnienie Doliny Motyli, rezerwatu przyrody w Turcji, w młodości zwiedzonego przez przyszłą architektkę „Wyspy Motyli”. Wyprawa zorganizowana przez niejakiego Billa, poszukiwacza wspaniałych przygód, a nie prawdziwej szkoły przetrwania w królestwie zdumiewających drapieżników hipotetycznie wspieranych przez uzbrojonego maniaka, składającego ofiary fałszywym bożkom. C.J. Tudor nie ukrywa, że widzi w tym materiał na powieść, co by wyjaśniało skrótowy charakter utworu. Historia niedokończona, niekompletna, bardziej szkic niż pełny obraz. Nasuwający drobne skojarzenia z „Dziećmi kukurydzy” Stephena Kinga (znowu „Nocna zmiana”), niebezpiecznie rozpędzony, podziurawiony pojazd. Niedopięte guziki. Bombardowanie szczątkowymi informacjami, wątki przelotne, zaledwie migawki. Mały rozgardiasz, aczkolwiek pomysł całkiem obiecujący. Jest potencjał.

Najtrudniej było mi dogadać się z „Finalizacją”. Gość ewidentnie przynudzał. Nazwę podsunęli pani Tudor pośrednicy obrotu nieruchomościami, a fabuła jest odbiciem apokaliptycznych myśli nawiedzających ją za covida. Dan Ransom, ambitny agent nieruchomości, podczas potencjalnego końca świata, rusza do starej posiadłości Bragshaw Manor w celu sfinalizowania prawdopodobnie największej transakcji w historii firmy. Rezydencji chyba słusznie uważanej za przeklętą. Ponury dwór i jego śliski właściciel. Pakt z diabłem. Trochę naciągane, większego problemu śmiem jednak upatrywać w pośpiesznym ostatnim akcie. Przeszarżowane. Apokaliptyczny chaos.

Przyznam, że nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tej niestandardowej oferty C.J. Tudor, że dość sceptycznie podchodziłam do „Spojrzenia w mrok”, jedenastu opowiadań brytyjskiej autorki znanej wyłącznie z powieści. Kwestia przyzwyczajenia, można więc uznać, że sięgając po niniejszy tomik wyszłam ze swoistej strefy komfortu, wyrwałam się z przytulnej bańki Stephanie King:) Nie na zawsze, ale gdyby utalentowana pani z Anglii zechciała to powtórzyć – od czasu do czasu serwować kolejne „odcienie makabry” - to ja na pewno śmielej będę do tych stworzonek podchodzić. Oby więcej takich odstępstw od rutyny.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz