Stronki na blogu

niedziela, 29 kwietnia 2018

Adrian Bednarek „Wyrok diabła”

Recenzja zawiera spoilery poprzednich części serii

Kuba Sobański, seryjny morderca i adwokat, nadal trwa w nietypowym związku z Sonią Wodzińską. Osiemnastolatka, tak jak on, odczuwa silną potrzebę zabijania. Raz na jakiś czas musi odebrać komuś życie, aby zapewnić sobie chwilowy spokój ducha. Ale w przeciwieństwie do Kuby na swoje cele wybiera młodych mężczyzn. Jednostki przypominające jej zwyrodniałego brata, którego zabiła. Sobański stara się nauczyć ją wszystkiego, co sam wie o mordowaniu ludzi i minimalizowaniu ryzyka schwytania przez organy ścigania. Dziewczyna jest pilną uczennicą, ale z czasem traci cierpliwość. Pragnienie zabijania zagłusza rozsądek, Wodzińska nie potrafi dłużej tłumić swojego morderczego instynktu, poczekać do zakończenia wdrożonych przez Kubę przygotowań do kolejnego uderzenia osiemnastolatki. W tajemnicy przed swoim mentorem opracowuje własny plan. Popełnia błąd, który może doprowadzić do skazania jej przyjaciela i kochanka, kończąc tym samym ich wspólne życie w raju.

„Pamiętnik diabła”, „Proces diabła” i „Spowiedź diabła”. Jeszcze do niedawna przygody seryjnego mordercy Kuby Sobańskiego pióra Adriana Bednarka zamykały się w trzech tomach. Krążyły plotki, że to literackie przedsięwzięcie, którym Bednarek zapoczątkował swoją pisarską karierę pozostanie trylogią, że jego czytelnicy powinni teraz spodziewać się utworów niezwiązanych z cyklem o diable, który spopularyzował jego nazwisko (na razie) na terenie Polski. Moim zdaniem decyzja o zamknięciu tego pomysłu w trzech tomach byłaby z gruntu słuszna, ponieważ tworzą one zgrabną całość, z wyraźnie zarysowanymi wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Dlatego właśnie moją pierwszą reakcją na informację o planowanym wydaniu czwartej odsłony dziejów wyimaginowanego krakowskiego seryjnego mordercy, zatytułowanej „Wyrok diabła, był grymas niesmaku. Podejrzewałam, że niniejsze posunięcie Bednarka zaszkodzi temu projektowi, że zwarta dotychczas opowieść zacznie się zwyczajnie rozmywać. I teraz, po zapoznaniu się z „Wyrokiem diabła” nadal uważam, że to przedsięwzięcie powinno ograniczyć się do trzech tomów, daleka jestem jednak od stwierdzenia, że moje złe przeczucia się ziściły.

Dzieje Kuby Sobańskiego, seryjnego mordercy, który zdobył sympatię wielu polskich czytelników, w „Wyroku diabła” nie tracą na wyrazistości, pomimo tego, że młody mężczyzna pierwszy plan dzieli ze swoją protegowaną, Sonią Wodzińską. Przez życie Rzeźnika Niewiniątek przewinęło się już kilka ciekawych kobiet: Sandra, Ada i według mnie najbardziej charyzmatyczna spośród nich Julia. Wszystkie te postacie już nie żyją, ale Bednarek nie rezygnuje z damskiego pierwiastka. Wręcz przeciwnie: daje mu więcej miejsca, stawia praktycznie na równi z głównym (anty)bohaterem całej serii, za co w sumie jestem autorowi wdzięczna. Przymykam już oczy na to, że Sonia nie jest tak intrygującą postacią, jak Julia, ani nawet Sandra i Ada, że były momenty, w których ogromnie mnie irytowała, w których autentycznie miałam ochotę przynajmniej dać jej w twarz. Korzyści z jej udziału w powieści były bowiem większe niźli straty. Rola, jaką Bednarek dla niej przewidział sprawiła, że nie patrzyłam na czwarty tom przygód diabła, jak na opowieść pisaną na siłę, jak na bezrozumne płynięcie na fali popularności poprzednich odsłon serii. Gdyby Bednarek zaczął się rozdrabniać, gdyby skoncentrował się wyłącznie na Kubie Sobańskim, o którym to moim zdaniem powiedział już wszystko, co należało powiedzieć, gdyby po raz kolejny postawił go w pozycji jednostki terroryzującej Kraków to najpewniej doszłabym do wniosku, że autor nie miał pomysłu na tę powieść, że jego głównym celem nie było obdarowanie swoich czytelników iście wciągającą, trzymającą w napięciu historią tylko raczej pragnienie wyciśnięcia z tego tytułu kolejnych złotówek. Dzięki Soni Wodzińskiej do takiego przekonania nie doszłam. Bednarek uświadomił mi, że miał w zanadrzu coś jeszcze, co prawda budzącego różne odczucia, ale z całą pewnością nierodzącego wrażenia zmęczenia materiału. Ta koncepcja nie zamyka się na samej osiemnastoletniej seryjnej morderczyni, nie tylko ona buduje całą dramaturgię tej opowieści – jest zapalnikiem, osobą, która sprowadza nieszczęście na znanego fanom twórczości Adriana Bednarka, Kubę Sobańskiego, oraz jedną połówką nietypowego związku, relacji dwojga ludzi złączonych uzależnianiem od zabijania ludzi. Autor mocno rozbudowuje warstwę psychologiczną, co akurat nikogo znającego jego wcześniejsze powieści zaskoczyć nie powinno. Zdążył już wszak udowodnić, że ta płaszczyzna jest dla niego ważna, że nie przedkłada krwawej makabry nad wnikliwe portrety osobowościowe i że nie ucieka przed budowaniem niełatwych, niestandardowych związków. Para morderców dzieląca podobną przeszłość, mentor i jego niesforna uczennica, przyjaciele i zarazem kochankowie tworzący niesformalizowany, otwarty związek, który może doprowadzić do istnej katastrofy. Dla któregoś z nich, bo należy przecież pamiętać, że Sonia i Kuba to bezwzględni mordercy, że polują na niewinnych ludzi, bo tylko tak mogą na jakiś czas zaspokoić apetyty swoich demonów. Chociaż czy wszyscy są tak do końca niewinni? Można polemizować w przypadku młodego mężczyzny, którego zabójstwo zapoczątkuje gehennę adwokata Kuby Sobańskiego.

 (źródło: https://pl-pl.facebook.com/Bednarek.Autor/)

W „Wyroku diabła” tytułowy (anty)bohater zasiądzie na ławie oskarżonych, przedzierzgnie się z niegdyś prężnie rozwijającego się w branży, a obecnie rzadko zatrudnianego obrońcy, w człowieka, na której ciążą poważne zarzuty. Oskarżonego o zbrodnię, do której zresztą się przyznał. W jednostkę postawioną w tym rozpaczliwym położeniu przez nieprzemyślane posunięcie jego towarzyszki, nastolatki, z której starał się zrobić nie tyle bezwzględną morderczynię, bo taką ścieżkę sama obrała, ile zabójczynię nieuchwytną. Innymi słowy starał się ją nauczyć maksymalnego minimalizowania ryzyka zdekonspirowania i schwytania przez organy ścigania, przekazać jej całą swoją wiedzę na ten temat i wspomagać w eliminowaniu wybranych przez nią ofiar. Sonia jest zarazem sprawczynią nieszczęścia Kuby, jak i jego przepustką do wolności. Według Rzeźnika Niewiniątek tylko ona może doprowadzić do uniewinnienia go przez sąd. Sprawa, jaką Adrian Bednarek roztoczył na kartach tej powieści zapewnia Sobańskiemu wsparcie opinii publicznej. Może nie do końca przez jej faktyczny charakter, bo mam wątpliwości, czy gdyby społeczeństwo znało prawdziwy jej przebieg to tak zdecydowanie opowiadałoby się po stronie oskarżonego... Niemniej trudno się dziwić, że podana do wiadomości publicznej wersja wydarzeń wzbudza takie, a nie inne reakcje ludzi i ciężko nie upatrywać w tym szansy dla Kuby na odzyskanie niedawno utraconej wolności. Ale mężczyzna nie poprzestaje na podburzaniu (przez Sonię) opinii publicznej, nie zdaje się tylko na ten jeden, jakże niepewny czynnik. Obmyśla szerszy plan, który wymaga od Soni jeszcze większego poświęcenia, jego realizacja wymaga od niej sporo trudu. I włożenia w to niemałego ryzyka. Adrian Bednarek właściwie przez cały czas każe nam trwać w niepewności. W kółko zadawać sobie pytanie, czy Kuba powinien ufać tej roztrzepanej nastolatce, tak kompletnie zdawać się na osobę, której zawdzięcza swoje trudne położenie? Poniekąd, bo należy pamiętać, że to Sobański zdecydował oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości, że wcale nie musiał tak ryzykować, że mógł wybrać inną, lepszą dla siebie drogę. „Wyrok diabła” roztacza przed czytelnikami sprawę, której prawdziwy przebieg odbiorcom książki jest doskonale znany. Tę wiedzę dzielimy jednak tylko z Kubą Sobańskim i Sonią Wodzińską, nawet adwokatka tego pierwszego nie wie, co tak naprawdę stało się w opuszczonej, niszczejącej chatce strojącej w pewnym, niezbyt dużym, oddaleniu od terenów zabudowanych. Wrzucenie czytelników do kręgu wtajemniczonych ułatwia pokazanie jak łatwo wprowadzić w błąd opinię publiczną, jak łatwo nią sterować i tworzyć fałszywe pozory. Bednarek sadza na ławie oskarżonych osobę, która na dożywocie bezsprzecznie zasługuje (acz jak zwykle wzbudza pewną sympatię, co mnie osobiście przyprawia o mocny dyskomfort, ale akurat tego, między innymi, od thrillerów oczekuję, więc odnotowuję to na plus), UWAGA SPOILER ale bynajmniej nie za czyn, za który w „Wyroku diabła” musi przed sądem odpowiedzieć KONIEC SPOILERA. Sytuacja iście intrygująca, w sumie to całkiem zaskakująca i przede wszystkim rodząca trzymającą w napięciu intrygę, która może doprowadzić do uniewinnienia seryjnego mordercy. Ale tylko wówczas, kiedy największa zagadka w tym jakże umiejętnie wykreślonym, jakże działającym na wyobraźnię świecie przedstawionym, czyli osiemnastoletnia Sonia Wodzińska, postać kompletnie nieprzewidywalna, lekkomyślna i arogancka, zrobi dokładnie to, czego się od niej oczekuje. Czy Kuba Sobański będzie z niej dumny? Tego zdradzić niestety nie mogę, ale przednią psychologiczną rozgrywkę fanom tej serii obiecać mogę. Warstwa gore nie obfituje co prawda w szczegóły, ani w zapadające w pamięć, pomysłowe sposoby eliminacji ofiar. W zestawieniu z płaszczyzną psychologiczną wypada wręcz ogólnikowo, ale jako, że wolę to oblicze Adriana Bednarka absolutnie nie mam mu za złe takiego podejścia do tej opowieści.

Jestem rozdarta. Bo faktem jest, że „Wyrok diabła” czytało mi się wprost wyśmienicie, że dostarczył mi wiele, tak bardzo poszukiwanych przeze mnie w literaturze wrażeń, że żadnych poważnych zgrzytów nie zaobserwowałam, a przyznaję, że starałam się takie istotne mankamenty wyłuskać. Ale prawdą jest też to, że nadal uważam, iż to przedsięwzięcie Adriana Bednarka powinno pozostać trylogią, że w takim kształcie w przyszłości niniejszy projekt przypuszczalnie byłby przeze mnie lepiej wspominany. Chociaż kto wie, może z czasem pozbędę się tych niewygodnych myśli, może zapomnę o korzyściach wypływających z zamknięcia tej historii w jedynie trzech tomach, to znaczy pozostanie mi niczym niezakłócana wdzięczność dla autora za kontynuowanie tej jego pisarskiej przygody. Bo jakoś nie potrafię uwierzyć, że na „Wyroku diabła” ta seria się zakończy. I tak szczerze powiedziawszy, skoro już Adrian Bednarek, zdecydował się dociągnąć do czwartego tomu to wolałabym, żeby kontynuował ten projekt, bo jako taka dłuższa seria opowieść o Kubie Sobańskim ma szansę prezentować się wcale nie gorzej od trylogii. Tym bardziej, że to aż się prosi o pociągnięcie.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 27 kwietnia 2018

„Wygłodniali” (2017)

Kilkoro mieszkańców małej miejscowości w Quebecu, którzy przetrwali wybuch pandemii zombie musi przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Żywe trupy mają zdecydowaną przewagę liczebną i silny apetyt na ludzkie mięso. Aby utrzymać się przy życiu niedobitki muszą przez cały czas mieć się na baczności i być przygotowanymi na eliminowanie także swoich bliskich i niedawnych sąsiadów. Po śmierci jego przyjaciela, ścieżka Bonina zbiega się ze ścieżką Tani. Kobieta została ugryziona w dłoń, ale utrzymuje, że sprawcą był pies, a nie zombie, jak obawia się jej nowy towarzysz. Podczas krótkiej przerwy w ich podróży Tania odnajduje małą dziewczynkę, Zoe, którą zabierają ze sobą. Wkrótce połączą siły z innymi ocalałymi i odkryją, że liczba grasujących na tych terenach żywych trupów znacznie się powiększyła.

„Wygłodniali”, kanadyjski francuskojęzyczny zombie movie w reżyserii i na podstawie scenariusza Robina Auberta zrobił pewną furorę zwłaszcza na dwóch festiwalach. Na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Toronto, gdzie debiutował, został wyróżniony w kategorii „najlepszy kanadyjski film”, a na Festival du Nouveau Cinema otrzymał nagrodę publiczności. Ponadto dostał Canadian Screen Award za najlepszy makijaż i był nominowany do tej nagrody także w czterech innych kategoriach. Krytycy nie szczędzili „Wygłodniałym” pochwał, przede wszystkim komplementując komentarze społeczne poczynione w scenariuszu. A ja tak siedzę i zastanawiam się, czy aby czegoś nie przespałam...

Akcja „Wygłodniałych” zaczyna się niejako od środka. Widzimy atak żywego trupa na zakochaną parę, po czym natychmiast zostajemy przeniesieni do okresu po zmasowanym ataku żywych trupów na wiejskie tereny Quebecu. Wiedząc oczywiście, że taka sama sytuacja ma miejsce w innych częściach Kanady, a być może nawet na całym świecie. Spustoszony, upiornie cichy, sprawiający wrażenie wymarłego świat wykreowany przez Robina Auberta i jego ekipę już na wstępie nastraja widza na iście klimatyczne kino z dobitnie zaznaczonym pierwiastkiem zdefiniowanego zagrożenia. Leśna sceneria w połączeniu z ogromnym profesjonalizmem Steeve'a Desrosiersa, który odpowiadał za zdjęcia obiecują kawałek niezwykle intensywnego kina, każą przygotować się na trzymający w napięciu horror apokaliptyczny/postapokaliptyczny z silnie rozwiniętą warstwą psychologiczną. Na głębsze wejrzenie w wyeksploatowany motyw żywych trupów polujących na dotąd niezarażonych mieszkańców Quebecu, czynione w scenerii gwarantującej nieustanne poczucie zaszczucia i wyobcowania. Operatorzy i oświetleniowcy spisali się wprost wyśmienicie – postawili na preferowane przeze mnie długie najazdy kamer, nieśpieszny, płynny montaż i wyblakłe, mgliste barwy. Taka forma w większości przypadków silnie angażuje mnie w daną historię, sprawia, że na własnej skórze przeżywam niedolę protagonistów, chwilami mam wrażenie, jakbym trwała u ich boku dzieląc z nimi ekstremalnie niewygodne położenie. Taki sposób prowadzenia kamer, tak minimalistyczna w formie, acz maksymalistyczna w przekazie realizacja to coś czego chyba najusilniej poszukuję w filmowym horrorze, a czego wciąż, uważam, jest zdecydowanie za mało. A więc kiedy już nabrałam przekonania, że „Wygłodniali” dostarczą mi rozrywki na wyższym poziomie, kiedy już nastawiłam się na mocno intensywną produkcję, rozpoczęłam oczekiwania na wsparcie realizatorów przez scenarzystę. Czekałam i czekałam, a mój zapał powoli gasł, ze sceny na scenę byłam coraz bardziej zniechęcona. Rosły we mnie rozczarowanie i irytacja na widok wesołej pisarskiej twórczości Robina Auberta. Jestem przekonana, że na biurkach producentów zalegają tony podobnych opowieści. Taki scenariusz napisać może prawie każdy, kto w swoim życiu obejrzał kilka horrorów o żywych trupach, z wychwalanymi przez krytyków komentarzami społecznymi włącznie. No dobrze, może niewiele osób wpadłoby na pomysł stawiania zombie w roli kogoś na kształt uchodźców czy imigrantów, którzy doprowadzają praktycznie do wymarcia kultury i religii swoich gospodarzy, a w to miejsce wprowadzają swoje obyczaje. Ale nie dostrzegłam już większej kreatywności w choćby takim spostrzeżeniu, że życie w tak zwanym cywilizowanym świecie karze co poniektórym odgrywać pewne role, wkładać maski, przybierać taką postać, jakiej oczekuje od nas nasze społeczeństwo, a sytuacje podobne do tych, w których tkwią protagoniści „Wygłodniałych” mają tę korzyść, że można zapomnieć o pozorach i wreszcie być sobą. Albo w konkluzji, że w chwilach najwyższego zagrożenia życia człowiek jest w stanie zabić nawet swoich bliskich, którzy zarazili się okropną chorobą niewiadomego pochodzenia. Bo to nie tylko pozwala mu jeszcze trochę pożyć, ale stanowi też akt łaski, uwolnienie ich od strasznego losu, w którym warunkiem przeżycia jest spożywanie ludzkiego mięsa, od bezrozumnej egzystencji, którą pozornie rządzą wyłącznie prymitywne instynkty. Pozornie, bo jak się okazuje żywe trupy w wydaniu Robina Auberta mają swój system wierzeń i zdają się być wrażliwi na sztukę. Swoją sztukę, efektownie się prezentującą, acz dla zwykłego śmiertelnika chyba kompletnie niezrozumiałą. Chociaż z drugiej strony znawcy sztuki dużo bardziej kuriozalne dzieła (z punktu widzenia laika) potrafią odpowiednio zinterpretować.

Chodzenie, jeżdżenie, bieganie, strzelaniny, szamotaniny, drętwe dowcipy, krótkie wymiany zdań, znowu chodzenie, niedługie przystanki dla nabrania sił na dalszą wędrówkę, sprzeczki, wybuchy złości (jeden taki występ Tani jak na dłoni pokazał niedostatki w warsztacie kreującej ją Moni Chokri, bardziej egzaltowanym być już chyba nie można) i znowu długa wędrówka przez leśne ostępy i rozległe pola. To prawie wszystkie składowe fabuły „Wygłodniałych”. W scenariuszu nie ma wyraźnie nakreślonego wstępu i rozwinięcia, a punkty kulminacyjne sprowadzają się do ataków żywych trupów na kolejnych członków grupki, którą obserwujemy. Przez jakiś czas są oni rozproszeni, działają w pojedynkę bądź w mniejszych grupach, które to z czasem łączą się w jedno, przy czym nawet wówczas nie zyskują zanadto na sile. Bo jakież szanse może mieć tak niewielka zbitka ocalałych z dziesiątkami, albo nawet setkami mięsożernych bestii? Od początku ma się pewność, że nawet broń palna im nie pomoże, że ich los jest z góry przesądzony. To znaczy, że wkrótce albo staną się pożywieniem zwyczajnie się prezentujących zombie (nie zauważyłam makabrycznych, upiornych charakteryzacji) albo zasilą ich szeregi na skutek ugryzienia któregoś z zarażonych. Poczucie beznadziei, pozostawania protagonistów w sytuacji bez wyjścia będzie towarzyszyć odbiorcom „Wygłodniałym” przez cały czas. Robin Aubert obedrze ich z wszelkiej nadziei – pozwoli na kilka jej przejawów, ale tylko po to, żeby chwilę potem na powrót im ją odebrać. Nie mam nic przeciwko takiemu podejściu do opowieści grozy. Dobrze, gdy horror nie podtrzymuje mnie na duchu, ale wręcz przeciwnie: wyrabia we mnie przekonanie, że wszystko prostą drogą zmierza do tragicznego końca. Ale wolałabym, gdyby takim okiem przyglądano się ciekawej fabule. Tak skonstruowanym postaciom, żebym miała wrażenie, jakbym już od jakiegoś czasu dobrze ich znała i tak wykreślonej akcji, żebym nie miała wrażenia nieprzyjemnego zapętlenia. Pokazywania w kółko tego samego, swego rodzaju obracania się bohaterów wokół własnej osi, i oglądania przy tym zjawisk, które fanom zombie movies w większości są doskonale znane. W większości, bo może poza sztuką antagonistów i czymś co prawdopodobnie jest obrządkiem religijnym. Innymi słowy marazm, jaki szturmem wdarł się w fabułę „Wygłodniałych” sprawił, że z czasem nawet te całkiem nastrojowe zdjęcia były mi kompletnie obojętne. Nie chciałam tego, ale nawet los protagonistów przestał mnie obchodzić. Chociaż nie. Nie wszystkich, bo Zoe kibicowałam do końca z racji jej bardzo młodego wieku. Bynajmniej nie dlatego, że w przeciwieństwie do pozostałych postaci scharakteryzowano ją bardzo starannie. Co to to nie – Robin Aubert ani jednej sylwetki zaludniającej jego scenariusz nie nakreślił tak, żebym miała pewność, że bohaterowie są dla niego ważni A w tak zrealizowanych filmach akurat o głębsze rysy psychologiczne wypadałoby zadbać, zamiast uparcie sprowadzać protagonistów do roli mięsa armatniego. Swoją drogą nie obyło się też bez kilku wymykających się wszelkiej logice zachowań czy to czołowych, czy pobocznych postaci, jak na przykład wchodzenia w głąb lasu za upiornym dźwiękiem wydawanym przez zombie, czy pełzanie w trawie nieopodal żywego trupa w nadziei, że on tego nie zauważy, a przecież mniej ryzykowne byłoby leżenie w bezruchu do czasu, aż bestia odejdzie.

Nie polecam „Wygłodniałych” Robina Auberta nawet miłośnikom zombie movies. Ten przez krytykę pod niebiosa wynoszony horror moim zdaniem może się pochwalić jedynie całkiem klimatyczną realizacją i małym wzbogaceniem sylwetek żywych trupów, przy czym gdy się to ogląda z czasem nawet owe superlatywy tracą na znaczeniu. Bo rzecz najważniejsza, czyli fabuła i prawie tak samo istotne portrety protagonistów autentycznie zniszczyły mi seans. Zamiast cieszyć się iście emocjonującą walką o przetrwanie w świecie zdominowanym przez mordercze żywe trupy, minimalistycznym, iście intensywnym horrorem z silnie rozbudową warstwą psychologiczną (nie zaś klasyczną efekciarską rąbanką) zmagałam się z rosnącą ze sceny na scenę sennością. Miałam wrażenie jakbym oglądała film o niczym, jakby scenarzysta nie miał nic do powiedzenia, jakby co najwyżej tworzył pozory czegoś głębszego, w istocie w głównej mierze żerując na znanych motywach, które przelał na papier w sposób kompletnie beznamiętny. I nawet intensywna realizacja nie zdołała przede mną długo ukrywać tego poważnego mankamentu.

czwartek, 26 kwietnia 2018

Zapowiedź: „Ghostland”

Mistrz koszmaru i grozy powraca! Horror "Ghostland" już 4 maja w kinach!

"Ghostland", horror już po pierwszych pokazach obwołany najbardziej przerażającym filmem mistrza gatunku, Pascala Laugiera, w kinach 4 maja! Według krytyków "Ghostland" wbija w fotel i nie wypuszcza widza z uścisku do ostatniej minuty, a jeszcze długo po seansie pozostawia poczucie niepokoju…
  
Zobaczcie zwiastun filmu!

Kiedy siostry po kilkunastu latach wracają do swojego starego domu, w którym doszło do makabrycznej napaści, wydaje się, że to już tylko koszmarne wspomnienie – ale to, co je czeka, będzie gorsze niż demony przeszłości... 
W filmie wystąpiły znana z seriali „Gotham”, „Teen Wolf: Nastoletni Wilkołak” i hitu „Kocha, lubi, szanuje” Crystal Reed oraz gwiazda filmu "Deadpool” – uwielbiana przez młodą publiczność Taylor Hickson.

 "Ghostland" od 4 maja w kinach!

Źródło: wszystkie materiały od M2 Films

wtorek, 24 kwietnia 2018

„Muse” (2017)

Dublin. Wykładowca uniwersytecki i poeta Samuel Solomon od przeszło roku spotyka się z jedną ze swoich studentek Beatriz. Podczas jednego z pobytów w mieszkaniu mężczyzny kobieta popełnia samobójstwo. Rok później Samuel nadal bardzo przeżywa śmierć ukochanej. Nie pisze już wierszy i nie pracuje na uniwersytecie. Od jakiegoś czasu męczy go powtarzający się sen, w którym odbywa się rytualny mord nieznanej mu kobiety. Opowiada o nim tylko swojej przyjaciółce Susan Gilard. Wkrótce w Dublinie rzeczywiście dochodzi do morderstwa kobiety ze snów Solomona. Wszystko odbyło się dokładnie tak samo, jak w jego koszmarach, Susan jest więc przekonana, że mężczyzna miał prorocze sny. Chcąc rozwikłać tę tajemnicę Samuel wybiera się na miejsce zbrodni, gdzie spotyka nieznajomą kobietę, która śniła to samo co on. W domu denatki znajdują ozdobne jajo, które nowo poznana towarzyszka niedoli Solomona zabiera ze sobą. Niedługo potem mężczyzna i jego nowa znajoma nosząca imię Rachel zostaną wciągnięci w śmiertelnie niebezpieczną rozgrywkę. Wkroczą w tajemniczy świat muz od wieków inspirujących wielkich poetów, nadnaturalnych istot, które realizują jakiś okrutny plan.

Hiszpańsko-irlandzko-belgijsko-francuski anglojęzyczny horror w reżyserii znanego fanom gatunku Hiszpana Jaume Balagueró (m.in. „[Rec]”, „Delikatna”, „Ciemność”), którego scenariusz powstał w oparciu o powieść Jose Carlosa Somozy z 2003 roku pt. „La dama numero trece”. Jego autorami są Jaume Balagueró i Fernando Navarro, między innymi współtwórca scenariusza horroru „Verónica” Paco Plazy z 2017 roku. W Hiszpanii film nosi tytuł „Musa”, a jego angielski odpowiednik to „Muse”. Reżyser owego przedsięwzięcia przyznał, że właśnie takie historie zawsze go fascynowały, że jako reżyser i scenarzysta zawsze interesował się opowieściami o zjawiskach nadprzyrodzonych zmieszanych z makabrycznymi rytuałami i wątkiem miłosnym. Według niego są to elementy niezbędne do stworzenia naprawdę przerażającego filmu. „Muse” w przybliżeniu kosztował pięć milionów euro, a pierwszy pokaz filmu odbył się na Sitges Film Festival w 2017 roku.

W „Muse” Elliot Cowan w zadowalającym stylu wciela się w postać nauczyciela akademickiego i poety Samuela Solomona, który ukrywa przed światem swój płomienny romans ze studentką Beatriz. Z prologu dowiadujemy się, że nie jest to przelotny flirt, krótkotrwała przygoda dwóch osób łaknących chwilowej bliskości drugiego człowieka. Samuel i Beatriz naprawdę się kochają i można domniemywać, że planują wspólne życie. Do czasu makabrycznego wydarzenia, do którego dochodzi w mieszkaniu mężczyzny. Kobieta bez widomego powodu podcina sobie żyły w wannie swojego partnera. Mężczyzna jest zrozpaczony – po roku nadal rozpamiętuje swoją ukochaną, wciąż niewyobrażalnie cierpi i nie potrafi zmusić się do powrotu do pracy. Jego udrękę potęguje powtarzający się koszmar, sen o rytualnym mordzie dokonanym na nieznanej mu kobiecie. Pierwsza zagadka, tj. niezrozumiałe samobójstwo Beatriz, bez zbędnej zwłoki zostaje zastąpiona drugą – proroczym snem Samuela, ponieważ właśnie na to wskazuje dalszy obrót spraw. Z tego zjawiska w błyskawicznym tempie wyrastają kolejne tajemnice. Najpierw dowiadujemy się, że jest jeszcze ktoś, kto miewał te same sny co Solomon, kobieta (jak później się dowiadujemy) imieniem Rachel samotnie wychowująca syna, a zaraz potem wraz z nią i niedawnym wykładowcą uniwersyteckim odkrywamy na miejscu zbrodni fantazyjne jajo, później zwane imago. Czym jest owe jajo i dlaczego zabójczynie „wyśnionej” kobiety tak bardzo pragną je zdobyć, tego dowiemy się z czasem, a póki co razem z Samuelem i jego przyjaciółką Susan będziemy poznawać historię muz wielkich poetów, kilku niewiast nie z tego świata, których celem bynajmniej nie jest bezinteresowne obdarowywanie ludzkości ponadczasowymi utworami. Towarzysząca temu wszystkiemu atmosfera moim zdaniem jest największą gwiazdą tej produkcji. Mgliste, posępne kadry tworzą nie tylko klimat złowrogiej tajemniczości, obecności jakiegoś brudnego sekretu, który chyba lepiej żeby nie wyszedł na światło dzienne, ale także potęgują poczucie beznadziei podlanej poetyzmem wyrastające ze scenariusza. Ma się praktycznie pewność, że cokolwiek pozytywni bohaterowie by nie zrobili to i tak spotka ich tragiczny koniec, że fabuła nieuchronnie zmierza do nieszczęśliwego finału. Czy to silne przeczucie się ziści zdradzić nie mogę, ale mogę zaryzykować przypuszczenie, że szybko ogarnie ono każdego odbiorcę „Muse”. Przygnębiająca aura wszak szczelnie oplata Samuela i Rachel, dwie osoby, których los złączył powtarzający się proroczy sen i imago, przedmiot pożądania nieustępliwych muz. Motyw nadprzyrodzonych niewiast, które od wieków inspirują wielkich poetów wprowadza niemały powiew świeżości do kinematografii grozy i najprawdopodobniej właśnie ta składowa „Muse” będzie głównym powodem zainteresowania przynajmniej części odbiorców niniejszego projektu Jaume Balagueró. Na pewno tych wielbicieli gatunku, którzy łakną oryginalności, którzy są już zmęczeni wałkowaniem tych samych tematów przez twórców filmowych horrorów i tylko czekają na coś innego.„Muse” istotnie wyróżnia się na tle innych nastrojowych horrorów, faktycznie proponuje coś nowego (w kinematografii, bo jak mniemam w powieści „La dama numero trece” też jest wątek muz, ale pewna nie jestem, bo literackiego pierwowzoru nie czytałam), jednakże szczerze powiedziawszy wolałabym chyba coś tradycyjnego.

Motyw muz nie skradł mojego serca. Nie ujął mnie ten pomysł i nie tylko dlatego, że zasilam to niewielkie grono miłośników kina grozy, dla których wyznacznikiem dobrego horroru wcale nie jest obecność czegoś mniej lub w ogóle dotychczas niespotykanego. Innowacje też zdarza mi się przyjmować z wielką radością, ale akurat ta koncepcja minęła się z moimi zainteresowaniami. Być może dużo lepiej reagowałabym na wątek muz, gdyby Jaume Balagueró postawił na bardziej zdecydowane środki wyrazu. Gdyby „Muse” zgrabniej poruszał się w ramach nastrojowego horroru. Bo tylko moment z tajemniczą dziewczynką pojawiającą się w mieszkaniu Samuela Solomona, nadprzyrodzoną postacią raz przemawiającą słodkim, cienkim głosikiem, a innymi razy grubym, skrzekliwym głosiskiem w mojej ocenie stanowił udany ukłon w stronę horroru paranormalnego, był jedynym wzbudzającym silniejsze emocje (w miarę) upiornym elementem „Muse”. Z tych osadzonych w stylistyce horroru nastrojowego, straszaka jak kto woli. Ale omawiana produkcja Balagueró bytuje także na płaszczyźnie gore, umiarkowanie krwawego kina grozy, co w tym przypadku znaczy tyle, że długich zbliżeń na krwawiące, poszarpane rany nie zobaczymy, ale i bez takich szczegółów, w ujęciach z oddali, nie pozostawia się wiele wyobraźni widza. Co wcale nie znaczy, że tortury i mordy dokonywane na ekranie będą w stanie zniesmaczyć miłośników klasycznych rąbanek, że poczują się zaszokowani śmiałością twórców, bo daleka jestem od twierdzenia, że przejawy takowej są w „Muse” dostrzegalne. Chociaż z drugiej strony ci, co akurat będą obgryzać paznokcie w pewnym momencie prawdopodobnie natychmiast tego zaprzestaną, bo w przeciwnym wypadku to co wówczas zobaczą może ich mocno zaboleć... Co prawda scenariusz „Muse” nie był dla mnie we wszystkich punktach przewidywalny, większości zwrotów akcji nie udało mi się domyślić. UWAGA SPOILER Takie imię, jak Beatriz w takim filmie musi nasunąć na myśl Beatrycze, o której pisał Dante Alighieri, a więc ten jeden z zaplanowanych przez scenarzystów elementów zaskoczenia miałam już z głowy KONIEC SPOILERA. Ale rzeczone niespodzianki nie były takiego kalibru, żeby autentycznie wgnieść mnie w fotel. Było to raczej coś, na co aż chciało się odpowiedzieć puknięciem w czoło i zakrzyknięciem: „No jasne. To elementarne, drogi Watsonie. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?”. Innymi słowy owe „rewelacje” wydawały mi się być całkowicie naturalnym, niespektakularnym przedłużeniem wcześniejszych wydarzeń. Już po fakcie, bo zanim scenarzyści mi ich nie wyłuszczyli to na większość tych przypadków byłam kompletnie ślepa. Może dlatego, że przez dosyć długie kawały seansu musiałam walczyć ze znużeniem, starać się nie odbiegać za daleko myślami, co zresztą średnio mi się udawało. Klimat nie zdołał bowiem zrekompensować mi marazmu, jaki wkradł się do środkowej partii „Muse”. Smutne dzieje Rachel, rozpaczliwe położenie Samuela i okrutna działalność muz nie zdołały skraść całej mojej uwagi. W niektóre sekwencje udawało mi się jako tako zaangażować, zwłaszcza w nieszczęśliwą egzystencję Rachel, całkiem nieźle wykreowaną przez Anę Ularu, ale ogólnie była to raczej istna huśtawka emocjonalna. Od względnego zaciekawienia po bezgraniczną nudę. Ostatnia partia wyparła to ostatnie, ale boje które musiałam toczyć w tej dla mnie feralnej środkowej część, do tego czasu zdążyły już w niemałym stopniu obrzydzić mi tę produkcję. Po prostu nie umiem oceniać tego filmu przede wszystkim przez pryzmat wstępnych i końcowych partii, zmusić się do przedkładania tego co w „Muse” dobre nad to, co do gustu mi nie przypadło.

Miłośnicy twórczości Jaume Balagueró, Hiszpana, który od lat prężnie realizuje się w kinematografii grozy, pewnie potraktują „Muse” jak pozycję obowiązkową. Nawet jeśli przeczytają/usłyszą wiele cierpkich słów na jego temat (w co wątpię) najprawdopodobniej zasiądą do jego seansu z wielkimi nadziejami, które w wielu przypadkach pewnie zostaną zaspokojone. Bo podejrzewam, że mój niezbyt entuzjastyczny odbiór tej produkcji będzie podzielany przez mniejszość, że duży powiew świeżości (w kinie) w postaci wątku muz, klimat i zaskakujący rozwój sytuacji, większości tym wielbicielom kina grozy, którzy dadzą szansę tej produkcji będzie w zupełności wystarczał. Tak mi się wydaje, że spora część widzów „Muse” zupełnie inaczej odbierze dla mnie mocno problematyczną środkową partię tego filmu, że będą się o niebo lepiej ode mnie na tym bawić. Dlatego nie zamierzam nikogo prosić o darowanie sobie tego obrazu, tym bardziej, że mimo wszystko uważam, iż choćby z czystej ciekawości powinno się zapoznać z tak niekonwencjonalnym pomysłem, jak siejące postrach muzy wielkich poetów.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Dan Simmons „Olimp”

Na alternatywnej Ziemi i na Marsie toczy się wojna sprzymierzonych Trojan i Greków z bogami. Tym pierwszym przewodzą Hektor i Achilles, a tymczasem na Olimpie Hera opracowuje plan pozbycia się Zeusa. Dopóki Greków i Trojan wspierają morawce, rozumne organizmy biomechaniczne władające zaawansowaną technologią, śmiertelnicy mają szansę przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę, ale w pewnym momencie półroboty zostają zmuszone do porzucenia swoich sojuszników i podjęcia wyprawy na Ziemię. Odkrywają bowiem, że to właśnie tam znajduje się źródło zakłóceń kwantowych, które mogą mieć katastrofalne skutki dla całego wszechświata. Scholiasta Thomas Hockenberry zostaje zaproszony do tej wyprawy, ale choć daje się mu możliwość odwiedzenia planety, na której spędził całe swoje poprzednie życie, przed śmiercią i wskrzeszeniem, mężczyzna nie chce opuszczać Trojan i Greków. Tymczasem na Ziemi trwa wojna ludzi z wojniksami. Jednym z większych skupisk ludzkich jest Dwór Ardis, w którym mieszkają między innymi spodziewający się dziecka Ada i Harman, Daeman, Hannah oraz Odyseusz, który chce, aby nazywać go Nikim. Wróg, z którymi ludzie mierzą się od jakiegoś czasu ciągle rośnie w siłę, ale sytuacja staje się krytyczna wtedy, gdy na Ziemi pojawiają się nowi przeciwnicy.

Dan Simmons, wielokrotnie nagradzany amerykański pisarz, autor między innymi „Trupiej otuchy”, „Terroru” (w 2018 roku rozpoczęto emisję serialu na jego podstawie), „Letniej nocy” i Hyperion Cantos. Człowiek często tworzący z wielkim rozmachem, nieograniczający się do jednego gatunku i władający wprost wybornym warsztatem. W swoich książkach Simmons nierzadko łączy science fiction z fantasy i horrorem (dark fantasy jak kto woli), znajduje takie korelacje pomiędzy nimi, tak wydawać by się mogło nierozerwalne punkty wspólne, że czytelnik może mieć wrażenie obcowania z jakimś nowym gatunkiem, towarzyszenia autorowi w wyprawie na dotychczas niezbadane rejony literatury. I ludzkiej wyobraźni. Dylogia, w skład której wchodzą „Ilion” i „Olimp”, co jest typowe dla Dana Simmonsa, fabułą nawiązuje do innych wielkich dokonań. Po raz pierwszy wydane kolejno w 2003 i 2005 roku, uhonorowane nagrodami Locusa, potężne tomiszcza najwięcej zapożyczają z „Iliady” przypisywanej Homerowi, ale nie brakuje tutaj też nawiązań do choćby twórczości Williama Szekspira, Roberta Browninga, Marcela Prousta, Percy'ego Bysshe Shelleya i oczywiście homeryckiej „Odysei”.

U Dana Simmonsa niezwykłe jest to, że choć nie szczędzi sobie zapożyczeń od mistrzów słowa pisanego to nie wygląda to tak, jakby dobrał się do kserokopiarki. Na fundamentach podpatrzonych u innych tworzy całkiem nowe budowle, sięgające niebios wieżowce pełne produktów jego nieludzkiej wręcz wyobraźni. Dan Simmons jest pisarzem niepodrabialnym, jest jedyny w swoim rodzaju, unikatowy, i założę się, że stanowi obiekt zazdrości niejednego współczesnego pisarza poruszającego się w obrębie gatunków, w których ten uzdolniony Amerykanin się specjalizuje. W kontynuacji i zarazem ostatnim tomie dylogii częściowo osadzonej w w mitologicznym uniwersum, w wielowątkowym „Olimpie”, arcydziele literatury science fiction zmieszanej z fantasy i wzbogaconym nutką horroru, Simmons rozbudowuje wątki wprowadzone w „Ilionie” i wprowadza w fabułę kolejne owoce swojej fenomenalnej wyobraźni. Początkowo wydaje się, że autor skupi się głównie na wojnie śmiertelników z mitologicznymi bóstwami, poświęcając przy tym sporo miejsca tarciom pomiędzy członkami tej drugiej frakcji, urzędującymi w wygasłym wulkanie Olympus Mons na Marsie (Simmonsowa wersja Olimpu) i drobnym konfliktom między niedawnymi śmiertelnymi wrogami, a dziś sprzymierzeńcami , Trojanami i Grekami, które przewodzący im Achilles i Hektor będą starali się tłumić. Boskie manipulacje, zbrojne wystąpienia przeciwko nieśmiertelnym i vice versa, niesnaski pomiędzy obrońcami Ilionu i niedawnymi najeźdźcami z czasem jednak ustąpią pola przeżyciom mieszkańców Ziemi. Nie całkowicie, bo Simmons, co jest dla niego typowe, prowadzi swoją opowieść po kilku, mniej czy bardziej szczelnie, zazębiających się torach, aczkolwiek nie da się zaprzeczyć, że wydarzenia rozgrywające się na normalnej, nie tej alternatywnej Ziemi cieszą się jego największą uwagą. A i wątki skoncentrowane na Grekach, Trojanach i Olimpijczykach przybierają inny obrót. Dla osoby niezaznajomionej z twórczością Dana Simmonsa, takie określenie, jak alternatywna Ziemia, może być mylące, tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że na kartach „Olimpu” (i „Ilionu” skoro już o tym mowa) w tym samym czasie egzystują dwie odległe epoki – nasza starożytność i wyobrażona przez Simmonsa przyszłość. Tylko scholiasta Thomas Hockenberry wywodzi się z okresu bardzo zbliżonego do nam bieżącego (przełom XX i XXI wieku). Tyle że nie przeniósł się w czasie tylko został wskrzeszony przez bogów w celów referowania przebiegu wojny trojańskiej do niedawna toczącej się na alternatywnej Ziemi. To wszystko może zakręcić osobą czytającą te słowa, ale nieznającą jeszcze twórczości Dana Simmonsa. Trzeba im bowiem wiedzieć, że wyobraźnia tego autora wybiega poza granice naszej planety, nie ogranicza się on do znanego nam świata, jak wielu przed nim tworzy nowe wszechświaty, które urządza tak, jak mu się podoba. Zmusza nas tym samym do wybiegania poza nasz zaścianek, do wypuszczania się na, czasem niepokojące, czasami poruszające, nierzadko zapierające dech w piersiach obszary jego zdawałoby się niemającej granic wyobraźni. Bo kiedy już, już wydaje się, że Simmons doszedł do kresu, kiedy już nabiera się pewności, że niczego niezwykłego nie uda mu się już wymyślić, pisarz wrzuca kolejną osobliwość, czy to zrodzoną w jego własnym umyśle, czy pożyczoną od innych mistrzów słowa pisanego, która idealnie wpasowuje się w i tak już mocno zróżnicowane uniwersum (maszkara przypominająca mózg z licznymi mackami to największy ukłon w stronę horroru i według mnie najbardziej spektakularna postać tego, ale nie tylko tego, dzieła). Można się w tym pogubić, nie przeczę. Simmons wymaga od nas podzielności uwagi i maksymalnego skupienia – pokłada wiarę w naszą zdolność do wchodzenia w opowieść, ufa, że nie ograniczymy się do bezrozumnego przewracania kartek po każdorazowym przyswojeniu co najwyżej połowy ich treści. Musimy w tę opowieść wejść, rozstać się ze znaną nam rzeczywistością i przyoblec się w skórę bohaterów „Olimpu”, stawać się nimi na czas trwania lektury. Tylko tak zdołamy objąć wzrokiem zjawiskowy świat wykreowany przez Simmonsa, nie gubiąc się przy tym w zawirowaniach fabularnych.

Książki […] stanowią jedynie węzły niemal nieskończonej, czterowymiarowej matrycy informacyjnej, ewoluującej ku idei pojęcia przybliżonego odbicia Prawdy. Dążącej ku niej pionowo przez czas, lecz także poziomo poprzez wiedzę.”

Dan Simmons jest humanistą z krwi i kości. Daje temu wyraz w swoich książkach, a „Olimp” nie jest tutaj wyjątkiem. Wartka akcja, nieustannie zaogniające się sytuacje, raptowne zmiany biegu wydarzeń, zróżnicowani nie tylko charakterologicznie, ale też gatunkowo bohaterowie i antybohaterowie znajdujący się w centrum tej swoistej burzy – w mniej zręcznych dłoniach w tym wszystkim najpewniej gdzieś zagubiłaby się dusza niniejszej opowieści, prawdopodobnie ostałaby się wyłącznie efekciarska przygodówka pozbawiona głębi. Wnikliwych przemyśleń na temat ludzkiej natury, na temat gatunku, który tworzy zarówno rzeczy piękne, jak i śmiercionośne, który zachwyca, ale też przeraża, bo rozwój technologiczny i artystyczny idzie u nas w parze z autodestrukcją, z zagadkowym dążeniem do samounicestwienia. Ta błyskotliwość, ta szczerość, ta drobiazgowa analiza nas samych to jedno, ale równie wielkie wrażenie wywiera na mnie namacalna wręcz miłość Simmonsa do języka, smakowanie słów, sycenie się nimi i zaspokajanie przy tym apetytów co bardziej wymagających czytelników. W czasach językowej dekadencji, w wieku, w którym królują łamańce językowe, okropny slang, a wulgaryzmy pełnią rolę przecinków, Simmons pokazuje prawdziwe piękno języka (wulgaryzmy też są, ale o tym potem). Grzegorz Komerski, który przełożył na język polski „Ilion” i „Olimp” miał do wykonania niebywale trudne zadanie. Tak fantazyjny, skoncentrowany na najdrobniejszych szczegółach, rozbrykany wręcz, ale przy tym nietracący dojrzałości, warsztat, na pewno niełatwo jest przetłumaczyć tak, żeby w pełni oddać jego fenomen. Nie wiem, czy panu Komerskiemu ta sztuka udała się w całości, bo w oryginale „Olimpu” nie czytałam. Nie wiem, czy nasz tłumacz czegoś przy tym nie zatracił, ale jeśli tak było, jeśli z języka angielskiego emanuje jeszcze bardziej oszałamiające piękno (wziąwszy jednak pod uwagę jego ubogość to raczej w to wątpię) to musi to być doznanie nie do opisania. Bo polskie wydanie niemalże hipnotyzuje, ten język doprowadzał mnie do najprawdziwszej ekstazy, było to przeżycie wprost mistyczne. Za co pragnę podziękować tak Danowi Simmonsowi, jak panu Grzegorzowi Komerskiemu. Nie po raz pierwszy oczywiście ten amerykański pisarz wprawił mnie w taki stan, bo zdążyłam już zapoznać się z paroma innymi jego powieściami charakteryzującymi się takim samym albo zbliżonym językowym rozmachem. Ale chyba nigdy nie będę miała tego dość, chyba już zawsze będę reagować na to tak, jakbym przedtem żadnej innej książki nie przeczytała, jakbym nigdy wcześniej nie weszła w żadną literacką opowieść, jakby była to moja pierwsza przygoda z powieścią. W próbie opisania języka (pewnie i tak nieefektywnej, bo ktoś taki, jak ja nigdy nie zdoła oddać jego wyjątkowości), którym posługuje się Simmons na kartach „Olimpu” nie można pominąć wulgaryzmów. Tak, one też się pojawiają, ale sympatykom grubiańskiego sposobu wysławiania się radzę nie nastawiać się na bliską ich sercu formę. Bo Simmons operuje przekleństwami bardzo oszczędnie i najczęściej wykorzystuje je do podkreślania swego rodzaju dysonansu poznawczego. Już sam fakt, że bogowie władają supernowoczesną technologią powinien zapewnić osobom znającym mitologię grecką właśnie takie doznania, z których to jakimś cudem wynikają same superlatywy, ale i wulgarne odzywki wtłaczane w usta starożytnych herosów i Olimpijczyków intensyfikują niepokojące, ale zrazem olśniewające poczucie koegzystowania dwóch pozornie nieprzystających do siebie światów, dwóch epok, z których to jedną zarazem dobrze znamy, jak nie znamy wcale. Ot, taki paradoks. Zarzucić „Olimpowi” mogę natomiast tylko to, że nie mogłam oprzeć się nieprzyjemnemu poczuciu zbytniego pędu do zakończenie tego przedsięwzięcia. Pod koniec rzeczonego tomiszcza, nie wcześniej. Dan Simmons nie domknął należycie wszystkich wątków i nie chodzi mi tutaj o celowe zawarcie sugestii rychłego niebezpieczeństwa, o pozostawienie furtki otwartej dla wyobraźni czytelnika, ale o kontrastujące z wcześniejszymi opisami, skrótowe omówienie dalszych losów kluczowych postaci. Naprawdę wyglądało to tak, jakby Simmons był już zmęczony tą historią i marzył tylko o tym, żeby jak najszybciej sfinalizować projekt i zająć się czymś innym. Niedociągnięcie pewnie istotne, ale nie aż tak, żeby zatrzeć we mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie z całości.

Dlaczego polski rynek wydawniczy tak zaniedbuje twórczość tak znakomitego pisarza jak Dan Simmons? No pytam: jaki jest powód takiego stanu rzeczy? Niska sprzedaż? Jeśli tak, to bardzo Was proszę kochani wydawcy, przetrzymajcie to, pozwólcie sobie na finansowe straty, bo tylko kwestią czasu jest aż Polska przekona się do bibliografii tego geniusza słowa pisanego. Na pewno nie cała, ale nie mam wątpliwości, że w jego prozie odnajdą się zarówno wielbiciele science fiction i fantasy, jak i horroru. A może nawet koneserzy powieści egzystencjalnych, bo i na tym poletku Simmons spisuje się wprost wyśmienicie. A „Olimp”? No cóż, kto nie czytał niechaj to szybko nadrobi. Oczywiście, po uprzednim zapoznaniu się z „Ilionem”, bo bez tego odnalezienie się w tej historii będzie mocno utrudnione, jeśli nie niemożliwe.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 21 kwietnia 2018

„Winchester. Dom duchów” (2018)

Ekscentryczna wdowa po producencie broni, Sarah Winchester, żyje w ogromnym domostwie, które nieustannie przebudowuje i rozbudowuje. Kobieta jest przekonana, że jej nieruchomość jest nawiedzana przez duchy osób, które straciły życie przez karabin Winchester, broń zaprojektowaną przez ojca jej męża, na której jego rodzina zbiła fortunę. W 1906 roku zarząd firmy produkującej broń palną, której większość udziałów od śmierci jej małżonka znajduje się w posiadaniu Sarah, w porozumieniu z nią, zatrudnia doktora Erica Price'a. Mężczyzna ma spędzić jakiś czas w domu Winchester w celu dokonania oceny stanu zdrowia wdowy. Na terenie posiadłości oprócz jej właścicielki, robotników i służby, przebywa również krewna Sarah, wdowa Marion Marriott wraz ze swoim synem Henrym, który boryka się z nietypową przypadłością. Wkrótce po dotarciu do domu Winchester Price świadkuje niepokojącym zjawiskom, ale zrzuca to na karb halucynacji. Nie wierzy w opowieści Sarah o duchach gnieżdżących się w tym miejscu, nawet po zobaczeniu ich na własne oczy.

Zrealizowana za (szacunkowo) trzy i pół miliona dolarów ghost story w reżyserii Michaela i Petera Spierigów, twórców między innymi „Zombie z Berkeley”, „Daybreakers – Świtu” i „Piły: Dziedzictwa”, na podstawie scenariusza stworzonego przez nich i Toma Vaughana. Fabułę zainspirowały opowieści o autentycznej postaci, Sarah Winchester i jej rezydencji w San Jose w Kalifornii, która do dzisiaj przez wielu uważana jest za miejsce nawiedzone przez duchy osób zabitych karabinem Winchester. Wedle tych legend wkrótce po śmierci jej męża i córeczki, za podszeptem ducha tego pierwszego, Sarah rozpoczęła budowę domu dla siebie i zagubionych dusz ludzi, którzy padli ofiarami karabinu produkowanego przez firmę Winchester Repeating Arms Company. Ta historia była kwestionowana między innymi przez biografa Sarah Winchester, ale to wcale nie zniechęciło ludzi do snucia fantastycznych teorii na temat imponującej rezydencji zwanej The Winchester Mystery House, która to z czasem stała się atrakcją turystyczną i oczywiście jej zmarłej w 1922 roku właścicielki.

Szumnie reklamowany australijsko-amerykański horror braci Spierig pt. „Winchester. Dom duchów” wydaje się być obrazem wprost skrojonym pod przeciętnego odbiorcę multipleksowych straszaków. Mamy tu wszystko, czego duża część sympatyków filmowych opowieści o duchach, od tego typu produkcji oczekuje. Zainspirowany rzekomo autentyczną historią scenariusz, mnóstwo jump scenek, wymyślne maszkary, widowiskowe miejsce akcji i w miarę dynamiczny rozwój sytuacji – nieprzesadnie, ale i nie ma tutaj miejsca na dłuższe przestoje. Tak może się wydawać, ale jak się okazało choć film zarobił niemało (prawie trzydzieści dziewięć milionów dolarów na całym świecie) spora część widzów wyszła z sal kinowych niezadowolona. Kampania reklamowa zrobiła swoje – zagwarantowała sukces kasowy „Winchesterowi. Domowi duchów”, ale nie mogła przecież zatrzeć złego wrażenia po seansie, które to narodziło się w sercach tak wielu osób złaknionych elektryzującej rozrywki na miarę dzisiejszego Hollywoodu. Ja po braciach Spierig nie spodziewałam się wiele, tym bardziej, że „Winchester. Dom Duchów” to horror kinowy, a wśród takowych nieczęsto znajduję perły współczesnego nastrojowego horroru. Na ogół jednak te szumne, nowsze filmowe opowiastki o duchach poniżej pewnego poziomu nie schodzą. Niewysokiego, ale zjadliwego. Da się to oglądać, jeśli już przyzwyczai się do ich niewyszukanej stylistyki. A więc „łup!” jest duch, a mgnienie potem go nie ma. I tak w koło Macieju, aż do dynamicznej, niedającej chwili wytchnienia końcówki, która notabene w „Winchesterze. Domu duchów” została mocno rozciągnięta w czasie. Trzy i pół miliona dolarów to niewiele jak na film nakręcony z myślą o wielkich ekranach. Ta kwota dawała mi nadzieję na niską ingerencję komputera w proces tworzenia efektów specjalnych i jeśli o to chodzi to się nie zawiodłam. Tylko jedna zjawa prezentowała się nader sztucznie, tylko jej manifestacje w ostatniej partii filmu zmuszały mnie do drwiących uśmieszków w tej konkretnej materii. Bo i nie zabrakło innego rodzaju elementów, które wywoływały u mnie taką reakcję. Imponująca posiadłość, na której toczy się niemalże cała akcja tego filmu może robić niemałe wrażenie. Multum, z dzisiejszej perspektywy archaicznie się prezentujących, pokoi, długich, krętych korytarzy, wymyślnie poprowadzonych schodów, licznych dobudówek – to wszystko tworzy istny labirynt, domostwo, w którym łatwo się zgubić, a wziąwszy pod uwagę niektórych jego lokatorów lepiej tego unikać. Nie wypuszczać się na samotne spacery, jeśli nie zna się tego miejsca. Doktor Eric Price, w którego w całkiem dobrym stylu wcielił się Jason Clarke, jak się można się tego spodziewać będzie postępował zgoła odwrotnie. Nocami będzie przechadzał się po tej ogromnej posiadłości nierzadko widując wówczas istoty nie z tego świata. Te jego wędrówki niemiłosiernie mi się dłużyły, a bo twórcom nie udawało się wówczas wytworzyć odpowiedniego emocjonalnego napięcia, nie było w tym intensywności, o przytłaczającym mroku już nie wspominając. I właśnie to najbardziej mnie ubodło. Sposób przedstawienia jakże obiecującego miejsca akcji, forma w jaką bracia Spierig przyoblekli The Winchester Mystery House (w większości umowny, bo niewiele zdjęć powstało w tej nieruchomości). Wystrój, kolorystyka, montaż – właściwie to cala warstwa techniczna jest tak wypieszczona, tak wyglancowana, tak maniakalnie wyszlifowana, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy filmowcom aby horror nie pomieszał się z romansem. Zaryzykuję przypuszczenie, że chcieli oni stworzyć obraz gotycki, ale jeśli rzeczywiście tak było to ja klimatu rodem z tego rodzaju horrorów tutaj nie znalazłam. Sama budowla rodzi takie podejrzenie, ale już grzeczniutka atmosfera, która w niej zalega prędzej stanowi wizytówkę współczesnego błyszczącego Hollywoodu niźli horroru gotyckiego z prawdziwego zdarzenia.

Helen Mirren w roli Sarah Winchester to według mnie najjaśniejszy punkt tej produkcji. Ta znakomita aktorka nieco uprzyjemniła mi seans tego wątpliwej jakości filmidła, ale przecież nie mogła przykryć wszystkich wad owego przedsięwzięcia. To, co mogła podratowała, ale nie można przecież wymagać od jednak aktorki, choćby jednej z najbardziej utalentowanych gwiazd światowego kina, że szczelnie przykryje absolutnie wszystkie niedostatki danej produkcji. Tym bardziej, gdy jest ich tak wiele, jak w tym omawianym przypadku. Bo warstwa techniczka i prymitywne próby straszenia publiki to według mnie nie jedyne minusy tej produkcji. „Winchester. Dom duchów” zepsuto bowiem już na etapie pisania scenariusza. Historia, którą tutaj opowiedziano co prawda przywiodła mi na myśl „Czerwoną Różę. Z dziennika Ellen Rimbauer”, powieść i jej filmową wersję (chodzi o rozbudowywanie domu za namową istot z zaświatów) i remake „Trzynastu duchów”, bo oryginału jeszcze nie widziałam (przetrzymywanie zjaw w oddzielnych pomieszczeniach w swoim własnym domu), ale wiedziałam, że bracia Spierig i Tom Vaughan nie czerpali z żadnego z tych dzieł. Inspirowali się legendami krążącymi na temat od dawna nieżyjącej Sarah Winchester, wdowy po producencie broni Williamie Wirtcie Winchesterze i jej okazałym domostwie w San Jose w stanie Kalifornia. Choć ta legenda z punktu widzenia dzisiejszej choćby tylko średnio zaznajomionej z gatunkiem osoby do najoryginalniejszych nie należy to na takim fundamencie można było przynajmniej zbudować coś przykuwającego uwagę tych widzów, którzy nie wliczają się do grona sympatyków wielce innowacyjnych horrorów nastrojowych. W tym garncu znanych motywów, włącznie z postawieniem jednej z czołowych bohaterek w pozycji kogoś na kształt medium, znalazło się jednak miejsce na delikatny powiew świeżości. A mianowicie na wątek przekleństwa rodu Winchesterów przez duchy ludzi, którzy padli ofiarami produktu, na którym rzeczona familia dorobiła się fortuny. Scenarzyści dotykają tutaj zagadnienia, o którym w Stanach Zjednoczonych się dyskutuje. Zadają widzom pytanie, czy producentów broni należy winić za śmierć, jaką ona niesie, za zbrodnie popełniane przez jej użytkowników. Sarah Winchester uważa, że tak, że jest współwinna krzywd wyrządzanych przez karabiny Winchester, produkt ojca jej nieżyjącego już męża. Natomiast jej krewna, Marion, nie widzi potrzeby biczowania się za niewybaczalne przewinienia nabywców produktu, na którym wzbogacili się Winchesterowie. Obecność tego zapożyczonego z opowieści o The Winchester Mystery House, wątku, moim zdaniem było dobrym posunięciem, ale już sposób w jaki go wyłuszczono do szczególnie zajmujących nie należał. W „Ławie przysięgłych”, filmie Gary'ego Fledera, opartym na jednej z powieści Johna Grishama, w nieporównanie ciekawszy, dający do myślenia sposób wyłuszczono ten problem. Tutaj stanowił jedynie dodatek do rozterek doktora Erica Price'a, działalności i wierzeń Sarah Winchester związanych z duchami, klasycznego opętania (szczęście, że postawiono na białe oczy, bo one zawsze wywołują u mnie ciarki) i oczywiście manifestacji zjaw podawanych głównie w formie jump scenek, w moim przypadku w całości nieskutecznych. Chociaż sekwencja z lusterkiem i krzesłem wypada całkiem nieźle – nie dlatego, że podrywa z fotela, bo wątpię, żeby wiele osób, tak na nią reagowało tylko przez, w mojej ocenie, najbardziej upiorny wygląd zjawy, spośród wszystkich tych, które pokazano w „Winchesterze. Domu duchów”.

Dla mnie omawiane przedsięwzięcie Michaela i Petera Spierigów nie dobija nawet do przeciętnego poziomu współczesnych mainstreamowych straszaków. Podczas seansu towarzyszyła mi głównie obojętność i nuda, chwilami wręcz trudna do wytrzymania. Takie dopieszczone, przewidywalne tj. nieposiadające nawet nutki szaleństwa, które gwarantowałoby chociaż troszkę nieprzewidywalności, i które jeśli już niekoniecznie przygniatało to przynajmniej muskałoby mnie mrocznym klimatem emanującym ciągłą sugestią widmowego zagrożenia czającego się na protagonistów, zamiast praktycznie poprzestawać na nieskutecznych jump scenkach – takie ghost stories nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Nie potrafię wykrzesać z siebie większej sympatii do takich form przekazu, do takiej narracji, formy, do tak porozkładanych środków ciężkości. Ale samo miejsce akcji (za wyłączeniem spowijającego go klimatu) i oczywiście Helen Mirren docenić umiem. Nie sądzę jednak, żeby to wystarczyło do polecania tego horroru komukolwiek, nawet zagorzałym miłośnikom filmów o duchach.

piątek, 20 kwietnia 2018

Zapowiedź: „Przebudzenie dusz”

„Film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle” Łukasz Muszyński, Filmweb 

„Przebudzenie dusz”, jeden z najbardziej przerażających i oryginalnych horrorów ostatnich lat. W kinach od 8 czerwca

Mroczne śledztwo, trzy przerażające historie o duchach opowiedziane przez osoby, które spotkały się „oko w oko” z mrocznymi siłami oraz jedna prawda, która będzie bardziej przerażająca niż wszystko, co zobaczyliście do tej pory. Film „Przebudzenie dusz” (oryginalny tytuł „Ghost Stories”) został okrzyknięty jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat. Euforycznie rozpisywały się o nim tak prestiżowe magazyny, jak The Hollywood Reporter czy Screen International! W rolach głównych w produkcji wystąpili: nominowany do Złotego Globu – Martin Freeman (gwiazda trylogii „Hobbit”, seriali „Sherlock” i „Fargo”), znany z hitów Tima Burtona, laureat nagrody BAFTA – Paul Whitehouse („Alicja w Krainie Czarów”), aktorskie odkrycie Netflix – Alex Lawther („The End of the F***ing World”) oraz Andy Nyman („Peaky Blinders”), będący również jednym ze współreżyserów tego absolutnie przerażającego projektu. „Przebudzenie dusz” – film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle – w kinach od 8 czerwca.

Sceptyczny wobec zjawisk paranormalnych profesor Goodman otrzymuje list. Tajemnicza notka wydaje się być napisana zza grobu. Wiadomość jest autorstwa Charlesa Camerona, sławnego badacza zjawisk nadprzyrodzonych. Człowiek ten zaginął 15 lat temu i został uznany za martwego. Cameron twierdzi jednak w liście, że potrzebuje pomocy Goodmana, aby wspólnie rozwiązać trzy tajemnicze sprawy, których nie udało się rozwikłać od lat. W trakcie śledztwa, profesor spotyka na swojej drodze trójkę osób nawiedzanych przez duchy. Każda z nich opowiada mu swoją straszną historię. Jednak to nie opowieści same w sobie będą najbardziej przerażające, tylko prawda kryjąca się za nimi wszystkimi. 

„Solidna porcja ciarek i błyskotliwa zabawa” 
„Film, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle” Łukasz Muszyński, Filmweb

„Mistrzostwo” The Hollywood Reporter

„Absolutnie genialny… Inny niż wszystko co widzieliście. 10/10” London Student newspaper

 „Najlepszy horror od lat” The Sun

„Ekscytujący i rozrywkowy” Screen International 

„Prawdziwa jazda na rollercoasterze” The Upcoming

PRZEBUDZENIE DUSZ 
(„Ghost Stories”) 
w kinach od 8 czerwca
Gatunek: horror 
Produkcja: Wielka Brytania 2017 
Reżyseria i scenariusz: Jeremy Dyson, Andy Nyman 
Obsada: Martin Freeman („Hobbit”, „Czarna Pantera”, „Sherlock” – serial TV, „Fargo” – serial TV), Andy Nyman („Pasażer”, „Zgon na pogrzebie”, „Kick-Ass 2”, „Peaky Blinders” – serial TV), Alex Lawther („The End of the F***ing World” – serial TV, „Gra tajemnic”, „Czarne lustro” – serial TV), Paul Whitehouse („Alicja w Krainie Czarów”, „Śmierć Stalina”, „Gnijąca panna młoda”, „Help” – serial TV), George MacKay („Jeżeli nadejdzie jutro”, „Moi chłopcy”, „Opór”)

Źródło: wszystkie materiały od Kino Świat Sp. z o.o., foto: Paris Taghizadeh

czwartek, 19 kwietnia 2018

„To żyje” (2009)

Lenore Harker zawiesza studia, aby móc w pełni poświęcić się opiece nad swoim dzieckiem, które już wkrótce ma przyjść na świat. Wprowadza się do domu swojego chłopaka, ojca dziecka, architekta Franka Davisa, który od śmierci rodziców mieszka z poruszającym się na wózku inwalidzkim młodszym bratem Chrisem. Niedługo po przyjeździe do nowego lokum Lenore dostaje skurczy. Frank zawozi ją do szpitala, a lekarze decydują się na cesarskie cięcie. Usypiają ciężarną, a gdy kobieta wraca do przytomności dowiaduje się, że ma zdrowego syna, któremu ona i Frank dają na imię Daniel. Ona i jej partner zostają także poinformowani o zabójstwach lekarzy i pielęgniarek, do których doszło tuż po porodzie, w sali, w której znaleziono Lenore i jej dziecko. Po powrocie do domu Lenore skupia się głównie na Danielu, a Frank dużo czasu spędza w pracy. Kobieta szybko odkrywa, że ich syn nie jest zwyczajnym dzieckiem. Poznaje jego morderczą naturę, ale z nikim nie dzieli się tą informacją. Ukrywa dowody zbrodni Daniela, dziecka łaknącego krwi i surowego mięsa zwierząt oraz ludzi.

„To żyje” w reżyserii Josefa Rusnaka jest remakiem „A jednak żyje” Larry'ego Cohena z 1974 roku, horroru, który ponadto doczekał się jeszcze (jak na razie) dwóch sequeli. W swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych film trafił bezpośrednio na rynek DVD w 2009 roku, a jego budżet oszacowano na dziesięć milionów dolarów. Twórca oryginału Larry Cohen brał udział w pisaniu scenariusza – działał przy tym wspólnie z Paulem Sopocy i Jamesem Portolese – ale kilka lat po premierze produkcji Rusnaka radził fanom „A jednak żyje” trzymać się z dala od jego remake'u. Obraz Rusnaka opisał słowem „okropny”, w czym wtóruje mu duża część pozostałych odbiorców „To żyje”. Właściwie to negatywne opinie na temat tej produkcji dominują. Można chyba bezpiecznie stwierdzić, że nowa wersja ma zdecydowanie więcej przeciwników niźli zwolenników.

Nie należę do tych osób, które z góry skreślają wszystkie remaki tylko dlatego, że są remake'ami. Nie mam też wobec nich wygórowanych wymagań, bo nie znam wielu uwspółcześnionych wersji horrorów, które (w mojej ocenie) przebijają swoje pierwowzory lub chociaż im dorównują. Zresztą, szczerze powiedziawszy, do wszystkich XXI-wiecznych filmów grozy zasiadam bez dużych oczekiwań. Takie pesymistyczne nastawienie od czasu do czasu owocuje niemałą niespodzianką i oczywiście pozwala uniknąć rozczarowania, gdy film w mojej ocenie nie dobija nawet do średniej. Jestem przekonana, że tak, jak wielu przede mną, nie zostawiłabym na „To żyje” suchej nitki, gdybym przygotowała się na godne pierwowzoru widowisko, na poziom zbliżony do poziomu „A jednak żyje” Larry'ego Cohena. Obawiałam się spotkania z tzw. remakiem całkowitym, bo choć wprost przepadam za nową wersją „Funny Games” Michaela Hanekego to już taki „Psychol” Gusa Van Santa i „Omen” Johna Moore'a nielicho mnie wynudziły. Lubię, gdy remaki nie kalkują zbytnio z oryginałów, gdy zawiera się w nich coś, czego nie odnajdę w pierwowzorze, dlatego ulżyło mi, kiedy uświadomiłam sobie, że scenariusz „To żyje” nie jest kopią scenariusza „A jednak żyje”. A do takiego przekonania doszłam już we wstępnej fazie seansu, podczas scen osadzonych na uczelni. Wówczas to poznajemy ciężarną młodą kobietę, Lenore Harker, która właśnie zawiesiła studia i przygotowuje się do przeprowadzki do położonego z dala od miasta domu jej chłopaka Franka Davisa. Jej najlepsza przyjaciółka, Marnie, uważa, że źle robi, że nie powinna ryzykować przekreślenia wszystkiego, co dotychczas osiągnęła, ale Lenore jest zdecydowana zasmakować innego życia. Jej partner i zarazem ojciec dziecka, które już wkrótce przyjdzie na świat, nie posiada się ze szczęścia na myśl o założeniu rodziny. Od śmierci rodziców Frank mieszkał tylko ze swoim niepełnosprawnym młodszym bratem, Chrisem, z którym Lenore udało się nawiązać dobrą relację. Chłopiec nie ma więc nic przeciwko nowym domownikom. Ale jego nastawienie zmienia się wkrótce po narodzinach jego bratanka, Daniela. Dziecka, które bynajmniej zwyczajne nie jest. W „A jednak żyje” zmutowany noworodek uciekł ze szpitala zaraz po porodzie i przez długi czas przebywał poza domem swoich rodziców, siejąc postrach w mieście. Scenarzyści remake'u zmienili dzieje małego potworka – Daniel sam nie opuszcza szpitala. Rodzice zabierają go do domu, po czym roztaczają nad nim troskliwą opiekę. Zwłaszcza Lenore, bo Frank dużo czasu spędza w pracy. W końcu jest jedynym żywicielem rodziny. Przez to właśnie mężczyzna widzi mniej niż Lenore, a właściwie to jest ślepy na to, co się dzieje. Nie zna prawdziwej natury swojego syna, nie ma pojęcia o jego nietypowych zwyczajach żywieniowych, za to jego partnerka szybko poznaje prawdziwe oblicze ich latorośli. Larry Cohen, Paul Sopocy i James Portolese kreatywnością się tutaj nie wykazali – podczepili się pod znany motyw wychowywania morderczego dzieciaka, z tą różnicą, że postawili na niemowlaka, a nie kilkulatka/kilkunastolatka, jak to zazwyczaj bywa. Daniel nie jest Antychrystem jak Damien Thorn, ani młodocianym psychopatą jak Henry z thrillera Josepha Rubena. Jest zmutowanym człowiekiem rozsmakowanym w krwi i mięsie zwierząt oraz ludzi. Ale ci, którzy potraktują to jako zapowiedź odstręczającej, szokującej rzezi, nastawią się na multum realistycznie się prezentujących scen mordów to najpewniej srogo się zawiodą. Dziesięć milionów dolarów to całkiem sporo jak na horror, który w dodatku w swoim rodzimych kraju został wpuszczony bezpośrednio na rynek DVD. Te większe nakłady pieniężne zawsze działają na mnie alarmistycznie, ponieważ aż nazbyt często okazuje się, że w takich filmach nie brakuje jakże sztucznych efektów komputerowych, za to tych preferowanych przeze mnie, efektów praktycznych, fizycznie obecnych na planie, już tak. I tak też jest w tym przypadku. Właściwie to najlepiej spuścić zasłonę milczenia na tą różową krew i wygenerowane komputerowo rany zadawane przez krwiożerczego mutanta, bo po co podsycać swoją wściekłość? Lepiej jak najszybciej wyrzucić z pamięci właściwie wszystkie ujęcia gore i skupić się na innych aspektach „To żyje”.

Wielu odbiorców tego filmu uważa, że proces gnicia zaczyna się tutaj od scenariusza, że już twórca oryginału Larry Cohen oraz współpracujący z nim Paul Sopocy i James Portolese zaszkodzili temu obrazowi. Fabułę oskarża się między innymi o monotonię i rażące nielogiczności, ale akurat ja tego tutaj nie dostrzegłam. Opowieść jest wtórna i bynajmniej nie dlatego, że to remake, bo znacznie różni się od oryginału, ale z powodu, o którym wspomniałam wcześniej. Wykorzystano motyw dobrze znany wielbicielom horrorów i thrillerów, z modyfikacją, z którą zderzył nas już Larry Cohen w swoim obrazie z 1974 roku, ale jako, że innowacyjność nie jest dla mnie ważna i ze względu na sympatię, jaką żywię do tej konwencji, powtarzalność w najmniejszym stopniu mi nie przeszkadzała. Aktorstwo już tak. Ani odtwórczyni roli głównej, Bijou Phillips, ani partnerujący jej James Murray, ani nawet młodociany Raphael Coleman wcielający się w postać poruszającego się na wózku inwalidzkim brata Franka Davisa, ojca małego potworka, nie przekonali mnie do swoich bohaterów. Obniżali poziom wiarygodności, który przez te przeklęte efekty komputerowe i tak nie był zbyt wysoki. Sytuację trochę ratowała atmosfera. W sumie to klimat moim zdaniem wyszedł twórcom najlepiej. Powtórki z oryginału na tym polu także nie uświadczymy, a nawet będziemy w stanie wymienić sporo tytułów innych XXI-wiecznych horrorów, które mogą się pochwalić dużo lepszą atmosferą, ale jeśli o mnie chodzi to jeszcze częściej stykam się z czymś nieporównanie gorszym. Lokalizacja bardzo pomogła Josephowi Rusnakowi i jego ekipie w wytworzeniu podszytej zdefiniowanym zagrożeniem aury wyobcowania, ale nie bez znaczenia są też zdjęcia Wedigo von Schultzendorffa. W miarę mroczne, z lekka metaliczne obrazy położonego z dala od miasta, na istnym pustkowiu, uroczego domu, nieopodal którego rozciąga się też las, gdzie mały mutant zwykł polować na zwierzynę. Koncentracja scenarzystów przede wszystkim na Lenore, pokazywanie jej samotnych zmagań z nową, koszmarną rzeczywistością, w jakiej znalazła się za sprawą swojego niedawno narodzonego syna podsyca poczucie wyalienowania wprowadzonego przez scenerię, a jej zachowanie ubarwia tę opowieść. Zamiast matki stającej do walki ze swoim morderczym dzieckiem dostajemy kobietę, która stawia się w pozycji jego wspólniczki. Nie pomaga mu w popełnianiu zbrodni, nie zachęca go do tego, bynajmniej nie reaguje radością na widok zwłok zwierząt i ludzi. Aż tak zaburzona Lenore nie jest. Aczkolwiek jej psychika ewidentnie uległa pewnemu zdestabilizowaniu. Główna bohaterka „To żyje” pozbywa się znajdowanych resztek zwłok i nie informuje nikogo, nawet swojego partnera, o prawdziwej naturze Daniela. UWAGA SPOILER Taka postawa mogła narodzić się z poczucia winy (poza matczyną miłością, rzecz jasna). Z czasem dowiadujemy się bowiem, że Lenore na początku ciąży zażyła zakupione przez Internet tabletki poronne, które (w domyśle) według niej mogły wywołać mutację płodu. W tym wątku można dopatrzeć się swoistej przestrogi przed zażywaniem niesprawdzonych środków, przed próbami usunięcia noszonego pod sercem płodu na własną rękę, bez oddawania się w ręce specjalistów, albo krytyki aborcji w ogóle KONIEC SPOILERA. W każdym razie zaczyna się od gryzienia matce piersi podczas karmienia. Potem mały Daniel przerzuca się na zwierzęta, na które sam poluje (chciałabym to zobaczyć, ale niestety oszczędzono mi widoku raczkującego malca ganiającego za pożywieniem), a z czasem bierze się za ludzi, skrzętnie omijając członków swojej rodziny. W przeciwieństwie do „A jednak żyje” z 1974 roku zazwyczaj wygląda jak zwyczajne dziecko, ale od czasu do czasu jego twarz się zmienia i wówczas... no, widzimy kolejny porażający sztucznością twór, tak tandetny, że aż marzy się, żeby jak najszybciej puścić to w niepamięć. 
 
W stanie najwyższego napięcia tego remake'u nie oglądałam, mocnych wrażeń mi nie zapewnił, ale całkowicie obojętna na los bohaterów też nie byłam. „A jednak żyje” jest dużo bardziej poruszający, wzbudza o wiele silniejsze emocje, ale jak nie ma się dużych wymagań to i tę podróbkę można wchłonąć bez ogromnych cierpień. Przymknąć oczy na parę mankamentów trzeba, cudów spodziewać się nie należy, ale w kategorii niewymagającej myślenia jednorazowej jako takiej rozrywki może się sprawdzić. Zwłaszcza wtedy gdy zrezygnuje się z zestawiania go z oryginałem, gdy nie będzie się nastawiało na jakość zbliżoną do „A jednak żyje” Larry'ego Cohena tylko co najwyżej na typowego średniaczka, horror niczym niewyróżniający się na tle współczesnych rąbanek, którego lepiej traktować jak wypełniacz tego wolnego czasu, z którym akurat nie ma się co zrobić.