Stronki na blogu

środa, 26 lipca 2023

Robert A. Heinlein „Żołnierze kosmosu”

 
Przyszłość. We wszechświecie toczy się wojna między pochodzącymi z planety Klendathu pseudopajęczakami i ludzką Federacją Terrańską zdominowaną przez elitę wojskową. Tradycyjny ustrój demokratyczny dawno upadł, tylko żołnierze w stanie spoczynku mają prawa wyborcze, a do międzygwiezdnej armii może wstąpić każdy zdrowy psychicznie pełnoletni cywil marzący o zostaniu obywatelem. Wywodzący się z zamożnej rodziny Juan 'Johnnie' Rico, po ukończeniu szkoły średniej, wbrew woli rodziców, wstępuje do piechoty zmechanizowanej Federacji Terrańskiej. Ale zanim stanie się pełnoprawnym żołnierzem, zanim wstąpi do elitarnego oddziału Rębaczy Rasczaka, odbędzie mordercze szkolenie w obozie Arthura Curriego, który z rozpieszczonego chłopca zrobi wybitnie zahartowanego mężczyznę w ukochanym kombinezonie wspomaganym, gotowego oddać życie za swój gatunek. W zażartej wojnie o dominację także z dysponującymi zaawansowaną technologią Robalami.

Okładka książki. „Żołnierze kosmosu”, MAG 2023

Kontrowersyjna powieść Roberta Ansona Heinleina, jednego z najpoczytniejszych autorów science fiction w latach 40. i 50. XX wieku – obok Isaaca Asimova i Arthura C. Clarke'a – w swoim pisarskim dorobku mającego jeszcze choćby takie kultowe utwory, jak „Władcy marionetek” (1951) - których najsłynniejszą filmową odpowiedniczką jest produkcja Stuarta Orme'a z 1994 roku z Donaldem Sutherlandem w roli głównej – „Obcy w obcym kraju” (1961), zdobywca Nagrody Hugo w kategorii Najlepsza Powieść. Takie samo wyróżnienie otrzymała pierwotnie wydana w 1959 roku krytyczna reakcja Heinleina na zawieszenie testów atomowych przez Stany Zjednoczone: wielokrotnie wznawiana powieść science fiction (wojskowa/militarna fantastyka naukowa) „Starship Troopers” (pol. „Żołnierze kosmosu”), która drastycznie podzieliła czytelników. Jedna z najlepiej sprzedających się historii zmarłego w 1988 roku amerykańskiego pisarza, inżyniera lotnictwa i oficera marynarki wojennej, urodziła się jako powieść młodzieżowa dla nowojorskiego wydawnictwa Charles Scribner's Sons, które odrzuciło rękopis (zakupiła go inna oficyna z Nowego Jorku, G.P. Putnam's Sons) - Heinlein napisał ją zaledwie w parę tygodni, z tej okazji przerywając pracę nad „Obcym w obcym kraju” - ale dziś już mało kto pamięta o tej etykietce. Mocniej przylgnęła do „Żołnierzy kosmosu” metka powieści faszystowskiej, rasistowskiej i szowinistycznej. Przez jednych uznana za tępą propagandę, pochwałę instytucjonalnego prania mózgów i kar cielesnych (też kary śmierci), a przez innych pouczający traktat filozoficzny, cenną rozprawę o człowieczeństwie i tak naprawdę ironiczne spojrzenie na służbę wojskową. Paul Verhoeven, reżyser głośnej filmowej adaptacji „Żołnierzy kosmosu” z 1997 roku, otwarcia kosmicznej franczyzy o zbrojnym konflikcie Homo sapiens z monstrualnymi Robalami, w gruncie rzeczy wyśmiał to słynne dzieło Roberta A. Heinleina. Wysokobudżetowa sarkastyczna adaptacja twórcy „Czwartego człowieka” (1983), „Pamięci absolutnej” (1990) i „Nagiego instynktu” (1997) pod tym samym (oryginalnym i polskim) tytułem.

Rasa ludzka jest zbyt indywidualistyczna, zbyt skupiona na sobie, by przejmować się przyszłymi pokoleniami.”

Winston Churchill, legendarny brytyjski polityk, mąż stanu w okresie drugiej wojny światowej, powiedział kiedyś, że „demokracja to najgorszy system, ale nie wymyślono nic lepszego”. A potem wymyślono Federację Terrańską. Wymyślił ją Robert Anson Heinlein, jeden z największych ekspertów w dziedzinie science fiction, a przynajmniej jeden z czołowych amerykańskich fantastyczno-naukowych piór w latach 40. i 50. XX wieku. W Polsce wojna z Robalami zaczęła się w roku 1994 – premierowa edycja „Żołnierzy kosmosu”, pod tytułem „Kawaleria kosmosu”, przygotowana przez oficynę Amber – a w 2023 roku ta niedługa powieść została włączona w wydawniczą serię Artefakty. Publikacja wydawnictwa MAG w twardej oprawie zilustrowanej przez Dark Crayon; z charakterystycznym dla tej bezcennej oficyny sznureczkiem, tutaj jasnozielonym. Z angielskiego przełożyła moja ulubiona tłumaczka, pani Paulina Braiter. Akcja „Żołnierzy kosmosu” toczy się w dość odległej przyszłości – podobno w XXIII wieku – gdy największym wrogiem ludzkości są arachnidzi. Stawonogi przypominające mrówki lub termity, które dzielą się na żołnierzy, robotników i arystokrację. Rozumne istoty, których macierzystą planetą jest Klendathu, a na samym szczycie ich drabiny społecznej samotnie stoi Królowa. Matriarchalna dyktatura w robalo-cywilizacji. W której nie liczy się jednostka: pseudopajęczaki w odróżnieniu od sentymentalnej ludzkości, bez cienia żalu zostawiają swoich. Nie przejmują się rannymi kolegami, jak żołnierze Federacji Terrańskiej. Co według głównego bohatera (dla niektórych antybohatera) i zarazem narratora „Żołnierzy kosmosu”, Juana 'Johnniego' Rico, może przesądzić o wyniku tego międzygwiezdnego konfliktu zbrojnego. Rico dorastał na Ziemi i od kiedy sięga pamięcią marzył o zwiedzeniu innych planet - przynajmniej tych skolonizowanych – ale nie o zostaniu obywatelem. Rodzice, a zwłaszcza ojciec, właściciel wyśmienicie prosperującej firmy, starali się zrobić z niego umiłowanego cywila. W ich rodzinie próżno było szukać obywateli... do czasu złamania tej tradycji przez Johnniego. Wygląda na to, że decyzję o wstąpieniu do armii podjął pochopnie, idąc jak ta owca na rzeź za swoim najlepszym przyjacielem Carlem, pochodzącym z niższej klasy społecznej umysłem ścisłym, który widział siebie w Gwiezdnych Oddziałach Badań i Rozwoju. A może Johnnie chciał po prostu zaimponować szkolnej piękności? Carmencita 'Carmen' Ibanez, podobnie jak Carl i w przeciwieństwie do niedoszłego następcy Rico seniora, miała sprecyzowane wymagania – chciała dołączyć do najbardziej elitarnego w żeńskich kręgach oddziału, zostać pilotką statku kosmicznego. Johnniemu trafiła się piechota zmechanizowana, najmniej pożądana pozycja na długiej liście składników sił zbrojnych Federacji Terrańskiej. Tuż za Korpusem K9, gdzie piechurzy są parowani z neopsami: niezwykle silne platoniczne związki ludzi ze zmodyfikowanymi genetycznie czworonogami. „Żołnierze kosmosu” to opowieść o dojrzewaniu w reżimie wojskowym. O uczeniu się odpowiedzialności i wyzbywaniu indywidualizmu, przez jednego z wykładowców protagonisty najwidoczniej rozumianego jako czysty egoizm. Demokrację Terrańską od demokracji upadłej (w tym świecie przedstawionym ta systemowa katastrofa nastąpiła jeszcze przed XXI wiekiem) odróżnia „stawianie dobra grupy ponad swoim osobistym”. Utopijna wizja Roberta Heinleina zrodzona z autentycznego przekonania, że najbardziej odpowiedzialnymi wyborcami są żołnierze w stanie spoczynku albo dystopia, wynikająca z przygnębiającej konkluzji, nomen omen autora „Władcy marionetek”, że równowagę między władzą i odpowiedzialnością można osiągnąć jedynie poprzez ekstremalną indoktrynację. Taśmową produkcję ludzkich robotów.

Okładka książki. „Starship Troopers”, Hodder & Stoughton 2014
Kij w mrowisko od Roberta A. Heinleina. Sianie zamętu w demokratycznie usposobionym społeczeństwie. Imputowanie ułomności idealnego systemu. „Zawsze się zastanawiałem, dlaczego trzydziestoletni kretyn miałby głosować mądrzej niż piętnastoletni geniusz” - przyznaje wspominany już wykładowca Juana 'Johnniego' Rico. To jest ten opiewany przed wiekami ustrój? Nie dziwi się więc ten „przybysz z przyszłości”, że demokracja tradycyjna runęła jak domek z kart. Nie dziwi się też, że w XX wieku poszybował wskaźnik przestępczości wśród małoletnich. Przyczyny tego stanu rzeczy ta epizodyczna postać „Żołnierzy kosmosu” upatruje w czymś, co my nazwalibyśmy bezstresowym wychowaniem. Przemoc fizyczna w jego przekonaniu jest niezbędna w kształtowaniu charakterów – bez twardej dyscypliny w dzieciństwie nie będzie poszanowania zasad panujących w danym społeczeństwie w kolejnych fazach rozwoju człowieka. To przekonanie autora czy tylko postaci stworzonej na potrzeby tej, jak sądzą niektórzy, ironicznej militarnej fantastyki naukowej? Powieściowej mącicielce, bo wygłaszającej tak zwane niepopularne poglądy. Zimnowojenne „dziecko” orędownika udziału Stanów Zjednoczonych w wyścigu nuklearnym. Niektórzy sądzą, że „Żołnierze kosmosu” to wyraz głębokiej pogardy Heinleina dla Sowietów, w tym uniwersum ponoć funkcjonujących jako wstrętne Robale. Nie tylko powieść antykomunistyczna, ale i antyliberalna? Zależy gdzie przyłożyć ucho. Ośmielę się jednak zauważyć, że w rzeczywistości Johnniego Rico mamy wolny (no dobrze: częściowo) rynek, niskie podatki i wreszcie nieprzymusową służbę wojskową. Cywili prędzej się zniechęca, niż zachęca do zostania obywatelem. Szkoły są nastawione na wybijanie młodym ludziom z głów takich pomysłów – daje się im jasno do zrozumienia, że przywileje dla żołnierzy w stanie spoczynku nie są warte takiego poświęcenia. Żeby ryzykować życie za możliwość uczestniczenia w procesie wyborczym i/lub pójścia którąś ze ścieżek zawodowych zarezerwowanych dla obywateli, gdy bez trudu można wypatrzyć bardziej dochodowe branże wśród pozostałych? Spokojnie można zrobić satysfakcjonującą karierę bez śmiertelnie poważnej „zabawy w wojaczkę”. A że nie można uczestniczyć w procesie wyborczym? Skoro inni dokonują dobrych – powszechnie akceptowanych – wyborów, to po co się wtrącać? Nasz przewodnik z jakiegoś powodu - zagadkowego nawet dla niego - zrezygnował ze świetlanej, a na pewno wygodniejszej przyszłości na rzecz mocno niepewnej, patriotycznej, drogi. I tak zaczęła się dla mnie najciekawsza partia „Żołnierzy kosmosu”, niesamowicie ciężkie szkolenie w obozie Arthura Curriego. Kompleksowe przygotowanie do zbrojnych podróży kosmicznych, do walki z arachnidami i (jeszcze wtedy) ich sojusznikami, patykowatymi humanoidami zwanymi Chudziakami, pod czujnym okiem Charliego Zima, zasłużonego żołnierza Federacji, którego głównym zadaniem jest odsiać potencjalne mięsne przekąski dla Robali od obiecujących piechurów, czyli takich, którzy utrzymają się przy życiu chociaż do drugiego zrzutu. Sromotnie mogą zawieść się czytelnicy nastawieni na regularną gwiezdną wojnę, na spektakularne starcia komicznych kowbojów z „przerośniętymi mrówkami”. Umowny sprawozdawca wydarzeń, bohater dynamiczny niespecjalnie przypominający swojego filmowego odpowiednikami, ale ze wszystkich postaci największą niespodzianką dla odbiorców „Żołnierzy kosmosu” Paula Verhoevena może być Dizzy Flores. W każdy razie wojskowa kariera Juana Rico nie jest tak hollywoodzka, jak w scenariuszu Edwarda Neumeier. Nie ukrywam, że techniczny żargon trochę mnie zmęczył, a szalenie szczegółowy opis kombinezonu wspomaganego nawet więcej niż trochę. Rzadkie bitwy z Robalami też prześledziłam praktycznie z zerowym zainteresowaniem, ale filozoficznym, psychologicznym, politycznym, historycznym i pseudohistorycznym wykładom „przysłuchiwałam się” z dużym zaciekawieniem, nawet kiedy nie zgadzałam się z danym mówcą. A z najwyższym zainteresowaniem, wręcz z najprawdziwszymi wypiekami na twarzy, przyglądałam się wewnętrznej przemianie narratora, lepieniu rasowego żołnierza Federacji Terrańskiej.

Chuligańska powieść Roberta A. Heinleina. Nieprawomyślna utopia. Koszmarna wizja przyszłości sprzedawana jako najlepsza opcja dla gatunku ludzkiego. Albo solidnie zakamuflowana autorska dystopia, ironiczna pochwała przemocy, nieszczera gloryfikacja totalnego konformizmu, pozorowany „zamach na demokrację”. Tak czy owak, „Żołnierze kosmosu” to bodaj najbardziej kontrowersyjna pozycja w bibliografii jednej z większych gwiazd literackiej sceny science fiction. Sławna i niesławna. Militarna propaganda kosmiczna z fascynującymi Robalami w tle. Szatan nie książka. I jak tu nie polecić? :)

Za książkę bardzo dziękuję księgarni internetowej

https://www.taniaksiazka.pl/

Więcej nowości literackich

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz