Stronki na blogu

piątek, 29 grudnia 2023

Antologia „Duchy zimowej nocy”

 
G.K. CHESTERTON, HENRY JAMES, JOHN BUCHAN, JEROME K. JEROME, JOHN BERWICK HARWOOD, MARY ELIZABETH BRADDON, MRS HENRY WOOD, W.W. FENN, AUTOR NIEZNANY

Okładka książki. „Duchy zimowej nocy”, Zysk i S-ka 2023

Świąteczna tradycja oficyny Zysk i S-ka: kolekcja klasycznych opowieści grozy w twardym opakowaniu w stylu retro. „Duchy zimowej nocy” to już piąty tom Wigilijnych Strachów, serii wydawniczej nawiązującej do niegdysiejszej mody na grudniowe upiorne historie. Świąteczna atrakcja, która szczególną popularnością cieszyła się w epoce wiktoriańskiej. Po „Wigilii pełnej duchów”, „Z duchami przy wigilijnym stole”, „Gwiazdce z duchami” i „Duchach nocy wigilijnej” (nie zapominajmy o letnich strachach: „Wakacje wśród duchów”, „Duchy Nocy Kupały”, „Duchy nocy świętojańskiej”) Tadeusz Zysk wybrał osiemnaście tym razem wyłącznie anglosaskich opowiadań na zimową noc z dreszczykiem. Tłumaczyli Tomasz Bieroń, Mira Czarnecka i Jerzy Łoziński, a stylową okładkę (z obwolutą) – w duchu poprzednich straszydeł zebranych w „książnicach” Zysk i S-ka – zaprojektowała Urszula Gireń.

Opowieść o zimowym nawiedzeniu od najefektowniejszych w mojej ocenie przybyszy zacznę. Najpierw był „Cień w kącie” (niezmiennie za kolejnością wydawcy) wyczarowany przez Mary Elizabeth Braddon. Mieszkający w odosobnionym, owianym złą sławą starym dworze Wildheath Grange uczony Michael Bascom zostaje poinformowany o zatrudnieniu w charakterze pomocy domowej dobrze wykształconej młodej kobiety imieniem Maria. Dziewczyna zostaje ulokowana w pokoju na poddaszu, w którym od nagłej śmierci poprzedniego właściciela posiadłości podobno straszy. Zachęcona przez obecnego pana domu, przybita służąca pewnego dnia zwierza mu się ze swoich nocnych przejść w przeklętej komnacie. Nieprzekombinowana, klasyczna opowieść o nawiedzonym miejscu. Prostota zawsze się sprawdza... a przynajmniej w odpowiednio uwrażliwionych rękach artystycznych. Pisarki imponująco wyczulonej na energię posępnych budowli, w których zalęgło się domniemane zło. Cień nie z tego świata.

Następnie „Dziwne doświadczenie” Mrs Henry Wood (właściwie Ellen Price). Szesnastoletni John Whitney podupada na zdrowiu, a rodzice za radą lekarza organizują dwutygodniowy pobyt w uzdrowisku. Chłopak wraz z matką i kolegą ze szkoły, narratorem Johnnym Ludlowem (o którym jeszcze usłyszymy), zatrzymuje się w pensjonacie sympatycznej panny Gay i nie bacząc na sprzeciwy jej zaniepokojonej kuzynki, zajmuje pokój z oknem wychodzącym na gwarną ulicę. Łóżko okazuje się nad wyraz wygodne, temperatura w pomieszczeniu też jest idealna, a i hałas nie doskwiera. Dlaczego więc John nie jest w stanie zasnąć w tym pokoju? Dlaczego każdej nocy ogarnia go wszechpotężny lęk? Zupełnie jakby coś niestrudzenie odganiało od niego sen. Niepospolicie nawiedzone miejsce. Bez zjaw przemykających w nocnych ciemnościach, bez niezidentyfikowanych dźwięków i samoczynnie otwierających się drzwi. Dręczenie bezsennością: tylko tyle i aż tyle, bo prosty chwyt narracyjny – uprzedzenie wydarzeń – każe spodziewać się śmiertelnego uderzenia, z narastającym napięciem wyczekiwać najgorszego. Suspens, zagadkowy pokój i efektywnie kontrastująca z aurą nieznanego, ciepła atmosfera panująca w pozostałych pomieszczeniach problematycznego domostwa.
I w końcu „Nawiedzona skała. Legenda o zatoczce Porth Guerron” Williama Wilthewa Fenna. Stary wilk morski zapoznaje narratora z podtytułową legendą kornwalijskiej wsi Porth Guerron, w którą święcie wierzy. Mówi o zagadkowej śmierci rybaków, w tym kochanka niejakiej Alice Dournelle. Krótko po tej nieodwracalnej stracie kobieta zmarła i odtąd mieszkańcy widują jej fosforyzującego ducha na skale w pobliżu miejsca okrutnej śmierci jej ukochanego. Umiarkowanie sceptyczny słuchacz doświadczonego marynarza postanawia bliżej przyjrzeć się tej frapującej sprawie. O ludziach mających „wiarę w coś, czego nie możemy dotknąć ani uchwycić”. Niesamowicie klimatyczna – niespokojne morze, zaciekle okładające skały, oniryczne fiordy, mleczna mgła – historia widma zabobonnej wsi. Ghost story, którą mógłby napisać Howard Phillips Lovecraft.

Okładka książki. „Johnny Ludlow”, Forgotten Books 2018

A oto barwna gromadka, której też wypadało gorąco podziękować za wizytę. Towarzystwo niewiele mniej zajmujące od moich ulubionych zmór nocy zimowej. Zaczynamy od „Upiornego czynszu” Henry'ego Jamesa. Student teologii w trakcie grudniowej przechadzki natrafia na stary dom, na sam widok którego przechodzą go dreszcze. Jedyne wyjaśnienie tej dziwnej reakcji organizmu, jakie przychodzi do głowy bynajmniej bujającemu w obłokach, normalnie twardo stąpającemu po ziemi, młodzieńcowi, to nawiedzenie obiektu przez jakąś niezwykłą siłę. Wkrótce potem bohater poznaje starszego mężczyznę, smutnego kapitana Diamonda, w nietypowy sposób związanego z tym rzekomo niezamieszkanym upiornym domkiem na „angielskiej prerii”. Przewrotna opowieść o duchu. Ludziach wydrążonych przez nieustępliwy żal. Też opowieść o ciekawości, która jak wiadomo bywa pierwszym stopniem do piekła. Bez ciekawości w tym świecie przedstawionym nie byłoby jednak szorstkiej męskiej przyjaźni: pierwszego stopnia do prawdy. Ciepła historia o zimnych sprawkach.
Makabra. Opowieść prawdziwa” spłodzona przez Johna Berwicka Harwooda podąża za dziewiętnastoletnią Rosą, przyszłą dziedziczką rodzinnej fortuny, mieszkającą w pałacu w stylu tudorskim z ojcem i dwiema starszymi siostrami, z którymi w przyszłości ma podzielić schedę po rodzicielu. W święta dziewczyna wspaniałomyślnie odstępuje swój pokój schorowanej ciotce w podeszłym wieku, a sama zajmuje mroczną komnatę, w której przeżyje noc czystej makabry. Intrygujące wprowadzenie - w gęstych oparach nadnaturalności, umiejętnie podsycany ogień niezdefiniowanego zagrożenia w pełnym serdecznych dusz, a mimo to zastanawiająco zimnym, niegościnnym domostwie. Rozczarowuje tylko odkrycie kart: rozwlekłe opisy nocy mrożącej krew w żyłach młodej bohaterki i starej narratorki.
Z kolei „W Opactwie Chrighton” Mary Elizabeth Braddon skupia się na Sarze Chrighton, całymi latami tęskniącej za rodzinną ziemią narratorce, która ochoczo korzysta z zaproszenia na Boże Narodzenie wysłanego przez sympatyczną żonę dziedzica, panią Opactwa Chrighton. Jej syn Edward niedawno zaręczył się z wyniosłą panną Julią Tremaine. W angielskim wiejskim dworze wszyscy bawią się przednio, ale dobry nastrój Sary niechybnie się skończy. Za sprawą niewiarygodnego widoku ponoć zwiastującego nieszczęście. Nadnaturalne ostrzeżenie, zły omen, nad którym niepodobna przejść do porządku dziennego. Troski kochającej kuzynki, światowej kobiety, niejako wbrew sobie dającej wiarę zabobonom. Urokliwy prowincjonalny klimat i stosownie chłodne mury przeklętego opactwa. Klątwa zamożnego rodu.
I znowu Mary Elizabeth Braddon, ale dla odmiany rozprawiająca o „Twarzy w lustrze”. Nowi właściciele potencjalnie nawiedzonego dworu w dalekim Yorkshire, nieopodal wrzosowisk, Ruth i Hugh Monroe, upodobali sobie nocne przechadzki po zawiłych korytarzach przestronnego zamczyska w nadziei na ujrzenie ducha. W zasadzie traktują to bardziej jak zabawę niż faktyczne poszukiwania istot z zaświatów, bo są ludźmi na wskroś praktycznymi. Do czasu odkrycia komnaty śmierci. Straszliwe przepowiednie wiekowego zwierciadła i kap, kap, kap w pokoju umarłych. Duszne powietrze, upiorna atmosfera zalegająca w izbie z trupią wodą. Dar i zarazem przekleństwo rodu Monroe. Pozostał jednak mały niedosyt, gdyż koncepcja aż prosiła się o parę stron więcej.
John Granger” też Mary Elizabeth Braddon to opowieść o rolniku z Anglii, który zostaje porzucony przez najukochańszą Susan Lorton. Kobieta oddała serce pochodzącemu z wyższych sfer Robertowi Ashleyowi, szanowanemu przez jej niedoszłego męża, w przeciwieństwie do Stephena Price'a, nikczemnego kuzyna jego najdroższej przyjaciółki, zadłużonego absztyfikanta rozchwytywanej Susan. John Granger ostrzega ją przed Stephenem i obwieszcza, że przeprowadza się do Ameryki, aby uniknąć udręki patrzenia na zamężną miłość swojego życia. Przed wyjazdem człowiek ze złamanym sercem żegna się ze wszystkimi znajomymi, z żalem myśląc o opuszczeniu ojczyzny, a Susan obiecuje, że będzie pisał. Miesiące mijają, a wraz z nimi topnieje nadzieja pani Ashley na otrzymanie listu od biednego Grangera. Milczenie przyjaciela potwierdza złe przeczucia jakie dopadły ją w pożegnany wieczór. Kobieta nabiera pewności, że jej drogiego przyjaciela spotkało jakieś nieszczęście. Historia nieodwzajemnionej miłości w paranormalnym sosie. O kobiecie bolejącej nad tym, że był jej pisany ktoś inny, że skrzywdziła najlepszego przyjaciela, podążając za głosem serca. Melancholijna tonacja – bez przesłodzonych akordów – i rozdzierające poczucie straty, zręcznie podsycane przez smutną zjawę.
Czas na panią Henry Wood i jej „Okultystkę starej daty”. Wywodzący się ze znamienitego, acz ostatnio zubożałego rodu bracia z Paryża poznają fascynującą młodą Angielkę Alice Dare, która wydaje się być bardziej zainteresowana młodszym z adoratorów. Myląc szczerą troskę o krewnego ze zwykłą zazdrością, starszy brat układa i niezwłocznie realizuje plan rzekomego ocalenia zauroczonego młodzieńca, w jego mniemaniu niegotowego na poważny związek. Niegodna pozazdroszczenia sytuacja spiskowca, moda na okultystów i koszmary wojny. Dojmujący żal, także przedwczesne poczucie straty, podlewane niby zabobonnym myśleniem. Mroczne proroctwo i dziwnie trafne doniesienia szarlatanów. Czarujące, przydałoby się jednak szczodrzej doprawić nadnaturalnością.
A „Zaduszki” Mrs Henry Wood otwiera przybycie młodej Angielki Clary Fitzgerald i jej matki do małej francuskiej miejscowości, gdzie na wstępie zostają przedstawione wzorcowemu dżentelmenowi Francisowi Latange'owi, który ma odziedziczyć niebagatelny rodzinny majątek i poślubić antypatyczną kuzynkę. Panicz zakochuje się jednak w Clarze, tym samym doprowadzającej do wściekłości swoją despotyczną rodzicielkę, która karze go niewystawieniem zmiennika do siedmioletniej służby wojskowej wylosowanej przez twardo obstającego przy swoim, dotychczas całkowicie posłusznego jej syna. Pech chce, że zaczęła się wojna, pani Latange srogo więc pożałuje swej decyzji. Wymodlony duch. W wigilię Zaduszek zgnębione dusze wychodzą z Czyśćca w nadziei na spotkanie żyjących bliskich. I są tacy śmiertelnicy, którzy z utęsknieniem wypatrują spotkania z utraconym krewnym. O potwornych wyrzutach sumienia, nieuleczalnej żałobie i zakazanej miłości. Hipnotyczny prowincjonalny klimat, dreszczyk emocji i zaskakujące zakończenie.
Nocne czuwanie Davida Gartha” znowu od sławnej brytyjskiej pisarki „ukrywającej się” pod pseudonimem Henry Wood. Czternastoletni tytułowy bohater zostaje zmuszony przez ojczyma do pilnowania rodzinnego dobytku, w domu do którego się przenoszą. Chowany pod kloszem przez niewątpliwie kochającą matkę, podzielający jej irracjonalne fobie chłopak jest przerażony perspektywą całonocnego czuwania w pustym budynku, ale nie śmie sprzeciwić się szorstkiemu opiekunowi. Kolejna opowieść Johnny'ego Ludlowa (pamiętacie go?), tym razem o fatalnym posunięciu. Przewidywalna sprawa kryminalna z delikatnie zarysowanym motywem nadprzyrodzonym – autorka zrobiła to z takim wyczuciem dramaturgii, tak zgrabnie i powabnie, że wbrew pozorom w zupełności zaspokoiła mój gargantuiczny apetyt na zjawiska nietypowe. Dość smutna to historia, niezaprzeczalnie tragiczna.
Rzeczywistość czy przywidzenie?”: oto jest pytanie Mrs Henry Wood. Z pamiętnika Johnny'ego Ludlowa. Przystojny Anglik, który ciężkiej pracy się boi, Daniel Ferrar, zaręcza się z posiadaczką skromnego posagu Marią Lease, którą ogarniają wątpliwości. Kobieta ma powody przypuszczać, że wybranek zdradza ją z pochodzącą z Francji Harriet Roe. Przypowieść o grzechach i spodziewanych konsekwencjach. Osuwanie się gruntu spod nóg i niemożność znalezienia wyjścia z rozpaczliwej sytuacji. O pochopnym działaniu, o dokonywaniu kluczowych wyborów w przypływie trwogi. Lekko się czyta, niektórym może jednak nieco skóra ścierpnąć na wieść o snującym się po wsi młodzieńcu w ciepłym zeszłorocznym wdzianku:)

Okładka książki. „The Altar of the Dead”, Wildside Pr 2003

Niezłe duchy dawno minionych świąt. „Ołtarz zmarłych” Henry'ego Jamesa, czyli rzecz o londyńczyku George'u Stransomie, sumiennie obchodzącemu każdą rocznicę śmierci niedoszłej żony Mary Antrim. To podsuwa mu pomysł na oddawanie należnej czci wszystkim szanowanym zmarłym, których za ich życia dane mu było poznać. Mimowolnie zakłada coś w rodzaju kultu. Palenie świec w intencji drogich nieobecnych. W ten sposób George poznaje enigmatyczną damę ze smutnym obliczem. Podniosła opowieść o śmierci, paraliżującym strachu nieuchronnie przechodzącym w cichą akceptację. O naturalnej potrzebie bliskości, szukaniu towarzystwa wśród nieznajomych – także tych wyjątkowo długo skąpiących informacji o sobie. O niecodziennym związku strudzonych egzystencjalnych wędrowców. Ludzi dzielących troski, zmartwienia, obawy. Patetyczna przypowieść o zmarłych, którą chciałoby się wydobyć z mdlącej mgiełki niby romantycznej, ale w takim wydaniu też da się lubić.
Nawiedzony młyn, czyli zrujnowany dom” Jerome'a K. Jerome'a swego czasu został wydzierżawiony przez człowieka imieniem Joe, szwagra pana Parkinsa, w tym świecie przedstawionym przekazującego tę niewiarygodną historię. Przed nim w młynie mieszkał zły skąpiec, nieżyjący już domniemany posiadacz jakiegoś skarbu, jak wieść gminna niesie najpewniej ukrytego w tej nieprzytulnej nieruchomości. Joe nie przywiązuje większej wagi do tych rozpalających wyobraźnię plotek, ale to się zmienia gdy ukazuje mu się duch skąpca. Mężczyzna nie ma wątpliwości, że zjawa chce by jej skarb został odnaleziony. Według mnie najciekawsze jest wprowadzenie – historia nurtu ghost story w pigułce. Ulubione motywy i niezrozumiałe przywiązanie duchów do Wigilii Bożego Narodzenia, parady zjaw w świątecznej gorączce. Wykazał się autor znajomością podgatunku, nie wspominając już o poczuciu humoru. Po tak pożywnej przystawce danie główne ledwo zmieściłam. Ot, dowcipna anegdotka.
A w „Szkielecie” Jerome K. Jerome w pewnym sensie oddaje głos dżentelmenowi nazwiskiem Jephson, zabawiającego równie dystyngowanych przyjaciół opowieścią o szaleńczej pogodni napędzanego Nienawiścią skrzywdzonego za zagrzewanym przez Strach krzywdzicielem. Gonitwa kończy się śmiercią jednego z nich, a kilka lat później drugi nabywa upiorny szkielet. Rozpędzona historia gubiąca aurę niesamowitości. Ma swój bezpretensjonalny urok, ale nie zaszkodziłoby poświęcić paru minut na zagęszczenie klimatu. Zamarzyło się silniejsze tchnienie nadnaturalności.

Przeciętniaczki zmasowanego zimowego nawiedzenia. W „Strażniku miru” Johna Buchana wolny ptak Henry Grey niechętnie przyjmuje zaproszenie od kuzynki Sybil do House of More, przysadzistej posiadłości pośród angielskich wrzosowisk, którą kobieta zamieszkuje jedynie z mężem Robertem Johnem Ladlawem. W dawnej krainie Manannana, boga podziemia, pan domu zapadł na uciążliwą chorobę, przypuszczalnie melancholię, a pani w związku z tym doskwiera samotność, nie wspominając już o boleśnie bezradnym przyglądaniu się dotąd na wskroś racjonalnego partnerowi, coraz częściej opowiadającemu niestworzone historie. Klimatyczny wstęp – wprost wymarzona sceneria dla duchów. Niestety, nie tym razem. Zagrożenie jest inne, też dobrze znane miłośnikom gatunku i samo w sobie przeszkodą dla mnie nie było. Rzecz w tym, że autor miast skupić się na intensyfikowaniu napięcia, wikłał się w pseudofilozoficzne, przeintelektualizowane rozważania o wszystkim i o niczym. Opowiadanie szkatułkowe w moim poczuciu marnujące wyśmienity krajobraz.

Duch starego Hookera” nieznanego autora, opowiadanie po raz pierwszy opublikowane w drugiej połowie XIX wieku w literackim magazynie „Bentley Miscellany” – piśmie początkowo wydawanym pod naczelną redakcją samego Charlesa Dickensa – które przenosi nas do Huntingfield Hall, wystawnej rezydencji od niepamiętnych czasów należącej do rodziny Ildertonów. Gdzie z okazji Świąt Bożego Narodzenia licznie zgromadzili się zacni goście miłościwego baroneta sir Gilberta Ildertona. Zabawę zakłóci duch gajowego Hookera, który podobno uwziął się na tę rezydencję. Mówią, że to akt zemsty za poza tym bezkarne skrócenie jego ziemskiego życia przez przodka sceptycznego baroneta. Trochę chaotyczne – męczące skakanie po postaciach, choć gwoli sprawiedliwości jedna niewiasta koniec końców wysuwa się na pierwszy plan oraz nieuporządkowane opisy strojów i wybranych pomieszczeń w niedostatecznie mrocznej, częściej radosnej, rezydencji – niemniej występy ducha sprawnie zorganizowane.

Na koniec taka ciekawostka - „Sklep z duchami” Gilberta K. Chestertona. Oczarowany wystawą sklepu z zabawkami bezimienny narrator, wchodzi do środka z zamiarem dokonania zakupu, ale ku jego niezmiernemu zdziwieniu sprzedawca informuje go, że nie zwykł przyjmować pieniędzy, gdyż jest Duchem Świąt. Mały pomnik dla ponadczasowej „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa... i nic ponadto. Brakuje treści, nie potrafię więc ustosunkować się do tego materiału prozatorskiego. Trudno mi ocenić to krótkie nie-opowiadanie, uznałam więc, że najlepiej będzie umieścić je niejako z boku tych nieformalnych zawodów w zimowym nawiedzaniu.

Magiczna noc z duchami. Osiemnaście leciwych opowiadań od dziewięcioosobowej drużyny niesamowitości. Straszenie w stylu klasycznym. Wyższe sfery horroru nadnaturalnego, elitarna stara szkoła zabawiania poszukiwaczy nieziemskich wrażeń. Świąteczny podarek dla entuzjastów opowieści z dreszczykiem. „Duchy zimowej nocy” - urzekający zew przeszłości.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz