Stronki na blogu

piątek, 22 lipca 2022

„Niebezpieczna gra” (1981)

 

Australia. Kierowca ciężarówki, Patrick 'Pat' Quid, podczas postoju pod motelem zwraca uwagę na nieznajomego kierowcę zielonej furgonetki, który wynajął pokój na jedną noc w tym przybytku. Mężczyzna uporczywie wpatruje się w dingo Quida, którego zainteresował wypchany worek na odpady leżący obok śmietnika. Quid nie sprawdza jego zawartości, przywołuje swojego pupila i rusza do Universal Meats, po ładunek mięsa, który ma przewieźć do Perth. W drodze dowiaduje się o seryjnym mordercy kobiet, podobno grasującym w tej okolicy, a wkrótce potem znowu przyłapuje kierowcę furgonetki w zastanawiającej sytuacji. Quid nabiera przekonania, że to ten człowiek odpowiada za bestialskie zbrodnie szeroko omawiane w mediach, a do swojej teorii bez trudu przekonuje młodą autostopowiczkę, Pamelę Rushworth, którą nazywa Hitch.

Podczas prac nad „Patrickiem”, horrorem science fiction z 1978 roku, reżyser tego filmowego przedsięwzięcia, Richard Franklin, który później stworzy również między innymi sequel ponadczasowej „Psychozy” Alfreda Hitchcocka i animal attack pt. „Link”, przekazał scenarzyście Everettowi De Roche'owi (m.in. „Długi weekend” Colina Egglestona i jego remake w reżyserii Jamiego Blanksa, „Razorback” Russella Mulcahy'ego, „Forteca” Archa Nicholsona i rzecz jasna wspomniane „Patrick” oraz „Link”) kopię „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka, dając przy tym do zrozumienia, że chciałby popracować nad podobną konstrukcją fabularną. De Roche podzielił jego zachwyt „Oknem na podwórze” i zaproponował thriller drogi. Pomysł rozwinęli wspólnie – historię na karty scenariusza Everett De Roche przelał jednak w pojedynkę – na Fidżi, gdzie Franklin przebywał w związku z pracami nad „Błękitną laguną” (1980), której był jednym z producentów. „Niebezpieczną grę” aka „Gry na drodze” (oryg. „Roadgames”/„Road Games”) kręcono głównie na The Nullarbor Plain i w Melbourne, przy budżecie opiewającym na blisko milion osiemset tysięcy dolarów, co w tamtym czasie czyniło ją najdroższą pozycją w historii australijskiego kina. Na odtwórcę roli głównej Richard Franklin upatrzył sobie Seana Connery'ego, ale stawki aktora przekraczały finansowe możliwości ekipy od „Niebezpiecznej gry”. Ostatecznie postać Quida powierzono Stacy'emu Keachowi. Jeśli zaś chodzi o Pamelę Rushworth, główny żeński pierwiastek „Niebezpiecznej gry”, najpierw obsadzono Lisę Peers, ale amerykańscy dystrybutorzy nalegali na wybór gwiazdy z ich stron. Franklin skontaktował się więc ze swoim przyjacielem Johnem Carpenterem – tak, TYM Johnem Carpenterem – i poprosił o namiar na Jamie Lee Curtis, którą spotkał na planie „Mgły” (1980). Wpadł z wizytą towarzyską:) Hitch, pseudonim nadany Pameli przez jej nowego znajomego Quida, jest oczywistym hołdem dla Alfreda Hitchcocka, z twórczości, którego, już bardziej subtelnie, czerpał duet Franklin-De Roche opracowując fabułę „Niebezpiecznej gry”. Jednego z najukochańszych filmów Quentina Tarantino i obrazu pod natchnieniem którego, między innymi, pozostawał Greg McLean tworząc swój głośny survival horror/torture porn „Wolf Creek”.

Obraz z kategorii ozploitation, któremu, zdaniem jego nieżyjącego już reżysera Richarda Franklina, bardzo zaszkodził nietrafiony, żeby nie powiedzieć kłamliwy, marketing na terenie Stanów Zjednoczonych – podobno próbowano sprzedać go jako slasher. A to tylko skromny dreszczowiec. Z drugiej strony chodzą słuchy, że właśnie „Niebezpiecznej grze” Franklin zawdzięcza „fuchę” przy „Psychozie II”. Tak czy inaczej, reżyser omawianej pozycji później wyrzucał sobie, że nie rozbudował roli Jamie Lee Curtis. Poza tym nigdy nie przekonał się do zakończenia „Niebezpiecznej gry”. „Zbyt niesmaczne”: tak to ujął. W zasadzie to jedyny mocniejszy akcent zawarty w tym klimatycznym widowisku. Chociaż za takowy można też uznać atak ujawniony na początku filmu. Na dobrą sprawę od tego zaczynają się kłopoty przebojowego kierowcy ciężarówki, Patricka 'Pata' Quida, dowcipnego gościa, który zwykł umilać sobie podróże różnymi grami. Wpływ „Okna na podwórze” Alfreda Hitchcocka najjaskrawiej ujawnia się po wspomnianym ataku na młodą kobietę w jednym z australijskich moteli (w czym sumie można też dopatrywać się delikatnej inspiracji „Psychozą” mistrza suspensu, pierwszą ekranizacją powieści Roberta Blocha pod tym samym tytułem). Niedopowiedzianym, ale dobitnie zasugerowanym zabójstwie popełnionym przez dusiciela i pseudorzeźnika – ma w zwyczaju ćwiartować zwłoki. Ciekawostka: postać odegrana przez Jamie Lee Curtis później porówna go do Dusiciela z Bostonu, Alberta DeSalvo, co z pewnością było oczkiem puszczonym do widzów, którzy przynajmniej słyszeli o „Dusicielu z Bostonu” Richarda Fleischera, gdzie w roli tytułowej wystąpił ojciec aktorki, Anthony 'Tony' Curtis (wcześniej Bernard Schwartz). Ale do meritum: wczesnym rankiem, tuż po przebudzeniu w swoim ruchomym miejscu pracy, Quid wypuszcza swego wiernego towarzysza, dingo o imieniu Boswell, który kieruje się w stronę najbliższego pojemnika na odpady. I przypuszcza szturm na jeden z wypchanych worków spoczywających obok. Wtedy czekający w ciężarówce Quid w jednym z okiem motelu dostrzega jakąś postać, która bacznie przygląda się jego przyjacielowi. Nie „jakąś postać” tylko kierowcę zielonej furgonetki, który poprzedniego wieczora „sprzątnął mu sprzed nosa” ostatni wolny pokój w tym raczej podrzędnym przybytku. Pokój i dziewczynę, choć gdy już lepiej poznamy pierwszoplanowego bohatera „Niebezpiecznej gry” możemy dojść do wniosku, że z dziewczyną to tylko sobie żartował. Nie zamierzał zawiązywać znajomości z tą, jak szybko się okaże, nieszczęsną autostopowiczką. Regulamin firmy, dla której pracuje ta barwna postać, zabrania podwożenia innych i choć niektórym Quid wygląda na takiego, który nie przestrzega reguł, to jego niewidzialny compadre może mieć inne zdanie na ten temat. To nie tak, że Quid nie szanuje prawa i polityki firmy przewozowej, w której jakiś czas temu się zakotwiczył, ale w pogoni za domniemanym seryjnym mordercą, łatwo można się zapomnieć. Zdarza się nawet najlepszym śledczym, a cóż dopiero osobie niemającej żadnego doświadczenia w podobnych akcjach? Ani doświadczenia, ani zaplecza. Nie licząc kobiety, dla której Quid po raz pierwszy na naszych oczach, świadomie łamie jedną z zasad firmy, która ostatnio zleciła mu przewóz wieprzowiny do miasta Perth, gdzie trwa potężny strajk – główna przyczyna coraz dotkliwszych niedoborów mięsa w tamtym rejonie Australii. Ten duet moim zdaniem miał przeogromny potencjał. Gdyby tylko Richard Franklin zareagował w porę, miast potem żałować.

(źródło: https://www.amazon.com/)

Pamela 'Hitch' Rushworth, w którą wcieliła się „królowa krzyku” Jamie Lee Curtis, uważam, powinna dostać o wiele miejsca w tej trzymającej w napięciu, ale i zabawnej przeprawie przez australijskie pustkowia (w większości niezagospodarowany, niezaludniony obszar, aczkolwiek parę małych biznesów gdzieniegdzie już zdążyło się pootwierać). Dreszczowcu, który zdecydowanie najmocniej pachniał mi „Pojedynkiem na szosie” (oryg. „Duel”) Stevena Spielberga, kultowym filmem opartym na opowiadaniu Richarda Mathesona pod tym samym oryginalnym tytułem (polski „Pojedynek”: publikacja zbiorcza wydawnictwa Mag z 2019 roku). Głównym, rzecz jasna mile widzianym sprawcą, tego stanu rzeczy, był klimat, ale treść też dość zbliżona. Maniak na drodze, który wciąga innego uczestnika ruchu drogowego w niebezpieczną grę. Tym razem jednak mamy do czynienia z czymś w rodzaju obrony przez atak. Zakładając, że podejrzenia Pata Quida względem „Smitha lub Jonesa”, tj. kierowcy zielonej furgonetki, są słuszne, zakładając, że nasz bohater trafnie wytypował aktualnie (początek lat 80-tych XX wieku, ewentualnie schyłek poprzedniej dekady) prawdopodobnie najbardziej poszukiwanego człowieka po tej stronie zjawiskowej Australii, jego zainteresowanie Quidem wygląda jak odpowiedź na „wścibstwo” naszego bohatera. Potencjalny zabójca młodych autostopowiczek z całą pewnością zauważył przyglądającego mu się Quida. Może i umknął mu za pierwszym razem, gdy jak u Hitchcocka wyglądał przez okno, ale później, na pustyni, już niewątpliwie zwrócił na niego uwagę. Wtedy, poza Quidem i jego przeuroczym pupilem, w ciężarówce wypełnionej kilkudziesięcioma sztukami zamrożonego mięsa z nieszczęsnych świnek, siedziała kobieta, której wcale nie chciał zabierać. Wzięła się i wepchnęła. Kobieta, którą mąż wyrzucił z samochodu na kompletnym pustkowiu! Może dlatego, że buzia jej się nie zamykała? Tak, oczywiście, to żadne usprawiedliwienie. Choćby nie wiadomo, jak męczące było towarzystwo, wypadałoby przynajmniej wysadzić bidulę w jakimś bardziej cywilizowanym miejscu. Bidulę czy raczej niewdzięcznicę? Cóż, powiedziałabym, że ta kobieta nie jest uważną słuchaczką, ma kłopoty z przyswajaniem informacji i czy to z czystej złośliwości, czy z jakichś mniej haniebnych powodów (znowu błędna interpretacja?), dołącza do chóru potępieńczych głosów. Ale to potem. Po długiej zabawie w kotka i myszkę w pustynnej dziczy. Brudnawe zdjęcia Vincenta Montona, wpadająca w ucho przewodnia melodia – która po jakimś czasie (opieram to wyłącznie na własnych odczuciach) może nieco drażnić – skomponowana przez Briana Maya i sprawny montaż Edwarda McQueena-Masona. Mało efektów, sporo gadania. I nie powiem, że mi to przeszkadzało. Trochę dłużyzn co prawda w moim odczuciu w tą „Niebezpieczną grę” Richarda Franklina się wkradło, ale żebym zdążyła się solidnie wynudzić, to nie, aż tak źle nie było. W takim przebojowym towarzystwie? Nie, nie twierdzę, ze każdemu takie „wariaty” podpasują, ale ja nie miałabym nic przeciwko przedłużeniu tej niecodziennej samochodowej podróży. Najchętniej nie tylko z Quidem i jego wiernym - może zanadto strachliwym, żeby nie powiedzieć tchórzliwym - nie-psem, ale też z jego nową znajomą, która bezsprzecznie nadaje na podobnych falach. Taki sam „postrzeleniec”, jak i on. Albo nawet większy, bo choć to ten kierowca ciężarówki (choć on pewnie sprzeciwiłby się takiemu określeniu jego skromnej osoby – ma facet dystans do siebie, co uważam za bardzo rzadką cechę) niejako zaraża ją swoją małą obsesją na punkcie „Smitha lub Jonesa”, to Pamela zdaje się wykazywać większą gotowość do powstrzymania tego „drogowego upiora”. Quid jakby nieustannie bił się z myślami. Mieszać się czy pilnować własnego nosa? Interweniować? To zadanie policji, która wprawdzie jest na niewłaściwym tropie, ale dla niego to tak naprawdę kolejny argument – najmocniejszy argument – za tym, by zostawić tę przerażającą sprawę w spokoju. Bo nawet jeśli kierowca zielonej furgonetki jest aktywnym seryjnym mordercą, czego Quid nie jest absolutnie pewien (skłania się ku temu, ale bierze też pod uwagę możliwość błędu, nie wyklucza, że mógł zapędzić się w swoich śmiałych teoriach), to przecież wywiązał się ze swojego obywatelskiego obowiązku. Przedstawił, a przynajmniej usiłował przedstawić, swoje obserwacje mundurowym. Reszta powinna należeć do nich. Nie można wymagać od zwykłego, szarego kierowcy ciężarówki wyręczenia organów ścigania w pościgu za groźnym przestępcą. Nie byle kieszonkowcem. Co zrobi Quid? Łatwo się domyślić. Jak skończy się ta opowieść? To już trochę trudniej. Choć niezupełnie. Otóż, od pewnego momentu - makabryczna myśl nie bez powodu, nawiedzająca głównego bohatera filmu w jego dalszej partii – przynajmniej część widzów będzie już tylko czekać na nieuniknione. Domyśli się, z której strony nadejdzie ostatni, najmocniejszy z zaplanowanych przez filmowców ciosów. Ta niesmaczna gadzina, nad którą ubolewał Richard Franklin. Cóż, ja tam nie ubolewam.

Solidne rzemiosło z australijskiej ziemi. Takich dreszczowców już się właściwie nie kręci. Bo taki nieefekciarski, taki nieplastikowy, taki brudny. Thriller drogi opracowany pod natchnieniem niektórych dzieł - a na pewno jednego - Alfreda Hitchcocka, który może też przywoływać wspomnienia „Pojedynku na szosie” Strevena Spielberga czy późniejszych „Autostopowicza” Roberta Harmona i „Kalifornii” Dominica Seny. Tak czy owak, uważam, że warto odkurzyć tę „Niebezpieczną grę” Richarda Franklina, mocno wspieranego przez Everetta De Roche'a. Klimatyczny dreszczowiec z humorystyczną polewą. Nie taki znowu ponurak:) Dość łagodnie obchodzący się z widzem, nietwardy owoc pracy zręcznych rąk, do którego zwolennicy mocniejszego, bezkompromisowego kina, według mnie, nie powinni się jednak zrażać. Chociaż zerknijcie, poświęćcie mu parę minut... I jak? Zostało się do napisów końcowych?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz