Stronki na blogu

sobota, 22 lipca 2023

„Amerykańska rzeź” (2022)

 
Zgodnie z zarządzeniem gubernatora Harpera Finna w całym stanie dochodzi do aresztowań nielegalnych imigrantów i ich dzieci, włącznie z osobami urodzonymi w Stanach Zjednoczonych. Szansą na odzyskanie wolności jest wolontariat w Związku Jedności Emerytowanych Mieszkańców, opieka nad seniorami z domu niespokojnej starości niejakiego Eddiego. W programie mogą brać udział jedynie młode ofiary czystki gubernatora Finna, ale sumienne wykonywanie obowiązków koniec końców może przysłużyć się także ich rodzicom. Z tej szansy, na swoje nieszczęście, postanawia skorzystać JP, rodowity Amerykanin z meksykańskimi korzeniami, którego rozdzielono z ukochaną siostrą i matką.

Plakat filmu. „American Carnage” 2022, Saban Films, Xolo Productions, The Hallivis Brothers

Reakcja na klimat polityczny panujący w Stanach Zjednoczonych za prezydentury Donalda Trumpa. Horror komediowy twórcy „Zakrzywienia” (2017), Diego Hallivisa, którego scenariusz napisał razem ze swoim bratem Julio Hallivisem. Właściwie początków „Amerykańskiej rzezi” (oryg. „American Carnage”) należy wypatrywać już w kampanii prezydenckiej 2016, która skłoniła pochodzących z Meksyku filmowców (w Stanach Zjednoczonych osiedli jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności) do głębszych przemyśleń o wykorzystywaniu Latynosów do manipulowania społeczeństwem. Kiedy nabrali przekonania, że w tę podłą grę (polityczna nagonka na wybrane grupy społeczne) grają nie tylko republikanie, ale i demokraci, zapragnęli stworzyć coś, co w przyszłości mogliby pokazywać wszystkimi, którzy zapytaliby „co zrobiliście, co powiedzieliście, kiedy to wszystko się działo?”. Coś, z czego mogliby być dumni. A że najbardziej inspirującymi dla braci Hallivis twórcami są Jordan Peele („Uciekaj!” 2017, „To my” 2019, „Nie!” 2022) i Edgar Wright (m.in. „Wysyp żywych trupów” 2004, „Ostatniej nocy w Soho” 2021) zaczęli się zastanawiać, jak też mógłby wyglądać film tych panów o Latynosach. Obraz został uwolniony w lipcu 2022, przy czym do Polski trafił rok później, bezpośrednio na platformy VOD.

Nowa Królowa Krzyku, Jenna Ortega (m.in. „Opiekunka: Demoniczna królowa” McG, „Krzyk” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta, „Studio 666” BJ McDonnella, „X” Ti Westa, „Krzyk VI” Matta Bettinelliego-Olpina i Tylera Gilletta) „alias Wednesday Addams” w manifeście braci Hallivis. Szalonym horrorze z szalonej epoki. A zaczynamy od szczujących głów, fragmentów autentycznych nagrań (archiwum audiowizualne) z nieprawdziwej utopii (ten amerykański patos). Następnie poznajemy młodego pracownika fast foodu Juana Pablo 'JP' Valdesa (przekonująca kreacja Jorge'a Lendeborga Jr.), głównego bohatera „Amerykańskiej rzezi” Diego Hallivisa, który najwidoczniej (jeden z plakatów w jego pokoju) wśród swoich filmowych ulubieńców ma „To my” Jordana Peele'a. Niedługo po otrzymaniu słodko-gorzkiej wiadomości o sukcesie jego kochanej siostry – Lily dostała się na wymarzoną uczelnię, JP martwi jednak spora odległość uniwersytetu od ich domu rodzinnego; perspektywa rozłąki nie tylko z siostrą, ale i najlepszą przyjaciółką – rodzina Valdesów zostaje aresztowana na mocy rozporządzenia gubernatora Harpera Finna, makiawelisty, któremu w prawdziwym życiu dawałabym duże szanse na wygraną w wyborach. Finn nie tylko wybrał sobie jeden z najpewniejszych sposobów na pozyskanie elektoratu (syndrom oblężonej twierdzi), ale jeszcze przed tak zwanym świętem demokracji (do urn, ludu do urn!) przeszedł od słów do czynów. To dopiero rzadkość... Trzeba więc przyznać, że dzielny Finn jest politykiem wiarygodnym, że nie obiecuje gruszek na wierzbie. Jak zapowiedział, tak zrobił – zapolował na czarownice i czarnoksiężników. I tak JP wylądował w Strefie 45, prowizorycznym areszcie dla młodocianych niby przestępców, którym z odsieczą pędzi medialna przeciwniczka gubernatora Finna. A przynajmniej potomkom „wrogów publicznych numer jeden”, dzieciom nielegalnych imigrantów z obywatelstwem amerykańskim. Prawniczka przywraca nadzieję więźniom osobnika z prawdziwą obsesją na puncie władzy (koryto ponad wszystko), w tym naszemu JP. Wolontariat w Związku Jedności Emerytowanych Mieszkańców założonym przez rzekomego filantropa imieniem Eddie (intrygujący występ Erica Dane'a), ma być jedyną szansą na wycofanie prokuratorskich oskarżeń. Z deszczu pod rynnę. Dozór elektroniczny w podejrzanym domu seniora. Nierealna wizja przyszłości? Jeśli podejść do tego z maksymalną powagą, to można to uznać za gargantuiczną bujdę na resorach - przynajmniej, jeśli jest się optymistą - nie jestem tylko przekonana, czy na takim podejściu zależało autorom „Amerykańskiej rzezi”. W krzywym zwierciadle, z przymrużeniem oka... Rozpacz ubrana w humor. Opowieść o migrantach, seniorach i UWAGA SPOILER dosłownej konsumpcji klasowej – stojący wyżej na drabince społecznej, zjadają tych z niższych szczebli. „Zielona pożywka” Richarda Fleischera, na podstawie powieści „Przestrzeni! Przestrzeni” Harry'ego Harrisona, spotyka urban legend o burgerach z ludzi KONIEC SPOILERA. O rasizmie, ksenofobii i gerontofobii bez zadęcia, nienapuszonym tonem. Niezażarta, nienapastliwa „debata polityczna”; zdaje się świadomie przejaskrawione „jutro”. Horror społeczny w barwach (niekiedy) „Ostatniej nocy w Soho” Edgara Wrighta i w oparach gazu rozweselającego, najczęściej rozpylanego przez notabene Big Maca, a właściwie Sammy'ego McDonalda (piękny popis Allena Maldonado), który nie wie, czy zgarnęli go za to, że jest czarny, czy za to, że jest Latynosem – wątpliwość wyrażona z inicjatywy odtwórcy niniejszej postaci, wkład doświadczonego aktora w scenariusz The Hallivis Brothers.

Plakat filmu. „American Carnage” 2022, Saban Films, Xolo Productions, The Hallivis Brothers

Jednym z celów, jakie postawili sobie scenarzyści „Amerykańskiej rzezi” były niedopuszczenie do połknięcia horroru przez komedię. Poruszanie się na styku tych dwóch gatunków niewątpliwie jest obarczone takim ryzykiem – zdarza się, i to nierzadko – a Diego i Julio Hallivis z dwojga złego pewnie woleliby, żeby groza przykryła rozbawienie. Jeśli tak, to przydałoby się więcej takich smaczków jak niemożliwie wyginające się ciała pensjonariuszy domu opieki Eddiego. „Egzorcysta” Williama Friedkina z turbodoładowaniem „Nieproszonych gości” Charlesa i Thomasa Guardów. Dobrze, jakość słabsza, bo na kilometr czuć CGI, ale coś w tym jest... W każdym razie zwykle mniej przychylnym okiem spoglądam na tak jaskrawe efekty komputerowe w kinie grozy. Tego samego niestety nie mogę powiedzieć o bodaj najbardziej makabrycznym akcencie w „Amerykańskiej rzezi” (główny pojedynek, czy jak kto woli ostateczna konfrontacja) – a już zdążyłam nabrać przekonania, że nie doczekam bardziej kłującego w oczy ujęcia od plastikowo baśniowego zakończenia „niespodziewanego spotkania” w skrzydle szpitalnym domu niespokojnej starości. Gdzie zdążyły zawiązać się nowe przyjaźnie. JP, bezglutenowa weganka i socjalistka Micah Fuentes (zadowalająca kreacja Belli Ortiz), zmagający się z chroniczną nerwicą i paranoją Christopher Morales (też niezgorszy Jorge Diaz), wspomniany już „klasowy błazen” Sammy McDonald i wreszcie aktywistka Camila Montes (bezbłędna Jenna Ortega), buńczuczne dziewczę z tym charakterystycznym „addamsowym spojrzeniem” (gdyby wzrok mógł zabijać...) - bardziej przymusowi pracownicy, aniżeli wolontariusze programu diabolicznie charyzmatycznego Eddiego. Troskliwy tatuś ewidentnie z niewyobrażalnym brudem za paznokciami. Albo źle go oceniłam. Dumnego właściciela skrzydlatego strażnika „idyllicznej przystani dla ludzi w jesieni życia”, który nie życzy sobie żadnych kłótni „w rodzinie”. JP nie potrafi jednak obojętnie patrzeć na niegodną egzystencję bliźnich. Nie może milczeć w obliczu krzywdy zadawanej bezbronnym istotom przez opłacanych pracowników Eddiego, a właściwie przez kierownika z kompleksem Boga. Komnata tortur na widoku. W kulcie młodości nie trzeba wszak specjalnie kryć się z takimi praktykami – i tak nie spojrzą, bo się brzydzą. Bo starość ich przeraża. Zwolennicy praktycznych efektów specjalnych najprędzej docenią wkład zespołu protetyków w „Amerykańską rzeź” Diego Hallivisa, który ma też swoje symboliczne znaczenie. UWAGA SPOILER Poczucie uwięzienia między dwoma światami, zdaniem scenarzystów omawianego obrazu doskonale znane wielu Latynoamerykanom, później odbite na twarzach niektórych członków paczki demaskatorów KONIEC SPOILERA. Gdyby to był modelowy dom opieki, pewnie szybko doszłabym do wniosku, że JP znalazł swoją niszę na rynku pracy. Chłopak jest wprost stworzony do opieki nad osobami starszymi, ale coś mi mówiło, że największą szansę na zaliczenie tego programu ma Camila, która nie daje po sobie poznać, by wzruszał ją widok młodych bogów wyżywających się na słabszych. W przeciwieństwie do JP zachowuje pokerową twarz w każdej sytuacji – albo oscarowa gra, albo brak empatii. Najlepiej JP dogaduje się z Micah, której wprawdzie udaje się nie wchodzić w drogę niewydarzonemu bokserowi, nie trafić na czarną listę prawej ręki Eddiego, czyli podzielić jego losu, ale ze wszystkich nowych przyjaciół wrażliwego protagonisty, jej wydaje się najbardziej leżeć na sercu komfort podopiecznych. Wbrew zamiarom twórców ta przeklęta posiadłość nie miała dla mnie żadnych tajemnic. Wierzcie lub nie, ale byłam przygotowana na wszystkie z przewidzianych niespodzianek, nadspodziewanie szybko rozpracowałam tę zwariowaną intrygę, nie przełożyło się to jednak na moje zainteresowanie perypetiami domorosłych detektywów. Barwna ferajna na tropie szeroko zakrojonego spisku. Zuchwałej działalność pod przykrywką sielskiego domu seniora. Kino (nie)czysto rozrywkowe, nienachalnie komentujące współczesną rzeczywistość, niebojące się poruszać drażliwych kwestii, tematów zwykle rozpalających nie tylko amerykańską opinię publiczną, skutecznie dzielących społeczeństwo ku uciesze cynicznych pretendentów do najwyższych stołeczków (w myśl starożytnej zasady „dziel i rządź”). Odskocznia od gatunkowych ważniaków:) Zamierzenie niepełnokrwisty horror, prosta, ale nie powiedziałabym, że prostacka, opowieść do poduszki. Kolorowych snów w brutalnym świecie.

Jazda po bandzie z bananem na twarzy. Zakręcony horror o nietajnym ośrodku dla seniorów. Folwark zwierzęcy Diego i Julio Hallivisa. Sorry, taki mamy klimat. No dobrze, aż tak, to nie (jeszcze?), ale „Amerykańska rzeź” wyreżyserowana przez pierwszego z wymienionych braci, to historia napisana pod natchnieniem autentycznych nastrojów społecznych. Odpowiedź na kampanię wyborczą konkretnej persony. De facto zwycięską kampanię. Historia w atmosferze strachu napisana. W oblężonej twierdzy o nazwie „American Dream”. Taki niesmaczny żarcik;) w światku horroru. Jeśli podejść na luzie, można całkiem udanie spędzić czas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz