Stronki na blogu

czwartek, 21 września 2023

Stephen King „Holly”

 
Pogrążona w żałobie prywatna detektyw Holly Gibney przyjmuje zlecenie od zdesperowanej kobiety szukającej swojej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie Rae Dahl. Partner Holly, Pete Huntley, przebywa w izolacji z powodu zakażenia SARS-CoV-2, a młodzi pomocnicy w agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy, Jerome i Barbara Robinson, skupiają się na własnych projektach, dzielna hipochondryczka wychodzi więc z założenia, że tym razem będzie działać praktycznie w pojedynkę, że wkład pozostałych członków zespołu w śledztwo w sprawie zaginięcia młodej bibliotekarki w najlepszym wypadku będzie mocno ograniczony. I nie tylko jej, bo w okolicy, w której znaleziono porzucony rower Bonnie z niepokojącą wiadomością, od lat dochodzi do podobnych zdarzeń, co każe Holly sądzić, że ma do czynienia z przebiegłym drapieżnikiem, seryjnym porywaczem i mordercą młodych ludzi, najwidoczniej niemającym ulubionego typu ofiary. W rzeczywistości protegowana Billa Hodgesa podąża tropem zbrodni leciwego małżeństwa, emerytowanych profesorów uniwersyteckich, Emily i Rodneya Harrisów, zajmujących się medycyną drastycznie niekonwencjonalną.

Okładka książki. „Holly”, adaptacja Prószyński i S-ka 2023, oryg. Will Staehle/Unusual Corporation

Trzecia odsłona kryminalnego cyklu Stephena Kinga z prywatną detektyw Holly Gibney, zapoczątkowanego pierwotnie wydaną w 2018 roku powieścią „Outsider”, na podstawie której powstał wydany w roku 2020 serial Richarda Price'a pod tym samym tytułem, oraz minipowieścią „Jest krew...” (2020). Ukochana bohaterka mistrza współczesnej literatury grozy, została wymyślona na potrzeby jego kryminalnej trylogii z Billem Hodgesem, którą tworzą „Pan Mercedes” (2014), „Znalezione nie kradzione” (2015) i „Koniec warty” (2016) – to literackie przedsięwzięcie także doczekało się swojego ekranowanego odpowiednika, serialu Davida E. Kelleya najsilniej opartego na pierwszej odsłonie serii, od której swoją drogą „pożyczono” też tytuł „Mr. Mercedes”, ale też wykorzystującego motywy z tomu drugiego i trzeciego. Powieść „Holly”, thriller kryminalny z typową dla twórczości Stephena Kinga mocno rozwiniętą płaszczyzną psychologiczną i społeczno-obyczajową, swoją światową (i polską) premierę miała w roku 2023, a powstawała od sierpnia 2021 do czerwca 2022. Akcja rozgrywa się niedługo po wydarzeniach przedstawionych w „Jest krew...”, podczas pandemii COVID-19 i wkrótce po z utęsknieniem wyczekiwanej przez Stephena Kinga zmianie na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Premierową polską edycję „Holly” przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka w starannym tłumaczeniu Tomasza Wilusza.

Kiedy już sądzisz, że widziałaś najgorsze, do czego ludzie są zdolni, zdarza się coś, co wyprowadza cię z błędu. Złu nie ma końca.”

Stephen King spodziewał się wysypu jednogwiazdkowych recenzji „Holly” przynajmniej na amerykańskich portalach książkowych, bo poważył się dotknąć bardzo delikatnej materii politycznej i pandemicznej. „Wziąć pod lupę” jedne z najgłębszych podziałów w społeczeństwie, aktualne poważne różnice zdań w jego ukochanym kraju. Właściwie sławny architekt „Holly” liczył się z tym, że jego analiza podzielonego państwa, zostanie uznana za skrajnie nieobiektywną. Stronniczą opowieść o covidzie i Donaldzie Trumpie. Czuł, że tak zwani antyszczepionkowcy i zwolennicy czterdziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych nie puszczą mu tego płazem, zawczasu przygotował więc odpowiedź dla potencjalnie najbardziej oburzonych jego bezczelnym manifestem. „Knock Yourself Out” - tyle miał im do powiedzenia. Niektórzy mogą uznać, że King z premedytacją wtykał kij w mrowisko, podgrzewał i tak już piekielnie gorącą atmosferę... nie tylko na arenie krajowej. Stałych czytelników tego pana taka budowa świata przedstawionego nie powinna zaskoczyć; komentowanie spraw mniej i bardziej świeżych, autentycznych wydarzeń, postaw społecznych i innych fragmentów „płynnej tkanki cywilizacyjnej” nie jest niczym nowym w twórczości Kinga. Tytułową postać spotykamy w lipcu 2021 roku, tuż po śmierci jej matki, zagorzałej zwolenniczki podobno bezprawnie obalonego prezydenta Donalda Trumpa i aktywnej członkini ruchu antymaseczkowego i antyszczepionkowego - „wymachiwała transparentem MOJE CIAŁO, MÓJ WYBÓR (który to pogląd nie przeszkodził jej być stanowczą przeciwniczką aborcji)”. Z kolei jej rzekomo nieporadna córka, niewdzięczna pannica po pięćdziesiątce, sumiennie przestrzega koronawirusowych zasad bezpieczeństwa, jednocześnie, jak to się mówi, dokarmiając raka. Holly Gibney, prywatna detektyw z zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi, doskonale wie, jak śmiesznie to wygląda – zamaseczkowana nałogowa palaczka. Z drugiej strony, w tej tak zwanej nowej normalności, nowotwory złośliwe, podobnie jak wszystkie inne choroby, w świadomości społecznej jakby przestały istnieć. Jakby covid, nomen omen, zeżarł wszystkie inne choroby. A przynajmniej tak to wyglądało w telewizorni, gdzie niezamaseczkowani dziennikarze ze swoich miejsc pracy, często nie przebierając w słowach, czasami wręcz wrzeszcząc, upominali widzów, by nosili maseczki w swoich miejscach pracy. Wtórowali im politycy bez maseczek, bo przed kamerami (i na mównicy sejmowej) wirus nie atakował. A potem pojawił się nowy problem: szczepić się czy się nie szczepić? W tamtym czasie bezskutecznie próbowałam sobie przypomnieć, choć jedną fikcyjną opowieść apokaliptyczną/postapokaliptyczną, której autor w pewnym sensie przewidział taką sytuację – szczepionka potraktowana nie tylko jako happy end, ale także/lub unhappy end dla ludzi, którzy przetrwali zarazę (jeśli ktoś zna taki utwór, oczywiście wydany przed pandemią COVID-19, będę wdzięczna za podrzucenie tytułu). Po wirtualnej uroczystości pogrzebowej, po rodzinnej tragedii, która nadspodziewanie mocno zasmuciła ekscentryczną wspólniczkę aktualnie chorującego na covid, też zaszczepionego dwiema dawkami, Pete'a Huntleya, kobieta smutki decyduje się utopić w innych troskach. Przebywającej w otchłani rozpaczy Holly Gbney linę nieświadomie rzuca Penelope Dahl, zagrożona pracownica banku (widmo bezrobocia), zawiedziona policyjnym śledztwem w sprawie zaginięcia jej dwudziestoczteroletniej córki Bonnie. Wydawać by się mogło, że biała kobieta bardziej obejdzie tutejszych policjantów, ostatnio kojarzonych głównie z zastrzeleniem czarnoskórego młodzieńca za wykroczenie drogowe. Brutalizacja działań amerykańskiej (niecałej) policji w stosunku do ciemnoskórych mieszkańców być może powoli rozchodzącej się w szwach dumnej demokracji, też jest tematem tej Kingowskiej rozprawy o jego rodzimym podwórku. Dzisiejszych i zarazem jakby zamierzchłych czasach (reżim sanitarny).

Okładka książki. „Holly”, Heyne Verlag 2023

Ridge Road na Środkowym Zachodzie: spokojna przystań dla klasy średniej. Urocza dzielnica sąsiadująca z mniej reprezentacyjnymi obszarami miasta. Gdzie dzieciaki samopas snują się po niemożliwie zaśmieconych ulicach, gdzie aż roi się od narkomanów i pijaków, a co parę lat na żer wychodzą starzy, ale jarzy. Profesorostwo Harris, małżeństwo z wieloletnim stażem, które nie daje się upływowi czasu. Emerytowani wykładowcy uświęconej tradycjami uczelni nieopodal ich przytulnego domku – on pracował na wydziale nauk biologicznych, a ona na anglistyce, gdzie może nie byli szczególnie lubiani (właściwie to na pewno), ale nie można powiedzieć, że nie liczono się z ich zdaniem. Przeklęta charyzma Emily Harris, na której siłą rzeczy korzystał także jej rozwrzeszczany mężuś Roddy, profesor Rodney Harris dla zwykłych śmiertelników. Szalony naukowiec i jego bezcenna królowa w omawianej powieści dzielą się przestrzenią z Holly Gibney – najdłuższe nitki fabularne, do których autor najczęściej dowiązuje sznureczki Barbary Robinson, młodszej siostry i najlepszej przyjaciółki Jerome'a, najwyraźniej bardziej od niej zainteresowanego najnowszą sprawą agencji detektywistycznej Uczciwi Znalazcy. Warstwa retrospektywna z zabójczymi staruszkami, która w dalszej partii „Holly” dogoni upartą panią detektyw z lipca 2021 roku. Wszystko zaczęło się w październiku 2012 od zuchwałego porwania w stylu Teda Bundy'ego czy Buffalo Billa z „Milczenia owiec” Thomasa Harrisa (też ekranizacji Jonathana Demme'a). I dalszej gehenny poczytnego powieściopisarza z niemile widzianą w tych stronach (oczywiście nie przez wszystkich) orientacją seksualną. Gehenny, która przypomniała mi opowiadanie Clive'a Barkera pt. „Dread” (pol. „Lęk”) z drugiej „Księgi krwi”, „na język filmu przełożone” przez Anthony'ego DiBlasiego. Takie tam drobne skojarzenie w makabrycznej działalności staruszków z Ridge Road, która miłośników kina grozy w niepomierne zdumienie raczej nie wprawi (jeden z głośniejszych przykładów leciwych w najlepszym razie tylko podejrzanych, a w najgorszym winnych słusznie zakazanych czynów: dziadkowie z „Wizyty” M. Nighta Shyamalana), ale wydaje mi się, że to najśmielsze wyjście Stephena Kinga naprzeciw oczekiwaniom miłośników mroczniejszych klimatów co najmniej od czasu „Czarnej bezgwiezdnej nocy”. Prawdę mówiąc takiej tematyki prędzej spodziewałabym się po horrorze ekstremalnym, a nie kryminalnych perypetiach sympatycznej Holly. Człowiek, który w swoim dorobku ma takie mięsiste opowiadanie, taką krwawą jatkę, jak „Szkoła przetrwania” (szukaj w zbiorze „Szkieletowa załoga”), mimo wszystko postanowił oszczędzić nam drastycznych szczegółów wariackiego projektu pseudonaukowego „czcigodnych Harrisów”. Makabreska w szponach goryczy. Pusty śmiech, niebezpiecznie graniczący z histerią, reakcją obronną organizmu na ohydztwa niemożliwie pokrzywionego świata. Komizm o wybitnie gorzkim posmaku. Szkaradna jesień życia, którą zainspirowała prawdziwa historia, a zatem to nie jest aż tak niewiarygodne, jak mogłoby się wydawać. No, może nie aż tak. W każdym razie tę nietypową współpracę małżeńską zasadniczo King wymyślił, ale jego magiczną maszynerię, częściej zwaną bujną wyobraźnią, niewątpliwie pobudził krzykliwy nagłówek mniej ciekawego artykułu. Coś o uroczych staruszkach i ciałach w ogródku. A gdyby tak zainwestować w rębak? Ale najpierw... Potwornie spragnieni uwięzieni w czasach niewoli. Pływająca w posoce surowa wątróbka cielęca, uparcie podsuwana przez cierpiących emerytów. Głównych problemem Rodneya jest artretyzm, natomiast Emily najbardziej dokucza ischias (rwa kulszowa). Stephen King gdzieś:) napisał, że starość nie jest dla mięczaków, ale skoro istnieje sposób na zahamowanie tego procesu, a w najgorszym razie na uśmierzenie bólu na ostatniej prostej długiej (ale nie tak jakby się chciało, bo czasami zielona mila jest dużo, dużo dłuższa) egzystencjalnej wędrówki, to dlaczego by nie skorzystać? Może dlatego, że mogą nas złapać? Bo na pewno nie z troski o życie bliźnich. Jakiś bliźnich?! O nie, państwo Harris na pewno nie czują się równi tej „hołocie”, która ich otacza. Najtęższe umysły absurdalnej cywilizacji zachodniej. Poprawność polityczna, mowa nienawiści, a teraz jeszcze witanie się łokciami. Czy świat do reszty oszalał? To pytanie retoryczne, szaleńcy z Ridge Road wiedzą, że tak. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że zmusza się ich do piania jak inne durne koguty. Tyle dobrze, że w zaciszu domowym jeszcze mogą być sobą. O ile akurat nie przypałęta się jakaś wrażliwa istotka zaszokowana zamieszkami na Kapitolu. Albo wścibska stara panna wynajęta przez tę krzykaczkę Penelope Dahl? Tak czy inaczej, Holly Gibney niepowstrzymanie zbliża się do pary zwyrodnialców, która przypadkiem miała okazję poznać jedną z najbliższych osób tej upierdliwej prywatnej śledczej. Wszystkie drogi prowadzą do Harrisów. Wszystkie czy jedna? Jedna, ale za to szeroka. Duży zbieg okoliczności, ale w świecie Holly ktoś pozwoli sobie zwrócić naszą uwagę na to, że takowe często się zdarzają. Jaki ten świat mały – w sąsiedztwie seryjnej zabójczyni mieszka idolka przyjaciółki Holly. Tak rodzi się wspaniała, chwytająca za serce przyjaźń starej poetki i młodej poetki. Jeszcze bardziej wzruszyła mnie opowieść o pewnym chłopcu i jego zmagającej się z niszczącym nałogiem mamie. Nieszczęsnych stworzeniach w tym podłym świecie nazywanych Śmierdzielem i pijaczką. Kto by się takimi przejmował? Na pewno nie policja, według małoletnich deskorolkarzy z zaniedbanej dzielnicy. Z intertekstualnej zabawy Stephena Kinga – pomijając poprzednie przygody Holly Gibney – w oczy szczególnie rzuciło mi się pamiętne „Hej, ho, Silver!” („To”) i wiadro krwi wylanej na szkolnym balu („Carrie”). A śledztwo? Przyjemnie nierozpędzone, jak to u Holly: diablo skrupulatne. I prowadzone w warunkach dalece bardziej dla niej niewygodnych niż przy poprzednich dużych sprawach małej agencji detektywistycznej założonej przez jej wybawcę Billa Hodgesa.

Jak na razie „Holly” to najsmakowitszy utwór z ulubienicą Stephena Kinga. Postacią, z którą trudno mu się rozstać. Cudowną towarzyszką siwego pana z Maine. Wymyśloną ekscentryczką, z którą wybornie mu się pracuje. Zdania będą podzielone, ale jeśli o mnie chodzi to ze wszystkich kryminalnych perypetii Holly Gibney, ta tutaj posmakowała najbardziej. Ale polecam tylko osobom zaznajomionym z poprzednimi występami tytułowej protagonistki, bo autor nie szczędzi informacji teoretycznie niepożądanych, potencjalnie kłopotliwych dla czytelników planujących (kiedyś tam) sięgnąć po „Outsidera”, „Jest Krew...” czy trylogią z Billem Hodgesem w roli głównej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz