czwartek, 14 maja 2020

Stephen King „Jest krew...”


„Jest krew...” (oryg. „If It Bleeds”) to już czwarty zbiór czterech minipowieści od Stephena Kinga. Najpierw były „Cztery pory roku”, zawierające między innymi takie przeniesione na ekran utwory, jak „Skazani na Shawshank”, „Pojętny uczeń” (film: „Uczeń szatana”) i „Ciało” (film: „Stań przy mnie”). W zbiorku „4 po północy”, w Polsce wydanym też po tytułem „Czwarta po północy”, mamy natomiast takie dotychczas zekranizowane tytuły, jak „Langoliery” (miniserial: „Pożeracze czasu”) i „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród” (film: „Sekretne okno”), a z „Czarnej bezgwiezdnej nocy” jak na razie trzy utwory zostały przełożone na język filmu: „1922”, Wielki kierowca" i Dobrane małżeństwo". „Jest krew...” to bez wątpienia też łakomy kąsek dla filmowców i niekoniecznie tylko tych zainteresowanych horrorem. Zebrane w tym tomie opowieści cechują się nader subtelnym podejściem do gatunku, z którym Stephen King przede wszystkim jest kojarzony. Co prawdę powiedziawszy nietypowe dla tego pisarza nie jest. Światową premierę „Jest krew...” pierwotnie zaplanowano na początek maja 2020 roku, ale z uwagi na pandemię COVID-19 zdecydowano się trochę przyśpieszyć to przez wielu wyczekiwane wydarzenie. Pierwsze wydanie „Jest krew...” (również polskojęzyczne) ukazało się w drugiej połowie kwietnia 2020 roku i generalnie spotkało się z bardzo dobrym przyjęciem, także krytyków.

Sądzę, że przeważnie żyjemy samotnie. Z wyboru […] albo po prostu dlatego, że tak ten świat jest urządzony.”

Telefon pana Harrigana”, jak zdradza Stephen King w posłowiu, został zainspirowany filmem obejrzanym przez autora jeszcze w dzieciństwie oraz pewnym osobistym doświadczeniem, ale miłośnicy jego prozy pewnie dojdą do wniosku, że King, być może bezwiednie, czerpał też ze swoich „Małych ludzi w żółtych płaszczach”, ze zbioru powiązanych ze sobą opowieści pt. „Serca Atlantydów”. W „Telefonie pana Harrigana” też mamy chłopca, Craiga, który zaprzyjaźnia się z mężczyzną w podeszłym wieku, który zatrudnił go w charakterze czytelnika. Craig wykonuje też inne drobne prace dla swojego majętnego sąsiada, ale przede wszystkim zapewnia mu codzienne spotkania z beletrystyką. Pan Harrigan to emerytowany biznesmen, spędzający jesień swojego życia w wiosce o nazwie Harlow. Staruszek bytuje w zaskakująco skromny, jak na tak bogatego człowieka, sposób. Nie otacza się drogimi przedmiotami, technologicznych nowinek unika wręcz jak ognia. A właściwie to unikał. Bo „Telefon pana Harrigana” to opowieść retrospektywna – przenosząca nas do niezbyt odległej przeszłości, której narratorem jest dorosły już Craig, wspominający dawne czasy. Z tych oto wspominek szybko wyłania się obraz wielkiej i niecodziennej przyjaźni, która prawdopodobnie w pewnym sensie przetrwała nawet śmierć. A wszystko za sprawą tytułowego telefonu... Intrygującego przekaźnika, acz niekoniecznie wymyślonego przez samego Kinga (co wnoszę z jego posłowia). Zanim jednak wkroczy nieznane, King odmaluje całkiem poruszający obraz wspaniałej przyjaźni i zarazem relacji typu mentor-uczeń. Pan Harrigan dla małego Craiga jest autorytetem, skarbnicą wiedzy o świecie, osobą, z doświadczenia życiowego której chętnie czerpie. Czy to go wzbogaca, czy raczej zamienia w bezwzględnego cynika, myślącego w kategoriach wyłącznie osobistych zysków i strat? Na to pytanie sami musimy sobie opowiedzieć podczas tej sentymentalnej podróży przez dość burzliwy żywot dorastającego chłopca, coraz bardziej przekonanego, że nawiązał kontakt ze światem umarłych. Ze śmiercionośną siłą, z której paradoksalnie czerpie pociechę, ale i swoistą siłę. Jednocześnie jednak wydaje się, że Craig prostą drogą zmierza ku całkowitemu zatraceniu. Czy przekroczy punkt, z którego nie ma już odwrotu? A może w porę zdusi w sobie pokusę maksymalnego wykorzystania ogromnej władzy, jaka została mu dana? „Telefon pana Harrigana” to nie tylko opowieść o młodym człowieku, który znalazł się na swego rodzaju rozdrożu, ale także o nieodpartej potrzebie gromadzenia drogich przedmiotów mających ułatwiać nam życie, ale jeśli odpowiednio na to spojrzeć, to tylko je utrudniają. Zabierają nam prywatność, ale i cenny czas, który powinniśmy raczej poświęcać bliskim nam osobom. Bo tak szybko odchodzą... Wzruszająca to opowieść z minimalną dawką grozy, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Nawiasem mówiąc, pojawia się w tym utworze drobne nawiązanie do „Skazanych na Shawshank”: pada nazwa tego wymyślonego przez Kinga więzienia. Autor wspomina też swoje ulubione (fikcyjne) miasto: Castle Rock w stanie Maine.

Życie Chucka” powstało z połączenia odrębnych historii, których na dodatek Stephen King nie ułożył chronologicznie. To znaczy narodziła się z tego jedna, spójna opowieść, ale zapoznajemy się z nią od końca... Ciekawy, ale i dość ryzykowny sposób serwowania opowieści. W dodatku tak zróżnicowanej tematycznie. Najpierw dostajemy nader zaskakujący i zmuszający do myślenia trzeci akt oparty na motywie apokaliptycznym. Wszystko wskazuje na to, że świat niedługo się skończy i nastąpi to z winy człowieka. Gatunku, który dawno temu wypowiedział wojnę Matce Naturze i teraz ją przegrywa. Tylko kim jest Chuck? Człowiek, którego podobizna pojawia się między innymi na bilbordach. Jegomość najwyraźniej nieznany szerszemu społeczeństwu, ale gorąco żegnany przez nie wiadomo kogo po trzydziestu dziewięciu latach pracy. Mężczyzna, który właśnie przechodzi na emeryturę i z jakiegoś powodu ktoś uznał, że całe miasto (cały świat?) powinien się o tym dowiedzieć. King konsekwentnie podsyca ciekawość czytelnika w tym doskonale pomyślanym kawałku, po to by na koniec... Spuścić niemałą bombę! Potem przechodzimy do aktu drugiego, który dosłownie wymęczyłam. Autor z całą szczegółowością przedstawia pewien spontaniczny uliczny występ, do którego dochodzi z inicjatywy człowieka, w przeszłość którego zagłębimy się w ostatnim, czyli pierwszym akcie. Tutaj na powrót wkracza nieznane, uosabiane przez zagadkowy pokój w wieżyczce. Od dawna przez nikogo nie odwiedzane pomieszczenie w domu dziadków naszego małoletniego bohatera, pod opiekę których trafił po tragicznej śmierci swoich rodziców. Melancholijna, zaskakująca i dość przygnębiająca to opowieść o radościach i mękach dorastającego chłopca, który wiele w życiu już przeszedł i który najpewniej najgorsze ma dopiero przed sobą. Ten człon „Życia Chucka”, tak samo jak „Telefon pana Harrigana” dobitnie pokazują, że Stephen King nie zatracił daru magicznego pisania o dzieciństwie, który jak wiadomo z największą mocą unaocznił w swojej kultowej powieści pod tytułem „To”.

Tytułowa minipowieść, „Jest krew, są czołówki”, została zrodzona z tęsknoty Stephana Kinga za Holly Gibney, bohaterką jego kryminalnej trylogii, w skład której wchodzą „Pan Mercedes”, „Znalezione nie kradzione” i „Koniec warty” oraz powieści „Outsider”. Autor chciał sprawdzić, co u niej słychać. U stworzonej przez siebie postaci, którą autentycznie pokochał. Przed lekturą „Jest krew, są czołówki” warto zapoznać się z wcześniejszymi przygodami Holly Gibney i jej przyjaciół. Zwłaszcza „Outsiderem”, bo powiedziałabym, że to taki ciąg dalszy tamtej historii. W każdym razie tematyka bardzo zbliżona. Motyw przewodni praktycznie ten sam, co w „Outsiderze”, choć oczywiście inaczej poprowadzony. Prywatna detektyw, Holly Gibney, natrafia na trop, który przywołuje nieprzyjemne skojarzenia ze śledztwem, w którym jakiś czas uczestniczyła u boku policjanta Ralpha Andersona. Wszystko zaczyna się od zamachu bombowego na jedną ze szkół. Są ofiary, głównie wśród nieletnich, ale nie dlatego Holly decyduje się zająć tą sprawą. Jej uwagę przykuwa jeden z dziennikarzy telewizyjnych, przekazujących relację na żywo z miejsca masowej zbrodni. Naszej ekscentrycznej pani detektyw coś w tym człowieku nie pasuje, ale potrzebuje czasu na odkrycie, w czym rzecz. Wraz z olśnieniem przychodzi strach. Strach, któremu nie może się poddać, bo jest jedną z niewielu osób żyjących na tym padole, które są świadome zagrożenia, jakie może nieść owa istota. Mężczyzna o nieszkodliwej, wzbudzającej wręcz sympatię powierzchowność, który najprawdopodobniej pod tą fałszywą maską skrywa potworne oblicze. Albo główna bohaterka „Jest krew, są czołówki” ulega swego rodzaju paranoi (to nie byłby zresztą jej pierwszy raz), mającej swoje źródło w traumatycznych przeżyciach z Teksasu. Strasznych wspomnieniach, z którymi, co naturalne, nie udało jej się jeszcze do końca uporać. Im bardziej jednak zagłębia się ona w tę sprawę, tym bardziej umacnia się w przekonaniu, że jej podejrzenia względem dziennikarza są jak najbardziej słuszne. Holly nie angażuje w to swoich przyjaciół, z obawy przed, ma co do tego absolutną pewność, nieuchronnym zagrożeniem ze strony tego przebiegłego wroga. Ale i wygląda na to, że nie chce dzielić się z nimi straszną wiedzą, którą sama stosunkowo niedawno posiadła, bo... Istnieją na tym świecie rzeczy tak przerażające, że lepiej o nich nie wiedzieć. A przynajmniej z takiego założenia wydawała mi się wchodzić nasza dzielna Holly Gibney. „Jest krew, są czołówki” to najdłuższy tekst z tego zbioru. Dość mocno trzymająca w napięciu, mimo że to zasadniczo powtórka z rozrywki, przystępnie rozpisana opowieść o kobiecie starającej się powstrzymać bezwzględnego dziennikarza, który zaczął zabijać nie tylko i nawet nie przede wszystkim dlatego, że straszna śmierć to jeden z najbardziej pożądanych przez przedstawicieli mass mediów towarów. Bo to się dobrze sprzedaje, ludzie chcą to oglądać. Śmierć ich przyciąga, fascynuje... Innymi słowy King daje nam próbkę wykładu, który przypomniał mi przedmowę do jego zbioru opowiadań pt. „Nocna zmiana” (a już bardziej wprost autor wspomina „Nocnego Latawca”, jedno z opowiadań, które zamieścił w jeszcze innym swoim zbiorze krótszych tekstów, a mianowicie „Marzeniach i koszmarach”). Ale to tak na poboczu, bo „Jest krew, są czołówki” to przede wszystkim wielce niebezpieczne śledztwo niezwykle zdeterminowanej i oddanej przyjaciołom, dobrze znanej miłośnikom prozy Kinga, bohaterki, która jest gotowa zaryzykować nawet własne życie, by powstrzymać potwora w ludzkiej skórze. Uważa to wręcz za swój obowiązek.

Szczur” zaczął się dla mnie od silnych skojarzeń z „Workiem kości” tego samego autora. Główny bohater tej dość osobliwej minipowieści, nauczyciel akademicki i niespełniony pisarza, Drew Larson, tak samo jak Mike Noonan postanawia zaszyć się w TR-90, małej miejscowości w stanie Maine. W domku odziedziczonym po ojcu. Drew zamierza napisać powieść, o czym od dawna marzył. Udało mu się stworzyć kilka opowiadań, ale jego ostatnie podejście do powieści nieomal doprowadziło go do szaleństwa. Co więcej sprowadził bezpośrednie zagrożenie też na swoich najbliższych, żonę i dwójkę dzieci. Pisząc powieść? A widzicie, zawód pisarza też może być skrajnie niebezpieczny... Teraz Drew jest praktycznie pewny, że uda mu się wreszcie spełnić swoje największe marzenie, bo nie tylko nawiedził go obiecujący pomysł na dłuższą historię (western, jeśli chodzi o ścisłość), ale i wygląda na to, że cały świat przedstawiony niemal od razu automatycznie złożył mu się w głowie. Wystarczy już tylko przelać to na papier. Niby pod czyjeś dyktando. Larson uznaje, że najlepiej zacząć w zacisznym domku niegdyś należącym do jego ojca, w którym jak się domyślamy wydarzy się coś... nieoczekiwanego. Dziwacznego można by rzec. Odcięty od świata przez wichurę mężczyzna przeżyje tam coś, czego nikt jeszcze nie przeżył. Coś owszem, faustowskiego, czego King zresztą nie ukrywa, ale w zdecydowanie bardziej cudacznej odsłonie. Dłuższe rozwinięcie, które powinno przynajmniej częściowo zaspokoić apetyt tych osób, które stęskniły się za gawędziarstwem Stephena Kinga i naprawdę zdumiewający zwrot akcji. W odciętym od świata domku dochodzi oto do niezwykłego spotkania, które prawdopodobnie zostało wyśnione w trawionym gorączką umyśle człowieka, przynajmniej podświadomie, zadręczającego się potworną niemocą twórczą. Brakiem weny, co oczywiście stanowi kolejny punkt wspólny z „Workiem kości”. Tak, to na pewno sen. Bo takie cuda to... u Kinga! Więc chyba nie. Chyba jednak Larson tego nie wyśnił. Tak, w świecie Stephena Kinga takie baśniowe postacie mogą spokojnie egzystować i dokonywać swoich niemałych cudów. Z gatunku tych, jakie spotkać możemy choćby w cenionym przez Kinga opowiadaniu „Małpia łapka” autorstwa Williama Wymarka Jacobsa? O tej historii King też nie omieszka w „Szczurze” wspomnieć (podobieństwo do swojego własnego opowiadania ze zbioru „Wszystko jest względne”, już przemilczy), ale to nie oznacza jeszcze, że zderzy nas i swojego bohaterka z czymś utrzymanym w podobnym duchu. Może to jeden z tych nielicznych przypadków, w których należy brać, co los nam zsyła i o nic nie pytać. Bo przecież nie każda decyzja pociąga za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Tym bardziej, gdy się ją wyśni... Naprawdę niezłe dziwo z tego „Szczura”. Wciągające, i to jak. I zwariowane – i to dopiero jak!

Stephen King w niezłej formie. Minipowieści zamieszczone w „Jest krew...” ciężko wprawdzie uznać za pełnokrwiste horrory, za którymi pewnie niejedna osoba zakochana w jego piórze zdążyła się już mocno stęsknić (ja na pewno), ale taka dawka nadnaturalności, tak na pocieszenie, mi wystarczy. Dobre i to. Teksty zamieszczone w tym zbiorze może i nie porwały mnie z całą mocą, na jaką stać tego pisarza, ale mają coś w sobie. Jakąś magię. Magię zachwycających światów, ale i naznaczonych różnymi nietypowymi i złowieszczymi przejściami, jak zwykle u Kinga, bohaterów, z którymi z łatwością można się zaprzyjaźnić. Mimo albo raczej dzięki temu, że nie są idealni, że zdarza im się popełniać błędy. Nawet takie, które mogą przesądzić o czyimś życiu bądź śmierci. Bo to zwyczajni ludzie w niezwyczajnych sytuacjach są. Czyli jak zwykle u Kinga. W „Jest krew...” panuje jednak bardziej melancholijny nastrój niż w większości jego utworów. Podszyta smutkiem zaduma – w tym stanie przede wszystkim przeżywałam przygody przygotowane tutaj przez tego sentymentalnego giganta współczesnej literatury grozy. I rzecz jasna z niemałą przyjemnością. Choć na pewno byłaby większa, gdyby dać tym opowieściom więcej z horroru. Ale nie bądźmy pazerni:)

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

1 komentarz: