Stronki na blogu

piątek, 27 marca 2015

„O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” (2014)


Na ulicach miasta Bad City w Iranie grasuje wampirzyca. Obserwuje uzależnionych od narkotyków oraz prostytuujących się mieszkańców, sporadycznie zabijając autodestrukcyjne jednostki. Pewnej nocy poznaje dilera, Arasha, mieszkającego ze swoim uzależnionym ojcem. Zaintrygowany jej tajemniczością, borykający się z samotnością chłopak zakochuje się, nie znając jej prawdziwej natury.

Zrealizowany w Stanach Zjednoczonych, perskojęzyczny film Any Lily Amirpour na podstawie jej własnego scenariusza. Uhonorowana Gotham Award reżyserka swoją pierwszą pełnometrażową produkcją przekonała wymagających krytyków i koneserów pobudzających zmysły realizacji. Scenariusz „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” zainspirował komiks zilustrowany przez Michaela Deweese’a, na którym Amirpour wzorowała się w 2011 roku kręcąc ośmiominutowy short, będący wprawką do pełnometrażowego obrazu o tym samym tytule.

Tym, co wyróżnia „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” jest staranna, wysublimowana realizacja. Utrzymane w czerni i bieli, silnie skontrastowane zdjęcia, liczne zbliżenia na twarze bohaterów i okresowe kierowanie kamery na drugi plan, z dala od rozgrywającej się akurat akcji. Dodatkowym smaczkiem jest, zauważalnie zainspirowany kinem surrealistycznym styl filmowania wydarzeń mało istotnych dla fabuły (na przykład taniec z balonem), mających stanowić ucztę dla oczu widzów, hipnotyzować ich estetyką, ocierającą się o oniryzm. Miejsce akcji, irańskie miasto (w rzeczywistości Taft w Kalifornii) utrzymano w ciemnych barwach (nawet za dnia) i osnuto aurą nieuchwytnej tajemnicy. Wizualnie produkcja przywodzi na myśl nie tyle stylistykę kina grozy (choć kilka akcentów stricte horrorowych też się pojawia), co filmów noir. Stroje bohaterów i jakby wyjęte z pierwszej połowy XX wieku przemysłowe lokacje nie przystają do naszej epoki, są jakby oderwane od rzeczywistości, co z pewnością było celowym zabiegiem, mającym na celu wywrzeć na widzu wrażenie nierealności oraz uniemożliwić mu rozeznanie w czasie akcji. Powolny montaż, nieśpieszny rozwój fabuły, skupienie na emocjach i wysmakowane kadrowanie znakomicie współgrały z magiczną ścieżką dźwiękową, złożoną zarówno z chwytliwych piosenek, jak i melancholijno-skocznej muzyki klasycznej, miejscami przywodzącej na myśl oprawę dźwiękową klasycznych westernów.

Choć film zrealizowano inspirując się konwencją kina noir i amerykańskich westernów historia przedstawiona przez Amirpour nosi wszelkie znamiona horroru i romansu. Taki miszmasz gatunkowy nie jest często spotykanym zabiegiem w kinematografii, więc scenarzystce należy się uznanie, choćby za odwagę, bo z problematyką jest już troszkę gorzej. Oglądając tak dopieszczony, zjawiskowo nakręcony film można oczekiwać jakiejś głębokiej historii. I początkowo Amirpour rzeczywiście intryguje chłodnym spojrzeniem na jednostki borykające się z uzależnieniem od narkotyków, na kobiety sprzedające własne ciała i wszechobecne, spowijające wszystko uczucie niemożliwej do przezwyciężenia beznadziei. Burka tytułowej wampirzycy ma symbolizować obraz kobiet z Dalekiego Wschodu, ale na tym odniesienia do ich egzystencji się kończą. Pozostałe bohaterki nie mają nakrytych głów i raczej nie są nadmiernie religijne. Szkoda, że Amirpour nie pociągnęła tej tematyki szerzej, nie przyjrzała się uważniej trudnej egzystencji Iranek. Zamiast tego duży nacisk położyła na handel narkotykami i uzależnienie, zamieniające człowieka w kwilące, nieobliczalne dziecko, nieustannie dopominające się „swojego lekarstwa” i mimowolnie zadające ból swoim bliskim. Akcja często przeskakuje od jednego bohatera do drugiego, beznamiętnie obserwowanych przez wampirzycę w pasiastej bluzeczce i burce na głowie, w kilku scenach przemieszczającej się po ulicach na deskorolce (!). Sylwetka krwiopijczyni jest tak samo kuriozalna, jak i cała realizacja – oryginalna, to prawda, ale chwilami ociera się o zwykłą groteskę (być może zamierzenie, ale niestety nie uatrakcyjnia to tej postaci). Antagonistka (choć niejednoznaczna), idealnie wykreowana przez Sheilę Vand, szybko zaczyna się jawić, jako obrończyni uciśnionych, bojowniczka, przyśpieszająca nieuchronny koniec osób, które robią wszystko, aby zniszczyć własne ciała i umysły. To postać tragiczna, pełniąca rolę niemej obserwatorki kryjącej się w ciemnościach, ze spokojem przyjmującej dojmującą samotność i ingerującej w życia jednostek, dla których jeszcze nie jest za późno (prostytutka, mały chłopiec) oraz zabijającej największych społecznych „szkodników”. 

Choć w charakterologii wampirzycy uwypuklono przede wszystkim zalety, do czasu poznania Arasha (dojmująco melancholijny Arash Marandi), jej osoba i tak budzi jakiś nieokreślony niepokój. Głównie dzięki prostym, acz intrygującym sztuczkom z oświetleniem i napięciem – ukryta w cieniu postać odziana w czerń, z „kamienną twarzą” powoli zbliżająca się do swoich ofiar. Choć sekwencje pożywiania się ludzką krwią w większości ukryto przed wzrokiem widza, jedynie z oddali (poza początkowym rozszarpaniem dilera) filmując poczynania krwiopijczyni to wystarczyło, żeby wywołać we mnie uczucie niezdefiniowanego zagrożenia. Amirpour w pierwszej połowie filmu doskonale spisuje się w budowaniu klimatu grozy i tajemniczości, ale z czasem odżegnuje się od tego na rzecz typowego dla współczesnych horrorów wampirycznych wątku miłosnego. Kiedy wkracza romans wszystkie zalążki ambitnej problematyki, które miałam nadzieję z czasem się rozwiną nie tyle usuwają się na dalszy plan, co zwyczajnie znikają. Twórcy robią zwrot o sto osiemdziesiąt stopni: z horroru w romans. Związek Arasha i tytułowej bezimiennej dziewczyny nosi wszelkie znamiona tragizmu - chłopak nie wie, do czego zdolna jest jego ukochana, ale mimo to czepia się jej, jak tonący koła ratunkowego, rozpaczliwie lękając się samotności. Podobnie Arash oddziałuje na dziewczynę, zabójczynię dilera, która akurat jego oszczędza z ulgą przyjmując fakt odnalezienia towarzysza swojej doli. W kinie wampirycznym taki wątek nie jest żadnym novum, co więcej niezmiernie mnie irytuje, więc drugą połowę filmu spędziłam głównie na podziwianiu pięknych zdjęć i wsłuchiwaniu się w magiczną ścieżkę dźwiękową, ażeby zanadto nie denerwować się zaprzepaszczonym potencjałem fabularnym.

Największym problemem „O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu” jest mało ambitny scenariusz i powielanie ogranych motywów kina wampirycznego (choć innowacyjnych elementów też znalazło się kilka). Dlatego potencjalnym odbiorcom radzę zasiąść do seansu w oczekiwaniu na zapadającą w pamięć, niebanalną realizację, a nie porywającą, głęboką fabułę. Moim zdaniem (zaznaczam, że mogę być odosobniona w tym odczuciu) gdyby zmodyfikować nieco tę historię powstałoby istne arcydzieło kina grozy, ale w takim kształcie ostało się jedynie dobre widowisko, bez pretensji do czegoś zjawiskowego. Fabularnie, bo realizacyjne ten obraz stoi na naprawdę wysokim poziomie.

czwartek, 26 marca 2015

„Late Phases” (2014)


Niewidomy weteran wojenny, Ambrose, wprowadza się na osiedle spokojnej starości. Pierwszej nocy zostaje zaatakowany przez wilkołaka. Wychodzi cało z konfrontacji, ale jego sąsiadka i pies nie mają już tyle szczęścia. Pomimo zagrożenia Ambrose nie decyduje się na przeprowadzkę. Postanawia poczekać do następnej pełni księżyca i stanąć do walki z wilkołakiem.

Hiszpańskiego reżysera, Adriana Garcię Bogliano, do tej pory kojarzyłam z nieudaną produkcją zatytułowaną „W półmroku”, dlatego do jego najnowszego horrorowego przedsięwzięcia podchodziłam z dużą nieufnością. Nawet wziąwszy pod uwagę w większości pozytywne opinie krytyków i przede wszystkim wielbicieli szeroko pojętej grozy. Jednakże, ku mojemu zaskoczeniu, seans upłynął mi w nieustannym zachwycie, który notabene podbudował moją wiarę w dalszą karierę Bogliano.

Reżyser zdecydował się nakręcić „Late Phases” po przeczytaniu scenariusza Erica Stolze’a, który w przeszłości obmyślił fabułę między innymi „Under the Bed”. Bogliano dojrzał potencjał, drzemiący w tej historii, wyzwaniem była jedynie adekwatna do jej emocjonalnej wymowy realizacja. Scenariusz kompilował wątki wilkołacze z poruszającą dolą człowieka w „jesieni życia” – zasłużonego weterana wojennego, któremu przyszło spędzić podeszły wiek w samotności, z dala od rodziny i przyjaciół, z mocnym postanowieniem szybkiego opuszczenia tego padołu na własnych warunkach. „Late Phases” najbliżej, więc do filmu egzystencjalnego, kładącego szczególny nacisk na bezsens istnienia i krytykę młodego, materialistycznego pokolenia. Spędzający ostatnie chwile swojego życia na osiedlu spokojnej starości bohaterowie filmu borykają się nie tylko ze swoimi schorzeniami, ale również świadomością opuszczenia przez zajętych własnymi sprawami dzieci. Główny bohater, Ambrose, doskonale pojmuje brutalny porządek świata, w którym młode pokolenie nie znajduje miejsca dla starszych, schorowanych rodziców, ale znosi ból w milczeniu, wiedząc, że swoją dumną postawą, arogancją i błędnymi posunięciami życiowymi poniekąd przyczynił się do swojej obecnej doli. Inaczej jest z jego sąsiadką, która podczas rozmowy telefonicznej z córką dopomina się odrobiny zainteresowania z jej strony. Młoda kobieta nie ma jednak czasu na obiecane spotkanie z rodzicielką, czego pożałuje, kiedy będzie zdecydowanie za późno. Bogliano z niezwykłą wrażliwością obrazuje pokoleniową przepaść, krytykując młodych, współczując osobom starszym i podkreślając przemijalność istnienia, nieuchronność śmierci. Scenariusz „Late Phases” daje, więc do zrozumienia, że dzieci pożałują lekceważącego traktowania swoich rodziców dopiero, kiedy ich zabraknie. Przygnębiającą wymowę filmu znacznie potęgują wyblakłe, przywodzące na myśl stare fotografie barwy i melancholijna ścieżka dźwiękowa. Minimalistyczna realizacja i intymna praca kamery pełna zbliżeń na udręczone twarze bohaterów wywołują skojarzenia z kinem grozy lat 70-tych i 80-tych XX wieku, ale przede wszystkim stwarzają pewnego rodzaju więź pomiędzy widzem i protagonistami.

„Late Phases” to nie tylko dramat, ale również czysty horror. Bogliano tylko na wstępie i pod koniec seansu ucieka się do dosłowności, w całej środkowej partii budując ciężki klimat beznadziei istnienia i wszechobecnego zagrożenia. Sielska, jakże oryginalna sceneria osiedla spokojnej starości usytuowanego pod lasem ostro kontrastuje z brutalnymi atakami wilkołaka podczas każdej pełni księżyca. Pierwsze pojawienie się bestii owocuje przekonującymi wizualnie krwawymi efektami specjalnymi (bez ingerencji komputera) – rozpłatanym brzuchem i pokaleczonym ciałem staruszki oraz wzruszającym motywem zabicia rannego psa przez jego właściciela Ambrose’a. Późniejsze wydarzenia pozornie koncentrują się na stricte dramatycznych wątkach z życia niewidomego weterana wojennego, ale atmosfera zagrożenia, uosabiana gęstym klimatem i przygotowaniami głównego bohatera do walki z potworem nieustannie przypominają widzom, że mają do czynienia również z kinem grozy. Nigdy nie podejrzewałabym, że w obecnych czasach znajdzie się jeszcze reżyser, który tak emocjonalnie, z niezwykłym wręcz wyczuciem podszedłby do zdawałoby się niemającej nic nowego do zaoferowania konwencji horrorów o wilkołakach. Co więcej nigdy nie przewidziałabym, że tak pozytywnie zareaguję na tak trudnego w obejściu bohatera, jakim jest Ambrose. Bogliano przyznał, że sporo trudności nastręczyła mu przekonująca kreacja niewidomego mężczyzny, że często improwizował, nie potrafiąc należycie wczuć się w położenie takiej osoby. Być może on nie do końca wyczuwał tę postać, ale jej odtwórca, Nick Damici, dał z siebie wszystko, aby przekonująco oddać ją na ekranie. Ambrose jest człowiekiem brutalnie szczerym, odżegnującym się od fałszywych konwenansów i nieprzejmującym się uczuciami osób, których nie darzy szacunkiem. Bezwarunkową miłość okazuje jedynie swojemu psu, po śmierci którego przystępuje do kilkutygodniowego kopania jego grobu, mającego stanowić swoistą formę pożegnania się z najlepszym przyjacielem. Z czasem arogancki, tłumiący swoje uczucia Ambrose zaczyna "otwierać się" na miejscowego księdza – konwersacje z nim pozwalają mu zrozumieć, gdzie w swoim życiu popełnił błąd, przyjąć do wiadomości, że winę za oziębłe stosunki z synem ponosi tylko i wyłącznie on. Równocześnie z osobistą tragedią głównego bohatera Bogliano toczy się jego pełne determinacji śledztwo, śladem wilkołaka, trzymające w napięciu głównie za sprawą konieczności kierowania się innymi zmysłami, aniżeli wzrok. Tożsamość bestii jest bardzo przewidywalna, ale to nie na elemencie zaskoczenia miał bazować mocny finał tylko na… zabawie gatunkiem. Rzeź, jaka ma miejsce w finale zachwyca realistycznymi efektami specjalnymi (bez CGI) i pomysłową, odstręczającą metamorfozą człowieka w wilkołaka. W długiej sekwencji przemiany widzimy powolne zdzieranie z siebie ludzkiej skóry, spod której wyłania się zachwycający kostium bestii. Widowiskowych scen mordów również uświadczymy w finale całkiem sporo, ale choć zrealizowano je niezwykle realistycznie i tak bledną w starciu z miażdżącą przemianą w potwora.

„Late Phases” to powiew świeżości nie tylko w skostniałej konwencji filmów o wilkołakach, ale również w szeroko pojętej grozie. Film dla ludzi szukających oryginalności, klimatu, głębi, ale również zwyczajnej rąbanki, na którą owszem trzeba długo czekać, ale z pewnością warto. Gdybyż tylko wszystkie współczesne horrory trzymały taki poziom…

środa, 25 marca 2015

Kristen Lippert-Martin „Tabula Rasa”


Szesnastoletnia Sara Ramos wraz z kilkoma innymi pacjentami przebywa w nowoczesnym ośrodku, którego personel zajmuje się modyfikowaniem pamięci u młodych ludzi z zespołem stresu pourazowego. Lekarze twierdzą, że wyczyszczenie wspomnień pomoże im rozpocząć nowe życie. Sara wierzyła w te zapewnienia przez cały pobyt w placówce, w trakcie którego pozbawiono ją prawie wszystkich reminiscencji do czasu zbrojnego ataku na ośrodek, którego głównym celem jest ona. Wraz z nowo poznanym hakerem, Thomasem, dziewczyna próbuje dowiedzieć się, dlaczego ktoś chce ją zabić oraz zdobyć pigułkę, która przywróci jej pamięć i zapobiegnie skutkom ubocznym wcześniej przyjętej, niepełnej dawki lekarstwa.

Debiutancka powieść amerykańskiej blogerki, Kristen Lippert-Martin, pozytywnie przyjęta przez krytyków i młodych czytelników. „Tabula Rasa” w zamyśle miała być technothrillerem, skierowanym do nastoletnich odbiorców, ale w Stanach Zjednoczonych książka cieszy się zainteresowaniem również starszych czytelników.

„Może tego właśnie nie zrozumieli, zanim zabrali się do grzebania w naszych mózgach. Kiedy odbierasz człowiekowi wspomnienia, odbierasz mu również tożsamość.”

Do lektury „Tabula Rasa” zachęcił mnie enigmatyczny opis, w którym wydawcy zawarli więcej pytań niż odpowiedzi. Przekonana, że to jedynie chwyt marketingowy mający na celu rozbudzić ciekawość potencjalnych czytelników, przystąpiłam do lektury w przeświadczeniu, że moja ciekawość zostanie szybko przez Lippert-Martin zaspokojona. Jednakże okazało się, że opis odzwierciedla zagadkową fabułę książki. Początek nieco przypomina film pt. „Wyspa” Michaela Bay'a. Tajny, supernowoczesny ośrodek, w którym lekarze poświęcają się niemoralnym zabiegom. Na tym podobieństwa z produkcją Bay'a się kończą. Zamiast klonowania mamy bowiem modyfikowanie pamięci, czyli pozbawianie młodych ludzi ich jestestwa z rzekomo altruistycznych pobudek. W obecnych czasach wysoko rozwiniętej technologii i medycyny ewentualność dalszego rozwoju nieetycznych badań jest aż nadto prawdopodobna, dlatego też główny wątek zaproponowany przez Lippert-Martin silnie intryguje. Żeby tego było mało autorka podsyca ciekawość czytelnika mnogością zagadkowych wątków, dając do zrozumienia, że wszystkie łączą się w jedną całość, ale równocześnie tak oszczędnie operując faktami, że przez długi czas niepodobna rozszyfrować ich znaczenia. Dzięki fragmentarycznym wspomnieniom głównej bohaterki, Sary Ramos i ogólnodostępnym faktom z jej dawnej działalności przekazanych przez jej nowo poznanego młodego sojusznika, hakera Thomasa wiemy, że dziewczyna ma jakiś kluczowy dla jego dalszego istnienia związek z projektem Tabula Rasa i że uczyniła coś, co sprowadziło na nią niebezpieczeństwo. Te strzępy informacji oczywiście są wypadkową niezliczonej ilości pytań. Dlaczego Sara stanowi zagrożenie dla prominentnych właścicieli ośrodka? Dlaczego ktoś chciał wymazać jej wspomnienia? Kim jest Thomas i dlaczego pojawił się w obleganym przez uzbrojonych profesjonalistów ośrodku? I wreszcie, dlaczego Sara darzy taką antypatią dowodzącą akcją zabicia jej, rudowłosą Evangeline Hodges? Z biegiem trwania lektury niektóre wątki stają się łatwe do przewidzenia, ale połączenie tego wszystkiego w jedną, spójną całość, przekonująco oddającą istotę całego spisku jest praktycznie niemożliwe. Komplikacja i suspens to siły napędowe tej powieści, w dodatku tak zręcznie oddane przez autorkę, że już sama ciekawość nie pozwala oderwać się od lektury, a przecież fabułę uatrakcyjniają również inne akcenty.

„Czy to skutek uboczny? Czy ktokolwiek chciałby w taki sposób zapominać? Tak szybko? Tak łatwo? W wyniku zabiegów ci ludzie stracili zdolność do zapamiętywania, która odebrała im zdolność przeżywania żałoby, a ta z kolei odebrała im zdolność do miłości.”

Charakterystyka głównych postaci, jak na powieść w zamyśle młodzieżową znacznie uprzyjemnia lekturę. Silna, zdeterminowana, władająca tajemniczymi, ukrytymi mocami Sara i dowcipny haker Thomas to dojrzały duet wzbudzających sympatię protagonistów, których trudne położenie zmusza czytelnika do dopingowania im. Dodatkowym atutem są długo ukrywane przez Lippert-Martin tajemnice z ich przeszłości, osnuwające Sarę i Thomasa przyjemną aurą tajemniczości. W opozycji do nich stoi przede wszystkim rudowłosa, Evangeline Hodges, bezlitosna morderczyni, która z jakiegoś powodu pragnie wyeliminować Sarę. Hodges z uwagi na swoją osobowość (uwielbiam kobiece czarne charaktery) w moim odczuciu poziomem emocji, jakie we mnie wywoływała zdeklasowała nawet czołowych bohaterów. Choć, jak na literaturę młodzieżową Lippert-Martin wystarała się o strawny, nieskomplikowany, acz stroniący od denerwujących „monosylab” styl zirytowała mnie pierwszoosobową narracją w czasie teraźniejszym. Ale to całkowicie subiektywne odczucie, podyktowane moją wrodzoną antypatią do takiej formy opowiadania (wolę narrację w czasie przeszłym). Jeśli zaś chodzi o fabułę to w drugiej połowie akcja zdecydowanie przyśpiesza, ale równocześnie autorka zapomina o generowaniu tak silnie tajemniczego klimatu, jak na początku. Ciągłe ucieczki po korytarzach ośrodka, strzelanki i akrobatyczne wyczyny Sary, Lippert-Martin podała w takim nadmiarze, że w pewnym momencie zaczynają one zwyczajnie męczyć. Ale przynajmniej pod koniec przekonująco wyjaśniła całą intrygę, nie pozwalając sobie na rażące zbiegi okoliczności i nielogiczne akcenty. Ostatnie strony już rozczarowują, ale nieco wcześniej autorka zgrabnie oddała istotę problematyki „Tabula Rasa”.

„Tabula Rasa” reprezentuje literaturę spod znaku ewentualnej zgubnej przyszłości ludzkości: rasy, która uparcie zmierza ku samozniszczeniu. W powieści Kristen Lippert-Martin nasze unicestwienie będzie polegało na wyzbyciu się własnej tożsamości, na którą przede wszystkim składają się wspomnienia. Pomysł na fabułę, charakterystyka kluczowych bohaterów i zagadkowa intryga zapewne zadowolą wielbicieli technothrillerów, nie tylko tych młodszych wiekiem, nawet biorąc pod uwagę kilka słabszych elementów tej pozycji.

Za książkę bardzo dziękuję grupie wydawniczej 
           

wtorek, 24 marca 2015

„Zwierz” (2013)


Trzyosobowa rodzina Porterów pada ofiarą niezidentyfikowanego napastnika biwakując we Francji. Dzięki zeznaniom znajdującej się w ciężkim stanie Claire Porter policji udaje się schwytać podejrzanego: mieszkającego z matką,  Talana Gwyneka. Ogólnokrajowe zainteresowanie opinii publicznej tą sprawą zachęca prawniczkę, Kate Moore, do podjęcia się obrony oskarżonego. Wraz ze swoim małym zespołem, złożonym z Erica Sarina i Gavina Flemynga, próbuje znaleźć dowody na niemożność tak brutalnego potraktowania ludzi przez człowieka. Wkrótce Kate odkrywa, że rodzina Gwyneków ma rumuńskie korzenie, a rosły, borykający się z nadmiernym owłosieniem i okresowymi stanami nieświadomości Talan wykazuje objawy porfirii.

Horror Williama Brenta Bella, twórcy „Stay Alive” i „Demonów”, do którego scenariusz, jak w dwóch poprzednich filmach grozy napisał wspólnie z Matthew Petermanem. Pierwszy pokaz „Zwierza” miał miejsce w Japonii w 2013 roku. W Stanach Zjednoczonych był dystrybuowany rok później za pośrednictwem systemu VOD (tzw. wideo na żądanie). „Zwierza” na tle innych współczesnych horrorów wyróżnia kuriozalna praca kamery. Bell dopasował realizację do panującej obecnie mody na tzw. kręcenie z ręki, zapominając jednakże o najważniejszym elemencie owej stylizacji. Otóż, w found footage rozchwiana praca kamery jest efektem uczynienia jednego z bohaterów filmu jednoczesnym operatorem, co ma za zadanie głównie potęgować realizm przedstawianych wydarzeń. Bell decydując się na tzw. kręcenie z ręki zrezygnował z subiektywnego filmowania – operator nie jest bohaterem filmu. Stylizacja na horror verite połączona z tradycyjną narracją zamiast wzmagać realizm wywoływała wrażenie taniości, wręcz amatorki (tyko w przypadku pracy operatora), tym silniej, że nie można jej było usprawiedliwić paniką postaci dzierżącej kamerę. Bell tym zabiegiem zauważalnie eksperymentował z dwoma stylami narracyjnymi, ale oryginalność nie zawsze jest tożsama z sukcesem. Takie kuriozum męczyło mnie jeszcze bardziej niż typowe found footage.

Wielbiciele kina grozy powinni rozszyfrować naturę zagrożenia już podczas pierwszej sceny, kiedy to za pośrednictwem kamery rodziny Porterów naszym oczom ukazuje się księżyc w pełni, dlatego też chyba nie będzie spoilerem wiadomość, że „Zwierz” wpisuje się w konwencję horrorów o wilkołakach. Pewnym novum jest wtłoczenie fabuły w schemat filmów prawniczych oraz odniesienia do porfirii, uważanej za główną przyczynę powstania legend o wampirach. Choroba dotychczas kojarzona z krwiopijcami tym razem wykorzystana przy charakterystyce wilkołaka była ciekawym zabiegiem, w zamyśle pewnie mającym nieco zdezorientować widzów (z miernym skutkiem). Śledztwo prowadzone przez Kate Moore, mającą korzenie amerykańskie i francuskie, zuchwałą prawniczkę, mieszkającą i pracującą we Francji pomimo swojej przewidywalności zaangażowało moją uwagę. Głównie za sprawą odtwórczyni roli głównej, A.J. Cook, idealnie wcielającą się w intrygującą postać ambitnej mecenas niepotrafiącej się zdecydować, którego ze swoich dwóch partnerów, Gavina czy Erica (kolejno Simon Quarterman i Vik Sahay, którzy bardzo dobrze oddali swoje role na ekranie), darzy większą sympatią i walczącą ze zdemoralizowanym policjantem, Klausem Pistorem (również przekonujący Sebastian Roche). W pierwszej połowie seansu Bell ściśle trzymał się typowo prawniczego schematu i generowania aury tajemnicy nie tyle, co do natury Gwyneka (bo ona od początku będzie dla widzów oczywista), ile jego spodziewanego wybuchu. Wiemy, że Talan w końcu zacznie siać zniszczenie, nie wiadomo jedynie kiedy i jak. Ten rozciągnięty w czasie, w kontekście filmu grozy stateczny wstęp Bell, poza początkowym zaatakowaniem rodziny, urozmaicił tylko raz elementami stricte horrorowymi tj. podczas oględzin dosłownie rozszarpanych zwłok Henry’ego Portera i jego siedmioletniego syna Petera. Widząc przekonujące rekwizyty, „bez choćby grama” CGI, zaczęłam zastanawiać się nad motywami twórców odnośnie tej nieszczęsnej realizacji.

Biorąc pod uwagę dopracowane efekty specjalne (poza nieprzekonującą charakteryzacją wilkołaków) i oczywiście profesjonalną obsadę nie można tego niepotrzebnego kręcenia z ręki usprawiedliwić niskimi nakładami pieniężnymi, czym początkowo sobie to tłumaczyłam. Taki scenariusz, niebędący jakimś wielkim odkryciem, ale równocześnie niepozwalający na nadmierną nudę, zdecydowanie lepiej zaprezentowałby się przy tradycyjnej realizacji. Wstawki z kamery Porterów, spoty informacyjne i późniejsze sporadyczne wtłaczanie obrazów z monitoringu nie przeszkadzało mi zanadto, ale subiektywne filmowanie bez jednoczesnego uczynienia operatora jednym z bohaterów filmu znacząco zaniżyło poziom tej produkcji. Szczególnie zasmuciło mnie to w drugiej, dynamicznej połowie projekcji, podczas częstych rzezi. Przez chaotyczne filmowanie dane mi było zobaczyć tylko ogół demolki – szczegóły rzezi zostały skutecznie ukryte przed moim wzrokiem. Co gorsza podczas obławy w ciemnym lesie częste uciekanie obrazu poza główny plan wyjałowiały poszczególne sceny z wszelkiego napięcia i aury zagrożenia oraz uniemożliwiły licznym jump scenom spełnienie swojego zadania, polegającego na chwilowym poderwaniu widza z fotela przez zaskoczenie.

Efekt końcowy „Zwierza” mocno mnie rozczarował. I to nie za sprawą scenariusza, bo fabuła, choć przewidywalna dostarczyła mi sporo rozrywki dzięki wtłoczeniu jej w prawniczy schemat, odniesieniom do porfirii i przede wszystkim za sprawą głównej bohaterki, z którą można sympatyzować. Problemem tego filmu jest amatorska, irytująca realizacja, uniemożliwiająca całkowite zatopienie się w tej historii i oddzierająca poszczególne sceny z wszelkiego klimatu. Naprawdę żałuję, że Bell postawił na takie kuriozum kręcenia z ręki, bo gdyby nie to „Zwierz” mógłby okazać się całkiem przyzwoitym horrorem.