niedziela, 30 kwietnia 2023

Robert McCammon „Słuchacz”

 
Recenzja przedpremierowa

Rok 1934. Diabeł z anielską twarzą, człowiek posługujący się między innymi nazwiskiem John Partlow, przemierza Stany Zjednoczone w poszukiwaniu łatwego zarobku. Wymuszony awarią samochodu przystanek w małym miasteczku jest dla niego początkiem nowej znajomości, która wkrótce przynosi obietnicę znacznego polepszenia jego statusu materialnego. Kobieta ostatnio przedstawiająca się jako Ginger LaFrance opracowała bowiem wielce ryzykowny, ale potencjalnie nadzwyczaj dochodowy plan, którego nie jest w stanie zrealizować w pojedynkę. Potrzebuje wspólnika, a John Partlow alias Bielutki wydaje jej się odpowiednią osobą do tej roli. Swój wielki skok na kasę zamierzają przeprowadzić w Nowym Orleanie w stanie Luizjana, gdzie mieszka upatrzona przez nich majętna rodzina Ludenmere'ów. Tymczasem dwudziestoletni czarnoskóry tragarz na dworcu kolejowym Union w Nowym Orleanie, mieszkający z rozczulającą się nad sobą matką, Curtis Waterford Mayhew, korzystając ze swoich niezwykłych umiejętności, w wolnych chwilach pomaga ludziom łagodzić wszelkiego rodzaju poważne spory i drobniejsze nieporozumienia. A już niebawem przyjdzie mu zmierzyć się z największym wyzwaniem w swojej „karierze” słuchacza: z bezwzględnymi porywaczami dzieci.

Okładka książki. „Słuchacz”, Vesper 2023

Robert McCammon, autor między innymi „Magicznych lat”, „Łabędziego śpiewu” i powieściowego cyklu z Matthew Corbettem, amerykański powieściopisarz, który największe triumfy święcił w trzech ostatnich dekadach XX wieku, w 2018 roku wypuścił niedługą, jak na swoje możliwości, powieść wyraźnie inspirowaną historią Bonnie Parker i Clyde'a Barrowa. Nadał jej tytuł „The Listener” (pol. „Słuchacz”), a akcję osadził parę miesięcy po definitywnym zakończeniu przestępczej działalności Gangu Barrowa, kiedy Wielki Kryzys - oficjalnie zakończony w poprzednim roku - wciąż mocno dawał się we znaki dużej części amerykańskiego społeczeństwa. McCammon nie ukrywał, że największym wyzwaniem było dla niego odwzorowanie tamtej epoki, że praca nad „Słuchaczem” w głównej mierze sprowadzała się do uważnego „przepisywania historii”. Nie wyłączając ówczesnego dialektu, w tym słów, które mogły ściągnąć na niego gniew co poniektórych odbiorców niniejszej opowieści. McCammon liczył się z tą przykrą ewentualnością, ale z drugiej strony miał świadomość, że łagodzenie języka białych w stosunku do czarnych obywateli ówczesnych Stanów Zjednoczonych, byłoby czymś w rodzaju zakłamywania historii, a tego na pewno nie chciał robić.

Rok 2023 to rok między innymi wprowadzenia na polski rynek „Słuchacza” Roberta McCammona, powieści historycznej (jego kolega po piórze Robert Silverberg mógłby nazwać to fantastyką historyczną), która wcale nie ukrywa swoich związków z autentycznym utrapieniem i zarazem przednią atrakcją Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej z pierwszej połowy lat 30. XX wieku. Premierową polskojęzyczną edycję – w porządnym tłumaczeniu Adama Roberta Winnickiego i twardej oprawie pokolorowanej przez Macieja Kamudę, też autora dwóch czarno-białych ilustracji „na starcie i mecie” tego nieprzepastnego tomu (niespełna trzysta siedemdziesiąt stron) – przygotowało wydawnictwo Vesper, które w swoich tegorocznych planach uwzględnia wznowienie „Łabędziego śpiewu” oraz prezentację jeszcze dwóch dzieł McCammona: powieści grozy „Usher's Passing” (pol. „Dziedzictwo Usherów”) i „The Queen of Bedlam”, kontynuacji „Zewu nocnego ptaka” (część druga powieściowej serii z Matthew Corbettem). A tymczasem... Dawno temu w Ameryce skrzyżowały się drogi typów spod ciemniej gwiazdy, ludzi utrzymujących się na powierzchni kosztem innych umęczonych dusz. Powiedzmy, że on nazywa się John Partlow, a ona Ginger LaFrance – tak, tak, to niewątpliwie nie są ich prawdziwe tożsamości, ale udawajmy, że tak jest. Jego poznajemy jako samotnego czarnego jeźdźca, niewydarzonego komiwojażera, oferującego specjalne wydania Pisma Świętego starannie wyselekcjonowanym biedakom w żałobie. Nie dajmy się zwieść jego anielskiej twarzy, to wszak tylko wielce przydatna maska, pod którą kryje się czysta wściekłość. Przekonamy się o tym już na początku tej powieściowej drogi, w pewnej stodole, w której rzekomy anioł pokaże najprawdziwsze diabelskie rogi. A niedługo potem pozna szaloną Ginger. W jakiejś „dziurze zabitej dechami”, w depresyjnej mieścinie, która może „zapisze się w historii”, jako miejsce spotkania niegodnych następców Bonnie Parker i Clyde'a Barrowa. Samozwańczych następców, bo tak naprawdę więcej wspólnego zdają się mieć z porywaczem i zabójcą dzieciątka Lindberghów. Tak czy inaczej, w świecie przedstawionym w „Słuchaczu” ze świecą szukać osób, które nie słyszały o Gangu Barrowa i tragedii majętnego rodu Lindberghów - a to tylko najjaskrawsze przykłady autentycznych historii, które Robert McCammon wplótł w wymyśloną przez siebie opowieść, co naturalnie wzmacnia tło historyczne. Energicznie i efektywnie pracuje na wizerunek epoki, w której podobno przyszło żyć Curtisowi Waterfordowi Mayhew, czarnoskóremu młodzieńcowi, który wydawał mi się swoistym skrzyżowaniem empatycznego Johna Coffeya z „Zielonej mili” Stephena Kinga i Danny'ego Torrance'a z „Lśnienia” i „Doktora Sen” tego samego autora. Dwudziestoletni kawaler, którego niekłamaną dumą napawa jego praca na dworcu kolejowym Union w Nowym Orleanie w stanie Luizjana, gdzie od czasu zagadkowego odejścia ojca, mieszka tylko z matką, którą troskliwie się opiekuje, w przekonaniu, że kobieta wcale nie potrzebuje tak dużego wsparcia od swojego jedynego syna. Hipochondryczka? Wbrew jej skargom fizycznie najprawdopodobniej zupełnie nic jej nie dolega – to najpewniej problem natury psychicznej, mentalna pułapka, do której wpędziło ją odejście ukochanego męża i zarazem ojca Curtisa. Cudownego dziecka, czy jak kto woli dziecka przeklętego przez obdarzoną iście osobliwym poczuciem humoru Opatrzność. W sumie tytułowy bohater zdążył już pogodzić się ze swoimi telepatycznymi umiejętnościami. Zwłaszcza, że jego niezwykłe talenty wnoszą trochę światła w życie innych. Curtisa nic tak nie uszczęśliwia jak pomaganie bliźnim, a już jakiś czas temu odkrył, że „nadnaturalne radyjko” jest doskonałym narzędziem do godzenia ludzi. Nieważne czy białych, czy czarnych, bo młody Mayhew, nie pielęgnuje w sobie urazy do Rasy Panów. Poniżany praktycznie każdego dnia przez aroganckich przedstawicieli uprzywilejowanego plemienia białoskórych, ale całkowicie wolny od nienawiści, tego szalenie niszczycielskiego demona najpewniej na trwałe wpisanego w historię ludzkości.

Okładka książki. „The Listener”, Cemetery Dance Publications 2018

Słuchacz” Roberta McCammona to opowieść o ogromnym rozwarstwieniu ekonomicznym - i społecznym - o skrajnym ubóstwie i krzykliwym dobrobycie. Opowieść o dwóch „zwaśnionych rodach”, tj. o dwóch światach... A właściwie trzech, bo rzeczywistość białych klepaczy biedy różni się od rzeczywistości tak zwanych kolorowych ciułaczy. Curtis Mayhew może uchodzić za prawdziwie egzotycznego ptaka w tym niestety niezupełnie fikcyjnym światku. W amerykańskim społeczeństwie trwają co najmniej dwie ciche wojny domowe, a on jest jakby poza tym wszystkim. Nie tyle kompletny ignorant, biedny ślepiec, ile człowiek świadomie odcinający się od igrzysk nienawiści. „Skórny daltonista”, któremu solą w oku bynajmniej nie są też nieprzebrane bogactwa mniejszości. Nie zazdrości, nie pożąda, nie unosi się pychą ani gniewem. Wysłucha, doradzi, a w razie potrzeby przeprowadzi większą „akcję ratunkową”. Modelowy społecznik, którego domeną jest naprawianie stosunków międzyludzkich, zakopywanie rowów między dwunożnymi stworzeniami miłosiernego Boga. Curtis jest człowiekiem głęboko wierzącym, który przypuszczalnie w odróżnieniu od swojej matki nie pozwolił, by ich niemała tragedia rodzinna osłabiła jego uczucia do Stwórcy. To, co najwyraźniej powoli zabija jego matkę, jego mogło zainspirować do bardziej wytężonego działania na rzecz bliźnich. W pierwszej partii „Słuchacza” poznajemy białych ludzi z czarnymi duszami, a w drugiej autor przedstawia nam czarnego człowieka z duszą olśniewająco białą. John Partlow i Ginger LaFrance to zepsute do szpiku kości (może z małym znakiem zapytania przy Partlowie) jednostki, bądź co bądź, budzące większe zaufanie przynajmniej u pełnoprawnych obywateli ówczesnych Stanów Zjednoczonych, mające zdecydowanie większą swobodę działania od naszego dobrotliwego słuchacza. Diabły i anioł, przygnębiająco myleni przez samozwańczych rasowych pomazańców. Na przykład przez Jacka Ludenmere'a? Gdyby Robert McCammon myślał stereotypowo, to niewątpliwie zrobiłby z tego zamożnego biznesmena kolejny czarny charakter. A przynajmniej poważną przeszkodę w pasjonującej misji Curtisa. W raptownym zderzeniu ze świeżo upieczonymi porywaczami dzieci. Drobni przestępcy, których najwyraźniej skusiła perspektywa potężniejszego zastrzyku gotówki. Połasili się na może nie najłatwiejszy, ale z całą pewnością największy jednorazowy zarobek w swoich dotychczasowych żywotach. Podłych żywotach, bo to podłe czasy są. Każdy przędzie jak umie, a jak nie umie, to umiera. Prosta sprawa. Taka jest brutalna rzeczywistość... Johna Partlowa, człowieka, którego Ginger LaFrance z łatwością owija sobie wokół małego palca. Femme fatale, jak się patrzy. Diaboliczna kusicielka, wytrawna manipulantka, której zabijanie przychodzi równie łatwo, co oskubywanie z paru dolców naiwnych prowincjuszy. Na kartach „Słuchacza” McCammon w pewnym sensie doprowadza do poważnej kolizji trzech plastycznie odmalowanych, barwnych światów (nawiasem mówiąc w tej zróżnicowanej populacji ludzkiej dostrzegłam „księżycowe małżeństwo”, które mogło być oczkiem puszczonym do czytelników „Magicznych lat”). Karambolu, ale i nie tak znowu oczywistej komitywy. Opowieść o niezwykłej przyjaźni, rasowym kryminałem solidnie podszyta. Trzymająca w napięciu nadnaturalnie zabarwiona historia pewnego porwania i kontrofensywy szlachetnego rycerza o gołębim sercu. Fantazyjnie inkrustowany kociołek, w którym aż kipi od emocji. Słodko-kwaśna opowieść z terytorium realizmu magicznego. Przeraźliwie zimna i zarazem przyjemnie ciepła (powieść o właściwościach rozgrzewająco-chłodzących), rujnująca, ale i budująca, genialna w swojej prostocie, poruszająca „legenda” o superbohaterze w kostiumie kolejowego tragarza. O poszanowaniu bliźnich, o męstwie nieszukającym poklasku i imponującym samozaparciu, ale też o rozpaczy, ogólnej beznadziei, straszliwej desperacji, degrengoladzie, najpospolitszym egoizmie i przeklętej spirali nienawiści.

Słuchacz” Roberta McCammona wygląda mi na takiego, który wychodzi naprzeciw oczekiwaniom różnych grup czytelniczych. Nie dzieli, ale rządzi. Przejmuje stery nad okrętem wyobraźni, wciąga w swoje soczyste intrygi. Czaruje lżejszymi i mocniejszymi brzmieniami. Adoruje zarówno zwolenników dzieł historycznych, jak entuzjastów powieści kryminalnych, fantastycznych i społeczno-obyczajowych. Czego fani niewymienionych gatunków nie powinni traktować jako przestrogi przed tą publikacją, jakiejś okropnej sugestii, by rzecz sobie odpuścić. Nie, nie róbcie tego, a przynajmniej przemyślcie to raz jeszcze. Zróbcie to nie tyle dla mnie, ile dla siebie, bo coś mi mówi, że i w „Waszych gatunkowych obozach” znajdą się silne reprezentacje zadowolonych z tej literackiej wyprawy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

piątek, 28 kwietnia 2023

„Przywiązanie” (2022)

 
W Kopenhadze Leah, młoda żydówka z Londynu, poznaje Maję, niegdyś obiecującą duńską aktorkę, mieszkającą samotnie w mieszkaniu odziedziczonym po matce, do którego zaprasza swoją nową znajomą. Tak rodzi się miłość, ale Leah nie może w nieskończoność przekładać powrotu do Londynu, do nadopiekuńczej matki Chany, ortodoksyjnej wyznawczyni judaizmu. Tym bardziej, że Leah doznaje uszczerbku na zdrowiu podczas jednego ze swoich zagadkowych ataków. Wraca więc do domu z chwilowo niesprawną nogą... i nową dziewczyną, która zostaje bardzo chłodno przywitana przez zaborczą matkę Leah. W kolejnych dniach Maja na wszelkie sposoby stara się przypodobać Chanie, w międzyczasie dokonując frapujących odkryć w jej ponurym gospodarstwie domowym. Z czasem zwykłe zaciekawienie przejdzie w silne zaniepokojenie, w obawę o bezpieczeństwo nie tyle swoje, ile miłości swojego życia.

Plakat filmu. „Natten har øjne” 2022, Nordisk Film Production

Przywiązanie” (oryg. „Natten har øjne”, tytuł międzynarodowy: „Attachment”) to pierwszy pełnometrażowy film Duńczyka Gabriela Biera Gislasona nakręcony podczas pandemii COVID-19 w oparciu o jego własny scenariusz. Miłość do kina już w dzieciństwie zaszczepiła w nim babcia, ale i nie bez znaczenia było to, że jego rodzice realizowali się w tej branży, do której trochę starszy Gabriel wszedł jako tłumacz – przekładał scenariusze filmowe z duńskiego na angielski. W 2015 roku wypuścił swoją pierwszą maleńką produkcję sfinansowaną przez Duński Instytut Filmowy: około dwudziestominutowy filmik pt. „Samuel's Getting Hitched”. Dzięki programowi dla początkujących filmowców z tego samego źródła udało mu się pozyskać niezbędne – niewielkie – fundusze na swój pierwszy dłuższy reżyserski „występ”. Scenariusz „Przywiązania” powstał z połączenia zasłyszanych perypetii miłośnych oraz zamiaru, z którym wyznawca judaizmu Gabriel Bier Gislason nosił się od dłuższego czasu. Otóż zauważył, że kino grozy ze wszystkich religii świata najbardziej upodobało sobie chrześcijaństwo, podczas gdy on nie miał wątpliwości, że horror (i nie tylko horror) sporo by zyskał na większym zainteresowaniu filmowców mitologią (istną skarbnicą upiornych historii) i kulturą żydowską. Jeśli zaś chodzi o przygody miłosne, to zostały mu one przekazane przez jego dobrą przyjaciółkę Josephine Park w trakcie jednego z ich towarzyskich spotkań, kiedy to (po paru głębszych) obiecał jej rolę, która zrobi z niej gwiazdę. Tą rolą miała być Maja, gojka z Kopenhagi z wzajemnością zakochująca się w żydówce z Londynu. Swoją światową premierę film miał w czerwcu 2022 na Tribeca Film Festival, a polską w październiku tego samego roku na Splat!FilmFest Horror Film Festival.

Przywiązanie” Gabriela Biera Gislasona miało być kręcone po mniejszej części w Danii, a większej w Anglii, ale pandemia COVID-19 zmusiła ekipę do zmiany planów. Uznali, że najprościej będzie nakręcić całość w Kopenhadze i nawet znaleźli dom, który dałoby się dostosować do ich „londyńskich potrzeb” - miejsce może nie idealne, ale reżyser i zarazem scenarzysta „wierzył w czarodziejskie zdolności” scenografów. Nie dane im było jednak porządnie wprawić w ruch „swoich magicznych różdżek”, ponieważ właścicielka nieruchomości niespodziewanie wypowiedziała im umowę najmu (czy to ustną, czy pisemną). Powód? Dowiedziała się, że to ma być horror, w związku z czym według niej istniała możliwości, że narodzi się tu jakaś klątwa. Koniec końców londyńska przystań matki i córki została zbudowana od postaw na scenie dźwiękowej w Kopenhadze, gdzie dla widza zaczyna się ta historia. Leah (przyciągająca uwagę kreacja Ellie Kendrick), studentka z Londynu, podczas pierwszego pobytu w ojczyźnie jej matki Chany (bezbłędna Sofie Gråbøl) poznaje niedoszłą gwiazdę kina imieniem Maja (przekonujący występ Josephine Park), szalonego elfa, który zaprasza ją na drinka, ewentualnie herbatę. Maja właściwie jej nie zna, ale najwyraźniej postanawia pójść za głosem swojego serca, bo jeszcze tego samego dnia wprowadza dowcipną turystkę do swojego mieszkania. Dni mijają, a one wprost nie mogą się sobą nacieszyć – płomienny romans w Kopenhadze, nad którym cały czas wisi widmo rychłego końca. Leah prędzej czy później będzie musiała wrócić do Londynu, choćby po to, by kontynuować naukę, a i nie wypada rozstać się z ukochaną matką w takich sposób, na odległość. Właściwie jedyne dziecko Chany na razie na poważnie nie rozważa zmiany adresu – może i bawi się tą myślą, ale w takim wypadku traktuje to jako opcję na później. W każdym razie w mieszkaniu Mai zaczynają odzywać się jej dawne przypadłości, a przynajmniej Leah zarzeka się, że od lat nie dochodziło do podobnych incydentów. Czyli...? Jak zwykle w horrorze zaczyna się bardzo niewinnie. Dobrze, Maja ma prawo czuć się nieswojo, kiedy pewnej nocy, tuż po przebudzeniu, widzi swoją partnerkę twardo stojącą przed lustrem. Widok jest dosyć upiorny, ale Maja szybko domyśla się, że Leah po prostu lunatykuje. Nie ma co panikować, chyba że... Maja z niepokojem odnotowuje, że jej ukochana chwilami zrywa kontakt z rzeczywistością. Jakby odpływała myślami gdzieś hen daleko, gdzie Maja nie ma wstępu. Ale to też jeszcze nic, nic w porównaniu do ataku epilepsji(?), z którego biedna Leah bynajmniej nie wychodzi bez szwanku. Maja czuje się winna za uraz jednej z kończyn dolnych kochanej Leah, ta druga jednak z szerokim i chyba szczerym uśmiechem bagatelizuje całe zdarzenie. Martwi ją tylko to, że „wybiła jej godzina w Danii”, że musi się rozstać... Nie, nie musi, bo Maja ma propozycję nie do odrzucenia. I tak Leah przedstawia Maję swojej matce, która całą sobą daje do zrozumienia, że nie jest zadowolona z takiego obrotu spraw. Jeśli o Chanę chodzi, to Maja jest niemile widzianym, niechcianym gościem w jej domu. Czyżby Chana nie akceptowała orientacji seksualnej swojej jedynej córki? Maja pyta, a Leah stanowczo zaprzecza, tłumacząc, że jej matka po prostu potrzebuje więcej czasu na dotarcie się właściwie z każdym człowiekiem. Leah uważa, że kobiety jej życia prędzej czy później się zaprzyjaźnią, ale radzi Mai uzbroić się w cierpliwość. I nie przejmować fochami w gruncie rzeczy zupełnie niegroźnej kobieciny. Mai jednak, co zrozumiałe, bardzo ciąży ta sytuacja. Niełatwo przebywać pod jednym dachem z osobą, która traktuje cię jak intruza. Trudno mieszkać z Królową Lodu. Tym bardziej, gdy ta w zasadzie niekoronowana głowa jest osobą bardzo religijną, a Maja nie ma nawet szczątkowej wiedzy w tym zakresie. To znaczy judaizm jest jej kompletnie obcy (nigdy nie słyszała o kabale, ani nawet o Golemie, nie wspominając już o dybukach i wiedźmie z Endor), ale najbliższe plany Mai uwzględniają „nadgonienie materiału”. W czym najbardziej przydatny okaże się Lev (przyzwoita kreacja Davida Dencika), właściciel kameralnej księgarni leżącej w tej samej części miasta, w której stoi zagadkowy dom Chany. Zagadkowy dla Mai, ale już niekoniecznie dla widza.

Kadr z filmu. „Natten har øjne” 2022, Nordisk Film Production

Romantyczno-religijny slow burn horror. Duński horror chasydzki dopasowany do jednej z ulubionych konwencji współczesnych twórców kina grozy. Właściwie spopularyzowanej już w XX wieku, ale wydaje mi się, że pod kątem ilości (oczywiście można się spierać co do jakości) obecne stulecie już zwyciężyło. Innymi słowy, pierwsze dekady XXI wieku w mojej ocenie są okresem urodzaju, wysypu owoców, UWAGA SPOILER że tak to ujmę, na drzewie „Egzorcysty” Williama Friedkina, ekranizacji powieści Williama Petera Blatty'ego, także autora scenariusza tego, uważam, niedoścignionego horroru demonicznego; o opętaniu i egzorcyzmach KONIEC SPOILERA. A „Przywiązanie” Gabriela Biera Gislasona to na moje oko jedno z dorodniejszych okazów, a na pewno jeden ze smaczniejszych, jakie odważyłam się zerwać. „Odważyłam” to może za mocne słowo, nie ukrywam jednak, że czasy rzucania się na tego typu historie dla mnie już dawno minęły. Może wrócą, nie wiem, ale do tego potrzeba więcej co najmniej takich odkryć jak „Przywiązanie”. Z naciskiem na „co najmniej”, bo do pełnej satysfakcji to jeszcze trochę mi zabrakło. Jestem takim dziwnym stworzeniem, któremu rzadko kiedy przewidywalność jest potężną zawadą, ale pierwsze pełnometrażowe osiągnięcie Gabriela Biera Gislasona niestety okazało się jednym z tych smutnych wyjątków od radosnej reguły. Pierwszy „akt” tej dramatycznej historii miłosnej śledziłam z przeświadczeniem, że autor nie tyle wprowadza tutaj jakąś tajemnicę, ile wskazuje solidnie udeptaną ścieżkę w królestwie horroru, którą wybrał dla „Przywiązania”. Aż tu nagle okazuje się, że miałam wejść na ową dróżkę z zasłoniętymi oczami. Nie wiedzieć, w jakie piekiełko prowadzi mnie Gislason. To nieprzyjemne objawienie dopadło mnie dopiero w prywatnym gniazdku Chany i Leah. Troskliwej, maksymalnie oddanej matki, ale surowej, nieprzystępnej potencjalnej teściowej oraz dla odmiany szeroko otwartej na nowe znajomości, bardzo kontaktowej, można powiedzieć, że przebojowej, zakochanej studentki. Gwoli sprawiedliwości, Chana nie zamyka się tak zupełnie na nieznajomą „przywleczoną” przez jej „niesforną” córkę, niemniej trudno oprzeć się wrażeniu, że zmusza się do przebywania w jednym pomieszczeniu z Mają. Robi dobrą minę do złej gry? Niezupełnie, bo nawet osoba, dla której tak „nadludzko” się wysila, czyli najdroższa Leah, nie ma wątpliwości, że jej matce nie podoba się cała ta sytuacja. Nie podoba jej się Maja? Tak czy owak, pani Chana przypominała mi panią Danvers z „Rebeki” Daphne du Maurier – miała w sobie coś takiego, taką aurę, taką tendencję do wysysania energii z natrętnego otoczenia:) To znaczy ze wszystkich poza jej córką, a na pewno z Mai, która znajduje nader ciekawe rzeczy między innymi w pokoju Leah, w stan najwyższej gotowości wprowadzą ją jednak uważniejsze obserwacje pani domu. „Przywiązanie” to horror bazujący przede wszystkim na klimacie i naturalnie podejrzeniach. W sumie biorąc pod uwagę fakt, że nie należę do najbardziej domyślnych widzów, podejrzewam, że dla zdecydowanej większości odbiorców prędzej to będzie absolutna pewność; niezachwiane przekonanie w zakresie zagrożenia. Niewielkimi krokami, powoli zbliżającego się prawdopodobnie największego koszmaru przynajmniej w dotychczasowym życiu Mai, bo co do pozostałych „aktorek tej tragicznej, mistycznej sztuki” można mieć wątpliwości. Raz czy dwa „Przywiązanie” robi „buu!”, ale upiornych efektów specjalnych nie odnotowałam. A przydałby się chociaż jeden, tak na poprawę nastroju;) Niemniej na tyle sprawnie twórcy grają na atmosferycznej harfie - może nie od razu genialnie, ale jakieś wyczucie dramaturgii w moim odbiorze ta ekipa miała, jakieś tam napięcie wykrzesać z tej dość angażującej historii potrafili (byłoby lepiej, gdyby w moich oczach nie polegli na płaszczyźnie zwanej tajemniczością) – bym czuła się zmuszona do zarekomendowania tej filmowej ciekawostki zwolennikom nastrojowych, stylowych ballad grozą podszytych.

Niezłe oby dużo lepszego początki. Tego Gabrielowi Bierowi Gislasonowi nie tak znowu bezinteresownie życzę. W końcu jego progresywny rozwój na scenie horroru, to między innymi moja rozrywka. Wszyscy jesteśmy złączeni w wielkim kręgu życia, że pozwolę sobie podkraść mądrą wypowiedź pewnego też niegłupiego lwa. „Przywiązanie” to opowieści o miłości, która jak wiadomo niejedno ma oblicze. Miłości na planecie Horror. Niedrogie i niehałaśliwe dziełko, którego jakoś nie mam odwagi polecać osobom preferującym konkretne straszydła (jeśli już nie upiorne, to przynajmniej skoczne i „nieciągnące się jak te flaki z olejem”), ale „zbieraczom teoretycznie subtelniejszych filmowych znaczków”, smakoszom tak zwanej podskórnej grozy - pewnie, że tak. To raczej nie będzie (a może?) najcenniejszy okaz w Waszych kolekcjach, ale i nie sądzę, by wylądował na szarym końcu Waszych bezcennych klaserów. Nie sadzę, ale człowiek ze mnie omylny, więc może tak: mnie się spodobało, ale nie tak bardzo, bardzo.

środa, 26 kwietnia 2023

„Soft & Quiet” (2022)

 
Nauczycielka w zerówce Emily organizuje spotkanie Daughters for Aryan Unity, klubu dla białych Amerykanek chcących przeciwdziałać polityce wielokulturowości, zwolenniczek białej supremacji i tradycyjnej roli kobiet w małżeństwie. Wśród zaproszonych są właścicielka sklepu spożywczego Kim, pracująca w handlu detalicznym Marjorie i była osadzona Leslie, które zgadzają się spędzić resztę popołudnia w domu Emily. Po drodze zahaczają o sklep Kim, gdzie w pewnym momencie wchodzą azjatycko-amerykańskie siostry Anne i Lily. Dochodzi do sprzeczki, którą Anne rozpaczliwie stara się załagodzić, dumne Daughters for Aryan Unity nie zamierzają jednak pozwolić niechcianym klientkom wykpić się tanim kosztem. W końcu Anne i Lily wychodzą, a do sklepy przybywa mąż Emily imieniem Craig, który niechętnie przystaje na ryzykowną propozycję rzekomo obrażonych kobiet.

Plakat filmu. „Soft & Quiet” 2022, Blumhouse Productions, Second Grade Teacher Productions

Pełnometrażowy debiut reżyserski Beth de Araújo na podstawie jej własnego scenariusza, do którego, z racji swoich korzeni, podeszła dość osobiście – córka Amerykanki azjatyckiego pochodzenia i mężczyzny z podwójnym obywatelstwem: amerykańskim i brazylijskim. Ponadto pracując nad skryptem „Soft & Quiet”, de Araújo wracała myślami do swoich przykrych doświadczeń z rasistowskim nauczycielem. Niemałą rolę w tej historii odegrał też niesławny incydent w Central Parku, do którego doszło w maju 2020 roku z udziałem czarnoskórego obserwatora ptaków i białoskórej spacerowiczki, której wówczas towarzyszył jej pies. Przydatne okazały się też pogłębione badania społeczności Tradwife, a konkretniej kampanii prowadzonej w mediach społecznościowych przez orędowniczki tak zwanego tradycyjnego modelu rodziny, tradycyjnych ról płciowych. Przejrzała też de Araújo trochę materiałów na temat Ku Klux Klanu. A gdy „jej dziecko” wreszcie przyszło na świat, była nieco zaskoczona etykietką, jaką jej przyklejono. Nie żeby jej to przeszkadzało, ale pracując nad „Soft & Quiet” przez myśl jej nie przeszło, że po wypuszczeniu tego dziełka będzie nazywana twórczynią horrorów. Nigdy wcześniej tak tego nie rozpatrywała, nawet nie zerknęła na tę opowieść przez szkiełko horroru, ale Jason Blum, jeden z producentów wykonawczych „Soft & Quiet, najwyraźniej tak. Twórca marki Blumhouse Productions, amerykańskiej firmy kojarzonej głównie z kinem grozy, która wystarała się o prawa do dystrybucji filmu, podobno dość mocno przeżył ten niby skromny seans, ponoć pierwszy długometrażowy obraz Beth de Araújo wprawił tego, jak by nie patrzeć bardzo doświadczonego filmowca, w zaskakująco silny dyskomfort emocjonalny. Światowa premiera filmu odbyła się w marcu 2022 roku na South by Southwest Film Festival, a w listopadzie tego samego roku ruszyła dystrybucja internetowa.

Horror? Moim zdaniem thriller. Amerykańska historia podana w jednym ujęciu (co przypomniało mi urugwajski obraz z 2010 roku pt. „Casa Muda” w reżyserii Gustavo Hernándeza – rok później wypuszczono jego amerykańsko-francuską wersję w reżyserii Chrisa Kentisa i Laury Lau, w Polsce dystrybuowaną pod nazwą „Cichy dom”) o uprzedzeniach prowadzących do mniej i bardziej kontrolowanych wybuchów agresji. Przemocy psychicznej i fizycznej. Opowieść o tym, jak przerażająco łatwo przekroczyć ostateczną granicę, osiągnąć punkt, z którego nie ma odwrotu. O samonapędzającym się destrukcyjnym mechanizmie. Beth de Araújo w „Soft & Quiet” najpierw przedstawia nam Emily (przekonujący występ Stefanie Estes), nauczycielkę w zerówce, która właśnie skończyła kolejny dzień pracy, ale zanim uda się na zaplanowane spotkanie, udzieli ważnej lekcji życiowej jednemu ze swoich małych podopiecznych. Wytłumaczy mu, że trzeba walczyć o swoje, śmiało przypominać niewdzięcznym imigrantom czy osobom tylko niewyglądającym na „Amerykanów czystej krwi”, jak powinni się zachowywać w obecności „swoich gospodarzy”. Już wtedy da się zauważyć – a ewentualne wątpliwości powinna rozwiać samotna wędrówka Emily do małej świątyni w intymnym zakątku miasta, zgrabnej budowli obstawionej niewrogą, ale za to całkiem liczną armią drzew – stylistyczne nawiązanie do fenomenu found footage. Tak zwane kręcenie z ręki, do którego ekipa „Soft & Quiet” podeszła jeśli już nie w nowatorski, to na pewno w niepospolity sposób. Osoba (bądź osoby) dzierżąca kamerę nie uczestniczy w wydarzeniach – niewidoczna tak dla widzów, jak dla postaci żyjących w tym obskurnym świecie przedstawionym – i w mojej ocenie lepiej panuje nad sprzętem od zwyczajowych umownych kronikarzy na tej specyficznej gałęzi światowej kinematografii. Chcę przez to powiedzieć, że tutejszy zespół nie skusił się na taką destabilizację płaszczyzny wizualnej, z jaką przynajmniej mnie niezmiennie kojarzy się „kręcenie z ręki”. Co nie znaczy, że produkcja nie pachnie amatorką. „Soft & Quiet” Beth de Araújo to jeden z tych „zagadkowych” okazów, które teoretyczne słabości przekuwają w supermoce. A przynajmniej w moim odczuciu pozorna bylejakość energicznie pracowała na rzecz tego przedsięwzięcia. Podnoszenie jakości elementami normalnie uznawanymi za wadliwe. Zamiana tandety w złoto. Zewsząd wieje taniością – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na bardzo niski, wręcz głodowy;) budżet – ale w tym niecały urok tej „garażowej bestyjki”. Aż się przypomniały stare, dobre filmowe paskudy. Tak, to coś dla fanów kina exploitation. Pierwszy pełnometrażowy obraz Beth de Araújo to (nie)przyzwoicie ostre narzędzie, ale nieunurzane w sztucznej krwi. Nie epatują twórcy „Soft & Quiet” graficzną przemocą, nie urządzają klasycznej makabrycznej uczy, z parującymi ludzkimi wnętrznościami i kończynami w niepięknie zdobionych półmiskach oraz gęstą posoką w wielgachnych wazach. Zero obrazów wygenerowanych komputerowo, a z praktycznych efektów specjalnych, to najbardziej upiornie może wypaść zwykły wypiek. Hmm... interesująco(?!!!) nie tyle udekorowane, ile oszpecone ciasto Emily. W duchu żeńskiego stowarzyszenia, które miała odwagę założyć. Nowa nadzieja amerykańskiego społeczeństwa, szlachetna inicjatywa białej twarzy kierowana do innych białych twarzy. Szlachetna dla niej i paru kobiet, które przybyły na pierwsze oficjalne spotkanie klubu o niewdzięcznej nazwie Daughters for Aryan Unity, które odbywa się... w kościele. Bezczelność? Na pewno nie z perspektywy tych wściekłych „siostrzyczek” - one uważają, że to jak najbardziej odpowiednie miejsce na otwarcie ich boskiej misji. Bo Bóg chce, by przywrócono poprzedni porządek. Nie pytajcie, skąd wiedzą, czego życzy sobie Bóg, bo co najmniej niegrzeczne jest zadawanie takich jątrzących pytań, gdy świat zachodni jest w rozsypce.

Plakat filmu. „Soft & Quiet” 2022, Blumhouse Productions, Second Grade Teacher Productions

Soft & Quiet” Beth de Araújo można odczytać jako coś w rodzaju ostrzeżenia. Opowieść ku przestrodze, która oczywiście może być też odebrana jako kolejna tuba propagandowa Zgniłego Zachodu, bezpodstawny, niezasłużony atak na najwaleczniejszych obrońców tradycyjnych wartości. Innymi słowy, pewnie nie wszystkim spodoba się przekaz czołowej organizatorki tej pogadanki. O spirali nienawiści. Antybohaterki „Soft & Quiet” uważają, że najwyższy czas przerwać multikulturowe szaleństwo. Uważają, że ten eksperyment nie służy żadnej ze stron, a już najmniej ich rasie, coraz to mocniej dyskryminowanej w swoim własnym kraju. Weźmy choćby Marjorie (też bardzo wiarygodna kreacja Eleanore Pienty, to samo zresztą muszę powiedzieć o partnerujących jej Danie Millican w roli Kim i tym bardziej Olivii Luccardi, którą zapamiętałam z „Candy Land” Johna Swaba, ale tutaj, uważam, jeszcze bardziej rozwinęła swoje aktorskie skrzydła), która w podzięce za swoją ciężką pracę otrzymała oburzającą informację, że należny jej awans dostała jakaś „leniwa kolorowa”. I kto tu jest rasistą? A to tylko jedna z wielu pejoratywnych etykietek wymyślonych przez architektów Zgniłego Porządku. Córki dla jedności aryjskiej nie życzą sobie, by nazywano je antysemitkami tylko dlatego, że sprzeciwiają się zagarnianiu przez Żydów sektora bankowego i przestrzeni medialnej. Ksenofobia? One tylko wierzą, że każdy powinien trzymać się swojego kawałka ziemi, że mieszanie różnych nacji, przeróżnych kultur, szkodzi wszystkim. Emily i jej owieczki z niesmakiem patrzą też na wojujące panie, którym się wydaje, że robią coś dobrego dla swojej płci. Neonazistowska dopiero raczkująca organizacja ze stosownie niekomfortowego światka Beth de Araújo, rzyga na samą myśl o całym tym feministycznym cyrku. Rolą kobiety w każdym szanującym się społeczeństwie powinno być dogadzanie mężowi, wychowywanie dzieci i utrzymywanie gospodarstwa domowego w należytym, a najlepiej nieskazitelnym porządku. Czego chcieć więcej? Może własnej działalności gospodarczej? Kim wraz z mężem dorobili się już skromnego supermarketu, a Emily na naszych oczach zapali się do pomysłu Leslie, by otworzyć prywatną szkołę podstawową. A zatem krytykują coś, z czego same radośnie korzystają? A dlaczego nie? Co w tym dziwnego, że niektóre zwolenniczki tradycyjnej roli kobiet w małżeństwie i społeczeństwie chcą robić karierę? Moralność Kalego zawsze trendy;) W świecie przedstawionym w „Soft & Quiet” Beth de Araújo panuje bardzo duszna atmosfera, którą mogło zainspirować kino grozy z lat 70. i 80. XX wieku. W każdym razie ja nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w tym dziełku zaklęty jest tamten charakterystyczny duch. Lepki brud, mikroskopijne nieczystości niepowstrzymanie osiadające na ciele, nieubłaganie czepiające się skóry, aby powolutku wniknąć głębiej. Można się poczuć jak w szambie. Ciasnym zbiorniku wypełnionym (choć może nie po brzegi...) ekskrementami, w gęstej, cuchnącej brei i na dodatek w niechcianym towarzystwie. Właściwie czułam się trochę tak, jakby w większości niegotowe na wszystko „nadkobiety” uparcie naruszały moją przestrzeń osobistą. Skrajnie niekomfortowa intymność, toksyczna bliskość, którą zdaje się wypracowano głównie dzięki kamerze subiektywnej, dzierżonej przez niewidzialnego człowieka. Niewidzialnego obserwatora bezrozumnej eskalacji przemocy. Zgaduję, że twórcom tego jakby z życia wyjętego koszmaru, zależało na postawieniu widza w pozycji wścibskiego „ducha” z kamerą. A jeśli nie, to z własnego doświadczenia wiem, że i taka atrakcja szczęśliwie przyplątała się do tego podłego parku nie-rozrywki. Akcja w sklepie Kim to tylko nieśmiała przygrywka do koszmaru nieprzewidzianego przez „sól amerykańskiej ziemi”. To koszmar zarówno dla napadniętych, jak i napadających (wszystko wskazuje na to, że z jednym wyjątkiem). Depresyjna sekwencja zdarzeń, która aż prosiła się o pokazanie jeszcze większych pazurów (wolałabym też, żeby wykreślono ze scenariusza psa, bo przy całym tym bezeceństwie, w „rozdziale pod tytułem home invasion” moje myśli zawzięcie krążyły wokół tego najmniejszego z zakładników), ale emocje były. Nie wspominając już o klimacie.

Soft & Quiet” debiutującej w pełnym metrażu Beth de Araújo to jedno z moich mniejszych filmowych odkryć. Pozytywne zaskoczenie, ale jakiś niedosyt pozostał. Możecie to nazwać niezdrowym łaknieniem krwi, ale śmiem twierdzić, że i bez wykosztowywania się na wiadra czerwonej cieczy można było zrobić z tego prawdziwie ogniste danie. Z tej umiarkowanie pikantnej potrawki. Można było to podkręcić w bardziej cywilizowany sposób;) Dobra, wystarczy tego marudzenia. W takim razie pozostaje mi już tylko polecić tę paskudę.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Lionel Shriver „Musimy porozmawiać o Kevinie”

 
Recenzja zawiera spoilery „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lynne Ramsay

Niespełna szesnastoletni Kevin Khatchadourian w pewien kwietniowy czwartek dokonuje masakry w szkole średniej w Gladstone w stanie Nowy Jork. Chłopak zostaje osadzony w więzieniu dla nieletnich, a jedyną osobą, która regularnie go odwiedza jest jego matka Eva Khatchadourian, wedle dużej części społeczeństwa współwinna zbrodni nastolatka. Co gorsza, kobieta wcale nie uważa tych opinii za niesprawiedliwe, a w każdym razie niezupełnie. Jej spowiedzią są obszerne listy do ukochanego męża Franklina Plasketta, w jej przekonaniu drobiazgowa i maksymalnie szczera analiza ich życia rodzinnego, z naciskiem na jej wielce skomplikowaną, niesamowicie napiętą, niezdrową relację z pierworodnym dzieckiem, późniejszym masowym mordercą. Oczkiem w głowie tatusia i największą zmorą mamutki.

Okładka książki. „Musimy porozmawiać o Kevinie”, Videograf II 2008

Najgłośniejszych z dotychczasowych utworów literackich Lionel Shriver, amerykańskiej powieściopisarki i dziennikarki mieszkającej w Wielkiej Brytanii, która urodziła się jako Margaret Ann Shriver w Gastonii w Karolinie Północnej, a po piętnastu latach zmieniła imię na Lionel, ponieważ uważała, że lepiej oddaje jej osobowość (tak zwana chłopczyca). Studiowała w Barnard College, Columbia University, pisała między innymi dla „The Wall Street Journal”, „The New York Times” i „Financial Times”, a w 2020 roku dołączyła do redakcji „The Spectator”, brytyjskiego tygodnika informacyjnego. Przeciwniczka szerokiego otwierania „bram europejskich” na emigrantów z Bliskiego Wschodu, zwolenniczka brexitu, zaciekła krytyczka amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej, w niektórych kręgach podejrzewana/oskarżana o bycie rasistką, czego ona bynajmniej nie potwierdza. „Musimy porozmawiać o Kevinie” (oryg. „We Need to Talk About Kevin”) to jej ósma opublikowana powieść, wielokrotnie wznawiany, także w Polsce (oferta wydawnictwa Videograf II, po raz pierwszy przedstawiona w roku 2008 w przekładzie Krzysztofa Uliszewskiego), żelazny bestseller uhonorowany Orange Prize 2005, pierwotnie wydany w roku 2003. Przez krytyków doceniony między innymi za boleśnie szczerą opowieść o współczesnym świecie, a ściślej o zachodniej rzeczywistości, za poruszanie tematów, o których zwykle się nie mówi. W 2011 roku swoją światową premierę miała nagrodzona między innymi przez Europejską Akademię Filmową i nominowana do Złotego Globu (właściwie wyróżnienie dla odtwórczyni roli głównej, Tildy Swinton) i Złotej Palmy filmowa wersja „Musimy porozmawiać o Kevinie” wyreżyserowana przez Lynne Ramsay, też współscenarzystki tego szalenie intensywnego widowiska.

Filmowe zaproszenie do rozmowy o Kevinie autorka literackiego pierwowzoru uznała za nadspodziewanie udane, a największym, najważniejszym odstępstwem od powieści jej zdaniem jest większa przejrzystość w pierwszych etapach życia tytułowej postaci. Lionel Shriver w przestrzeni publicznej podkreślała, że była na to przygotowana, bo to co nazwała głównym punktem ambiwalencji w powieści „Musimy porozmawiać o Kevinie” i w ogóle to całe „moralne wyrafinowanie”, jakim jej zdaniem charakteryzuje się ta pozycja, według Shriver najzwyczajniej nie nadaje się na ekran. Mission Impossible dla filmowców, ale niewątpliwie w zasięgu powieściopisarek i powieściopisarzy. Do napisania „Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver skłoniły oczywiście strzelaniny w amerykańskich szkołach, wniebogłosy wrzeszczące historie z pierwszych stron gazet. Zastanawiająca pustka pod sensacyjnymi artykułami – Shriver nie mogła oprzeć się wrażeniu, że dziennikarze ujawniają tylko część prawdy, nie mówią wszystkiego o sprawcach. Może nawet nie próbują odkryć całej istotnej reszty. Tak czy inaczej, Shriver zawsze ciekawiło co tak naprawdę działo się w ich głowach... i rodzinnych gniazdach. Dodatkowym impulsem były jej własnej obawy przed macierzyństwem, obserwacje i przemyślenia, które możliwe, że były najbardziej ryzykownym krokiem w związku z tym prozatorskim przedsięwzięciem. Konstrukcję „Musimy porozmawiać o Kevinie” prawdopodobniej podpatrzyła w „The Good Soldier: A Tale of Passion” z 1915 roku, naturalnie nieżyjącego już brytyjskiego autora Forda Madoxa Forda. W najlepszym razie niezbyt godna zaufania, w najgorszym skrajnie niewiarygodna narratorka Shriver, charakterem mocno różni się od umownego kronikarza Forda – można powiedzieć, że niepoprawny optymizm został wymieniony na niepoprawny pesymizm, wręcz cynizm. W każdym razie w tej epistolarnej powieści Lionel Shriver, konfrontujemy się z rozproszoną, zamierzenie poplątaną sekwencją zdarzeń, oczami i/lub w swobodnej interpretacji tylko jednej z głównych „aktorek tego rodzinnego i społecznego dramatu”. Tragedii, koszmaru, piekła. Dzieło w całości składa się z listów Evy Khatchadourian adresowanych do jej drogiego Franklina w latach 2000-2001, miłości jej życia, który jest współodpowiedzialny za sprowadzenie na świat KK. Autorka książki, w przeciwieństwie do autorów pierwszego (i jak na na razie jedynego) zrealizowanego scenariusza na niej opartego, nie każe nam czekać na ujawnienie niewybaczalnego(?) grzechu nastoletniego Kevina Khatchadouriana. W powieści to żadna tajemnica, że ten niedoszły absolwent Gladstone High School dołączył do niezacnego grona szkolnych zamachowców. Niezacnego? Zależy kogo zapytać. Jego matka pewnie powiedziałaby, że Stany Zjednoczone to taki kraj, w którym oddanych fanów najłatwiej pozyskać poprzez zabijanie bliźnich. To najpewniejsza ścieżka do oszałamiającej kariery w tej rzekomej światowej Stolicy Wolności? Do takiego wniosku doszedł bystry chłopiec od najmłodszych lat najwyraźniej mocno wyczulony na wszechobecny bezsens? Chłopiec Franklina Plasketta, ale czy też chłopiec Evy? W pewnym sensie na pewno, bo to ona w latach 80. XX wieku wypchała „tego pasożyta” ze swojego wnętrza. Mało tego, nikt nie zmuszał jej do macierzyństwa, to była jej suwerenna decyzja, nawet jeśli bardziej entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu był jej wybranek. Najdroższy Franklin, którego szybko dopadło straszne przeczucie, że przynajmniej jakaś część Evy traktowała to jak zakupy w ciemno – w razie niezadowolenia bez specjalnego żalu, w taki czy inny sposób można pozbyć się problematycznego towaru. W radosnych podskokach wrócić do tego, co było wcześniej; zdecydowanie i definitywnie wydrzeć rozdział pod tytułem „Rodzicielstwo” z ich wspólnej Księgi Życia. Naprawdę tak myślała? Naprawdę spodziewała się, że on się na to zgodzi? On, modelowy republikanin, zagorzały patriota ślepo wierzący w American Dream (w zasięgu wszystkich zainteresowanych obywateli), orędownik „tradycyjnych amerykańskich rodzin” (idealny ojciec, idealna matka i idealna dziatwa), w swoim mniemaniu mężnie stawiający czoła wszelkim przeciwnościom losu i w odróżnieniu od swojej małżonki, gotowy na wszelkie wyrzeczenia dla dobra wspólnego, cokolwiek to znaczy.

Okładka książki. „We Need to Talk About Kevin”, Profile Books 2016

W kraju, w którym jest się niewinnym aż do momentu wyroku skazującego, ktokolwiek może pozwać mnie o cokolwiek, a ja stracę na tym setki lub tysiące dolarów, nawet jeśli dowiodę swojej niewinności. Witamy w Stanach Zjednoczonych Ameryki.”

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver to thriller psychologiczny, mroczny dramat rodzinny, ale i odważna debata polityczno-społeczno-obyczajowa. Debata czy monolog? Tego najprawdopodobniej nie rozstrzygniemy, przedstawiony „materiał dowodowy” jest wszak rażąco niepełny, co według mnie bardziej stanowi o sile niż słabości tej depresyjnej pozycji. Najboleśniejszej fikcyjnej opowieści o macierzyństwie, jaką dotychczas udało mi się „wygrzebać”. Formalnie fikcyjnej, ale nie da się zaprzeczyć, że Lionel Shriver tę upiorną mozaikę zbudowała także z autentycznych kamyków. Z jej osobistymi obserwacjami, wnioskami i innymi, najczęściej kąśliwymi, surowymi uwagami można się nie zgadzać, ale już choćby konteksty historyczne, czy niektóre kryminalne sprawy streszczane na kartach tej powieści, w „magiczny sposób” zacierają granicę między smutną fikcją i jeszcze smutniejszą rzeczywistością. W zasadzie życie zdążyło już napisać mnóstwo jeśli nie identycznych, to na pewno podobnych historii. Wszystko wskazuje na to, że pani Shriver chciała, by głowy odbiorców „Musimy porozmawiać o Kevinie” najbardziej zaprzątała jej wersja pytania o jajko i kurę. Co było pierwsze? Socjopatyczny dzieciak czy nieczuła matka? Zła w rozumieniu tak zwanych ludzi cywilizowanych. Czyli raczej nie taka z depresją poporodową. Raczej... Eva Khatchadourian nie została wprawdzie zdiagnozowana, ale wyglądało mi na to, że na początku tego rodzinnego koszmaru czerpała pociechę z tej ewentualności. Pozwalało to z nadzieją patrzeć w przyszłość. Jest ciężko, ale to minie – w końcu odnajdzie w sobie tę słynną bezwarunkową miłość do niesfornego Kevina. Nadejdzie taki czas, że przestanie go obwiniać o wszystkie nieszczęścia w swoim nie tak znowu ciasnym świecie. Teraz tak, ale przed Kevinem bardzo dużo podróżowała. Udało jej się połączyć tę pasję (zrodzoną z nieodpartej potrzeby udowodnienia samej sobie, że nie jest taka jak jej matka, upewnienia się, że nie jest skazana na podobny los) ze sferą zawodową – założyła własną działalność gospodarczą, która przyniosła jej niemałą fortunę. Wyśmienicie prosperujące wydawnictwo specjalizujące się w przewodnikach dla turystów z mniejszymi zasobami pieniężnymi. Rodzina Khatchadourian/Plaskett (Eva i Franklin po ślubie zostali przy własnych nazwiskach) dobra materialne, komfort finansowy zawdzięczała głównie... najmniej lubianej członkini rodziny? Jakby jej ukochany przelał całą miłość na Kevina, traktując Evę jako zło konieczne. Kiedyś byli zaskakująco zgodną parą – z drugiej strony mówią, że przeciwieństwa się przyciągają – ale na nieszczęście Evy (i nie tylko jej) po długich rozmowach, jak myśleli po wypunktowaniu wszystkich możliwych plusów i minusów, postanowili sprawdzić jak to jest być tatusiem i mamusią. Republikanin i demokratka, wielbiciel Stanów Zjednoczonych (zdaniem Evy tylko ich wyobrażenia: wyidealizowanych realiów przypominających jej amerykańskie seriale z lat 50. XX wieku) i ich zajadła krytyczka, czy jak kto woli krytykantka. Konserwatywny patriota i nieliberalna kosmopolitka. Jak łatwo się domyślić, film Lynne Ramsay to skrócona, powiedziałabym nawet, że wydelikacona wersja piorunującej historii Lionel Shriver (pożądanie ciężka, ale powieść pod tym względem przerosła moje najśmielsze oczekiwania, powieść zapalczywie zgniatała moje niebiedne serce). W scenariuszu na przykład nie zmieściło się życie szkolne (i przedszkolne) Kevina. Wygumkowano jego tak zwanego przyjaciela, rówieśnika, z którym najczęściej spotykał się po szkole i praktycznie wszystkie wywody Evy o roszczeniowych, protekcjonalnych Amerykankach i Amerykanach, zawsze skorych do obwiniania innych za swoje krzywdy, które w gruncie rzeczy sami na siebie sprowadzają (życiowe sukcesy to wyłącznie ich zasługa, a za porażki gotowi pozwać pierwszą osobę albo firmę z brzegu). I niezmiernie dumnych ze swojego plastikowego, fastfoodowego Disneylandu. W moim odbiorze głównym poszkodowanym w procesie przenoszenia powieści na ekran jest jednak Franklin. A właściwie to największy zwycięzca, ważna postać, z którą scenarzyści obeszli się dużo łagodniej od Lionel Shriver. Jedni winią Kevina, drudzy Evę, a jeszcze inni po prostu wrzucają ich do jednego worka. Naturalnie są wyjątki – nie tylko fani, w tym przypuszczalni naśladowcy KK, ale też jakieś pojedyncze osoby, które z tego czy innego powodu nie chcą wchodzić w buty sędziów, a tym bardziej katów. Rzucenie kamieniami w bliźnich nie należy do ich ulubionych rozrywek, a są i tacy, którzy noszą w sobie imponującą zdolność do przebaczania. Jednych napędza nienawiść, innych tak zwane chrześcijańskie miłosierdzie. Jeśli problem dotyczy dziecka (niezależnie czy sprawcy, czy ofiary, bo w dobie mediów społecznościowych, co niezmiennie mnie zdumiewa, gniew „praworządnej, nieomylnej” części społeczeństwa nierzadko spływa też na tych drugich) to przeważnie zainteresowanie opinii publicznej skupia się na matce czy innej opiekunce prawnej. Musimy porozmawiać o Evie, ale nie musimy o Franklinie? Ujmę to tak: podczas lektury omawianej bomby literackiej moje myśli rzadziej krążyły wokół pytania, które zaprzątało nie tylko Evę od tego feralnego Czwartku (tak umowna sprawozdawczyni wydarzeń nazywa dzień, w której jej niekochana(?) latorośl wprowadziła swój szatański plan w życie), a częściej wokół jej totalnego przywiązania do Franklina. Rozumiem miłość, ale spodziewałabym się, że niekiedy najdą ją jakieś wątpliwości, że jej determinacja od czasu do czasu przynajmniej lekko osłabnie. To supermocne postanowienie, by przeczekać gorsze lata, wytrwać przy niebezpiecznie łatwowiernym mężczyźnie, cierpliwie wypatrywać ustąpienia toksycznej mgły, niepowstrzymanie gęstniejącej w ich ścisłym rodzinnym kręgu. Najpierw w skromnym nowojorskim mieszkanku, a potem w zdecydowanie nieskromnym domu na teoretycznie bezpieczniejszym przedmieściu.

Musimy porozmawiać o Kevinie” Lionel Shriver to dość wymagająca lektura, którą pozwolę sobie przyrównać do kolczastych krzewów, gęstych krzaków, bynajmniej rozpędzonego literackiego pociągu, gdzie można rozsiąść się w miarę wygodnie, podziwiać widoki, czasami może poczuć jakiś mniejszy czy większy dreszczyk emocji, ale nawet wtedy ufając, że ów magiczny pojazd dowiezie nas do stacji końcowej w jednym kawałku. Ten dreszczowiec, ten dramat, ta społeczno-obyczajowa śmiertelnie poważna dyskusja (no dobrze, czasami nieszczodrze posypana wisielczym, histerycznym, ironicznym i sarkastycznym humorem, ewentualnie pseudo humorem) nie tylko o Kevinie, to brutalnie szczery, bezczelnie prowokacyjny, genialny potwór. Nieprzejednany zwyrodnialec, gwałciciel ludzkich dusz, zapalczywy kontestator pięknych bajek o życiu. Zaprzysięgły wróg mitologii i dobry przyjaciel nagiej, niewygodnej, strasznej prawdy. Marność nad marnościami i wszystko(?) marność [Księga Koheleta, tłum. Anny Wojciechowskiej, tutaj niedokładne]. Arcydzieło literatury światowej, moim zdaniem.

sobota, 22 kwietnia 2023

„Królestwo pająków” (1977)

 
Do doktora Roberta 'Racka' Hansena, lekarza weterynarii z Verde Valley w stanie Arizona, zgłasza się miejscowy ranczer Walter Colby z umierającą jałówką, w którą sporo zainwestował. Rack przekazuje próbki jej krwi do laboratorium uniwersyteckiego we Flagstaff, a niedługo potem w miasteczku zjawia się Diane Ashley z wydziału entomologii Uniwersytetu Arizony. Po wynajęciu domku letniskowego, kobieta informuje doktora Hansena i tutejszego szeryfa, że śmierć krowy Colby'ego spowodował pajęczy jad, mężczyźni jednak nie traktują poważnie tej rewelacji. Ale Ashley i Rack są zgodni przynajmniej co do tego, że warto wspólnie przyjrzeć się tej nietypowej sprawie. Wątpliwości weterynarza szybko się rozwiewają, a wyniki ich dochodzenia zaskakują nawet Diane.

Plakat filmu. „Kingdom of the Spiders” 1977, Arachnid Productions

Królestwo pająków” (oryg. „Kingdom of the Spiders”): kultowy animal attack Johna 'Buda' Cardosa, oparty na scenariuszu Richarda Robinsona i Alana Caillou, przy czym historię wymyślili Jeffrey M. Sneller i Stephen Lodge. Od zapomnienia, przynajmniej w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych, uchroniły go przede wszystkim akcje z włochatymi pająkami z rodziny Theraphosidae, które zrealizowano także z wykorzystaniem żywych stworzeń. Ekipa zakupiła pięć tysięcy ptaszników od meksykańskich łowców pająków, co pochłonęło pięćdziesiąt tysięcy dolarów z półmilionowego budżetu, a resztę załatwiły gumowe figurki. Film kręcono w Camp Verde i w Sedonie w stanie Arizona, a najbardziej wymagająca okazała się oczywiście praca z „żywym inwentarzem”. Ze względu na kanibalistyczne skłonności tych mimowolnych aktorów, każdemu z nich trzeba było zapewnić własną, należycie ocieploną, garderobę, tj. pojemnik. Największym wyzwaniem było jednak zmuszenie pająków do poruszania się po planie zgodnie z oczekiwaniami twórców, w czym najbardziej przydatne okazały się wentylatory i rury powietrzne. Wokół tej filmowej operacji narosły pewne kontrowersje w związku z niehumanitarnym traktowaniem żywych istot – część pająków poległa na planie.

Główną rolę żeńską w „Królestwie pająków” Johna 'Buda' Cardosa powierzono tej z przesłuchiwanych aktorek, którą najmniej wzruszały (właściwie w ogóle) bezpośrednie kontakty z włochatymi „bestiami”, czyli Tiffany Bolling, a na jej filmowego partnera wybrano Williama Shatnera, który po latach w jednej ze swoich publicznych wypowiedzi dał do zrozumienia, że głośna „Arachnofobia” wyreżyserowana przez Franka Marshalla bez pytania pożyczyła sobie co nieco z „Królestwa pająków”. Właściwie aktor nie mógł oprzeć się wrażeniu, że „Arachnofobia” w jakimś zakresie jest zwykłą kopią pajęczego horroru Buda Cardosa. „Ale nie idziesz i nie pozywasz Stevena Spielberga” (jeden z producentów wykonawczych filmu) - tako rzekł Shatner, tym samym dając do zrozumienia, że wywąchał plagiat, czy tam obraz posiadający pewne znamiona plagiatu. Bez względu na to, czy twórcy „Arachnofobii” opierali się na dziełku Cardosa, czy to raczej niezwykły(?) zbieg okoliczności, rzeczony animal attack z 1990 roku moim skromnym zdaniem może do pięt nie dorasta „swojemu starszemu krewniakowi”. Niezła rozrywka, ale „Królestwo pająków” z drugiej połowy lat 70. XX wieku to nie tyle rozrywka, ile trauma;) Myślę, że to jeden z tych rzadkich upiornych przypadków, który może działać także na osoby nieobarczone arachnofobią. Rzecz jasna, nie wszystkie, ale co poniektórzy szczęściarze (naprawdę zazdroszczę) niereagujący panicznie na widok pająków, na pewno nie przejdą zupełnie obojętnie obok takiego szaleństwa. Jeśli zaś o mnie chodzi, powiedzieć, że czułam się nieswojo w tym okropnym królestwie, to jak nie powiedzieć nic. Albo pudrować rzeczywistość. Architekci „Królestwa pająków” przenoszą nas na prowincję, do malowniczego zakątka w stanie Arizona. Małe miasteczko gdzieś w Verde Valley, spieczona słońcem przyjemnie cicha kraina, utrzymująca się głównie z ciężkiej pracy ranczerów. Nieopływających w dostatki, już raczej liczących każdy cent, małych hodowców, których swego rodzaju przedstawicielem scenarzyści uczynili Waltera Colby'ego (przyzwoita kreacja Woody'ego Strode'a) – właściwie jedyny gospodarz, który zaprosi nas na swoje włości. On i jego żona są pierwszymi ofiarami nadzwyczaj jadowitych tarantul (tak są nazywane w tym świecie, ale z ujawnionych informacji – bynajmniej mojej własnej wiedzy w tym zakresie – wynika, że w tych rolach obsadzono ptaszniki, zresztą często mylone z tarantulami), bo w wyniku działalności tych nienormalnie zachowujących się drapieżników, upada największa z ich ostatnich inwestycji; tracą jałówkę, w którą włożyli sporo pieniędzy, nie wspominając już o hektolitrach potu wylanych przez Waltera. A to dopiero początek ofensywy tarantul wymierzonej w to nieszczęsne małżeństwo. Właściwie zagrożone jest całe miasteczko, ale reakcja, zgodnie z przewidywaniami, jest mocno spóźniona. W każdym razie mnie nie zaskoczyło „przespanie” tego magicznego okresu, kiedy dało się jeszcze zapobiec masowej eksterminacji ludności wcześniej całkiem wygodnej przystani doktora Roberta 'Racka' Hansena, lekarza weterynarii, który dość niefortunnie rozpoczyna swoją znajomość z Diane Ashley, wybitną członkinią zespołu naukowców z Uniwersytetu Arizony zajmujących się owadami i pajęczakami. Sympatyczny duet, w czym zasługa nie tylko autorów tej historii, ale także, może nawet przede wszystkim, zaangażowanej gry Williama Shatnera i Tiffany Bolling. Rack ma opinię nałogowego podrywacza, zupełnie nieszkodliwego, w dodatku obdarzonego dużym poczuciem humoru i co najistotniejsze bez słowa skargi pracującego na dobro wspólne: jeden z najaktywniejszych członków tego małego społeczeństwa. Można na nim polegać praktycznie w każdej sytuacji, nie tylko gdy to czy inne zwierzę podupadnie na zdrowiu. Jak można się tego spodziewać naszemu dzielnego doktorkowi teraz wpadnie w oko Diane Ashley, przybyła do tej części Verde Valley w sprawach służbowych, zaalarmowana próbką krwi przekazaną przez doktora Hansena, na pierwszy rzut oka jej zupełne przeciwieństwo. On szeroko otwarty na ludzi, ona zachowująca pewien dystans. On dowcipny, a jej żarty się jakoś nie trzymają. Ona chłodna profesjonalistka, on ciepły profesjonalista.

Plakat filmu. „Kingdom of the Spiders” 1977, Arachnid Productions

Królestwo pająków” Johna 'Buda' Cardosa to nie tylko tysiące żywych pająków - choć to niewątpliwie one robią największą różnicę - ale również imponujące wyczucie dramaturgii, efektywna i efektowna żonglerka napięciem, doskonałe tempo i jeszcze wyborniejsza aura. Twórcy bardziej upodobali sobie kręcenie w pełnym świetle dziennym - w każdym razie słoneczne ujęcia dominują w tym arizońskim piekle – co pewnie uznałabym za wielce ryzykowne, gdyby nie data wydania tej kinematograficznej perełki. Dziś prawie na pewno oczy by mnie rozbolały od nadmiaru soczystych/plastikowych kolorów (no, chyba że za reżyserię odpowiadałby Ari Aster, czołowy twórca boskiego „Midsommar. W biały dzień”), nie wspominając już wygenerowanych komputerowo pająkach, bo coś mi mówi, że w czasach nam współczesnych nie trudzono by się z praktycznymi efektami specjalnymi, a cóż dopiero prawdziwymi tytułowymi „milusińskimi”. Przepraszam miłośników pająków za ten cudzysłów, wybaczcie proszę ten nietakt osobie przeczulonej na punkcie tych małych drapieżników. Pożytecznych straszydeł albo słodziaków, zależy kto patrzy. Na włochatych rewolucjonistów w świecie Buda Cardosa. Bo to jest swego rodzaju przewrót, może nie tyle zaplanowana (a kto ich tam wie?), ile instynktowna rebelia. Kontrofensywa tarantul. Nie tych zwyczajnych – wygląda na jakąś mutację, a głównymi winowajcami mogą być pestycydy. Taką teorię przyjmie Diane Ashley, która pewnie mogłaby zorganizować jakąś skuteczniejszą odpowiedź na zmasowany atak pająków, ale szczerze mówiąc taki scenariusz uznałabym za skrajnie niewiarygodny. Mniejsza, że wtedy raczej nie byłoby filmu, ale przypadkiem bądź umyślnie twórcy „Królestwa pająków” unaocznili typowy tryb postępowania w sytuacjach kryzysowych. W tak zwanych cywilizowanych państwach, przerażająco nieprzygotowanych nawet na zwyczajne katastrofy naturalne (na przykład nowe wirusy), a ta przecież do zwyczajnych nie należy. Gdyby to zależało od lekarza weterynarii, czy nawet szeryfa, to stery pewnie bez szemrania zostałyby przekazane pani Ashley zaraz po potwierdzeniu „jej wstępnej diagnozy”. Gdyby tylko któryś z nich miał moc sprawczą w tej biednej mieścinie... Niestety takie decyzje zapadają na wyższych szczeblach, gdzie nie zwykło się dyskutować z maluczkimi. Burmistrz tej tutaj oblężonej twierdzy moim zdaniem jest politykiem, czy jak kto woli samorządowcem, z powołania:) Nie znam się, ale się wypowiem. Nie wezmę odpowiedzialność za swoje decyzje, schowam się za plecami policjanta, który wykonywał moje polecenia. Co innego, jeśli moja strategia zadziała – wtedy całą śmietankę spiję ja, ten, który wszystkie rozumy pozjadał. Proszenie o pomoc, czy nawet przyjmowanie oferowanej pomocy dla ludzi tego pokroju jest oznaką słabości, przyznaniem do porażki, potężną skazą na mniej czy bardziej starannie budowanym wizerunku jednostek omnipotentnych. Poza tym mieliby dobrowolnie przekazać komuś ułamek swoich nadzwyczajnych „z trudem zdobytych” uprawnień? W imię czego? Mitycznego bezpieczeństwa obywateli? W każdym razie burmistrz miasteczka obleganego przez nadzwyczaj zgodne tarantule - zamiast zjadać się nawzajem, działają ręką w rękę, czy raczej odnóże w odnóże – to jedna z tych „osobistości” przy korycie, z tych orwellowskich równiejszych, które nie zwykli wyżej wyceniać życia „szarej masy” od swojego wygodnego krzesełka. Władza ponad wszystko. Efekt? Najbardziej poruszyła mnie opowieść o pewnej małej dziewczynce, ale to nie znaczy, że byłam nieczuła na tragedie innych. Nie tylko pierwsze-, ale i drugoplanowe postaci zdawały się mocno zabiegać o sympatię publiczności. Nie byli li tylko tak zwanym „mięsem armatnim”, pożywką dla niespotykanie jadowitych tarantul, ewentualnie ptaszników, papierowymi sylwetkami „przeznaczonymi na pożarcie”, ale uroczą zbieraniną indywidualności. Pełnokrwistymi bohaterkami i bohaterami tej później przyjemnie kojarzącej się z „Nocą żywych trupów” George'a Romero, sprawnie opowiedzianej, charakternej, stylowej opowieści z Arizony. Pełzające ciemności i jeszcze wydajniejsze jasności. Charakterystyczna mgiełka, swego rodzaju wizytówka kina z lat 70. XX wieku, co prawda spotykana też wcześniej i później, ale skądinąd wiem, że nie tylko mnie ten „aromat” najsilniej kojarzy się z tym dziesięcioleciem. Specyficzne ponurości, zdjęcia jakby po paru praniach, przyblakłe, zgaszone barwy. Swoje robi też ścieżka dźwiękowa, ale czymże byłoby to wszystko gdyby nie (nie)zwykła, ludzka cierpliwości? W moim przekonaniu twórcy „Królestwa pająków” perfekcyjnie zrównoważyli „gospodarkę prędkościowo-napięciową”. Innymi słowy, ta produkcja ma sporą szansę pogodzić zwolenników szybkich i wolniejszych opowieści grozy. Dzieje się, ale skrupulatnie kładli też organizatorzy tej pajęczej rebelii odpowiednie podłoża pod spodziewane ataki zabójczych żyjątek. Nieśpieszne wejścia, szatańsko konsekwentne zbliżanie się do wroga. Nie zawsze: zaskakujące spotkanie w jednym z domków letniskowych, przewrotka, której pewnie powinnam była się spodziewać, ale widać uległam potężnej sile narracji. W sumie każda scenka z pająkami wbijała mnie w fotel (a jest ich naprawdę dużo), ale pozwolę sobie jeszcze wyróżnić akcję z kratką wentylacyjną (miażdżący suspens – wiesz co się stanie, widzisz to w wyobraźni i w moim przypadku naprawdę nie chcesz zobaczyć na ekranie, ale w dalszym ciągu patrzysz) i nie tyle wykonanie, ile pomysł na ostatnią prostą.

Bezkrwawy (doliczyłam się zaledwie jednego mięsistego, szkarłatnego przebłysku) animal attack, który może być najlepszą opowieścią o pająkach, jakiej w życiu „wysłuchacie”. „Królestwo pająków” Johna 'Buda' Cardosa jakiejś tam pozycji w światku horroru się dochrapał, ale powinien wspiąć się dużo wyżej. Zająć bardziej eksponowane stanowisko w tej jeśli już nie gatunkowej, to przynajmniej podgatunkowej szufladce. Tak uważam, bo jak to mówią, po tej filmowej uczcie zbierałam szczękę z podłogi. Miazga!

środa, 19 kwietnia 2023

„Spree” (2020)

 
Dwudziestoparoletni Kurt Kunkle prowadzi niepopularny kanał internetowy o nazwie Kurt's World, usilnie i bezskutecznie próbując zwiększyć swoje zasięgi. Rozpaczliwie łaknie atencji, marzy o dołączeniu do grona najbardziej rozpoznawalnych, najchętniej oglądanych influencerów i jest gotowy zrobić absolutnie wszystko, żeby osiągnąć ten cel. W końcu wpada na szalony pomysł i niezwłocznie, z zapałem przystępuje do jego realizacji. Zostaje kierowcą Ubera do wspólnych przejazdów w aplikacji Spree. W pojeździe instaluje mnóstwo nieukrytych kamer, dla swoich pasażerów przygotowuje śmiercionośne napoje, a dla fanów program pod tytułem „Lekcja”, którego znakiem rozpoznawczym, przepustką Kurta do viralowej kariery mają być radosne eliminacje niczego nieświadomych klientów.

Plakat filmu. „Spree" 2020, DreamCrew, Forest Hill Entertainment, SuperBloom Films

Amerykański filmowy thriller satyryczny flirtujący ze slasherem w reżyserii Eugene'a Kotlyarenko, twórcy między innymi mało znanego romantycznego horroru komediowego „Feast of Burden” (2012) oraz komedii romantycznych/dramatów „A Wonderful Cloud” (2015) i „Wobble Palace” (2018). Scenariusz „Spree” Kotlyarenko napisał we współpracy z debiutującym w tej roli Gene'em McHugh, pomysłodawcą motywu przewodniego (w zasadzie zwrócił tylko uwagę na nieprzyjemną historię, którą napisało samo życie): opowieść o morderczym kierowcy Ubera. Potem zgodnie uznali, że najlepiej będzie uczynić ich antybohatera człowiekiem uzależnionym od mediów społecznościowych, a raczej desperacko zabiegającym o internetową sławę, o followersów. I wtedy Kotlyarenko zasugerował nietradycyjną formę, dopasowaną do trybu życia czołowej postaci. Powiedział, że ich film powinien wyglądać jak livestream. Z filmowych wpływów na „Spree” Kotlyarenko wymienił między innymi „Taxi-Teheran” Jafara Panahiego, „Za wszelką cenę” Gusa Van Santa, „Króla komedii” Martina Scorsese, „Asa w potrzasku” Billy'ego Wildera, „Twarz w tłumie” Elia Kazana, „Człowiek pogryzł psa” André Bonzela, Benoît Poelvoorde'a i Rémy'ego Belvauxa i „Henry – Portret seryjnego mordercy” Johna McNaughtona. W niektórych wywiadach podkreślał też, że traktuje „Spree” jak satyrę społeczną w duchu „American Psycho” Mary Harron (na podstawie powieści Bretta Eastona Ellisa), „Podziemnego kręgu” Davida Finchera (na podstawie powieści Chucka Palahniuka) i „Dr. Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę” Stanleya Kubricka (na podstawie powieści Petera George'a). Główne zdjęcia do „Spree” ruszyły w pierwszym kwartale 2019 roku w Los Angeles w stanie Kalifornia, a pierwszy pokaz filmu odbył się w styczniu 2020 roku na Sundance Film Festival.

Zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami – twórcy nie ujawnili szczegółów, ale „w kuluarach” najczęściej mówi się o sprawie Jasona Daltona, kierowcy Ubera z Michigan, który w 2016 roku zastrzelił sześć osób – obraz o pożałowania godnym seryjnym mordercy. Kino przyzwyczaiło nas do diablo inteligentnych, nadzwyczaj przebiegłych, zimnokrwistych, doskonale zorganizowanych złoczyńców, wytrawnych manipulantów, kameleonów, człeków-widmo, często imponujących erudycją, ogładą, kulturą osobistą (przynajmniej jednostkom ze swojego otoczenia). Przyzwyczaiło tak bardzo, że ilekroć ktoś odważy się nakręcić film o niebłyszczącym inteligencją przestępcy, ewentualnie szajce kryminalistów, tu i ówdzie pojawiają się opinie głoszące, że dana historia jest skrajnie nierealistyczna. No tak, bo w prawdziwym świecie wszyscy złoczyńcy są jak Hannibal Lecter czy inny Patrick Bateman... Gdyby „Spree” Eugene'a Kotlyarenko nie uderzał w parodystyczne struny, gdyby silił się na maksymalną powagę, też pewnie nie uniknąłby posądzeń o bezwstydne zakłamywanie realiów. Bo Kurt Kunkle (widowiskowy występ Joe Keery'ego) nie jest kolejnym „Napoleonem zbrodni” - że pozwolę sobie zapożyczyć tytuł nadany fikcyjnemu profesorowi przez najsłynniejszego nieżyjącego detektywa - tylko „Napoleonem głupoty”. W każdym razie o takich ludziach zazwyczaj mówi się, że mają więcej szczęścia niż rozumu. Młodzi mogliby natomiast powiedzieć, że Kurt jest zwykłym przegrywem – bo jak inaczej nazwać influencera z garstką followersów? Żyjemy w epoce, w której największym autorytetem nie cieszą się ci najlepiej wykształceni i/lub życiowo/zawodowo doświadczeni, tylko ci którzy podbili media społecznościowe. Co to znaczy „podbili”. Ano mają mnóstwo tak zwanych znajomych, obserwatorów, subskrybentów, followersów. Viralowi celebryci: szczyt marzeń naszego nieszczęsnego Kurta. Biedny próbuje i próbuje, ale nic z tego, nie udaje mu się należycie rozreklamować swojego kanału o wdzięcznej nazwie Kurt's World (prawda, że chwytliwe...?). Z zazdrością przegląda zdecydowanie bardziej oblegane wirtualne czarodziejskie krainy, śledzi sukcesy innych, niezachwianie i desperacko pragnąc tego samego. Z jakiegoś wielce zagadkowego dla niego powodu, jego pomysły na przyciągnięcie publiki niezmiennie kończą się niesamowicie gorzką klęską. Kurt nie ma wątpliwości, że jest urodzonych influencerem, posiadającym wszystko, co taka osobistość mieć powinna, jednak los jakby się na niego uwziął. Ale to nic, Kurt udowodni tej gnidzie, że wybrała nieodpowiedniego gościa do kopania po czterech literach. Zwycięży, dostanie swój kawałek viralowego tortu i to raczej prędzej niż później. Ten świeżo upieczony kierowca Ubera sprzężonego z aplikacją Spree, oferującą tanie i w razie potrzeby zbiorowe (z innymi, też obcymi pasażerami) przejazdy, w domyśle w granicach wyłącznie jednego amerykańskiego miasta, czuje, że wreszcie znalazł klucz do serc internautów. Wymyślił coś, czego zgodnie z jego, bądź co bądź, rozległą wiedzą na temat mediów społecznościowych, nikt przed nim może nie tyle nie wymyślił, ile nie odważył się wdrożyć. Zabijanie na żywo. Co prawda przychodzi mu to nad wyraz lekko, ale nie jest jakimś pierwszym lepszym, przebrzydłym psychopatą sadystycznym, morderstwa traktuje nie jest cel, tylko środek do celu. Nie robiłby tego, gdyby jego wcześniejsze projekty przyniosły upragnione, okropnie wytęsknione rezultaty, bo po co? Nie, w takim układzie to nie miałoby najmniejszego sensu, byłoby zwykłym marnotrawstwem jeśli już nie istnień ludzkich (z perspektywy Kurta), to pewno jego cennej, twórczej energii. Zwiastun nieodległej przyszłości? Czy Kurt jest swego rodzaju prekursorem rozrywki, która już puka do naszych drzwi? Reżyser „Spree” zauważył, że to już się zaczęło, że w Sieci można już odnaleźć w najlepszym razie dyskusyjne, amoralne materiały wrzucane przez co poniektórych użytkowników social mediów. Starożytni Rzymianie mieli swoje walki gladiatorów, a my być może dorobimy się internetowych igrzysk śmierci. Makabryczny Big Brother transmitowany w czasie rzeczywistym na przeróżnych stacjach nietelewizyjnych – co kanał, to inna krwawa uczta. Nierealne? A jeśli...

Plakat filmu. „Spree" 2020, DreamCrew, Forest Hill Entertainment, SuperBloom Films

Idealne dopasowanie warstwy technicznej do treści. Trafione-niezatopione, choć osobiście preferuję tradycyjne filmowe formy; z reguły tego rodzaju narracyjne eksperymenty stanowią dla mnie nielichą przeszkodę w swego rodzaju asymilowaniu się w danym świecie przedstawionym. Innymi słowy, trudno mi wczuć się w tak wyłuszczane opowieści. Jakie konkretnie? „Spree” Eugene'a Kotlyarenko stawia widzów w pozycji wiernych obserwatorów Kurta Kunkle'a, którzy też od czasu do czasu wskakują na inne profile. Zapis z kamer zainstalowanych w jego bajeranckim autku, widoki z komóry, rzadziej z kompa (sporo dzielenia ekranu na dwie i trzy części – technika, której bodaj największym popularyzatorem, a przynajmniej jednym z głównych, jest Brian De Palma) i przenośnego „sprzętu inwigilacyjnego”. Nie, tym razem nie towarzyszyło mi przekonanie, że standardowe opakowanie podniosłoby jakość tej produkcji, bardziej przysłużyło niniejszej historii o młodzieńcu z maniackim parciem na szkło. Całe życie dwudziestoparoletniego Kurta kręci się wokół jego internetowego kanału. Jego ojciec, Kris Kunkle (niezawodny David Arquette, gwiazda między innymi Scream Universe, meta slasherowej franczyzy zapoczątkowanej w 1996 roku przez nieżyjącego już Wesa Cravena), też działa w tej branży, zresztą z większym powodzeniem, w roli rodzica najwyraźniej jednak nie sprawdza się już tak dobrze. Z drugiej strony problem może tkwić w Kurcie, nazbyt surowo, nieobiektywnie, niesprawiedliwie oceniającym swego bądź co bądź zabiegającego o częste kontakty z synem (może za mocno? Tak, Kurt na pewno odbiera to jako narzucanie się ze swoim towarzystwem, potwornie drażniącą, żałosną nachalność) rodziciela. Wygląda na to, że Kurt jest synkiem mamusi, niezmiennie opowiadającym się po jej stronie, obwiniającym wyłącznie ojca za wszelkie szkody w ich rodzinnym gnieździe, w którym przecież sam rzadko bywa. A już na pewno duchem. Wylogowany z życia rodzinnego, zalogowany na platformie, na której udostępnia swoje niepopularne treści. Witajcie w Kurt's World, wirtualnej dziurze zabitej dechami, której gospodarz może tylko pomarzyć o takich zasięgach, jakie ma choćby Jessie Adams (elegancki występ Sasheer Zamaty), czarnoskóra stand-uperka, która najprawdopodobniej ujęła internautów swoją naturalnością albo kreacją godną Oscara. Jest jeszcze niejaki Bobby, doradca Kurta, inny sławny vloger, prawdziwy showman (leśne dziadki i leśne babcie - to ja! - pewnie powiedzą, że zwykły pozer, ale kto by się przejmował zdaniem technologicznych jaskiniowców, zacofańców, dinozaurów), który bez przekonania śledzi nadludzkie wysiłki swojego niepojętnego ucznia. Dobrze mu życzy, ale obawia się, że Kurt nie jest stworzony do tej roboty. Obwoźny cyrk dla ubogich. Krótkie historie niby o zabijaniu. Amatorskie spektakle z wodą butelkowaną w roli głównej. Przemoc może i dobrze się sprzedaje, ale raz, że musi być umiejętnie wyreżyserowana i przekonująco odegrana, a dwa aż prosi się upuścić „kapkę” krwi. Bo Bobby chyba nie wierzy, że Kurt na serio morduje ludzi. Albo jest mu to zupełnie obojętne, ma to głęboko w nosie, bo sam jest influencerem z powołania, doskonale więc wie, że nie ma nic ważniejszego od klikalności. W krzykliwym, sweetaśnym, totalnie rozbrykanym, mega dynamicznym świecie - tempo, kolorystyka, a nawet udźwiękowienie pięknie koresponduje ze specyfiką social mediów; to jest ten klimat! - nikt jednak nie powinien poczuć się urażony, bo twórcy nie ulegli zgubnym podszeptom Wiedźmy Generalizacji. Nie stosują daleko idących, oburzających uproszczeń, nie demonizują wszystkich internetowych celebrytów. W krzywym zwierciadle, ale i w bardziej kronikarskim, tj. zgodnym ze stanem faktycznym, stylu. Im dalej w las, tym więcej slasherowych jagód. Prawdopodobnie największy z szatańskich popisów (udław się krwią, kapryśna publiko!) Kurt zaliczy u boku Mischy Barton, jako jednej z pechowych pasażerek – Spree: niebezpieczna prędkość – ale poza tym rzeczywiście lekko wieje nudą. Bobby ma rację, brakuje Kunkle'owi juniorowi inwencji:) Głównym punktem programu „Spree” dla mnie nie była ostateczna konfrontacja (wygląda znajomo?) UWAGA SPOILER – myślę, że to najniższy ukłon w stronę kina slash poczyniony w tej nieprzesadnie, niedostatecznie(?), wariackiej filmowej kolejce – KONIEC SPOILERA tylko wielkie show popularnej komiczki. „Skąd mamy wiedzieć, kim jesteśmy, skoro ciągle gramy? / Udający innych dla innych”. Dla uzależnionych od innych.

Mówicie, że fikcja nie nadąża za rzeczywistością? To wskoczcie do Ubera Wielkiego Kurta. Ambitnego młodego człowieka, z uporem maniaka z trucizną, wiertarką i spluwą, zmierzającego do celu. Goniącego za nieprzemijającą sławą, wieczną pamięcią, którą w dzisiejszych czasach najprędzej zapewni działalność internetowa. Influencerem może być każdy, ale nie każdy może być sławnym influencerem. Tylko najlepsi z najlepszych. Gotowi na wszystko? Niezupełnie, ale nie-bohater „Spree” Eugene'a Kotlyarenko, satyrycznego dreszczowca w „rytmach social mediów”, niewątpliwie nie cofnie się przed niczym. Bez zmrużenia oka poświęci innych dla wyższego dobra, czyli kolejnej super marki XXI wieku. Nieźle, przy czym w moich oczach „Spree” zacieklej bronił się mieczem thrillerowo-slasherowym niż toporem humoru.

poniedziałek, 17 kwietnia 2023

„Odejdź” (2022)

 
Na cmentarzu w stanie Massachusetts niezidentyfikowana osoba zostawia żywe niemowlę owinięte w materiał z satanistycznymi symbolami i srebrnym łańcuszkiem z odwróconym krzyżykiem. Dziecko przygarnia policjant wysłany na miejsce zdarzenia, który dwadzieścia lat później, niedługo po śmierci żony, zostaje z premedytacją wprowadzony w błąd przez swoją adopcyjną córkę Hunter. Mężczyzna jest przekonany, że dziewczyna wyjeżdża na studia, podczas gdy ona udaje się do Bergen w Norwegii w nadziei na odnalezienie swoich biologicznych rodziców i uzyskanie odpowiedzi na dręczące ją pytanie – chce wiedzieć, dlaczego w okresie niemowlęcym została zostawiona cmentarzu. A teraz jest niepokojona przez tajemniczą żeńską postać. Śledztwo prowadzi ją na prowincję, na łono rodziny ze strony matki, gdzie również widuje swoją niezwykłą prześladowczynię.

Plakat filmu. „Leave" 2022, Trollbound Entertainment, Mediefondet Zefyr, Trailer Park

Zrealizowany za około dwudziestu milionów koron norweskich horror nadprzyrodzony, ewentualnie thriller z elementami horroru, wyreżyserowany przez Alexa Herrona w oparciu o scenariusz Thomasa Moldestada, którego fani kina grozy mogą kojarzyć choćby z „Hotelem zła” Roara Uthauga i jego sequelem w reżyserii Matsa Stenberga. Historię Herron i Moldestad obmyślili razem z Dave'em Spilde'em, który zaprosił do współpracy swojego przyjaciela Jamiego Christophersona, płodnego kompozytora muzycznego i fana horrorów - wśród jego filmowych ulubieńców są między innymi „Lśnienie” Stanleya Kubricka i „Duch” Tobe'ego Hoopera - zapowiadającego (wypowiedzi publiczne) „Leave” (pol. „Odejdź”) jako hybrydę kinematograficznej estetyki Stanów Zjednoczonych i Norwegii. Swoją światową premierę obraz zaliczył 20 października 2022 roku w swojej rodzimej Norwegii, na Ramaskrik Film Festival, a w tamtejszych kinach został uwolniony już przeszło tydzień później. W Stanach Zjednoczonych pojawił się w marcu 2023 roku na platformie Shudder. Natomiast na terenie Polski prawa do dystrybucji „Odejdź” uzyskała firma Best Film.

Coś dla poszukiwaczy mrocznych sag rodzinnych. Slow burn horror (czy jak kto woli thriller) w większości rozgrywający się w Norwegii, ale swój początek historia znajduje w Stanach Zjednoczonych. „Odejdź” Alexa Herrona otwiera zagadkowa sekwencja zdarzeń na jednym z cmentarzy w stanie Massachusetts. Jakaś, niewidzialna dla widzów, kobieta dzwoni pod numer alarmowy ze zdumiewającą informacją o żywym niemowlęciu zanoszącym się od płaczu gdzieś na terenie wskazanej przez nią nekropolii. Informatorka woli pozostać anonimowa, a w każdym razie nie wychodzi na spotkanie policjanta Raylana White'a (przyzwoity, acz niewielki występ Clarence'a Smitha), który faktycznie znajduje na cmentarzu przeraźliwie płaczące niemowlę. Dziewczynkę, która znajdzie u niego – i jego żony – kochający dom. Dziewczynkę, którą parę miesięcy po jej przyjściu na świat, nie wiedzieć czemu, ktoś zostawił zupełnie samą ciemną nocą (trochę za ciemną, prolog według mnie zdałoby się ociupinkę doświetlić) z niepokojącym łańcuszkiem na szyi przerażająco dopasowanym do okrycia, płachty z satanistycznymi symbolami odkrytymi przez funkcjonariusza White'a na wewnętrznej stronie tego alarmującego kokonu. Właściwa akcja „Odejdź” Alexa Herrona, główna oś fabularna, zawiązuje się jakieś dwadzieścia lat później, niedługo po śmierci adopcyjnej matki głównej bohaterki, Hunter White (na moje oko bezbłędna kreacja Alicii von Rittberg), która nie chcąc urazić ojca (Raylana), pozoruje wyjazd na studia. Udało jej się dostać na Uniwersytet Georgetown, co jej troskliwy, kochający opiekun prawny uważa za wielki wyczyn, ale tak naprawdę dumą napawa go już sam fakt, że Hunter najprawdopodobniej będzie pierwszą osobą w rodzinie z wykształceniem wyższym. Rzeczywiście taki jest jej cel, ale na tym zamierza skupić się po zakończeniu swojej tajnej misji. Samotna wyprawa do Norwegii, jak zdążyła się dowiedzieć ojczyzny jej biologicznych rodziców, a zatem kraju z którego ta wychowana w Stanach Zjednoczonych młoda kobieta pochodzi. Hunter nie zna języka norweskiego, ale szczęśliwie wszystkie osoby przewijające się w jej amatorskim śledztwie biegle władają angielskim. No dobrze, z wyjątkiem rosłego mężczyzny wchodzącego w skład zespołu black metalowego – znajomość angielskiego na poziomie podstawowym, w gruncie rzeczy wystarczającym w kontaktach z młodą kobietą, która nie spodobała się jego przyjaciółce, wokalistce Cecilii (niezawodna Ellen Dorrit Petersen, która wcześniej występowała między innymi w „Villmark 2” Påla Øie, „Shelley” Alego Abbasiego, „Thelmie” Joachima Triera i „Niewiniątkach” Eskila Vogta). W każdym razie dochodzi do małego nieporozumienia, ale sprawa zostaje szybko wyjaśniona i tym sposobem Hunter zyskuje cenne źródło informacji. UWAGA SPOILER Obalanie stereotypów: formacja black metalowa wcale nie musi bić pokłonów Szatanowi KONIEC SPOILERA. A potem lądujemy na norweskiej prowincji. W malowniczym i przepięknie ponurym - cudne, intensywnie sugestywne zdjęcia Sjura Aarthuna - cichym zakątku, w którym przypuszczalnie dorastała biologiczna matka naszej przewodniczki po świecie przedstawionym w „Odejdź”. Horrorze zdecydowanie chętniej uderzającym w klimatyczne struny, całkiem wprawnie grającym samą atmosferą, aczkolwiek na wyrazistsze wizualne smaczki też można liczyć. Byle nie za mocno, bo Alex Herron wyraźnie nie był zainteresowany organizowaniem kolejnej wielkiej zabawy w podskakiwanie. Popcornowy straszak nieczęsto wtrąca się w tę zajmującą dysputę o naturalnej ciekawości, nieodpartej pokusie, palącej potrzebie, która w tym gatunku zwykle przynosi więcej szkody niż pożytku. Czy tak będzie i tym razem? Czy goniąca za swoją historią, uporczywie wypatrująca swojego drzewa genealogicznego, swoich korzeni, swojego dziedzictwa, studentka głęboko pożałuje, że wyruszyła na te poszukiwania? Czy w jej przypadku ciekawość okaże się pierwszym stopniem do piekła, czy raczej nieba? Nawet jeśli zmierza do tego drugiego, to niewątpliwie okrężną drogą. Tor z przeszkodami z tego i innego świata. A w każdym razie wszystko wskazuje na to, że coś/ktoś za nią chodzi, że do Hunter „przykleiła się” jakaś zmora, dość upiorna postać (nieprzesadna charakteryzacja), która w mojej ocenie najbardziej spektakularny „benefis” ma w domostwie dziadka Hunter, podczas pierwszego zakazanego poszukiwania być może nieistniejącego skarbu przeprowadzonego przez zdeterminowaną bohaterkę „Odejdź” - genialny montaż Joakima Pietrasa!

Plakat filmu. „Leave" 2022, Trollbound Entertainment, Mediefondet Zefyr, Trailer Park

Największą niedogodnością w kontakcie z „Odejdź” Alexa Herrona dla jakiejś części widzów zapewne będzie jego rażąca przewidywalność, przy czym ta pseudo-przepowiednia nie dotyczy odbiorców, którzy najzwyczajniej nie potrafią przekonać się do powolnych narracji. Ta grupa może mieć tutaj naprawdę twardy orzech do zgryzienia, bo nie mam powodów przypuszczać, że wszyscy zwolennicy wybuchowych horrorów odpuszczą sobie tę dla nich mocno wątpliwą skandynawską atrakcję. To znaczy w porównaniu do entuzjastycznie nastawionych do „takiego smęcenia”. Do filmów, w których nic się nie dzieje. Dla jednych nic, dla innych mnóstwo; w zależności od swojej własnej definicji „dzieje się”. W norweskim „Odejdź” istotnie panuje „zatrważający” nieurodzaj strasznych efektów specjalnych. Jest co prawda jedna dość upiornie się prezentująca istota, ale nie dość, że objawia się „raz na ruski rok”, to na dodatek jakby niespecjalnie zależało jej na podrywaniu widza z fotela, na przyprawianiu go o szybsze bicie serca. Oj tam, od razu nie zależy – po prostu eteryczna prześladowczyni Hunter White lepiej wyedukowała się w starej szkole straszenia. Ale spokojnie, w tej nowszej, hiper skocznej, też coś tam przyswoiła. Na szczęście dla mnie niewiele, bo jakoś bardziej pociąga mnie taka, podskórna groza. Przynajmniej taka, bo moim mistrzem świata we wchodzeniu pod skórę ten horror na pewno nie jest. Daleko mu do tego, ale nie samymi mistrzami przeciętny kinoman żyje. Mimo że przewidywalne, wciągnęły mnie przeżycia nieszczęsnej Hunter, niezłomnej młodej kobiety, korzystającej z gościny na dobrą sprawą zupełnie obcych jej ludzi, domniemanej rodziny ze strony matki. To znaczy tych jej członków, którzy nie zdecydowali się na przeprowadzkę. W domyśle ten kawałek ziemi od wielu pokoleń należy do tej dumnej familii, rodu Norheimów, którzy nie widzą potrzeby weryfikować słów niespodziewanego gościa ze Stanów Zjednoczonych. Zresztą Hunter też tego nie zrobiła – można powiedzieć, że również uwierzyła na słowo. Też praktycznie obcej kobiecie. Chcę przez to powiedzieć, że nie byłam taka pewna, czy ta poszukująca swoich krewnych studentka trafiła pod właściwy adres. Nie żebym jakoś mocno w to wątpiła, właściwie lekko skłaniałam się ku jej wersji, ale w odróżnieniu od niej, przynajmniej brałam pod uwagę inną możliwość. Że błędnie wytypowała swoich biologicznych rodziców. Serdeczna cioteczka, gburowaty wujcio, niepoważny kuzyn w zbliżonym wieku i grający główną rolę w tym rodzinnym dramacie dziadek Torstein (z tego towarzystwa pozwolę sobie wyróżnić Hermana Tømmeraasa, intrygująco kreującego kuzyna Stiana). W tych kręgach to ten ostatni zwykle ma ostatnie słowo, absolutny posłuch w tym już mocno skurczonym – nad czym Torstein zdaje się ubolewać – rodzinnym gnieździe. Nestor rodu, z którym nikt nie waży się dyskutować, „monarcha absolutny” w tym mikro społeczeństwie. Mnie tam już samo to wydało się podejrzane, ta niepodzielna władza... takiego łagodnego człowieka. Starszy pan z dużym, z lubością przez niego pielęgnowanym, kolorowym ogrodem. Zupełnie nieszkodliwy, oddany Bogu Wszechmogącemu, spokojny, wyważony i najwyraźniej uradowany nagłym odzyskaniem jedynej wnuczki. À propos wiary: Hunter też jest chrześcijanką, ale można odnieść wrażenie, że nie przywiązuje takiej wagi do kwestii duchowych jak Norheimowie. Nie naciskają, nie drążą, ale... Powiedzmy, że nie czułam się komfortowo w tym złudnie(?) spokojnym zakątku Norwegii. Chłodnym, posępnym, mglistym (później to już mamy prawdziwy mgielny hardcore, nie żebym narzekała), jednakże nie tak tajemniczym, jak niewątpliwie chcieliby twórcy tego momentami naprawdę mocno trzymającego w napięciu, szalenie złowieszczego, hipnotycznie groźnego, elektryzującego, a w porywach nawet klaustrofobicznego i onirycznego, skromnego pudełka. A przynajmniej nieprzesadnie przystrojonego. Nie wiem, czy to będzie doskonała oferta dla zwolenników kameralnych produkcji grozy, ale prędzej poleciłabym tę filmową przekąskę im, niż tygryskom łaknącym powiedzmy agresywniejszych niekulinarnych smaków.

Subiektywnie: frapujące otwarcie, fatalne zamknięcie i całkiem emocjonujące wypełnienie. „Odejdź” Alexa Herrona, norweska ghost story i mroczny dramat rodzinny, który może być też odbierany jako thriller z elementami horroru (niekoniecznie duchami – albo złośliwe psikusy umysłu, albo najprawdziwsze wizje, coś w rodzaju mediumicznego przekleństwa), niespecjalnie, żeby nie powiedzieć wcale, zabiegający o względy niestrudzonych poszukiwaczy wszelkich innowacji w kinie grozy, ani nawet wielkich entuzjastów zaskakujących zwrotów akcji. Za to uśmiechają się twórcy tego dziełka do spragnionych czegoś prężniej budującego się klimatem, niźli choćby zabawą w „buu!”. Do namiętnych odbiorców też (albo tylko) wolniejszych opowieści z dreszczykiem.