Stronki na blogu

sobota, 24 sierpnia 2013

„Domowe piekło” (2008)

Recenzja na życzenie (Rafal)

Marnie Watson wychodzi z więzienia, w którym znalazła się za zabicie w obronie własnej męża, nowojorskiego policjanta. Pozostałą część wyroku ma odsiedzieć w areszcie domowym, z elektroniczną bransoletką na kostce i pod czujnym okiem niegdysiejszego partnera jej męża. Wkrótce Marnie odkrywa drobne sygnały czyjejś obecności, ukrywającej się w jej miejscu zamieszkania, a z czasem, gdy staje się ona coraz bardziej agresywna, odkrywa, że piekło, które zgotował jej mąż za życia jest niczym w porównaniu do jego pozagrobowej zemsty.

Telewizyjny horror twórcy mojego ukochanego „Złego wpływu księżyca”, Erica Reda z niezastąpioną Famke Janssen w roli głównej. W Polsce „Domowe piekło” zostało dosyć chłodno przyjęte przez widzów, na co w głównej mierze składało się delikatne podejście twórców do tematyki nawiedzenia – nie ma tutaj zawrotnej akcji, pełnej jump scenek i duszącej atmosfery grozy. Zamiast tego odbiorcy zostają zmuszeni do konfrontacji z dramatem zaszczutej przez poltergeista, uziemionej w domu kobiety.

„Dopóki śmierć was nie rozłączy. Pieprzona bzdura.”

Do wiarygodnego zawiązania fabuły potrzebne było Redowi przekonujące uwięzienie głównej bohaterki w jej własnym domu, z czego bardzo sprytnie wybrnął – w końcu nie ma bardziej pewnego sposobu niż areszt domowy. Motyw być może zapożyczony z „Niepokoju” D.J. Caruso, aczkolwiek i tak należy pochwalić scenariusz za pobudzenie skostniałego nurtu ghost story sporą dozą innowacyjności. Realizacja, jak na obraz telewizyjny, również zasługuje na uznanie, szczególnie w momentach konfrontacji Marnie z nieujawnionym jeszcze zagrożeniem – stopniowanie napięcia w chwilach delikatnej sygnalizacji swojej obecności przez ducha w postaci odgłosów kroków, uporczywego pojawiania się na zamalowanej niedawno ścianie przez Marnie plamy krwi zabitego przez nią męża oraz zagaszania i rozpalania świeczek, porozstawianych po domu przez kobietę w czasie awarii prądu. Te bardziej zdecydowane ataki nienawistnego ducha, jak na przykład rzucanie talerzami, czy maltretowanie Marnie, choć nie mogą poszczycić się umiejętnym stopniowaniem klimatu to przynajmniej urozmaicają dosyć stateczną fabułę pewną dozą dynamiki, są swego rodzaju przerywnikiem od monotonii, która choć niejednokrotnie mocno intryguje w przypadku braku silniejszych manifestacji obecności z zaświatów chwilami mogłaby nieco znużyć odbiorcę. Podejrzewam, że gdyby „Domowe piekło” zostało zaklasyfikowane do thrillera, a nie horroru mogłoby liczyć na troszkę cieplejszy odbiór widzów, bo choć opowiada o wrednym duchu to narracja niezmiennie podąża w stronę dreszczowca. Każdorazowa manifestacja swoich sił przez zmarłego męża Marnie została oddarta z jakiejkolwiek grozy na rzecz napięcia, a to głównie za sprawą charakterologii głównej bohaterki. Famke Janssen, jak zwykle nader przekonująco wywiązała się ze swojej roli, a nie miała łatwego zadania, zważywszy na jej kluczową pozycję w niniejszym obrazie – cały scenariusz skupiał się tylko i wyłącznie na niej i jej dramatycznym położeniu. Problem w tym, że kobieta, choć początkowo zaniepokojona powrotem swojego brutalnego męża szybko się z tą myślą oswaja – wyzbywa się strachu, co udziela się również widzom i staje do śmiałej, choć nierównej walki. Pomocy szuka w literaturze parapsychologicznej, w której znajduje prastare rady pozbycia się złośliwego ducha, jak na przykład wyrzucenie z domu wszystkich jego rzeczy, aczkolwiek jak można się tego spodziewać wbrew jej nadziejom nie zdadzą one egzaminu. Nie mogąc zwrócić się o pomoc do nieustannie pilnujących ją policjantów pozostaje jej przyjmowanie kolejnych ciosów od zmarłego męża i rozpaczliwe szukanie sposobu odesłania go „na tamten świat”.

Największym mankamentem „Domowego piekła” jest wygląd poltergeista. Do jego kreacji bardzo się twórcom przydały osiągnięcia współczesnej technologii, a jak wiadomo tam, gdzie „macza palce komputer” nie uświadczymy ani odrobiny realizmu, tym bardziej, jeśli reżyser dysponuje niskim budżetem. Tak, więc nasz antagonista, czyli pikselowa rozmazana sylwetka bardziej bawi, aniżeli straszy i doprawdy nie rozumiem, dlaczego Red w ogóle zdecydował się pokazywać go widzom… Weźmy dla przykładu kulminacyjne momenty grozy niniejszej produkcji, jak wciągnięcie ręki Marnie do rozdrabniarki, pełne nieznośnego wręcz suspensu, choć szkoda, że twórcy nie wykazali się tutaj większą odwagą w epatowaniu makabrą oraz mordobicie jej nowego młodego chłopaka wespół z łamaniem jego kości (dopracowana w najmniejszych szczegółach, mocno realistyczna scena). A teraz skonfrontujmy je z każdorazowym materializowaniem się złego ducha – przepaść realizacyjna jest aż nazbyt dostrzegalna, a to dlatego, że aparycja naszego antagonisty pozostawia wiele do życzenia, a co za tym idzie oddziera daną scenę z całego suspensu.

Myślę, że w ogólnym rozrachunku „Domowe piekło” nie zasługuje na całkowitą dyskredytację, bo choć wpisuje się do swego rodzaju kina grozy w wersji lajt i w gruncie rzeczy nie jest niczym innym, jak kolejną konwencjonalną ghost story to cała historia ma coś takiego w sobie, co odpędza od odbiorcy wszelką senność (pod warunkiem, że owy widz nie wymaga od telewizyjnego obrazu realizacji na miarę hollywoodzkiego kinowego dzieła), a w kilku momentach zapewnia nawet całkiem sporą dawkę napięcia emocjonalnego. Jak dla mnie film wprost stworzony na nudny wieczór po ciężkim dniu, kiedy to człowiek nie jest zdolny do wzmożonego pobudzania komórek mózgowych. Ot, całkiem przyjemna dawka czystej rozrywki.

czwartek, 22 sierpnia 2013

„Chained” (2012)


Sarah Fittler i jej ośmioletni syn, Tim, wsiadają do taksówki, prowadzonej przez psychopatę Boba, który zawozi ich do swojego położonego na odludziu domu, po czym bez skrupułów morduje kobietę. Przez kilka kolejnych lat chłopiec jest przetrzymywany przez zabójcę, który po nadaniu mu nowego imienia, Rabbit, zaczyna obarczać go nowymi obowiązkami, w tym między innymi sprzątaniem po rzezi, dokonywanej na niewinnych kobietach, które od czasu do czasu przyprowadza do domu, aby zaspokoić swoje niezdrowe potrzeby. Gdy Rabbit dorośnie odkryje, że jego oprawcy nie zależy tylko na darmowym służącym – pragnie wychować sobie następcę, który będzie kontynuował jego dzieło zniszczenia. Chłopak będzie musiał zdecydować, jaką drogę obrać: posłusznie przybrać rolę psychopaty, czy postawić się swojemu stręczycielowi.

Thriller Jennifer Chambers Lynch, do obejrzenia, którego zachęciła mnie Gina Philips w obsadzie (której, ku mojemu ubolewaniu przypadła bardzo mała rólka) oraz reakcje innych widzów, przysięgających, że „Chained” wpisuje się w poczet mocno schizoidalnych, wręcz chorych obrazów, co również (zważywszy na maksymalnie odstręczające produkcje, które miałam już okazję obejrzeć) wprowadziło mnie w błąd.

Fabuła filmu Lynch nie grzeszy większą innowacyjnością – przemieszanie typowych dla thrillera motywów porwania i psychopaty, ale nie o oryginalność tutaj chodzi tylko o sposób, w jaki pani reżyser opowiada swoją historię. Chwytający za serce wstęp, w trakcie którego towarzyszymy małemu Tomowi, zamkniętemu w taksówce, stojącej w garażu i przysłuchującemu się wrzaskom mordowanej w pomieszczeniu obok matki z miejsca nastawia nas antypatycznie względem jej oprawcy, którego znienawidzimy jeszcze bardziej, gdy zdecyduje się zatrzymać chłopca. Dyscyplina, którą Bob od tej chwili mu narzuci (zjadanie po sobie resztek z talerza, zakopywanie ciał potwornie okaleczonych kobiet) oburzy nas jeszcze mocniej, a do zmiany tego niechętnego względem Boba nastawienia nie skłonią nas nawet retrospekcje, w których podejrzymy jego traumatyczne dzieciństwo, jasno nawiązujące do tytułu filmu, bowiem głównym zamysłem twórców było zobrazowanie swoistego łańcucha pokoleniowego – udowodnienie, że grzechy ojców przechodzą na ich synów i tak bez końca. Gdy Rabbit dorasta i za namową swojego „opiekuna” zaczyna studiować ludzką anatomię, aby należycie przygotować się do roli, jaką ten dla niego umyślił (kontynuowania dzieła zniszczenia), pomimo jego wyraźnej niechęci do krzywdzenia ludzi w widzu zaczynają kiełkować lekkie obawy – w końcu chłopak, pomimo wielu sposobności nie zabija swojego oprawcy, żywi do niego ambiwalentne uczucia (niczym niektórzy seryjni mordercy do swoich rodzicielek): nienawidzi go, ale równocześnie jest do niego emocjonalnie przywiązany. Być może to przywiązanie w sporej mierze bierze się ze strachu, jaki psychopata nieodmiennie w nim wzbudza i niemożności (w jego mniemaniu) egzystencji w normalnym świecie, wszak sporą część życia spędził w zamknięciu, ale nie zmienia to faktu, że nadal jest biernym świadkiem czynów swojego stręczyciela.
Lynch udało się wytworzyć hipnotyzującą atmosferę, głównie za pomocą oszczędnej ścieżki dźwiękowej, zdominowania obrazu ciemnymi, przygaszonymi barwami oraz wystroju domostwa, z jego zadbanym, acz mocno przestarzałym uposażeniem. Wszystko to, w połączeniu ze sporym nagromadzeniem psychologii, skupiającej się na relacji psychopata-ofiara sprawia iście posępne wrażenie. Na sukces tak intrygującego przedstawienia spaczonych interakcji międzyludzkich składa się przede wszystkim przyzwoite aktorstwo – Vincent D’Onofrio, którego osobliwa maniera, polegająca na wprowadzaniu krótkich przerywników pomiędzy wypowiadanymi słowami idealnie dopasowała się do przerażającej charakterystyki jego postaci. Tymczasem nasz dorosły Rabbit, Eamon Farren całkiem zgrabnie poradził sobie ze skomplikowaną, opartą na wielu sprzecznościach psychiką ofiary. Jedyne, co mogę zarzucić produkcji Lynch to troszkę zbyt mocno rozwleczona środkowa część filmu oraz zbyt asekurancka postawa w obliczu makabry - gdyby pokusiła się o bardziej dosłowne, jeszcze silniej zdeprawowane oblicze Boba to „Chained” w pełni zasłużyłby sobie na miano tych przesadzonych opinii innych widzów, przysięgających, że oto mieli do czynienia z niezwykle chorym obrazem.

Po przebrnięciu przez nudnawy środek filmu, który tym bardziej sprawia wrażenie obcowania z mocno nierównym obrazem, jeśli weźmiemy pod uwagę mocny początek, akcja znowu nabiera tempa w końcówce, nagrodzonej mocno zaskakującym finałem, który równocześnie pozostawia furtkę na wieloraką interpretację. UWAGA SPOILER Po zamordowaniu ojca, który okazuje się być bratem Boba, którego z kolei wynajął do zabicia żony i synka, Rabbit wraca do domostwa swojego długoletniego stręczyciela, aby w domyśle widzów kontynuować jego makabryczne dzieło. To oczywiście, może być jedynie nadinterpretacja (choć nie wydaje mi się), bo Lynch nie mówi niczego wprost, pozostawiając ocenę psychiki chłopaka w gestii odbiorców KONIEC SPOILERA.

Myślę, że „Chained” to całkiem zgrabne studium psychologiczne, zarówno bezwzględnego zwyrodnialcy, jak i zagubionej ofiary porwania, aczkolwiek daleko mu jeszcze do odważnego, epatującego daleko idącą makabrą i niewygodnymi tezami na temat natury ludzkiej, szokującego obrazu, którego oglądałoby się w stanie silnego wzburzenia emocjonalnego – w tym przeszkadza głównie słabszy środek, który sprawia wrażenie, jakby Lynch sama nie wiedziała, czym też zapełnić wymagane minuty projekcji. Jednakże pozostałe aspekty „Chained” prezentują się na tyle przyzwoicie, aby całkiem znośnie spędzić nudny wieczór, szczególnie, jeśli interesuje się wszelkiej maści „odchyleńcami”.

wtorek, 20 sierpnia 2013

„Noc żywych trupów” (1968)


Recenzja na życzenie (Nukie)

Rodzeństwo, Barbara i Johnny, odwiedzając grób rodziców natykają się na chorobliwie wyglądającego mężczyznę, który bez żadnego powodu atakuje ich. Barbarze udaje się zbiec, ale na tutejszym odludziu nie może liczyć na jakąkolwiek pomoc. Zdana sama na siebie dociera do opuszczonego domu, do którego wkrótce dociera również ciemnoskóry Ben. Oboje barykadują się w domu przed napływającą w te strony hordą spragnionych ludzkiego mięsa żywych trupów.

Kultowy zombie movie George’a Romero, który nadał kierunek jego dalszej karierze w show-biznesie oraz ukształtował nowy trend w filmowym horrorze, w którym dotychczas żywe trupy były utożsamiane z haitańskim voodoo. Traktując antagonistów, jako ofiary zarazy, wywołanej eksplozją satelity Romero stał się twórcą nowego nurtu horroru w takim kształcie, w jakim znamy go dzisiaj. Paradoksalnie reżyser, choć nazywany przez fanów „ojcem zombie movies” w całej swojej karierze nakręcił jeszcze tylko pięć filmów o żywych trupach, choć w innych jego produkcjach również można dostrzec delikatne naleciałości zombizmu. Prawdziwym fenomen okazał się jednak odbiór „Nocy żywych trupów” i jej sequela „Świtu żywych trupów” przez innych twórców, którzy hurtowo zaczęli kręcić ich nieoficjalne kontynuacje (jak na przykład Lucio Fulci i jego „Zombie pożeracze mięsa”) oraz remake’i. Abstrahując od tych jawnie nawiązujących do dwóch najpopularniejszych filmów Romero o nieumarłych produkcji warto również wspomnieć, że praktycznie każdy horror nakręcony po 1968 roku i traktujący o zmartwychwstałych kreaturach, polujących na ludzkie mięso pośrednio wyrósł na fenomenie „Nocy żywych trupów”, kreując antagonistów dokładnie tak, jak je widział jej reżyser.

Przyznaję, że po pierwszym seansie „Nocy żywych trupów”, łagodnie mówiąc, nie byłam zachwycona, ponieważ nie ulega wątpliwości, że film mocno się zestarzał, a co za tym idzie współczesny odbiorca nie ma większych szans na tak traumatyczny odbiór fabuły, jak miało to miejsce w przypadku widzów, zasiadających przed ekranami kin w czasach jego świetności. Wówczas był najkrwawszym obrazem, jakiego „widziały ludzkie oczy”, więc trudno się dziwić, że publiczność była wręcz zaszokowana wizją George’a Romero. Zasiadając po raz drugi do seansu postanowiłam potraktować „Noc żywych trupów”, jako horror skupiający się na klimacie grozy, a nie epatowaniu scenami gore i takowe podejście okazało się jak najbardziej właściwe, choć nadal uważam, że remake Toma Savini’ego z 1990 roku jest nieco lepszy, wszak poprawia to, co z punktu widzenia współczesnego odbiorcy takiej poprawy wymagało. Najbardziej w pierwszej „Nocy żywych trupów” raziła mnie aparycja antagonistów, których od protagonistów można odróżnić jedynie dzięki leniwym, posuwistym ruchom. Być może rezygnację z przerażających charakteryzacji wymusiły na reżyserze niedostatki finansowe, ale osobiście wolę o taki stan rzeczy obwiniać pilny wyjazd do Wietnamu mistrza charakteryzacji Toma Savini’ego, który miał pracować na planie hitu Romero – gdyby nie ta niespodziewana zmiana planów, jestem pewna, że stworzyłby niezapomniane kreacje żywych trupów, bowiem jego talentowi nie potrzeba wysokich nakładów finansowych, potrafi stworzyć „coś z niczego”, jak chyba żaden inny człowiek, jego profesji. Pomijając nietrafioną w moim mniemaniu charakteryzację zombie w „Nocy żywych trupów” dostrzegam jedynie same superlatywy (no może za wyjątkiem kilku przydługich dialogów protagonistów, uwięzionych w domu na odludziu), ale tylko wówczas, jeśli nie traktuję jej, jako obraz gore.

Początkowe zdjęcia samochodu zmierzającego na cmentarz dają nam przedsmak stylu Romero – wolne, posuwiste ruchy kamery, skupiającej się na najdrobniejszych szczegółach scenerii w takt mrożącej krew w żyłach ścieżki dźwiękowej, która w późniejszych scenach udowodni, że w horrorze nie potrzeba nieustających wrzasków ofiar, aby nakreślić klimat wszechobecnej grozy – wystarczy wędrówka protagonistki po mrocznych korytarzach opuszczonego domostwa z muzyką w roli katalizatora jej emocji, ot taka osobliwa pantomima. Choć to właśnie wydarzenia na cmentarzu przeszły do historii kina (głównie za sprawą kultowego cytatu „Idą po ciebie, Barbaro”) to największa groza kumuluje się dopiero z chwilą zabarykadowania się kilku niedobitków w dużym domostwie. Romero nie musiał zbytnio się wysilać, aby stworzyć tę niepowtarzalną atmosferę wszechobecnego zagrożenia – wystarczyła osobliwa praca kamery, kiedy to widzimy samą oświetloną sylwetkę postaci ze spowijającymi ją gęstymi cieniami, z których w każdej chwili może coś przerażającego się wyłonić. Ponadto już same wyalienowanie protagonistów, zamkniętych w prowizorycznie zabezpieczonym domostwie i otoczonych przez sterczących na zewnątrz w nienaturalnych pozach sennych „zmartwychwstańców” oraz rzecz jasna czarno-biały obraz, mają szansę wprawić widza w ten niepokojący klimat, wyczuwalny dosłownie przez cały czas trwania projekcji. Dużym novum było w ówczesnych czasach obsadzenie w roli głównej ciemnoskórego aktora, Duane’a Jonesa, który w moim mniemaniu wypadł o wiele bardziej przekonująco od odtwórczyni kreacji Barbary, Judith O’Dea, której jak to często w latach 60-tych bywało przypadła rola przerażonej, polegającej na mężczyznach kobietki, z której mówiąc kolokwialnie nie ma zbyt dużego pożytku. W przeciwieństwie do Jonesa, O’Dea poszła w stronę tak charakterystycznej dla tamtejszego kina nadmiernej egzaltacji, sztucznego z punktu widzenia dzisiejszego widza przewrażliwienia. Jako, że Romero w swoich filmach bardzo lubi skupiać się na reakcjach ludzi na jakieś zagrożenie, obrazując również zgubny wpływ ich natury na niebezpieczne położenie tutaj również często odbiegał od właściwego biegu wydarzeń, tj. zmasowanego ataku żywych trupów, w stronę relacji międzyludzkich, których zapalnikiem będzie tchórzliwy mężczyzna ukrywający się wraz z żoną i chorą córeczkę w piwnicy. Ponadto owa krytyka amerykańskiego społeczeństwa będzie również widoczna w trakcie wstrząsającego zakończenia, w moim mniemaniu znakomicie podsumowującego zgubną nadpobudliwość ludzką, a przy okazji stanowiącą finał niemal idealny dla filmowego horroru.

Mimo, że „Noc żywych trupów” mocno się zestarzał znalazłam w niej dwie maksymalnie przerażające sceny, dzięki którym zrozumiałam tendencję publiczności końca lat 60-tych do histerycznych reakcji na ten obraz. Krótkie sekwencje zjadania przez zombie ludzkiego mięsa mogły w czasach swojej świetności mocno zniesmaczyć odbiorców, bowiem nawet dziś sprawiają niebywale realistyczne wrażenie. Natomiast scena zadźgania matki przez małą dziewczynkę, kiedy to Romero skorzystał z efektu zwielokrotnionego wrzasku ofiary, mistrzowsko eksperymentując z dźwiękiem wręcz mrozi krew w żyłach (tak, tak nawet dziś, po upływie tylu lat).

Nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że „Noc żywych trupów” jest horrorem idealnym, bo choć z pewnością w 1968 roku taki był „sporo wody od jego premiery już upłynęło”. Na pewno nie można odmówić mu kultowości, zapoczątkowania nurtu zombie movies, którego z pewnością nie znalibyśmy w takim kształcie, w jakim widzimy go dzisiaj, gdyby nigdy nie powstał. Jednakże z pozycji współczesnego odbiorcy, pomimo kilku maksymalnie przerażających scen, drobiazgowego dopracowania realizacyjnego i niezapomnianej ścieżki dźwiękowej może chwilami okazać się mocno nieaktualny. Jeśli jeszcze nie oglądaliście „Nocy żywych trupów” (co wydaje mi się nieprawdopodobne) to nastawcie się bardziej na grozę, aniżeli gore – gwarantuję, że wówczas wasze wrażenia będą dużo silniejsze.

niedziela, 18 sierpnia 2013

„Zombiefilia” Praca zbiorowa

DAWID KAIN, MAGDALENA MARIA KAŁUŻYŃSKA, SYLWIA BŁACH, MARCIN ROJEK, PAWEŁ WAśKIEWICZ, ALEKSANDRA ZIELIńSKA, PAULINA KUCHTA, ARTUR OLCHOWY, PAULINA J. KRóL, MICHAŁ STONAWSKI, GRZEGORZ GAJEK, KAROL MITKA, ŁUKASZ RADECKI, MARCIN PODLEWSKI, ROBERT RUSIK, ARTUR KUCHTA, KRZYSZTOF T. DĄBROWSKI, MACIEJ KAźMIERCZAK, RAFAŁ M. SKROBOT, RAFAŁ CHRIST, BARTOSZ ORLEWSKI, CARLTON MELLICK III

Pierwsza w Polsce antologia dwudziestu pięciu opowiadań o zombie, autorstwa dwudziestu jeden naszych rodzimych autorów (zarówno tych zaprawionych w pisarstwie, jak i debiutantów) i jednego amerykańskiego mistrza bizarro. „Zombiefilia” dzięki altruistycznemu podejściu jej twórców do swojego zawodu (i po części pewnie z powodu problemów z wypuszczeniem na nasz rynek wydawniczy ich zamysłu literackiego) trafiła w ręce czytelników w formie darmowego e-book’a, choć mnie przyjemność jego przeczytania kosztowała niemalże 50 zł… cóż, niechęć do „elektronicznej literatury” niezmiennie naraża mnie na spore wydatki.

Ciężko jest zaproponować czytelnikom coś oryginalnego w tematyce zombie, więc jak można się było tego spodziewać sporo tekstów eksploruje jakże konwencjonalny motyw zarazy opanowującej świat i egzystencji kilku niedobitków w postapokaliptycznych realiach. Jednakże, choć owa oś fabularna była już nieraz eksploatowana zarówno w kinematografii, jak i literaturze muszę przyznać, że kilka zaproponowanych w niniejszym zbiorze opowieści stanowiło całkiem odprężającą lekturę na nudny wieczór. Dawid Kain skupił się na życiu pewnej pary w postapokaliptyczny świecie, kładąc szczególny nacisk na w zamyśle szokujące zakończenie, które mnie niestety udało się z łatwością przewidzieć. Sylwia Błach zaproponowała historię widzianą z punktu widzenia żywego trupa i jedyne co mogę zarzucić jej opowiadaniu to zbyt mała objętość, bo tak dopracowanego, wręcz idealnego warsztatu pisarskiego rzadko można uświadczyć we współczesnej literaturze, nie tylko polskiej, ale również światowej. Paweł Waśkiewicz zaprezentował troszkę przydługą, a co za tym idzie miejscami nużącą przeprawę przez opanowane przez zombie miasto, które miejscami pomimo swojej konwencjonalności całkiem mocno rozbudzało moje zainteresowanie, szczególnie w momentach wybryków pewnej mamuśki, której chęć przetrwania była silniejsza od dobra jej rodziny. Ze wszystkich stricte apokaliptycznych wizji najbardziej podobała mi się ta autorstwa Łukasza Radeckiego, bo zauważyłam w niej ciekawą zabawę formą, udaną próbę przedstawienia czegoś znanego w zupełnie odmiennym stylu, z punktu widzenia ofiar żywych trupów i nosiciela wirusa. Naprawdę znakomicie się to czytało! Marcin Podlewski pokusił się o troszkę fantastyczną wizję postapokaliptycznego życia niedobitków w podziemnym schronie i pełnej niebezpieczeństw przeprawie jednego mężczyzny przez opanowaną przez zombie ziemię – szkoda tylko, że miejscami opowiadanie jest zbyt mocno rozwleczone, a w zamyśle zaskakujące zakończenie bardzo łatwo przewidzieć.

W „Zombiefilii” znalazło się również miejsce na małą dawkę czarnego humoru. Na przykład Rafał Christ pokazał, w jaki sposób wirus zombizmu może przyczynić się do ukarania polskiej służby zdrowia za jej posuniętą do granic absurdu niekompetencję. Marcin Rojek poeksperymentował troszkę ze smerfami-zombie (tak, wiem jak to brzmi), zgrabnie przenosząc konwencję znanej animacji w realia krwawego horroru, a Krzysztof T. Dąbrowski w swoim tekście zastanawiał się, jak też prezentowałaby się mowa żywych trupów, a całą tę historię zakończył tak popularnym w Polsce pytaniem, że aż parsknęłam śmiechem, a co za tym idzie bez wahania przyznałam przed samą sobą, że jeśli chodzi o humorystyczne opowieści w tym zbiorze Dąbrowskiemu należy się laur pierwszeństwa.

Poziom opowiadań w niniejszym zbiorze jest mocno zróżnicowany, od genialnych, przez przyzwoite po nudnawe, ale wypadałoby wspomnieć przede wszystkim o tych wyróżniających się na tle całej antologii i nieeksplorujących do bólu oklepanej tematyki apokaliptycznej (no może poza tekstem Błach, który tak dalece zachwyca stylem, że można z powodzeniem przymknąć oko na schematyczność fabularną oraz Łukasza Radeckiego). Wielce ukontentowało mnie opowiadanie Pauliny Kuchty o prostytutce-zombie. Co tam ukontentowało – ono mnie wręcz zaszokowało tak dalece posuniętą pomysłowością, tym samym w moim mniemaniu windując się na sam szczyt najlepszych tekstów w niniejszym zbiorze. Podobała mi się też wzruszająca wizja Artura Kuchty, która choć nie pasowała zbytnio do horroru to przynajmniej zmusiła do współczucia antagoniście, z zupełnie innej niż w innych opowieściach tutaj zaprezentowanych, strony. Magdalena Maria Kałużyńska również pozytywnie mnie zaskoczyła, bo choć pierwsze jej opowiadanie zamieszczone w tym zbiorze troszkę razi niedopracowaniem dialogów i przydługim wstępem to sam zamysł ataku żywych trupów na supernowoczesny budynek i roli w tym wszystkim ortodoksyjnych obrońców przyrody prezentuje się całkiem smacznie. Podobnie, jak drugi tekst tej autorki przedstawiający wizję opanowania przez wirus zombizmu (oddziałującego jedynie na dorosłych) jednego miasta, w którym to dzieci muszą walczyć o przetrwanie. Znakomicie prezentuje się również historia Grzegorza Gajka o pewnej kobiecie stającej twarzą w twarz ze zmarłym mężem oraz pełne wszechobecnego brudu i ogólnej degeneracji opowiadanie Amerykanina, Carltona Mellicka III. Na koniec zostawiłam sobie tekst debiutantki Pauliny Król, która jak na pierwszy raz pokazała się z jak najlepszej warsztatowej strony, przy okazji proponując czytelnikom swego rodzaju odwrócenie konwencji (wyjazd grupki przyjaciół na łono natury tak charakterystyczny dla filmowych slasherów a nie zombie movies) oraz iście odrażającą próbkę gore. Moim zdaniem, paradoksalnie debiutantka znacznie zawyżyła ogólny poziom „Zombiefilii”.

Podsumowując pierwsza polska antologia o zombie prezentuje się całkiem przyzwoicie, choć oczywiście jak to często w tego rodzaju zbiorkach bywa nie obyło się bez nieco słabszych tekstów. Cóż, trzeba przymknąć na to oko i cieszyć się, że nasi rodacy coś robią, aby nieco ożywić polską wizję horroru oraz już dziś zacząć zaczytywać się w tych naprawdę udanych opowiadaniach „Zombiefilii”, bo takowych mamy tutaj całkiem sporo.