Stronki na blogu

niedziela, 20 października 2013

Wyniki konkursu

Konkurs ze znajomości XXI-wiecznych remake'ów horrorów dobiegł końca. Spłynęły 24 maile z odpowiedziami, z których wyłoniłam zwycięzców - trzy pierwsze osoby z kompletem odpowiedzi. Poniżej prezentuję odpowiedzi w większości w języku polskim, ale uznawałam każdą wersję językową.

Odpowiedzi:
1. Ostatni dom po lewej
2. Martwe zło
3. Teksańska masa
kra piłą mechaniczną
4. Świt żywych trupów
5. Come out and play
6. Maniac
7. Amityville
8. The
Ring
9. Kobieta w czerni
10. Wzgórza mają oczy
11. Opętani
12. Halloween
13. Koszmar z ulicy Wiązów
14.
Bez litości
15. Postrach nocy
16. Piątek
13-go
17. Pozwól mi wejść
18. Nieproszeni goście
19. Pirania 3D
20. Krwawe walentynki
21. Trzynaście duchów
22.
The Grudge - Klątwa
23. Bal maturalny
24. Krwawe święta
25. Wilkołak
26. Dom woskowych ciał
27. Kwarantanna
28. Night of the Demons
29. Silent Night
30. Omen
31. Mgła
32. Prima aprilis

A nagrody trafiają do:

1 miejsce (3 książki:„Jest legendą. Antologia w hołdzie Richardowi Mathesonowi”, Ian Tregillis „Mroczna geneza”, Wilkie Collins "Księżycowy kamień"
) - Wiedźma (http://wiedzma-czyta.blogspot.com/)

2 miejsce (3 książki: „Jest legendą. Antologia w hołdzie Richardowi Mathesonowi”, Agata Christie "Parker Pyne na tropie", Manel Loureiro "Apokalipsa Z. Początek końca") - Romanov

3 miejsce (1 książka: Agata Christie "Tajemnica Bladego Konia") - Bialym

Gratuluję zwycięzcom i dziękuję wszystkim pozostałym za udział w zabawie!


Sponsorzy nagród:
 

niedziela, 13 października 2013

„Jeździec bez głowy” (1999)

Recenzja na życzenie (Nukie)

Nowojorski konstabl, Ichabod Crane, na zlecenie swoich przełożonych przyjeżdża do małego miasteczka, Sleepy Hollow, aby rozwikłać sprawę tajemniczego jeźdźca, który pozbawia tutejszych mieszkańców głów. Nie bacząc na zabobonne w mniemaniu Crane’a opowieści obywateli Sleepy Hollow o bezgłowym, powstałym z martwych, paktującym z diabłem psychopacie, śledczy łączy siły z synem jednej z ofiar oraz córką jego aktualnego gospodarza, Katriną Van Tassel, w poszukiwaniu sprawcy tych przerażających zbrodni. Wyniki śledztwa całkowicie odmienią jego spojrzenie na rzeczywistość.

Głośna adaptacja opowiadania Washingtona Irvinga pt. „Legenda o Sennej Kotlinie”, po raz pierwszy wydanego w 1820 roku. Słynący z mocno kuriozalnych, baśniowych produkcji (a także dużej ekscentryczności), Tim Burton, zaproponował swoją, całkowicie odmienną od Irvinga wizję przerażających wydarzeń, mających miejsce w sennym miasteczku Sleepy Hollow, zdobywając zarówno serca widzów, jak i krytyków. Kilkanaście statuetek filmowych w tym jeden Oscar za najlepszą scenografię (i dwie nominacje, za kostiumy i zdjęcia – tak na marginesie, w tej drugiej kategorii „Jeźdźcowi bez głowy” zwycięstwo najbardziej się należało) chyba najdobitniej świadczą o sukcesie niniejszej produkcji.


„Jeździec bez głowy” ani odrobinę nie odbiega od typowych, baśniowych wizji Tima Burtona, co o dziwo w ogóle nie przeszkadza w nakreśleniu delikatnej atmosfery grozy. Już scena dotarcia Crane’a do posępnego, mglistego, niezmiennie (poza nocną porą) utrzymanego w szarych barwach małego miasteczka Sleepy Hollow wprawia widzów w swego rodzaju melancholijny nastrój, ale również zapiera dech drobiazgową dbałością o szczegóły, wydobywa piękno z pozornej szkaradności. Z czasem w tę mglistość wkradnie się również szczypta metaliczności, głównie w momentach jazdy bezgłowego jeźdźca przez pełen karłowatych, bezlistnych drzew las. Gdyby Burton pragnął ukryć jakieś niedoróbki fabularne za tymi zachwycającymi, nastrojowymi zdjęciami to zrobiłby to bez większego trudu, bowiem chwilami naprawdę ciężko jest skupić się na aktualnych wydarzeniach kosztem mniejszego skupienia na krajobrazach. Kolejnym kluczem do sukcesu „Jeźdźca bez głowy” (przynajmniej tego komercyjnego) okazał się angaż aktora, z którym Tim Burton znakomicie się rozumie, który posiada identyczną wizję sztuki co on, Johnny’ego Deppa. Jego kreacja Ichaboda Crane’a bez cienia przesady powinna wpisać się do kanonu najbardziej charakterystycznych postaci w historii światowej kinematografii, głównie za sprawą jej urzekającej ambiwalentności, wszak heroiczne pragnienie schwytania mordercy kłóci się z jego z gruntu tchórzliwą naturą, nakazującą mu w momentach zagrożeń zasłaniać się dziećmi i kobietami. Niewątpliwie w należytym odbiorze przez widzów Ichaboda pomogła bogata mimika Deppa, oscylująca pomiędzy grymasami szaleństwa i komizmu, pomimo pełnej grozy wymowy filmu tak umiejętnie wplecionego w całą oś fabularną (nie tylko postać Crane’a, ale również dialogi i poszczególne wydarzenia). Jeśli weźmie się pod uwagę oryginalność tej kreacji zaskakuje jedynie nominacja do Saturna, tym bardziej, że bezbarwna w swojej roli Christina Ricci tę statuetkę zdobyła. Natomiast demoniczna twarz Christophera Walkena z jego spiłowanymi zębami i nastroszonymi włosami została wprost stworzona do roli jeźdźca -  szkoda tylko, że jego głowę widzimy tak rzadko… Warto też nadmienić, że mała rólka dostała się też legendzie kina grozy, niezapomnianemu wielbicielom horrorów Christopherowi Lee.


Fabuła „Jeźdźca bez głowy” nie jest zbytnio skomplikowana, acz Burtonowi jak zwykle udało się wykorzystać pełen potencjał, drzemiący w tego rodzaju prostocie. Otóż, mamy ekscentrycznego, zatwardziałego racjonalistę tropiącego tajemniczego jeźdźca dziesiątkującego mieszkańców Sleepy Hollow, w swej pracy śledczego wykorzystującego zdobycze ówczesnej technologii (roku 1799) i całkowicie negującego przerażające, zabobonne opowieści tutejszych mieszkańców o nadnaturalności przeciwnika. Jak to często w horrorach bywa „wyznawca nauki” z czasem zostanie zmuszony zweryfikować swoje poglądy, przyznać się do błędu i rzecz jasna spróbować zachować zdrowe zmysły w obliczu niewyobrażalnych rzeczy, którym świadkuje. Widzi, jak jeździec bez głowy dekapituje swoje ofiary, jak wyskakuje na koniu z krwawiącego, pełnego odciętych głów drzewa, obcuje z czarownicą, której oczy dosłownie wyskakują z orbit (mało przekonujące efekty komputerowe) oraz świadkuje dopasowywaniu przez diabolicznego przeciwnika głowy do korpusu – tutaj twórcy kolejny raz zaserwowali nam sztuczną wizualnie próbkę technologii komputerowej. Oczywiście, wszystkie sceny stricte horrorowe, podane w tej jakże mrocznej scenerii robią wrażenie, aczkolwiek w moim mniemaniu ingerencja pikseli była zupełnie niepotrzebna, bowiem wprowadzała sporą dozę rażącego sztucznością dyskomfortu w ogólnym odbiorze filmu. Ta odrobina efekciarstwa tym bardziej dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę to, co Burton osiągnął bez niej – wszak sama konstrukcja Sleepy Hollow (w całości stworzona na potrzeby filmu), fantazyjne kostiumy z epoki (z których szczególnie przyciągają oko dziwaczne okularki Crane’a do badania miejsc zbrodni) oraz stare dobre rekwizyty (z korpusem i koniem jeźdźca włącznie) wystarczyłyby do osiągnięcia zamysłu reżysera. A tak, niestety efekty komputerowe odrobinę (ale tylko odrobinkę) obniżają wartość tej kultowej już produkcji – podobnie jak miejscami niepasująca do obrazu, drażniąca uszy ścieżka dźwiękowa.

„Jeźdźca bez głowy” z pewnością nie nazwałabym najlepszym filmem Tima Burtona (jednak „Sok z żuka” i „Edward Nożycoręki” bardziej mnie zachwyciły), aczkolwiek przymykając oko na kilka irytujących aspektów z powodzeniem mogę go uplasować na miejscu trzecim, choćby przez wzgląd na ten posępny klimat, zachwycające zdjęcia i niezapomnianą kreację Ichaboda Crane’a.

sobota, 12 października 2013

„Mroczne opowieści” (1997)

Recenzja na życzenie

Czwórka młodych ludzi przez awarię samochodu zostaje zmuszona do przenocowania w lesie. Aby jakoś zapełnić sobie czas oczekiwania na pomoc opowiadają sobie straszne historie. Pierwsza traktuje o nowożeńcach, którzy również muszą spędzić jedną noc swojej podróży poślubnej w lesie, w którym żeruje niebezpieczny przeciwnik. Druga opowieść mówi o dwunastoletniej dziewczynce, która zostaje na noc sama w domu, gdzie ukrywa się pedofil. Ostatnia historia traktuje o mężczyźnie przemierzającym kraj na motorze, który zatrzymuje się w domu nowopoznanej młodej niemej kobiety, która co noc świadkuje przerażającym zjawiskom w swoim otoczeniu.

Zawsze ciężko było mi w pełni zaakceptować formułę tzw. nowel filmowych, których fabuła zamyka się w jakichś dwudziestu-trzydziestu minutach, często nie pozwalając w pełni wczuć się w daną sytuację bohaterów. David Semel, Martin Kunert i Matt Cooper być może zdając sobie sprawę z niemożności zbytniej komplikacji fabuł tego rodzaju opowieści postanowili nawiązać do formuły tzw. urban legends, popularnych szczególnie w Stanach Zjednoczonych krótkich historyjek grozy, najczęściej przekazywanych sobie przez młodych ludzi przy ognisku. Miejskie legendy nigdy nie pretendowały do miana czegoś ambitnego, czy choćby minimalnie skomplikowanego, wręcz przeciwnie miały na celu wywołać krótkotrwałe uczucie niepokoju poprzez swoją prostotę – krótki wstęp zapoznający nas z bohaterami, nastrojowe rozwinięcie i tragiczne zakończenie, ot i cała filozofia urban legends. Oczywiście, w prostych historyjkach również może tkwić wielki potencjał, ale tylko wówczas, gdy na krześle reżyserskim zasiądzie człowiek zdeterminowany zaniepokoić publiczność i o dziwo w przypadku dwóch nowel „Mrocznych opowieści” ogólny zamysł twórców całkiem przyzwoicie wypadł w praktyce.

Pierwsze, co rzuca się w oczy w przypadku wszystkich trzech historii (i jednej dodatkowej je spinającej) jest niebywale mroczny klimat, który znacznie potęguje czas akcji – otóż wszystkie opowieści rozgrywają się pod osłoną nocy – ale również nastrojowa, spokojna ścieżka dźwiękowa, niemalże od pierwszej nuty wpadająca w ucho. Realizacji naprawdę nie można absolutnie niczego zarzucić, wszak to swego rodzaju kwintesencja horroru lat 90-tych, kiedy to stawiano przede wszystkim na klimat wszechobecnej grozy i odrobinę miłego dla oka kiczu, zamiast koszmarnych CGI… Prawdziwym problemem „Mrocznych opowieści” są jej dwie nowele – nudnawa, utrzymana w konwencji typowego slashera historia o nowożeńcach, popełniających masę charakterystycznych dla tego nurtu horroru błędów, które w konsekwencji prowadzą do tragedii oraz oddarta z jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, lekko humorystyczna („Ludzie też potrafią lizać”) opowieść o dziewczynce padającej ofiarą pedofila. Gdyby niniejsza antologia składała się jedynie z sekwencji o czwórce znajomych, którzy opowiadają sobie przy ognisku mroczne historyjki i którzy w finale zaskakująco kończą (jak na tamte czasy, bowiem w XXI wieku podobny motyw kilka razy przewinął już się w kinie grozy) oraz moim zdaniem z najbardziej niepokojącej historii o nawiedzonym domu pewnej niemej kobiety, pełnej wyważonej grozy i realistycznych wizualnie efektów specjalnych to pewnie okazałaby się prawdziwym hitem. Ale niestety, dwie przydługie i co gorsza nudnawe nowele znacznie zaniżyły ogólny poziom „Mrocznych opowieści”.

Nikt chyba nie wątpi, że w urban legends tkwi spory potencjał (co widać choćby w dwóch nowelach niniejszego obrazu), często eksploatowany w pełnometrażowych horrorach typu „Koszmar minionego lata”, czy „Candyman”, aczkolwiek niełatwo jest to wydobyć z tej całej do bólu konwencjonalnej otoczki – czasami, jak w przypadku niniejszych opowieści o dwunastoletniej dziewczynce i nowożeńcach chęć przerażenia widzów prostotą fabularną kończy się niemożliwą do przezwyciężenia nudą, która pozbawiła wiele uroku te przecież pełne elektryzującego klimatu historyjki.  

piątek, 11 października 2013

„Sekretne okno” (2004)


Pisarz Mort Rainey po rozstaniu z niewierną żoną przeprowadza się do letniego domku nad jeziorem, gdzie próbuje oddać się pisaniu nowej książki. Jego spokój przerywa tajemniczy przyjezdny, John Shooter, który zarzuca Mortowi plagiat jego opowiadania. Od tego momentu pisarz szuka sposobów na udowodnienie swojej niewinności, co sprawia mu tym większą trudność z powodu rosnącej agresywności Shootera.

Ekranizacja minipowieści Stephena Kinga pt. „Tajemnicze okno, tajemniczy ogród”, zamieszczonej w zbiorze „4 po północy”. Reżyser i zarazem scenarzysta, David Koepp, wykazał się wielką odwagą, stawiając akurat na tę historię z dwóch prostych powodów: lwia część literackiego pierwowzoru opiera się na rozmyślaniach Morta oraz rozmowach telefonicznych z żoną i znajomymi, co czytelnikom w ogóle nie przeszkadzało, ale jak wiadomo film rządzi się innymi prawami, więc w przypadku widzów wykorzystanie tych motywów w nadmiarze mogłoby zdyskredytować niniejszy obraz; a po drugie zakończenie, mocno jeszcze aktualne w czasach pierwszego wydania minipowieści, w XXI wieku poprzez częstą eksplorację zostało oddarte z całej swojej atrakcyjności – na szczęście Koepp nieco zmodyfikował finał zaproponowany przez Kinga, co z pewnością pozwoliło mu uniknąć kilku dodatkowych antyfanów.

Stephen King w przedmowie „Tajemniczego okna, tajemniczego ogrodu” twierdzi, że największą obelgą wymierzoną w pisarza jest oskarżenie go o kradzież dorobku literackiego – ponoć na myśl o takiej ewentualności każdy autor spływa zimnym potem. Nic więc dziwnego, że mistrz grozy postanowił wykorzystać ten motyw w jednej ze swoich udanych historii, ale ze wspomnianych przeze mnie wcześniej powodów zaskakuje pomysł jej ekranizacji, tym bardziej, że finalna postać owego przedsięwzięcia okazała się aż tak udana. Na początku rzuca się w oczy bajeczna sceneria – drewniany letniskowy domek położony przy jeziorze i otoczony wściekle zielonymi drzewami. Gdy kamera zagląda do wnętrza lokum pisarza widzimy, że główna rola przypadła samemu Johnny’emu Deppowi, którego bogata, całkowicie naturalna mimika z pewnością przyczyniła się do jego angażu – w końcu postać Morta aż prosiła się o pewną dozę różnorodności scenicznej, którą mam wrażenie ze wszystkich współczesnych aktorów mógł widzom zaoferować jedynie Depp, co też z ochotą zrobił. Godziny, które nasz bohater spędza w samotności na rozmyślaniu o swoim kończącym się małżeństwie oraz oskarżeniu o plagiat szybko znużyłyby niejednego odbiorcę, gdyby nie oryginalne podejście Deppa do swojej roli, w którym pokusił się o podkreślanie każdej emocji Morta odpowiednim grymasem. Podobnym przysłowiowym „strzałem w dziesiątkę” okazało się obsadzenie w roli jego żony, Amy, Marii Bello, która ze względu na mało odkrywczą charakterologię swojej postaci być może nie miała zbyt wielkiego pola do popisu, ale nie można zaprzeczyć, że postarała się wykrzesać z niej wszystko, co tylko było do pokazania – szczególnie w finale. Natomiast nasz John Shooter, czyli niebywały John Turturro zdaje się być stworzony do roli niebezpiecznego psychopaty, co też udowadnia w niniejszym obrazie.

Specyfika „Sekretnego okna” polega na oczekiwaniu na zaskakujący finał – wszystkie wydarzenia go poprzedzające jasno sugerują widzom, że zostanie skonfrontowany z czymś, co trudno będzie mu przewidzieć (choć pewnie znajdzie się niejeden odbiorca tak zaznajomiony z tym motywem, że bez problemu przedwcześnie „złoży tę misterną układankę), co wcale nie znaczy, że cała półtoragodzinna fabuła opiera się jedynie na rozterkach egzystencjalnych Morta. Nie, największą uwagę skupia na sobie tajemnicza postać w kapeluszu – John Shooter, który pewnego słonecznego dnia staje w progu domu Morta i oskarża go o plagiat jego opowiadania, napisanego „do szuflady” w latach 80-tych, wiele kilometrów stąd. Jak się okazuje jego rękopis, choć różni się stylem, łudząco przypomina tekst opublikowany przed laty w zbiorze opowiadań przez Rainey’a. I tutaj powstają najważniejsze pytania, nad którymi wiele widzów z pewnością będzie „łamało sobie głowy” przez cały seans: czy Shooter jest niebezpiecznym wariatem, który przepisał historię Morta, aby mieć pretekst do nękania go, czy pisarz rzeczywiście dopuścił się tego niewybaczalnego czynu, a teraz zwyczajnie próbuje się z tego wyłgać? Ta druga ewentualność wcale nie jest taka niemożliwa, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Mortowi raz już się to zdarzyło, o czym twórcy jedynie wspominają, jakby mimochodem (a niesłusznie, gdyż akurat ten aspekt jest kluczem do całkowitego zrozumienia zakończenia). Od momentu rozeźlenia Shootera Koepp stawia na suspens, którego zasady zdaje się doskonale rozumieć. John, jako modelowy czarny charakter zaczyna coraz natarczywiej nachodzić Morta – a to zabijając mu psa, a to znów podpalając dom, w którym obecnie pomieszkuje jego żona wraz z nowym partnerem. Dochodzi nawet do tego, że Rainey boi się wejść do swojego domu nie wykorzystując uprzednio wynajętego prywatnego detektywa, który najpierw sprawdza wszystkie pomieszczenia. Ten wątek stał się doskonałym przyczynkiem do jednej z najbardziej trzymającej w napięciu sceny w filmie – kiedy to Mort słysząc szelesty w łazience podkrada się do niej z pogrzebaczem w ręku i wpada w panikę na widok… własnego odbicia w lustrze. Niesamowity popis elektryzującego napięcia, który pewnie niejednemu odbiorcy znacznie podniesie ciśnienie. Z czasem, rzecz jasna, Shooter przerzuci się na ludzi, mordując każdego, kto stanie mu na drodze i tym samym wikłając Morta w swoje odrażające przestępstwa oraz spychając go w otchłań szaleństwa.

Przyznaję, że zakończenie (najważniejszy moment „Sekretnego okna”) wypada o wiele lepiej niż w literackim pierwowzorze. Koepp, podobnie jak Frank Darabont, w „Mgle” jak widać miał lepszą wizję finału od samego mistrza. UWAGA SPOILER W opowiadaniu King zauważalnie sugerował się filmową wersją „Psychozy” i nie chodzi jedynie o motyw rozszczepienia osobowości, ale również końcowy monolog drobiazgowo objaśniający nam przypadek Morta. W dzisiejszych czasach tak jawna inspiracja innym dziełem oraz swego rodzaju półśrodki (bo w końcu wszyscy poza czarnym charakterem przeżyli) nie zdałyby egzaminu. Dzisiaj lepiej zabić Amy, zakopać ją w ogródku i zasadzić tam kukurydzę (jak w problematycznym opowiadaniu Morta) i oczywiście zachować mordercę przy życiu. Słowem: Koepp zrobił naprawdę wszystko, aby zaserwować widzom iście tragiczne zakończenie i chwała mu za to KONIEC SPOILERA.

Choć „Sekretne okno” z całą pewnością nie jest najlepszą ekranizacją prozy Stephena Kinga to należy do tego rodzaju obrazów, do których wracam, co jakiś czas – pomimo znajomości zakończenia, a więc najbardziej zaskakującego wątku całej tej produkcji. Powodem być może jest znakomicie poprowadzona fabuła, albo budowanie nieznośnego wręcz napięcia, a może niezapomniana kreacja Johnny’ego Deppa – jednoznacznie nie jestem w stanie tego stwierdzić, co tylko dodatkowo podnosi wartość niniejszego filmu.

wtorek, 8 października 2013

Zapowiedź „Eliza Graves” (2014)


Rzecz dosyć niesłychana – za wszystkich zapowiedzianych na 2014 rok filmów grozy moje zainteresowanie wzbudził nie jak zwykle jakiś horror tylko thriller. Reżyser „Dziewiątej sesji”, Brad Anderson planuje opowiedzieć mroczną historię o absolwentce szkoły medycznej podejmującej pracę w zakładzie dla umysłowo chorych, w którym władzę przejmują pacjenci. W roli tytułowej wystąpi jedna z moich ulubionych aktorek, Kate Beckinsale, a partnerować jej będzie Jim Sturgess. Nie pozostaje nic innego, jak czekać z niecierpliwością na ten dobrze zapowiadający się dreszczowiec i mieć nadzieję, że premiera (jak to zwykle w Hollywood bywa) nie przesunie się w latach.