niedziela, 21 sierpnia 2011

"Candyman" (1992)

Helen Lyle wraz z przyjaciółką Bernadette prowadzi badania na temat mitów miejskich. Wypytując studentów trafia na trop mordercy, przez wszystkich nazywanego Candymanem, który podobno rozpruje swoim hakiem każdego, kto wypowie do lustra pięć razy jego imię. Helen udaje się dotrzeć do rzekomego miejsca zamieszkania Candymana umiejscowionego w gettcie. Wkrótce duch Candymana znowu zaczyna atakować, a jego głównym celem staje się właśnie Helen.

Film wyreżyserowany przez Bernarda Rose'a na podstawie opowiadania Clive'a Barkera. Na wstępie zaznaczę, że "Candyman" jest filmem mojego dzieciństwa, przez ten obraz przeżyłam ogromną traumę i właśnie od niego zaczęła się moja przygoda z horrorem. Dlatego też nie ma możliwości, żebym napisała choć jedno złe słowo na temat tej produkcji, mam do niej ogromny sentyment i mogę oglądać ją raz po raz, bez końca. Na pierwszy rzut oka "Candyman" jest kolejnym amerykańskim slasherem, opowiadającym o czarnoskórym mordercy z hakiem zamiast dłoni, który pojawi się za tobą, jeśli wypowiesz do lustra pięć razy jego imię (któż z nas tego nie próbował?). Ale to tylko pozory. "Candyman" ma w sobie coś, czego próżno szukać w wielu innych reprezentantach tego podgatunku horroru i właśnie to sprawia, że po tylu latach nadal cieszy się ogromną popularnością wśród wielbicieli gatunku. Można śmiało powiedzieć, że postać Candymana na stałe wpisała się do kanonu najpopularniejszych slasherowych morderców.


"Powiedzą, że rozlałem krew niewinnych. A po cóż ona jest, jeśli nie po to, by ją rozlewać? Moim hakiem rozpruję cię od pachwiny, aż po gardło." 
Największą siłą tego obrazu jest jego klimat budowany przede wszystkim dzięki mistrzowskiej ścieżce dźwiękowej. Już pierwsza scena filmu, w której widzimy rój pszczół, a w tle słyszymy przerażający głos Candymana wzbudza nasz niepokój, a zbiegiem czasu ten niepokój zamienia się w czyste przerażenie. Wydaje mi się, że atmosfera grozy, ani na chwilę nie znika, cały czas jest przez nas wyczuwalna, nawet wtedy, gdy wizualnie nic ciekawego się nie dzieje. Za przykład może tutaj posłużyć pierwsza wycieczka Helen i Bernadette do getta. Kobiety jadą samochodem, jest dzień, nie widzimy absolutnie niczego niepokojącego,. ale za to słyszymy tę straszną muzykę, która z miejsca pobudza naszą wyobraźnię, dając nam jasny znak, że zaraz wydarzy się coś okropnego. I rzeczywiście, na jakąś akcję nie musimy zbyt długo czekać. Kolejna scena, która tak bardzo przeraziła mnie w dzieciństwie ma miejsce na parkingu, kiedy pierwszy raz widzimy osławionego Candymana w całej okazałości. Tutaj mamy do czynienia z całkiem ciekawym aspektem. Otóż, morderca nie wygląda jakoś nadzwyczaj przerażająco - ubrany jest w długi kożuch, a zamiast prawej dłoni ma wielki hak i to wszystko. Żadnych poparzeń, żadnej deformacji twarzy, tylko ten hak i oczywiście twarz Tony'ego Todda... Powiem tam, do dzisiaj, kiedy widzę tego aktora w jakimkolwiek filmie przed oczami staje mi Candyman, co chyba dobitnie świadczy o tym, że była to jego życiowa rola, pewien rodzaj etykietki, który przylgnął do niego na stałe. Nie należy również zapominać o sugestywnym, cichym, wręcz hipnotyzującym głosie Candymana, który jeśli się w niego wsłuchać będzie długo rozbrzmiewał w najgorszych koszmarach widzów. Dalej mamy całe mnóstwo scen, w których morderca stara się zniszczyć życie Helen. Wspaniały moment przebudzenia kobiety w mieszkaniu Murzynki, które wręcz spływa krwią. Nastrojowa sekwencja w szpitalu psychiatrycznym, gdzie Candyman wyłania się spod łóżka naszej bohaterki i oczywiście końcowy pojedynek Helen i Candymana. Między innymi właśnie takie sceny, w których twórcy stawiają przede wszystkim na klimat, a nie hektolitry krwi sprawiają, że nawet ktoś o mocnych nerwach nie będzie w stanie przejść obojętnie obok tego obrazu.

Na uwagę zasługuje również obraz getta, marginesu społeczeństwa amerykańskiego, którego mieszkańcy utożsamiani są z największą deprawacją i patologią. To właśnie ten teren jest miejscem żerowania Candymana, to właśnie ci ludzie czują do niego najmocniejszą nienawiść zaprawioną spora dozą przerażenia. I to właśnie tutaj będzie miało miejsce spektakularne zakończenie filmu, które następnie przeniesie się do apartamentu Helen, aby dopełnić dzieła w niezwykle widowiskowym, mrożącym krew w żyłach finale.

 Jak na lata 90-te aktorzy wypadli wręcz doskonale. Oczywiście największe brawa należą się osławionego Tony'emu Toddowi, któremu udało się tchnąć życie w odgrywaną przez siebie postać na tyle, aby w dzieciństwie zamienić mnie w trzęsącą się galaretę:) Jednakże nie należy zapominać również o Virginii Madsen, która przecież nie dostała roli tępej ofiary tak popularnej w slasherach. Jej wkład w ten obraz jest ogromny, a najbardziej rzuca się to w oczy w trakcie jej rzekomego szaleństwa, kiedy ze wszystkich sił stara się udowodnić swoją niewinność, ale równocześnie już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie opętanej. Całkowicie słusznie za tę rolę przyznano jej Saturna. Para Todd i Madsen znacznie zawyża poziom tej produkcji, o czym należy pamiętać.

"Candymana" nominowano do Saturna między innymi w kategorii "Najlepszy horror" i do dziś dziwię się, dlaczego nie zdobył tej statuetki. Takich obrazów nie ma zbyt wiele w kanonie slasherów, więc tym bardziej zasługuje na naszą uwagę. Właśnie dzięki tego typu horrorom pokochałam ten gatunek filmowy i żałuję tylko, że w XXI wieku już nie kręci się takich arcydzieł grozy. Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zapoznać się z tą pozycją bardzo proszę o nadrobienie zaległości - gwarantuję, że wyjdzie wam to na dobre:)

3 komentarze:

  1. Ja jak wiadomo fanką "Candymana" nie jestem, ale trzeba przyznać, że film ten to pozycja obowiązkowa każdego horrormaniaka, zwłaszcza jeśli chodzi o slashery. Też się ostatnio strasznie wkurzam, że dobrych filmów teraz bardzo niewiele. Po sukcesach paradokumentów zaraz powstają nowe, po sukcesie "Piły" powstają kolejne (czy jest sens czy nie), niewielu twórców stawia na nowe historie, lepiej nakręcić remake, zarobić kasę i mieć święty spokój, wymyślenie czegoś świeżego graniczy dziś z cudem. Ciekawa recenzja :-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. A widzisz ja mam tak samo z Krzykiem, oglądałam Candymana dawno temu, i pamiętam motwy z lustrem i nic więcej za bardzo ;/
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mrs25, a ja znowu chyba nigdy nie zapomnę tego filmu:) Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że nie podobałby mi się aż tak, gdybym nie oglądała go w dzieciństwie i gdyby nie stał się kluczowym obrazem, który wkręcił mnie w horrory:)
    Cat, nie tylko Ciebie to wkurza:) Ostatnio zaczęłam nawet podejrzewać, że fani horrorów nie mają już co liczyć na jakiś oryginalny, nieefekciarski obraz z klimatem. Te wspoółczesne produkcje grozy oczywiście też oglądam, ale po jakimś czasie wracam do klasyków, bo długo bym tego nie wytrzymała:)
    Pozdrawiam dziewczyny!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...