Stronki na blogu

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Jorn Lier Horst „Psy gończe”

Recenzja przedpremierowa

Siedemnaście lat temu Rudolf Haglund został skazany za porwanie i zabójstwo młodej kobiety, Cecilii Linde. Sprawę prowadził William Wisting. Kiedy mężczyzna zostaje warunkowo zwolniony z więzienia jego prawnik, Sigurd Henden, informuje media, że ponownie rozpatruje jego sprawę, w związku z podejrzeniem o sfabrykowanie kluczowego dowodu. Pierwszą gazetą, która informuje opinię publiczną o rzekomej kompromitacji Wistinga jest „Verdens Gang” – dziennik, dla którego pracuje jego córka, Line. William Wisting, zostaje zawieszony w czynnościach służbowych, do czasu wyjaśnienia sprawy, ale nie zamierza bezczynnie czekać na wyniki śledztwa Biura Spraw Wewnętrznych. Postanawia ponownie przyjrzeć się sprawie zabójstwa sprzed siedemnastu laty i odkryć tożsamość skorumpowanego policjanta, który wówczas sfabrykował dowód.  
Tymczasem Line zajmuje się sprawą zabójstwa mężczyzny, Jonasa Ravneberga. Wkrótce po jego morderstwie zostaje porwana nastolatka. Kiedy Line decyduje się pomóc ojcu w jego prywatnym śledztwie oboje odkrywają, że te trzy sprawy się ze sobą łączą.

„Psy gończe” to ósma odsłona kryminalnej serii literackiej autorstwa Norwega, Jorna Liera Horsta, której głównym bohaterem jest komisarz policji z Larviku, William Wisting. Wydawnictwo Smak Słowa polskich czytelników zapoznało najpierw z, jak do tej pory, ostatnią, dziewiątą częścią cyklu, zatytułowaną „Jaskiniowiec”. Teraz, dosyć oryginalnie, cofnięto się do poprzedniej najbardziej docenionej powieści o Williamie Wistingu. Spośród całej twórczości Horsta „Psy gończe” uhonorowano największą liczbą nagród – Rivertona, Szklanego Klucza oraz coroczną nagrodą dla najlepszego literackiego detektywa, przyznawanej przez Szwedzką Akademię Kryminału. Zaburzenie chronologii przez polskiego wydawcę, jak to zwykle w kryminalnych cyklach bywa, nie przeszkadza w całkowitym zrozumieniu problematyki książki – nawet, jeśli Horst wspomina o poprzednich sprawach Wistinga, objaśnia je tak, żeby czytelnicy nie mieli żadnych problemów z odnalezieniem się w ich specyfice i jednocześnie nie poznali tożsamości zbrodniarzy. Niemniej i tak zawsze lepiej jest poznawać takie serie od początku, choćby dla lepszego wglądu w umysły głównych postaci, więc pozostaję z nadzieją, że Smak Słowa w następnej publikacji prozy Horsta cofnie się do początków przygód Wistinga. Bo warto kontynuować zapoznawanie Polaków z tym cyklem – jeśli nie dowiódł tego odrobinę zaniedbujący psychologię protagonistów „Jaskiniowiec” to już „Psy gończe” na pewno.

„Presja i żądania wyjaśnienia sprawy potrafiły doprowadzić do tego, że wyciągano pochopne wnioski. Śledczy wyrabiali sobie zdanie na temat przebiegu wydarzeń już na podstawie pierwszych zebranych dowodów. A potem następował nieświadomy proces szukania potwierdzenia. Uruchamiało się w nich widzenie tunelowe: zaczynali zbierać informacje, które pasowały do przyjętej hipotezy. Zmieniali się w psy gończe pędzące za zdobyczą, której zapach wyczuli. Wszystkie poboczne ślady były pomijane, nic nie było w stanie skierować ich uwagi na inny trop.”

Skandynawskie kryminały (poza dziełami najsłynniejszych pisarzy) rzadko prezentują czytelnikom wielotorowe, skomplikowane dochodzenia. Mnogość pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, które w przekonujący sposób z biegiem trwania śledztwa by się ze sobą zespalały to domena przede wszystkim współczesnych amerykańskich autorów kryminałów, więc tym bardziej zaskakuje, że Norweg przejął tę intrygującą manierę. „Psy gończe” koncentrują się na kilku dochodzeniach, ze strony na stronę ulegających coraz większej komplikacji. Kiedy komisarz William Wisting zostaje zawieszony w czynnościach służbowych za rzekome sfabrykowanie lub niedopilnowanie kluczowego dowodu (badania DNA) w sprawie porwania i zabójstwa sprzed siedemnastu laty, którą wówczas prowadził Horst rozpoczyna wątek jego prywatnego śledztwa śladami skorumpowanego policjanta oraz właściwego mordercy, jeśli oczywiście osoba, która niemalże w całości odbyła karę za ten czyn rzeczywiście jest niewinna. Ciekawym, znacząco komplikującym aspekt tego śledztwa akcentem jest uniemożliwienie Wistingowi dostępu do dowodów, baz danych i ludzkich zasobów, jakimi dysponował w swojej pracy (choć czasem komisarz nagina zasady, aby z nich skorzystać). Kiedy został zawieszony, odebrano mu prawo posiłkowania się tymi ułatwieniami i teraz jedynie dysponując starymi aktami sprawy musi zdać się na swoją intuicję i pomoc emerytowanego kryminalistyka. Zadanie znacząco ułatwia mu córka, dziennikarka „VG” Line, która ma wgląd w materiały gromadzone przez jej gazetę oraz dysponuje czasem chętnych do pogoni za „gorącym tematem” kolegów z pracy. Wisting łączy, więc siły z dziennikarzami, którzy w normalnym trybie dochodzeniowym są zmorą śledczych i którzy notabene, jako pierwsi skompromitowali go publicznie. Co więcej, teraz znajdując się po drugiej stronie (w roli podejrzanego, nie „myśliwego”) nie tylko poznaje punkt widzenia przestępców, których latami tropił, ale również zmienia swój sposób patrzenia na kolegów po fachu. Wszyscy, którzy pracowali przy sprawie Cecilii Linde są podejrzani, żadnemu nie może ufać. Aby rozwiązać zagadkę ewentualnej korupcji w policji musi dopuścić do siebie możliwość, że poszukuje nie tylko fabrykującego dowody gliniarza, ale również możliwego prawdziwego sprawcę tamtej zbrodni. Co by oznaczało, że mężczyzna, który odsiedział niemalże cały wyrok również z winy Wistinga, który nie dopilnował należycie materiału dowodowego, nie zrobił nic złego. Podczas, gdy w „Jaskiniowcu” Horst troszkę zaniedbał psychologię protagonistów w „Psach gończych” zrobił absolutnie wszystko, żeby wnikliwie oddać ich procesy myślowe. Zaszczucie napiętnowanego Wistinga jest wręcz namacalne i znakomicie dopełnia aurę szybko upływającego czasu – komisarz musi natomiast znaleźć odpowiedzi zanim zostanie postawiony w stan oskarżenia i najprawdopodobniej skazany na więzienie. Owe niewygodne położenie głównego bohatera znacząco podnosi poziom napięcia, który dodatkowo potęguje coraz pokaźniejsza liczba nowych, pozornie niezwiązanych ze sprawą tropów i ofiar.

Już rys psychologiczny Wistinga w „Psach gończych” całkowicie mnie przekonał – pozwolił mi wręcz wejść w jego skołowany umysł – ale sposób sportretowania Line okazał się jeszcze lepszy. Właściwie od pierwszych stron książki (Horst nie pozwala sobie na długi, nudnawy wstęp) dziennikarka zajmuje się sprawą morderstwa Jonasa Ravneberga, dzięki swojej przenikliwości i heroicznej wręcz odwadze cały czas o krok wyprzedzając policję. Kiedy zostaje zaatakowana przez domniemanego mordercę myśli tylko o tym, jak zwiększy to sprzedaż gazety, ale choć jej poczynaniami kieruje typowy instynkt dziennikarski nie zapomina o poczuciu moralności. Materiały do artykułów pozyskuje z poszanowaniem prawa, a swoje wyniki ochoczo przekazuje policji. Kiedy w końcu dociera do „ślepej uliczki”, punktu, który wyczerpuje temat przedwczesnego zgonu Ravneberga postanawia pomóc ojcu i zgłębić tajniki aktualnie toczącego się dochodzenia w sprawie porwania nastolatki. Kiedy Line i Wisting cierpliwe przedzierają się przez akta sprawy w warsztacie Horsta widać swego rodzaju, przyjemne w odbiorze „rozdwojenie”. Podczas, gdy ich psychologię sportretował z wykorzystaniem długich, drobiazgowych opisów to już przybliżając charakter wszystkich spraw zdecydował się na suchą relację z wykorzystaniem specjalistycznego żargonu. Czyli wyraźnie oddzielić aspekty stricte psychologiczne od kryminalnych, co pozwoliło nie tylko dokładnie zapoznać się ze wszystkimi zbrodniczymi akcentami i policyjnymi procedurami, ale również nie odwracało uwagi wstawkami obyczajowymi od właściwej problematyki książki. Jedyny mankament (aczkolwiek czysto subiektywny) to łatwa do przewidzenia tożsamość skorumpowanego policjanta. Być może liczne mylące tropy, którymi Horst nieustannie zaciemnia prawdziwy wymiar całej sprawy, zdezorientują co poniektórych czytelników, ale ja od początku miałam jednego podejrzanego, który okazał się tym właściwym. Winę za to ponosi stary, ograny zabieg autorów kryminałów, w dodatku nieumiejętnie przykryty obecnością innych podejrzanych. Ale już drugi człon finału został poprowadzony z wykorzystaniem całkowicie innego, rzadko propagowanego w kryminałach zwrotu akcji, tym samym mocno mnie zaskakując. Ponadto nie zauważyłam żadnym znaczących potknięć (no może wyłączając błędną definicję masochizmu, pomylonego albo przez autora, albo przez tłumaczkę z sadyzmem). Za to całe mnóstwo wzbudzających zainteresowanie wątków, również tych mocniejszych, sadomasochistycznych oraz prostych, acz skutecznych tricków znacząco zagęszczających napięcie, „wybuchających odbiorcy w twarz” podczas znakomicie poprowadzonych punktów kulminacyjnych.

Jeśli czytałeś „Jaskiniowca” Jorna Liera Horsta i byłeś zachwycony lekturą to wiedz, że „Psy gończe” są nieporównanie lepsze. Jeśli natomiast dziewiąta część przygód Williama Wistinga nie przypadła ci do gustu to koniecznie daj szansę ósemce, bo to naprawdę wyższa liga literackiego kryminału. A jeśli z kolei nie zapoznałeś się jeszcze z twórczością Horsta to żałuj, bo przegapiłeś kawał naprawdę dobrej, skandynawskiej prozy.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

sobota, 25 kwietnia 2015

„Ani drgnij” (2014)


Grupka znajomych postanawia spędzić weekend w domku letniskowym w górach. Kiedy na końcówce benzyny dojeżdżają do oddalonego od cywilizacji pensjonatu nikogo w nim nie zastają – ani personelu, ani innych gości. Wewnątrz nie znajdują śladów przemocy, wszystko wygląda tak, jakby ludzie po prostu wyszli, nie zabierając niczego ze sobą. Ponadto przyjezdni konstatują, że w okolicy nie ma żadnych zwierząt, nawet owadów. Na początku podejrzewają, że doszło do jakiejś katastrofy ekologicznej, która spłoszyła zwierzęta. Ale wkrótce oni też zaczynają znikać.

Opinie widzów na temat pierwszego pełnometrażowego filmu Travisa Oatesa w zdecydowanej większości balansują pomiędzy dwoma skrajnościami. Odbiorcy, którym nie przeszkadza tania, pozbawiona dosadnych efektów specjalnych realizacja oraz powtarzalność znanych w kinie grozy motywów w swoich recenzjach wręcz rozpływają się w zachwytach nad „Ani drgnij”. Natomiast koneserzy ambitniejszych produkcji bądź obrazów nastawionych na innowacyjność i/lub efekciarstwo bezlitośnie punktują wszystkie mankamenty tej pozycji.

„Ani drgnij” zaczyna się, jak „Odwieczny wróg” z 1998 roku. Towarzyszymy grupie zaprzyjaźnionych osób, przemierzających jakąś zapomnianą przez Boga szosę w górach. Ich miejsce docelowe, pensjonat, w którym zamierzają spędzić weekend, znajduje się tak daleko od cywilizacji, że jak w końcu do niego docierają brakuje im benzyny na powrót. Kiedy ruszają na poszukiwania personelu, podobnie, jak w „Odwiecznym wrogu” szybko dochodzą do wniosku, że w pobliżu nie ma żywego ducha. Twórcy nie ukrywają przed widzami tajemniczych napisów widniejących wewnątrz domku letniskowego („Pomóżcie mi”, błędnie przetłumaczone „Ani drgnij”), ale protagoniści ich nie dostrzegają. Skoro już bohaterowie dotarli do tego podejrzanego, niezwykle cichego miejsca scenarzysta musiał znaleźć sposób na uniemożliwianie im odwrotu. Tutaj bardzo przydała się informacja o resztce benzyny w bakach ich samochodów oraz brak telefonu, czyli standardowe akcenty kina grozy, usprawiedliwiające zachowanie protagonistów. A więc nie pozostaje im nic innego, jak osiąść w pensjonacie i spróbować rozwiązać osobliwą zagadkę masowego zniknięcia ludzi oraz zwierząt. Sytuacja komplikuje się (i równocześnie odchodzi od motywu propagowanego w „Odwiecznym wrogu”), kiedy ciężarna Tracy i chłopak byłej dziewczyny jej partnera Noah, znikają. Tak na marginesie warto nadmienić, że odtwórczyni postaci Tracy, Mena Suvari, w czołówce zajęła zaszczytne pierwsze miejsce, co jest swoistym przekłamaniem, ponieważ otrzymała najmniejszą rolę. Ale cóż, liczy się znane nazwisko, a nie częstotliwość pojawiania się na ekranie. W każdym razie z chwilą zniknięcia pierwszych protagonistów, „Ani drgnij” znacząco odchodzi od wyeksploatowanego w kinie grozy motywu zapewne zainspirowanego historiami między innymi Roanoke Island oraz Mary Celeste i poruszanego w na przykład takich filmach, jak „Pożeracze czasu”, czy „Zniknięcie na 7. ulicy”. Najpierw Oates kładzie nacisk na akcentowanie zachwiania znanej nam rzeczywistości. Dba o przytłaczającą ciszę spowijającą bohaterów i pogwałcenie zasad fizyki: w pewnym momencie ziemię przykrywa śnieg, który bierze się dosłownie znikąd. Ponadto poszczególne, spuszczone na chwilę z oka, postaci dosłownie rozpływają się w powietrzu. Motyw na tyle intrygujący, żeby rozbudzić zainteresowanie wielbicieli zagadkowych scenariuszy, ale niestety tak bardzo wyjałowiony z klimatu osaczenia, który notabene tego rodzaju fabułę z pewnością wyniósłby na wyżyny, że o większym dreszczyku emocji nie może być mowy. Owszem, pomysł na problematykę filmu gwarantuje napięcie, ale w bardziej wprawnych rękach reżyserskich i operatorskich zapewne byłoby ono jeszcze większe.

Kiedy nasi protagoniści dochodzą do wniosku, że kluczem do przetrwania jest nieustanny kontakt wzrokowy polscy odbiorcy zapewne z miejsca uświadomią sobie, że tłumaczenie tytułu, choć chwytliwe nie ma żadnego związku z fabułą. Aby nie zniknąć nie należy, bowiem pozostawać w bezruchu tylko unikać przymykania oczu, czyli tak jak głosi oryginalny tytuł „Don’t Blink”. W drugiej połowie seansu, kiedy zostaje jedynie garstka bohaterów Oates wprowadza małe smaczki na użytek wielbicieli kina i literatury grozy, co w moim mniemaniu stanowiło przyjemną stricte pastiszową odskocznię od właściwej akcji filmu. W usta nerwowego Alexa, przyzwoicie wykreowanego przez Zacka Warda scenarzysta wtłacza teksty nawiązujące do konwencji bądź poszczególnych tytułów znanych horrorów. Dla przykładu, kiedy Noah nagle się odnajduje Alex pyta go czy jest kosmitą, czy może duchem dawno pogrzebanego Indianina, dodając dowcipnie, iż w sytuacji w jakiej się znaleźli jest otwarty na wszelkie sugestie. Następnie zauważa, że mógłby go zastrzelić, a wówczas powróci już jedynie, jako zombie. Z jego ust usłyszmy jeszcze przypuszczenie, że jak Noah pójdzie spać to zamieni się w kokon, żeby przejąć kontrolę nad umysłami kolegów, co jest ewidentnym nawiązaniem do „Inwazji porywaczy ciał”. Intertekstualność objawia się również w cytacie z prozy Stephena Kinga i wspomnieniu o „Strefie mroku” – w końcu położenie bohaterów „Ani drgnij” przypomina uniwersum znanego serialu, w którym dosłownie wszystko może się wydarzyć. Oglądając ten niewymagający myślenia, pozbawiony efektów komputerowych i nastawiony przede wszystkim na wyjałowioną z klimatu fabułę film, przede wszystkim próbowałam rozwiązać zagadkę zniknięć. W obawie, że Oates przekombinuje finał, wtłaczając jakiś mglisty motyw, wzorem „Zniknięcia na 7. ulicy” – bo przecież, jak myśli większość współczesnych twórców pozbawionym wyobraźni widzom trzeba wszystko dokładnie wyjaśniać… Ale na szczęście Oates nie należy do tej grupy artystów. Zakończenie „Ani drgnij” udowadnia, że wierzy on w inteligencję odbiorców i nie boi się pozostawić im pola do indywidualnej interpretacji. UWAGA SPOILER Ja opowiadałabym się za równoległą rzeczywistością. Moim zdaniem protagoniści trafili do innego wymiaru, z którego po kolei przenosili się, albo do jeszcze innego świata, albo do znanej sobie rzeczywistości. Za tą drugą ewentualnością przemawiałoby raptowne zniknięcie wszystkich policjantów, którzy w moim mniemaniu po prostu pozostali w naszych realiach. Final girl przeniosła się w nie jedynie na chwilę, aby za moment powrócić do nieznanego uniwersum. Ale oczywiście scenarzysta tak mało objaśnia, że każdy może sobie inaczej interpretować problematykę jego filmu KONIEC SPOILERA.

Nie idąc w żadną ze skrajności, wzorem większości widzów, „Ani drgnij” mogę podsumować słowem „średniak”. Motyw masowego zniknięcia, który zawsze intryguje mnie w kinie grozy, nieprzewidywalna kolejność eliminacji protagonistów i przede wszystkim poświęcenie całej uwagi fabule, a nie jak to coraz częściej we współczesnych horrorach bywa efektom komputerowym – to wszystko sprawia, że film Travisa Oatesa ogląda się z niejakim zainteresowaniem. Zdecydowanie gorzej jest z generowaniem klimatu wyalienowania i osaczenia oraz budowaniem napięcia emocjonalnego – gdyby podreperować nieco realizację pewnie mielibyśmy prawdziwy hit. A tak pozostał niestety jedynie przeciętniak.

piątek, 24 kwietnia 2015

Raymond Benson „Dying Light. Aleja Koszmarów”


Islamskie miasto-państwo Harran, przygotowuje się do młodzieżowych Światowych Igrzysk Lekkoatletycznych. Kilka tygodni przed tym długo wyczekiwanym wydarzeniem sportowym doktor Khalim Abbas zauważa u paru swoich pacjentów osobliwe objawy. Zarażeni jakimś nieznanym dotąd wirusem atakują ludzi i pożywiają się ich mięsem. Abbas próbuje uświadomić prezydentowi rychłe zagrożenie, ale władze Harranu, z pobudek czysto finansowych, nie odwołują igrzysk. Do miasta-państwa wkrótce zjeżdża się młodzież z całego świata wraz ze swoimi rodzinami, aby wziąć udział w zawodach sportowych. Nie będzie im jednak dane ziścić swoich marzeń, z powodu zmasowanego ataku Zarażonych.
Osiemnastoletnia sportsmenka, Amerykanka Mel Wyatt, po śmierci rodziców i zaginięciu dwunastoletniego brata, Paula, przemierza opanowany przez Zarażonych, objęty kwarantanną Harran. Dziewczyna została ugryziona i zdaje sobie sprawę, że wkrótce przemieni się w łaknącego ludzkiego mięsa potwora. Ma jednak nadzieję, że zanim będzie za późno odnajdzie antidotum oraz swojego młodszego brata.

Amerykański pisarz, Raymond Benson, jest najbardziej znany, jako jeden z autorów powieści o Jamesie Bondzie, ale często zdarza mu się również czerpać inspirację z popularnych gier komputerowych. I nie ma w tym niczego dziwnego, bowiem Benson oprócz pisania zajmuje się również projektowaniem gier. Jego najnowsza powieść „Dying Light. Aleja Koszmarów” jest prequelem obsypanej nagrodami gry z gatunku survival horror wyprodukowanej przez polskie studio Techland.

„Ulice i chodniki stały się miejscem masowej rzezi. Niektóre szczątki wydawały się bardziej świeże od innych, niektóre zaś były mocno nadgryzione przez Zarażonych bądź zwierzęta. Wszędzie widać było padlinożerne ptaki, które obsiadały niedojedzone szczątki i zgrzytliwie krakały z zachwytem. Na asfalcie tu i ówdzie, widniały rozmazane ślady zaschniętej krwi lub fragmenty ciał, pamiątki po trupach, wleczonych przez Zarażonych z miejsca w miejsce.”

Wątpię, żeby ostał się jeszcze ktoś, kto nie zna popularnej filmowej i literackiej survivalowej konwencji, która zasadza się na próbie przetrwania jakichś jednostek w świecie opanowanym przez bestie. Ten schemat jest chętnie eksploatowany przez propagatorów opowieści o żywych trupach, ale równie często wtłacza się w jego ramy opowieści o wszelkiego rodzaju epidemiach. Benson wykorzystał tę drugą problematykę, bo choć kilka cech kreowanych przez niego antagonistów zbiega się z charakterystyką zombie to jednak odróżnia ich od nich kilka istotnych szczegółów. Otóż, serca kreatur, które opanowały fikcyjne miasto-państwo Harran nie przestały bić, a co za tym idzie można je wyeliminować na różne sposoby – nie tylko, jak to zazwyczaj bywa z żywymi trupami poprzez dekapitację. W swojej powieści Benson nadaje im miano Zarażonych i chociaż w dialogach, co jakiś czas przewija się określenie „zombiak” autor podkreśla, że czytelnicy nie mają tutaj do czynienia z klasycznymi żywymi trupami, a raczej ofiarami dziwnej zarazy. Notabene zainspirowanej często propagowanymi w kinie i literaturze cechami szablonowych zombie. Żółte oczy, sina karnacja, łaknienie ludzkiego mięsa, komunikowanie się za pomocą niezrozumiałego dla ludzi bełkotu i wreszcie zatracenie własnego jestestwa oraz inteligencji. Nadrzędnym imperatywem Zarażonych jest zdobywanie pożywienia, czyli polowanie na kilku niedobitków, próbujących schronić się w objętym kwarantanną mieście-państwie. Pewnym novum jest uzależnienie mocy Zarażonych od pory - w świetle dziennym bestie wolnym krokiem snują się po Harranie, nie potrafiąc wykrzesać z siebie większej energii, ale kiedy miasto-państwo spowijają nocne ciemności zyskują nadludzie siły: niesamowitą szybkość, zwinność i odporność na ból. Benson wprowadza jeszcze jeden innowacyjny akcent do tej, zdawać by się mogło, wyeksploatowanej do granic możliwości konwencji, który znacząco podnosi poziom napięcia. Główna bohaterka, Mel Wyatt, budzi się z ugryzieniem na przedramieniu, co jest bezpośrednim sygnałem zarówno dla niej, jak i dla czytelników, że wkrótce przemieni się w antropofagiczną bestię. Po krótkim prologu, z pomieszaną chronologią, autor wrzuca odbiorców w sam środek akcji. Harran został już opanowany przez Zarażonych, a Mel jest jedną z nielicznych osób, która ostała się przy życiu i zdrowiu. Przynajmniej tymczasowo, bo jeśli szybko nie znajdzie leku dołączy do armii kreatur krążących po islamskim mieście-państwie.

„Czy może być coś gorszego niż perspektywa rychłego przeistoczenia się w porąbanego zombiaka?”

Podobnie, jak prolog właściwa akcja powieści obfituje w liczne retrospekcje, które nieco przybliżą czytelnikom początek koszmaru i postać samej Mel. Sportsmenka, specjalizująca się w parkourze przyjechała do Harranu wraz z rodzicami i dwunastoletnim bratem Paulem, cierpiącym na łagodną formę autyzmu na Światowe Igrzyska Lekkoatletyczne zorganizowane przez międzynarodową organizację młodzieżową (PWNC). Dyscyplina sportowa, w której się specjalizuje bardzo pomoże jej w egzystowaniu w tym nowym, śmiertelnie niebezpiecznym uniwersum, zdominowanym nie tylko przez Zarażonych, ale również tutejszych rzezimieszków, którzy jak zauważa sama Mel ochoczo cofnęli się do średniowiecza, korzystając z możliwości, jakie daje totalna anarchia. Podczas jej rozpaczliwych poszukiwań upragnionego antidotum i brata, który najprawdopodobniej dołączył do hordy Zarażonych Benson skwapliwie korzysta z wszelkich dobrodziejstw, jakie daje survivalowa konwencja, w którą wtłoczył swoją opowieść. Mamy tutaj liczne starcia z oszalałymi kanibalami, karkołomne pościgi i makabryczne owoce działalności antagonistów. Niewielkie gabaryty „Dying Light. Alei Koszmarów” gwarantują oszczędne opisy zarówno wątków gore, jak i charakterologii postaci. Enigmatyczność Bensona nie przeszkadzała mi w tym drugim przypadku, bo choć nie zagłębiał się zanadto w procesy myślowe Mel (której pomimo koszmarnej sytuacji, w jakiej się znalazła nie opuszcza cierpkie poczucie humoru) powiedział akurat tyle, żebym zapałała do niej sympatią i zrozumiała jej poczynania. Jedyne, co odrobinę mnie raziło to nadużywanie przez nią słowa „porąbany”, co jak sama przyznała przejęła od swojego trenera. Mnie to bardziej wyglądało, jakby autor z niemożności wymyślenia innych przymiotników nachalnie wtłaczał ten konkretny w opisy całego świata przedstawionego. Dużo bardziej przeszkadzały mi oszczędne relacje wszechobecnej rzezi. Streszczone dosłownie w kilku zdaniach, na ogół tendencyjne ustępy konsumpcji ludzkiego mięsa, zabijania zarówno zdrowych, jak i Zarażonych i składowania ciał tych pierwszych w zgrabnych stosach w różnych rejonach Harranu. Jedyne, co utkwiło mi w pamięci z tej zaledwie zarysowanej plejady wszelkiego rodzaju okropieństw to spijanie wymiocin ludzi przez Zarażonych i „kąpanie się” we wnętrznościach i odchodach trupów, co jak odkryła Mel działało jak kamuflaż – upodabniało jej zapach do woni wydzielanej przez Zarażonych, a co za tym idzie bestie nie dopatrywały się w niej smakowitego obiadku. Podobny motyw widziałam w filmie „Dom śmierci 2” z 2005 roku, ale ta powtarzalność w najmniejszym stopniu nie przeszkodziła mi w odczuwaniu napięcia podczas przemykania wysmarowanej krwią i ekskrementami Mel pomiędzy Zarażonymi. Równie dobre napięcie, oparte na wręcz uwierającej świadomości szybko upływającego czasu Benson wygenerował dzięki licznym wstawkom, obrazującym powolną przemianę głównej bohaterki. Czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę, że każda godzina dla protagonistki może być ostatnią, że dosłownie za minutę może zmienić się w ludożerczą kreaturę, co wymusza na nim gorący doping i popędzanie jej w myślach.  I tak aż do wstrząsającego finału, w którym nie ma żadnych kompromisów, ani ułamka litości dla wytrwałego czytelnika – czyli dokładnie tak, jak w dobrym horrorze być powinno.

„Dying Light. Aleja Koszmarów” narracją zaskarbi sobie zapewne sympatię wielbicieli literatury młodzieżowej. Krótkie opisy i nieustająca akcja właściwie gwarantują pozyskanie uwagi tej grupy odbiorców. Ale niewykluczone, że i długoletni wielbiciele horrorów znajdą tutaj coś dla siebie, ze szczególnym wskazaniem na tych preferujących survivalowe opowieści o zombie i wszelkiego rodzaju epidemiach. Zachęcić może ich przede wszystkim kilka pomysłowych akcentów wtłoczonych w fabułę i znacząco urozmaicających tę skostniałą konwencję, ale również (co akurat mniej ważne) zachwycająca okładka. Rzadko chwalę oprawy książek, ale ta wyjątkowo zwróciła moją uwagę.

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu

czwartek, 23 kwietnia 2015

„Angels of Darkness” (2014)


Rok 1989. Lara przyjeżdża wraz ze swoim ojcem, historykiem Hillem, do węgierskiego zamku. Mężczyzna pragnie zbadać murale pokrywające ściany zabytku. Jego borykająca się z problemami psychicznymi córka poznaje w tym czasie poszukiwaną przez mieszkańców wioski, Carmillę. Osieroconą dziewczynę, która okrada tutejszych i mieszka w krypcie zamkowej. Dziewczyny w tajemnicy przed dorosłymi szybko się zaprzyjaźniają, ale kiedy młode kobiety z wioski zaczynają popełniać samobójstwa Lara podejrzewa, że Carmilla skrywa przed nią jakiś mroczny, zagrażający jej życiu sekret.

Amerykańsko-węgierska adaptacja gotyckiej noweli Josepha Sheridana Le Fanu, po raz pierwszy wydanej w 1871 roku i zatytułowanej „Carmilla”. Reżyserzy i zarazem scenarzyści „Angels of Darkness”, Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf podkreślali w wywiadach, że ich film ma być thrillerem gotyckim, zgłębiającym młodzieńczą obsesję seksu, śmierci i samobójstwa. Część się zgadza, ale gatunkowo produkcja wpisuje się w ramy dark fantasy i to zachowującej odpowiednie proporcje. Owy nurt w wielkim skrócie powstał, jako kompilacja horroru i fantasy, ale jego twórcom rzadko udaje się nie przyćmić tego pierwszego gatunku elementami baśniowymi, mitologicznymi etc. Chernovetzky i Devendorf natomiast idealnie wyważyli akcenty grozy z fantastycznym światem przedstawionym – opanowanie tej sztuki nie jest wcale łatwe i choćby za to należy docenić „Angels of Darkness”, a to przecież nie jedyny pozytyw.

Początkowo film Chernovetzky’ego i Devendorfa miał być dystrybuowany pod tytułem „Styria”, następnie rozbudowano go do „The Curse of Styria”, żeby ostatecznie poprzestać na czymś tak trywialnym, jak „Angels of Darkness”. Jak robocze tytuły wskazują akcję filmu osadzono w Styrii, historycznej krainie w Europie Środkowej, co już na początku seansu każe spodziewać się analogii do słowiańskich legend. Co zaskakujące nie tylko scenariusz zainspirowano podaniami z tych stron, ale również (i co najważniejsze) zadbano o odpowiednią oprawę audiowizualną. Zabobonna, biedna ludność węgierskiej wsi i niszczejący, zabytkowy zamek, skrywający mroczne tajemnice, przed którym wzdragają się tutejsi mieszkańcy, przekonani o jego niszczycielskiej sile. Gotycki, osnuty aurą intrygującej tajemnicy i podskórnej grozy klimat oraz posępna leśna sceneria, skąpana w gęstej mgle przy akompaniamencie muzyki operowej zapewne będzie ucztą dla oczu wielbicieli kina grozy, tym bardziej, że ta osobliwa atmosfera towarzyszy prawdziwie frapującym wydarzeniom.

Na początku poznajemy młodą kobietę, Larę, całkiem zgrabnie wykreowaną przez Eleanor Tomlinson i jej ojca, doktora Hilla, którego jak zwykle przyzwoicie oddał na ekranie Stephen Rea. Po ich zaaklimatyzowaniu się w węgierskim zamku pojawia się Jacek Lenartowicz, któremu przypadła w udziale barwna rola tutejszego twardego mężczyzny, poszukującego nastolatki, okradającej sąsiadów Lary i Hilla. Polak wywiązał się ze swojego zadania nawet lepiej niż zagraniczna część obsady, ale i tak ich wszystkich zdeklasowała Julia Pietrucha. Myślę, że Chernovetzky’emu i Devendorfowi niełatwo było obsadzić odpowiednią aktorkę w roli Carmilli, szczególnie ze względu na ciężkie zadanie, jakie spoczywało na jej barkach. Otóż, przez większą część seansu Carmilla miała symbolizować jakieś ukryte, ale sporadycznie wyczuwalne niebezpieczeństwo – Pietrucha musiała jedynie zasygnalizować widzom, że jest czarnym charakterem, ale w taki sposób, aby z miejsca nie wzbudzić w nich antypatycznych odczuć, co do jej postaci. I Polka wywiązała się z tego zadania bezbłędnie. Patrząc na jej wielopłaszczyznową kreację tajemniczej Carmilli, powoli zaskarbiającej sobie sympatię Lary dosłownie nie mogłam nacieszyć się jej osobą. Tak idealnie rozpisanych kobiecych czarnych charakterów nie spotyka się często w kinie grozy, a równie dobrze odegranych prawie wcale. Właściwa akcja filmu rozpoczyna się, kiedy Lara ratuje życie Carmilli i zawiązuje z nią osobliwą relację. Okaleczająca się, borykająca z traumatyczną przeszłością Lara u boku nowo poznanej dziewczyny na chwilę odnajduje sens życia – zyskuje towarzystwo, które zajmuje jej myśli czymś innym, aniżeli wyłączne samoumartwianie się. Dziewczyny wymykają się w nocy na zewnątrz, oddając się beztroskim wędrówkom po lesie, kąpielom i enigmatycznym konwersacjom, z których w tej pierwszej statecznej połowie projekcji najsilniej przebija ekscentryczna osobowość Carmilli. Złodziejka przybliża Larze zabobonną mentalność tutejszej społeczności, dającej wiarę klątwom. Ponadto Carmilla odkrywa przed swoją nową znajomą tajniki węgierskiego zamku, w którym ta druga zamieszkała na czas pracy jej ojca. Pokazuje jej kryptę, będącą jednocześnie jej schronieniem i przybliża mroczną, przemawiającą do wyobraźni historię tego miejsca. Co zaskakujące, chociaż przez większą część czasu twórcy unikają wszelkich dosłowności, budując fabułę na niuansach i akcentowaniu intrygującej tajemnicy owe sekwencje mają zdecydowanie największą siłę rażenia. Zmuszają odbiorców do pobudzenia wyobraźni i dopowiadania sobie niewizualizowanych wątków, a jak wiadomo to, co wykreują nasze umysły zawsze będzie nieporównanie bardziej koszmarne od najwymyślniejszych efektów specjalnych. Chernovetzky i Devendorf doskonale znają owe prawdy kina grozy i co ważniejsze potrafią je należycie oddać na ekranie. Co wcale nie znaczy, że chwilami nie dynamizowali akcji.

Sekwencje koszmarów sennych Lary przedstawiono w taki sposób, aby wywołać w widzach wrażenie szaleństwa. Dynamicznie zmontowane, tajemnicze migawki, podlane odrobiną krwi wtłoczono w fabułę z wszelkim poszanowaniem onirycznej, gorączkowej aury dając odbiorcom do zrozumienia, że jakaś siła zawłaszcza duszę głównej bohaterki. Początkowo oddalająca się od obsesji śmierci Lara z czasem na powrót w nią wpada równocześnie odczuwając jakiś niepojęty pociąg o zabarwieniu homoseksualnym do Carmilli. Która tymczasem z absolutnym spokojem przyjmuje coraz bardziej pogarszający się stan swojej przyjaciółki, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się z nią dzieje. Końcowe sceny, wyjawiające prawdziwą naturę akcentowanego przez całą projekcję zagrożenia zapewne nikogo nie zaskoczą. Bo choć scenarzyści starali się utrzymywać widzów w ciągłej niepewności kilkoma łatwymi do rozszyfrowania ujęciami i przede wszystkim wiele mówiącym imieniem antagonistki (szczególnie osobom, którzy zapoznali się z nowelą Le Fanu) już na początku seansu nie pozostawili żadnych wątpliwości, o czym tak naprawdę będzie traktował ich film. Inna sprawa, że przewidywalność właściwej natury czyhającego na Larę niebezpieczeństwa w najmniejszym stopniu nie obniżyło moich ogólnych wrażeń z projekcji. O wiele lepiej oczywiście „Angels of Darkness” wypadłby bez tej dosłowności w końcówce (chociaż ujęcia z wychodzącymi ze ścian upiorami bym zostawiła, bo były nieziemsko zrealizowane). Gdyby scenarzyści pozostawili widzom możliwość indywidualnej interpretacji fabuły ich dzieło sporo by zyskało, ale w takim kształcie, w jakim się ostało również robi spore wrażenie.

Słowiański folklor, przytłaczająca aura tajemniczości, rzadko spotykany w sztuce modus operandi czarnego charakteru, wielowarstwowa fabuła, której zarówno akcenty dark fantasy, jak i stricte dramatyczne całkowicie zaabsorbowały moją uwagę, dosłownie przenosząc mnie w znakomicie oddany na ekranie świat przedstawiony „Angels of Darkness” oraz rzecz jasna niezapomniana kreacja Julii Pietruchy, która przyćmiła pozostałą część obsady. Niesamowite widowisko udowadniające, że w opowieściach o zdawać by się mogło najbardziej wyeksploatowanych potworach kina grozy, nadal tkwi ogromny potencjał. Potrzeba tylko takich zdolności, jakie posiadają Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf, żeby należycie go wykorzystać.